Chleba i igrzysk! i miłości!, czyli „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins


Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca? – zadawał sobie pytanie Gryzipiór, czytając „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins, o których mówi się, że wybudziły literaturę YA z ckliwego snu, w jaki wpadła po „Zmierzchu”. Ani to urodziwie napisane, ani szczególnie głębokie; bohaterom brak charakteru, dialogom ikry, fabule nieprzewidywalności. Wiele godzin musiało Gryzipiórowi upłynąć na lekturze, by zaakceptował, że to nie wartość literacka zdecydowała o popularności trylogii Collins, a jej społeczna i polityczna przenikliwość. Jest to wiwisekcja współczesnych lęków i jeden wielki rachunek wystawiony dorosłym za świat, w którym dzieci mordują się na sportowej arenie przy wtórze rechotu telewidzów… albo szelestu kartek przewracanych przez czytelnika.

Zanim cokolwiek napisze, Gryzipiór chciałby Was bardzo, bardzo przeprosić za to, że zaniedbał bloga i tak długo niczego nie napisał. A jak długo to było naprawdę, uświadomił sobie dopiero dziś, wrzucając wpis, bo dla niego te dwa miesiące upłynęły w mgnieniu oka. Była nowa praca, stare wątpliwości i dużo więcej niż zwykle nieprzespanych godzin. Ale Gryzipiór wciąż chce pisać. Może tylko trochę rzadziej.


Tekst zawiera spoilery. Duże.

Oto świat wiele lat po tajemniczym kataklizmie, który zniszczył Stany Zjednoczone i przeobraził je w dystopijne Panem. Zaawansowany technologicznie Kapitol, fabryka ślepców i tyranów, kontroluje dwanaście głodnych dystryktów, które istnieją tylko po to, by zaspokajać jego bezmyślną konsumpcję i ku uciesze mas posyłać dzieci na Głodowe Igrzyska. Nie jest to, prawdę mówiąc, bardzo subtelnie skonstruowany świat wtórny. Suzanne Collis uderza w te same struny, których niepokojący dźwięk słychać w literaturze co najmniej od czasów Zoli czy – by pozostać w fantastycznych klimatach – Wellsa. Pobrzmiewają w nim krytyka niesprawiedliwych stosunków władzy oraz niechęć do rozbuchanej konsumpcji, zmieniającej dorosłych ludzi w potulne dzieci niezdolne pojąć cierpienia innych. W tle słychać jeszcze naganę dla polityków, na których autorka – córka weterana wojny w Wietnamie – nie zostawia suchej nitki. To wyłącznie kłamcy i cyniczni intryganci, którzy bez wyrzutów sumienia posyłają na wojnę dzieci, nawet gdy pozornie stoją po ich stronie.

Grozy tym współczesnym lękom przydaje dziecięca perspektywa, z której do czasu „Igrzysk śmierci” nie korzystano w dystopii zbyt często. W Panem dzieciństwo jest stale zagrożone i nieustannie tracone. Dorośli, choć pewnie kochają swoje dzieci, są albo nieobecni (ojciec Katniss), albo pogrążeni we własnym bólu (jej matka), albo zainteresowani wyłącznie ich ekonomiczną wartością (klienci, którym Katniss sprzedaje zwierzynę). Nie ma mowy, by zdołali obronić najmłodszych przed tymi, którzy sprawują władzę, a którzy za chwilę rzucą je na arenę, by zmuszone do bezwzględnej rywalizacji mordowały się ku uciesze telewidzów. Prawda, że chytry gatunek z tej dystopii, która udaje przyszłość, by za chwilę okazać się boleśnie aktualną? Sama Collins twierdzi, że jej powieść to przestroga przed angażowaniem dzieci w wojnę, lecz podobne mechanizmy działają przecież znacznie bliżej naszego sennego europejskiego domu – w dziecięcych konkursach piękności czy pościgu za wykształceniem i karierą, na przykład.

– Nie chcę, aby mnie tam zmienili, przeobrazili w potwora, którym nigdy nie byłem.
Przygryzam wargę, wstydzę się. Gdy ja rozmyślałam o dostępności drzew na arenie, Peeta się zastanawiał, jak zachować tożsamość. Jak nie stracić samego siebie (…).
– Nie, gdy przyjdzie co do czego, na pewno będę zabijał jak wszyscy. Nie odejdę bez walki. Po prostu usiłuję znaleźć sposób na to, aby… pokazać Kapitolowi, że mu nie uległem. Chcę dowieść, że jestem kimś więcej niż zaledwie pionkiem w ich igrzyskach.
– Ale nie jesteś kimś więcej. Nikt z nas nie jest. Na tym polegają igrzyska [s.106-107].

