Kobieta w czerwieni, czyli „Gra o tron”, sezon 6, odcinek 1


Gryzipiór musi Wam coś wyznać. Nie jest dobry w trzymaniu się popkulturowych obietnic. Niecały rok temu, wymęczony absurdami i bezsensownym okrucieństwem piątego sezonu, zarzekał się, że nigdy już nie obejrzy „Gry o tron”, której książkowy pierwowzór jest jedną z jego ulubionych powieści fantasy i nie tylko. Słowa, jak widać, nie dotrzymał i dlatego co tydzień będzie tu sobie dywagował nad kolejnymi odcinkami szóstej serii serialu. Oczywiście merytorycznie i bez krzty ironii, jak zawsze. W końcu stara miłość nie rdzewieje, nawet jeśli wraca się do niej po trosze z małżeńskiego obowiązku.


Tekst zawiera spoilery dotyczące fabuły odcinka.

Pierwsze odcinki sezonów „Gry o tron” nie grzeszyły dotychczas oryginalnością. Zazwyczaj po roku nieobecności kolejno sprawdzaliśmy, co słychać u każdego z członków pokaźnej obsady. Zawiązywały się nowe wątki, z których scenarzyści mozolnie pletli nowe otwarcie. Tym razem jest inaczej. „Kobieta w czerwieni” to nie tyle początek nowej serii, ile dalszy ciąg serii poprzedniej. Oto malowniczo rozpostarty leży na śniegu Jon Snow o woskowej twarzy, a gdzieś poza zasięgiem wzroku żałośnie wyje wilkor. W końcu wyjaśniło się, gdzie podczas zamachu na Lorda Dowódcę podział się Duch; po prostu go zamknęli. Ciało znajduje Davos, który jako jedyny rozsądny w towarzystwie staje się przywódcą minirebelii braci wiernych Jonowi. Dołącza do niego tytułowa kobieta w czerwieni, czyli Melisandre, która – jak sugerowali scenarzyści – przejdzie w tym sezonie coś na kształt kryzysu wiary. Widząc jej ściągniętą twarz i zagubione spojrzenie, Gryzipiór pomyślał, że bardzo chciałby takiego kryzysu – niełatwo będzie byłej sojuszniczce Stannisa na nowo zainteresować sobą widzów po akcji z końca zeszłego sezonu.

W tej sekwencji szczególnie podobała się Gryzipiórowi przemowa ser Allisera, któremu, prawdę mówiąc, należało udzielić głosu w poprzednim sezonie, zanim zamordował Jona. Bo oto wreszcie słyszymy, że Nocna Straż miała rozsądne powody, by pozbyć się swojego dowódcy, a Thorne nie jest jeno czarnym charakterem powołanym do życia, by uprzykrzać życie ulubieńcowi publiczności. Słuchając, jak otwarcie przyznaje się do zdrady – koniecznej w jego ocenie – i okazuje Jonowi zrozumienie, Gryzipiór naprawdę poczuł do starego rycerza sympatię. Co pewnie oznacza, że wkrótce zginie.

W ogóle ten odcinek monologami stoi; chwilę później stajemy się świadkami pożegnania Ramsaya z Myrandą. To dziwnie poruszający moment, jak zawsze, gdy postać, której win nie da się odkupić, niespodziewanie okazuje ludzkie uczucia. Gryzipiór rzadko chwali twórców serialu, ale doprawdy udało im się z Ramsayem – to bohater bardziej złożony, a przez to ciekawszy niż w książce. Jest w nim lęk i pragnienie udowodnienia swojej wartości, a jednocześnie za każdym razem, gdy już, już wydaje się, że widz mógłby go polubić, wyskakuje z tekstem takim jak w tej scenie. „To dobre mięso. Rzuć ją ogarom”. Serio, Ramsayu? Przyjaciółkę z dzieciństwa?