Niemniej sceptyczny czytelnik dostrzeże pęknięcia na tym ponurym obrazie świata – pęknięcia, które odbierają mu nieco wiarygodności. Jak to w dystopii, sporo zostaje w „Igrzyskach śmierci” dydaktycznie wyolbrzymione: niegodziwość polityków, którzy cuchną krwią i różami, bo zwykłej wodzie kolońskiej najwyraźniej brak dramatyzmu, czy bezmyślność mieszkańców Kapitolu – zblazowanych, zmanierowanych, idiotycznie ubranych reprezentantów współczesnych Amerykanów. Nie zawsze przekonująca jest też druga strona konfliktu. Głodni, zziębnięci, żyjący w ciągłym lęku mieszkańcy dystryktów jakimś cudem zdołali zachować daleko posuniętą przyzwoitość. Życie pod jarzmem Kapitolu nie wywarło najwyraźniej wielkiego wrażenia na Peecie i małej Rue, a szczególnie na Prim, która przez większą część powieści pozostaje tą niewinną młodszą siostrą, która nieustannie potrzebuje ratunku [1]. Można naturalnie przypisywać tę ich moralną wyższość łutowi szczęścia czy krewnym, którzy biorą na siebie ciężar codzienności. Rzecz w tym, że brak jej nimbu wyjątkowości i czytelnikowi łatwo przenieść dobroć tych postaci na resztę mieszkańców dystryktów, którzy zostali ledwie zarysowani. A przecież tam, gdzie codziennie ktoś umierał z głodu, musiały się zdarzać wybuchy egoizmu i okrucieństwa.

Autocenzura? Jeśli tak, to nie jedyna. Bohaterowie „Igrzysk śmierci”, często wrogo nastawieni i pełni frustracji, odnoszą się do siebie bardzo poprawnie – agresji słownej, nawet przekleństw, tu nie uświadczysz. Nieszczególnie realistyczne są też opisy walk i zabijania, o erotyce w ogóle nie ma mowy. Wszystko to sprawia wrażenie, jakby autorka zlekceważyła lekcję naturalizmu – i historii. W każdym razie Gryzipiór, który długo już przechowuje w pamięci „Germinal” Émile’a Zoli, też przecież opowiadający o rewolucji w miasteczku górniczym, pomyślał sobie, że w jakimś stopniu ma do czynienia z baśnią – okrutną wprawdzie i zachowującą pozory realizmu, ale jednak baśnią.

Jeśli można czymś obronić tę degradację Kapitolu i idealizację dystryktów, to chyba tylko niewiarygodnością narratorki. Nie usłyszymy w „Igrzyskach śmierci” bezstronnego głosu, który z bezpiecznego dystansu pochyliłby się nad niedolą jednej i drugiej strony. Usłyszymy wyłącznie Katniss, a Katniss… cóż, nie patyczkuje się. To świetnie skonstruowana bohaterka – silna, samodzielna, nie bez wad – nie należy jednak wierzyć jej na słowo. Nie tylko dlatego, że relacjonuje akcję na bieżąco, w czasie teraźniejszym, w którym emocje są silniejsze od refleksji. Także dlatego, że w miarę postępu fabuły jej obraz siebie i świata rozpada się pod naporem cierpienia. Ten wątek to zresztą kapitalne odwrócenie klasycznej podróży młodego, nieukształtowanego bohatera, który zostaje poddany próbom i wychodzi z nich zwycięsko, jako zdrowy i kompletny człowiek. Katniss zmierza w odwrotną stronę – destrukcji. Zmuszona grać kolejne, coraz bardziej wymagające role zakochanej dziewczyny, ulubienicy Kapitolu, a wreszcie symbolu rebelii, stopniowo traci siebie, popada w obsesję i szaleństwo. A koniec powieści – i to jest cudownie bolesne i wiarygodne zarazem – nie daje jej wielkiej nadziei na ocalenie.