fot. HBO / Fanpop [*]
Pokrzepione pożywnym posiłkiem ogary prędko znajdują trop Sansy i Theona, którzy w upadku z murów Winterfell najwyraźniej nie złamali nawet palca, a teraz uciekają w stronę Czarnego Zamku. Wokół mroczne lasy i błękitny zmierzch, w którym czuć nadchodzącą śnieżycę – specjaliści od wyboru lokacji zrobili tu naprawdę sporo dobrej roboty, kompozytor także. Gryzipiór wzruszył się nawet, gdy bohaterowie, zmęczeni przeprawą przez lodowatą rzekę, padli sobie w ramiona pod przewróconym drzewem. Ładne to i autentyczne. Serc nie mają ci żołnierze Boltonów, by przerywać taki moment! Na szczęście w okolicy jest Brienne, a z Brienne lepiej nie zadzierać. To kolejny mocny punkt tego odcinka: Dziewica z Tarthu przysięga wierność Sansie jak niegdyś przysięgała lady Catelyn, a Sansa przyjmuje hołd drżącym głosem, ale z godnością przyszłej królowej. Stary cynik Gryzipiór ma tylko jedno pytanie, mianowicie: gdzie podczas walki podziały się ogary?

Trzecia mocna przemowa tego odcinka należy do Cersei, która biegnie na spotkanie córki niby radosny podlotek, tylko po to, by ujrzeć… przybraną złotem trumnę. Bardzo podobała się Gryzipiórowi w tej scenie Lena Headey, która zamiast grać zawodzącą z rozpaczy matkę, pokazała nam kobietę, której zabrakło już łez, by opłakać kolejną stratę. Znakomita, pełna rzadkiej u tej postaci szczerości i skierowanej do wewnątrz nienawiści jest jej mowa o zmarłej córce. „Nie wiem, skąd się wzięła – przyznaje Cersei. – W niczym mnie nie przypominała”. No i ta odpowiedź Jaimego: „Wiem”. Cały zeszły sezon narzekał Gryzipiór na statyczność tej relacji, która trwała niezmieniona, mimo że zmieniali się bohaterowie, a zwłaszcza Cersei. Teraz pomyślał, że jeśli scenarzyści odpowiednio ją rozegrali, może się ona stać mocną stroną tego sezonu: dwoje ludzi, którzy nie mają już względem siebie złudzeń, ale trwają razem, gdyż nie mają nikogo innego. Gorzkie to i jakże w duchu oryginału. W dodatku Cersei wspomniała o proroctwie, którego część słyszeliśmy w poprzedniej serii, a które roztacza nad tą parą widmo nieuchronnej tragedii. Gryzipiór pochwala.

fot. HBO / Fanpop [*]
Nie pochwala natomiast tego, co się stało w Dorne. Ani trochę. Serio, jaka klątwa ciąży nad tym wątkiem, że ilekroć pojawia się na ekranie, Gryzipiór ma ochotę wyć? Ellaria Sand zabija Dorana Martella, swojego władcę. Żmijowa Bękarcica powala muskularnego Areo Hotaha jednym ciosem noża. Obara i Nymeria pozbywają się Trystane’a, jedynego obecnie dziedzica tronu, w najbardziej kuriozalny ze sposobów. Doprawdy powinni im podziękować Lannisterowie, bo te głupie, żądne krwi baby właśnie wykończyły panującą dynastię Dorne. Dlaczego? Dlatego, że owa dynastia nie chciała pomścić śmierci Oberyna, który – przypomnijmy – zginął w pojedynku, niejako na własne życzenie. Żadnego w tym sensu, a wdzięku jeszcze mniej.

Co więcej, Gryzipiór zupełnie nie rozumie, po co twórcy zaangażowali świetnego aktora i wprowadzili do serialu Dorana, skoro mieli zamiar wykończyć go przy pierwszej okazji, nie dawszy mu nawet dojść do głosu? Przecież w książce to jest naprawdę fajna postać. To mądry, sprytny przywódca, który tylko udaje słabość i uległość, by dokonać zemsty we właściwym czasie. „Trawa skrywająca węża”, jak o sobie mówi. W serialu zaś widzimy… kogo właściwie? Chudzielca bez charakteru, który zginął zbyt szybko, byśmy zdążyli go poznać? No, panowie – tego się widzom nie robi.

Rozczarowania po tej scenie nie osłodzi nawet pojawienie się Tyriona, który zresztą przechadza się z Varysem ulicami Meereen, jakby zapomniał, że kilka dni temu prawie zginął w zamieszkach. Dziwna to wędrówka, podczas której swobodnie dyskutuje się o ucieczce Daenerys i podobno napiętej sytuacji politycznej. Problem w tym, że w ogóle nie czuć tego napięcia – miło grzeje słońce, a panowie zdają się niczego nie lękać; kilka groźnych napisów na murach to za mało, by oddać atmosferę miasta pozbawionego władcy i rządów prawa. Bez sensu wydaje się też spalenie floty przez meereeńskich rebeliantów – chcieli przecież, by Dany odpłynęła w siną dal, a dokąd tu płynąć bez okrętów? „W najbliższym czasie nie pożeglujemy do Westeros”. Dzięki, Tyrionie, wiemy to co najmniej od końca pierwszego sezonu.

fot. HBO / Fanpop [*]
Zresztą o wilku smoku mowa. Od czasu, gdy rok temu dopadł ją khalasar, Dany nie zdołała zrobić wiele, by się uwolnić, a groźby gwałtu, którymi częstują ją porywacze, przypominają, jak zwodnicza jest władza w świecie, w którym w jednej chwili można trafić z meereeńskich piramid prosto pod bicz. Podobają się Gryzipiórowi spokój, godność i odrobina ironii, z jaką Matka Smoków znosi drwiny dothrackich samców, przekonanych, że ich ofiara jest niemową. Podobają mu się też niegościnne pustynne góry w tle – naprawdę z każdym kolejnym sezonem „Gra o tron” coraz bardziej zachwyca wizualnie, choć fabularnie już niekoniecznie. A skoro jesteśmy przy efektach wizualnych, to Gryzipiór pozwoli sobie przeskoczyć do fantastycznej ostatniej sceny. Oto Melisandre, znowu z tym niepasującym do niej zagubieniem na twarzy, przygląda się sobie w miedzianym zwierciadle – dawniej niewzruszona w wierze, dziś porzucona przez boga kapłanka, której skończyły się magiczne sztuczki.

Oprócz jednej, najważniejszej.

Kobieta w czerwieni rozdziewa się powoli, co zwykle oznacza, że zaraz będą się działy czary. Tym razem nie narodzą się jednak cudowne dzieci-cienie. Lustro pokaże za to nieprawdopodobnie starą i zmęczoną kobietę z obwisłymi piersiami i pomarszczonym brzuchem, która kładzie się do łóżka, by… umrzeć? Przejść kolejną przemianę? Zwyczajnie odpocząć? Cokolwiek zamierza Melisandre, ta scena, wspaniale uszlachetniona niepokojącą muzyką, zostanie z Gryzipiórem na długo. Nawet mimo tego, że nie zaskoczyła go prawdziwa tożsamość czerwonej kapłanki (zbyt długo siedział w fandomie, zbyt wiele poznał teorii, by cokolwiek mogło go zaskoczyć). Pytanie brzmi: co dalej? Bo pierwszy odcinek szóstej serii, mimo – delikatnie mówiąc – nieśpiesznego tempa, okazał się całkiem obiecujący. Kameralny i skoncentrowany na bohaterach, tak jak Gryzipiór lubi. Gdyby jeszcze za tydzień całe Dorne zapadło się pod ziemię, mógłby nazywać się naprawdę szczęśliwym Gryzipiórem. A jak Wam się podobała „Kobieta w czerwieni”?

  • Reżyseria: Jeremy Podeswa
  • Scenariusz: David Benioff & D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 25 kwietnia 2016
  1. Wiesz, że jestem wielką fanką tego Twojego cyklu? I znowu będę mogła być na bieżąco! Chociaż dla laika, jakim jestem w sprawach TV "GoT", to spojlerów nawet mogłoby być więcej (z książkową Melisandre rozstałam się w połowie II tomu, więc nawet nie przypuszczam, kim by mogła być ;)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło! Na razie Melisandre okazała się bardzo starą i zmęczoną kobietą, która przybiera młodszą postać chyba dzięki zaczarowanemu naszyjnikowi. Po fandomie krąży kilka teorii co do tego, kim mogłaby być, ale serial na razie nie potwierdził żadnej z nich. Ciąg dalszy nastąpi :)

      Usuń
  2. Ogary poszły w las.