[*]
No dobrze, może i daje, ale Gryzipiór nie bardzo w nie wierzy, bo też nie wierzy w ocalającą moc miłości. Niemniej to właśnie miłość okazuje się w „Igrzyskach śmierci” jedyną w miarę skuteczną odpowiedzią na zło. Romans między Katniss a Peetą Mellarkiem jest przedziwny: Gryzipiór chyli głowę przed jego konstrukcją i jednocześnie załamuje nad nim ręce. Problemem jest Peeta, którego jedyną uchwytną cechą charakteru jest… miłość do Katniss. Cóż, pewnie musiał być taki rozwodniony, żeby skutecznie gasić gniew Dziewczyny, Która Igra z Ogniem. Trudno mu jednak kibicować. Dlatego zamiast trzymać kciuki za parę nieszczęśliwych kochanków, Gryzipiór analizował coś innego, mianowicie sposób, w jaki ich romans podważa stereotypy na temat płci.

Nie jest on bardzo subtelny. Katniss gra tradycyjnie przypisaną mężczyźnie rolę myśliwego i obrońcy, który w razie potrzeby nie zawaha się zabić, Peeta zaś jest tą bierną i potrzebującą ochrony stroną, która raczej daje życie niż je odbiera. Jego atrybut to chleb, utożsamiany w powieści z miłością i czymś niezbędnym do życia, czego ciągle brak. Ciekawsze od tego prostego odwrócenia ról jest to, co dzieje się wtedy, gdy do akcji wkraczają media. Na użytek Kapitolińczyków spreparowany zostaje bezpieczny obraz stereotypowej pary: ślicznej, milczącej, ubranej w zwiewne sukienki dziewczyny oraz silnego i opiekuńczego mężczyzny, który zaczyna przejawiać cechy przywódcy. Ta patriarchalna sielanka, której warunkiem przetrwania jest milczenie Katniss, ma zapewnić władzy bezpieczeństwo Prezydent Snow zdaje się wierzyć, że by ugasić Dziewczynę, Która Igra z Ogniem, wystarczy założyć na nią suknię ślubną. W taki właśnie niezbyt wyrafinowany, za to dosadny sposób Collins pokazuje, jak media reprodukują stereotypy i jak zmieniają, fałszują, a niekiedy od nowa tworzą rzeczywistość, konserwując niesprawiedliwy system społeczny. (Jak na ironię, „Igrzyska śmierci” bywają w warstwie obyczajowej zaskakująco konserwatywne. Katniss od początku wiąże miłość z małżeństwem i dziećmi, a wszystkie negatywne tudzież ambiwalentne postacie wydają się z natury samotnikami. Stabilną przystanią na czas głodu i wojny nieodmiennie okazuje się rodzina, a ze strony rodziców nic dzieciom nie grozi – chyba tylko uczuciowe opuszczenie, jednak nie z wyboru, a z powodu depresji po śmierci małżonka).

Że z „prawdą medialną” nie ma żartów, pokazuje los ekipy przygotowawczej Katniss, składającej się z Kapitolińczyków o tak wypaczonej wizji świata, że nawet w nieszczególnie empatycznej głównej bohaterce budzą raczej litość niż nienawiść. Krytyka mediów na tym się jednak nie kończy. Są jeszcze Głodowe Igrzyska – transmitowany na żywo reality show, w którym śmierć i cierpienie dzieci stają się rozrywką dla mas, a o tym, kto przeżyje, decyduje sympatia telewidzów… i polityka. Jednocześnie jakoś tak wyszło, że relacje z igrzysk to najlepsze, najciekawsze, najbardziej wciągające fragmenty książki. Błyskawiczne zwroty akcji, zmyślne intrygi, nieoczekiwane sojusze, no i nieznani bohaterowie w ekstremalnej sytuacji, którzy szybko dają się podzielić na tych, którym się kibicuje i tych, którym życzy się śmierci… Przewracając kartki w rzadkim dla niego tempie, Gryzipiór pojął za zgrozą, że jego czytelnicze emocje to te same emocje, które towarzyszą oglądającym transmisję z areny. Że czytanie o fikcyjnych bohaterach niczego tu nie zmienia, bo Kapitolińczykom walczące w igrzyskach dzieci też nie wydają się realne. To wprost rewelacyjne, jak autorka zdołała ograć czytelnika, zrównując go z mieszkańcami Kapitolu, których kilkadziesiąt stron wcześniej zdążył znienawidzić. Dzięki temu udało się obnażyć wrodzoną ludziom fascynację okrucieństwem i wbić szpilę tym, którzy jej ulegają, także czytelnikom „Igrzysk śmierci”. No, bo czym różni się czytanie o agonii dziecka od oglądania jej na żywo w telewizji? Trylogia Collins to taki friendly reminder, że czytanie – rzekomo atrybut człowieka cywilizowanego – również karmi w nas Bestię.