    Mi z kolei całkiem spodobała się gra aktora wcielającego się w Khala Moro. Postać niby jest malowana głównie barwami siły, testosteronu i pewności siebie, a jednak ten cień zwątpienia i pokorny szacunek dla tradycji dodają tej przyjemnej głębi w jego wizerunku.
    Rzecz jasna, w budowaniu jego wizerunku pomagają też bracia krwi (zapewne), którzy najwidoczniej nie znają moresu i wymagają od czasu do czasu karcącego spojrzenia. W swojej nonszalancji skojarzyli mi się trochę z hobbitami, zastanawiającymi się nad tym, co zjeść na drugie śniadanie...
    Ciekawe, czy utrzymają formę do czasu, gdy ich widowiskowo zamordują.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podejrzewam, że trudno utrzymać formę, kiedy człowieka topi smoczy ogień. Ale kto ich tam wie, tych Dothraków. Mnie z kolei podobało się w tej scenie to wrażenie, że chcąc uchronić się przed okropnym losem, Dany przypadkowo skazała się na coś jeszcze gorszego. Fajnie to rozegrane. A sam khal? Mam nadzieję, że chociaż pożyje dłużej niż Doran Martell, żebyśmy mogli go trochę poznać!

      Usuń
  3. Też obejrzałam, a miałam nie oglądać... taki spokojny był ten odcinek. Trochę jakby twórcy się bali jeszcze popełnić jakieś większe, bardziej świętokradcze odejście od fabuły książek i chyba jedyną satysfakcję sprawiło mi spotkanie Sansy z Brienne, bo główną zasadą Martina jest żeby broń Boże bohaterowie się nie spotykali, a jeśli nawet to niech nie wiedzą kto jest kim. Chyba najbardziej mnie ciekawi właśnie ten wątek, bo Jaime i Cersei trochę się wyczerpali, na Murze jest jakoś nudno (taaa... czekałam aż nagle oczy Jona zrobią się niebieskie i złapie Davosa za gardło... ktoś jeszcze?), mam nadzieję że Arya przez pół sezonu nie będzie uczyła się o jin i yang, jak w książce, bo tego nie zdzierżę. Melisandre mnie zaskoczyła, przyznaję ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy tak patrzę na Dorne, to obawiam się, że twórcy żadnego już świętokradztwa popełnić się nie boją :P Tak, wątek Sansy zapowiada się nieźle, ale myślę, że i duet Jaime-Cersei może jeszcze coś fajnego pokazać, szczególnie że szykuje się im proces (o którym jakoś na razie cicho). Mur to cisza przed burzą - jeszcze kilka odcinków i Jon będzie raźnie bił Boltonów, ku uciesze wszystkich ;)

      Usuń
    2. No fakt, Dorne... chociaż ten wątek w serialu zupełnie mnie nie ruszał, więc zupełnie nie potraktowałam go jako świętokradztwo :D Zwłaszcza że w książce jednak wątek Dorne miał sens pomimo paru bezsensownych rozwiązań (porwanie Myrcelli...), bo choćby wprowadzał postać Quentyna Martella, jednej z dwóch dla której czytałam z zainteresowaniem "Taniec ze smokami". Drugą był... no tak, jeszcze nie wspomniałam pod Twoją recenzją zgodnie z tradycją o Młodym Gryfie :D Skoro z obu tych postaci twórcy serialu zrezygnowali, to ciekawa jestem jaki cel im przyświeca. Swoją drogą, chciałabym być obecna w writer's roomie podczas burzy mózgów :)

      Usuń
    3. Podejrzewam, że wątek Dorne może nabrać znaczenia, kiedy (jeśli) Dany przypłynie do Westeros. Ktoś w końcu musi ją poprzeć, a Lannisterowie i Tyrellowie tego nie zrobią, nie? Pytanie tylko, czy było warto poświęcać mu tyle czasu za cenę zaniedbania innych, fajniejszych wątków. Bo ja to bym jednak wolała Młodego Gryfa. Albo chociaż Starego.

      Usuń
    4. O ile do tego czasu ktoś w tym Dorne zostanie :)

      Usuń
  4. Tez sobie obiecywałam, ze już nie będę oglądać i w zasadzie do samego końca sie zastanawiałam nad tym. W końcu sie skusilas, ale jakoś bez entuzjazmu, temu uciekł mi początek odcinka. Śmierci Jona nie wybaczę, nie podobało mi sie tez to, co stało sie w Dorne - oby to nie zwiastowało kontynuacji bezsensownego mordowania sie w każdym odcinku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby, choć już w piątym sezonie twórcy udowodnili, że nie mają nic przeciwko bezmyślnemu mordowaniu bohaterów. Szczęśliwie dzięki temu postaci zrobiło się mniej, toteż trudniej je uśmiercać :P

      Usuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.