W ostatnim tomie trylogii w reality show zmienia się wojna – również transmitowana na żywo i cenzurowana tak, by gotowy materiał służył utrzymaniu władzy. To, że za kamerami stają rebelianci, a nie słudzy Kapitolu, nie ma znaczenia, bo Collins dokłada starań, by zatrzeć między nimi wszelkie różnice. Pod koniec książki i establishment, i ruch oporu przypominają sprawnie zarządzane przedsiębiorstwa z makiawelicznymi politykami na czele. W działalności tego drugiego nie ma zresztą nic z ducha rewolucji, o jakiej zwykle opowiada się w literaturze. Wszystko zostaje ostrożnie i na chłodno obliczone, a do tego wsparte wiedzą inżynierów, którzy zdają się nie dbać o etyczne konsekwencje swoich odkryć. Katniss zaś przyjmuje rolę Kosogłosa rewolucji nie z miłości do niej, lecz z nienawiści do Kapitolu i pragnienia osobistej zemsty. Nie będzie happy endu w Panem; jedyne, na co można liczyć, to wymiana elit władzy na takie, które przynajmniej deklarują, że zadbają o zwykłych ludzi. Niepokojąco to realne, a do tego gorzkie, bo podważa sens ofiary, tak często w kulturze nobilitowanej. Skoro wojna w niby słusznej sprawie nie zmieniła świata na lepsze, jak uzasadnić doznane cierpienie? Na jakiej podstawie odbudować zgubioną po drodze tożsamość?

Jako się rzekło, Collins szuka nadziei w kojącej gniew miłości. Gryzipiór szukałby jej gdzie indziej: w wywrotowej etyce, którą kieruje się bohaterka, przeciwstawiając się cynicznej władzy i narzucanej przez nią wizji świata. Spośród wszystkich działań Katniss najbardziej znaczący jest chyba wybór samobójstwa zamiast morderstwa bliskiej osoby. To negacja instynktu przetrwania, a więc i wszelkich okrutnych i deterministycznych wizji świata, w których silni zjadają słabych. Niby niewiele, a jednak wystarczająco, by rozpocząć rewolucję... Tylko co zrobić, by lekarstwo nie okazało się gorsze od choroby?

[1] Dla czytelnika wątek Prim jest wyjątkowo zdradliwy. Młodsza siostra Katniss występuje w powieści jako takie ucieleśnienie niewinnego dzieciństwa, tym cenniejszego, im łatwiej je stracić. Stereotypowa, błąkająca się bez celu na drugim planie, łatwo daje się przeoczyć – aż do jednej z ostatnich scen powieści, w której to idealne dziecko, za którego rzekomą niewinność Katniss gotowa jest zginąć, pojawia się nagle na polu walki. Dla Katniss to podwójna porażka: raz, że nie zdołała ocalić dziecięctwa siostry, a dwa, że uwierzyła, że to w ogóle możliwe.


  • Przekład: Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz
  • Wydawca: Media Rodzina
  • Rok wydania: 2012 (2008, 2009, 2010)
  • Liczba stron: 822
  1. Gryzipiórze, znowu mogę się podpisać pod Twoim postem :) Chociaż nieco inaczej odbierałam postać Prim: dla mnie to bohaterka, która nie tyle błąka się bez celu, co raczej zdaje sobie sprawę że nie ma na nic wpływu i musi żyć ze świadomością, że jej siostra praktycznie oddała za nią życie, chociaż fizycznie nie zginęła. I która na swój sposób dąży do tego, żeby spłacić ten dług - co w końcu przyczyni się do tragedii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że to ciekawsza interpretacja? Tylko się zastanawiam, jak wielu czytelników na nią wpadnie, skoro tej postaci poświęca się tak mało czasu. To może być albo zabieg celowy, który ma zmylić czytelnika co do (nie)ważności tej postaci, albo błąd, który mści się tym, że o Prim nie można na 100% stwierdzić wiele ponad to, że jest dobra i że jest lekarką. Co, jeśli zabawić się w psychoanalizę, całkiem fajnie łączy się z tym "płaceniem długu", o którym piszesz.

      Usuń
  2. Bardzo fajny, ciekawy i trafny tekst :) Chłonęłam tę książkę bardzo emocjonalnie i trudno mi było potem ją potem z sensem analizować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Mnie, przyznam, naprawdę zaangażowała emocjonalnie dopiero ostatnia część. Nie spodziewałam się aż tak ponurego obrotu spraw, pesymistycznego przesłania i przede wszystkim szaleństwa Katniss, które było bardzo wiarygodne.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.