Bunt czytelniczek, czyli o slashu w fanfiction


Ten wpis powstał z gniewu. Gniew zaś narodził się podczas pewnego spotkania na uczelni, po którym Gryzipiórowi nie dawało spokoju pytanie, w jaki sposób mówić o fanfiction? Wiecie, ten temat cierpi w polskiej nauce – i poza nią – na rodzaj syndromu kolonialnego, kiedy o pisarstwie nastolatek czy młodych kobiet opowiadają dorośli mężczyźni, często dystansując się od przedmiotu badań… a nawet podśmiewając się z niego. Oczywiście nie chodzi o to, by komukolwiek zabraniać badać tego, co go interesuje. Chodzi o to, żeby pokazać, że można inaczej.

Fanfiction, jakie jest, każdy widzi. Różne. Po połączeniu kilku definicji wychodzi, że to opowiadania tworzone przez fanów, które wykorzystują postaci i czasem świat z oryginalnego tekstu kultury (książki, filmu, serialu, mangi…). Publikowane za darmo, teraz już przede wszystkim w Internecie, np. na Ao3 i Fanfiction.net. Długie lub krótkie, ponure (angst) lub cukierkowe aż cierpną zęby (fluff), rewelacyjne lub zabawnie słabe – dokładnie tak, jak oficjalna literatura. Dziś już chyba nie budzą tylu kontrowersji, co dawniej, nawet u specjalistów od prawa autorskiego, choć jeden ich gatunek wciąż jest u wielu na cenzurowanym – głównie z powodu rzekomo pornograficznego charakteru. To slash, czyli fanfiction opowiadające o miłosnej i erotycznej relacji bohaterów tej samej płci. I właśnie o nim będzie dziś mowa.

Ile tego jest

Nie raz i nie dwa Gryzipiór słyszał, że slash to margines fanfiction. Jeśli tak, jest to największy margines, jaki widział w życiu. A ponieważ nic nie jest równie przekonujące, co brzydkie wykresy statystyczne, Jeszcze w grudniu Gryzipiór zestawił liczbę różnych rodzajów fanfików w największych fandomach na Ao3:

Fandom
Marvel
Supernatural
Harry Potter
Sherlock Holmes
Teen Wolf
Doctor Who
Star Trek
Dragon Age
J.R.R. Tolkien
Pieśń Lodu i Ognia
Liczba
146 990
117 809
84 449
83 706
66 907
43 090
31 362
29 350
29 308
16 360
M/M
49%
64%
49%
60%
70%
25%
55%
29%
48%
18%
F/M
29%
14%
29%
15%
21%
40%
23%
51%
20%
61%
Gen
25%
24%
23%
26%
15%
34%
24%
17%
34%
22%
Najpopularniejsza para
J. “Bucky” Barnes/Steve Rogers
Castiel/Dean Winchester
Draco Malfoy/Harry Potter
Sherlock Holmes/John Watson
Derek Hale/Stiles Stilinski
Jack Harkness/Ianto Jones
James T. Kirk/Spock
Female Inquisitor/Cullen
Bilbo Baggins/Thorin Oakenshield
Jaime Lannister/Brienne of Tarth

Od razu zaznaczmy, że podział na M/M (romanse męsko-męskie) i F/M (romanse damsko-męskie) nie oddaje tego, co się tam naprawdę dzieje, bo fanfiki opowiadają już o każdej tożsamości płciowej i seksualnej, popularny jest też genderswap, czyli zmienianie płci bohaterów w stosunku do oryginału, oraz genderbending, czyli wykraczanie poza binarną opozycję kobieta-mężczyzna. Co więcej, każdemu z tych fandomów w zasadzie należałoby poświęcić odrębną analizę socjologiczną. Bo fandomy są różne. W jednych będzie więcej erotyki, w innych mniej. Jedne, np. Harry’ego Pottera i twórczości Tolkiena, będą nastawione na poszerzanie oryginalnego świata i uzupełnianie jego historii, a inne, np. fandom „Hannibala”, na badanie relacji między bohaterami.

Gryzipiór nie jest fanem tego pairingu z serialu „Teen Wolf”, ale przyznacie, że bez tego obrazka tekst o slashu byłby jakiś wybrakowany (fot. MGM Television/Music Television (MTV)).

No, ale takie szczegółowe analizy Gryzipiór zostawia znajomym z konkretnych fandomów, a sam musi się zadowolić generalizacją. A według niej, chociaż w wielu fandomach przeważają romanse damsko-męskie, to generalnie slash wygrywa liczebnie nie tylko z nimi, ale i z fanfikami pozbawionymi erotyki. Więcej nawet – fandomy, w których przeważają nieheteronormatywne romanse, okazują się mieć największy potencjał twórczy, to znaczy produkują najwięcej fanfików. Dlatego Gryzipiór wierzy, że chociaż zawężanie kwestii fanfiction do kwestii slashu byłoby ograniczające, to jednak nie da się od tego tematu uciec. I dobrze, bo jest on ciekawy, chociaż zwykle nierozumiany.

Kto to czyta

Niezrozumienie to jest... zrozumiałe. Wielu może się to wydać dziwaczne: dlaczego romanse z mężczyznami w rolach głównych piszą i czytają kobiety? Bo słusznie uważa się, że entuzjastkami fanfików są w większości kobiety, acz nadal niesłusznie się dodaje, że są to kobiety heteroseksualne. Cytowane są badania Camille Bacon Smith sprzed 20 lat, z których wynikało, że przeciętna wielbicielka slashu to biała, heteroseksualna, trzydziestoletnia singielka z klasy średniej, z wyższym wykształceniem. Na podstawie tych badań powstała definicja, zgodnie z którą slash to fanfiction „tworzone przez heteroseksualne kobiety dla heteroseksualnych kobiet”:
Slash is: Erotic fanfic written by heterosexual women for heterosexual women, using appropriated characters from popular culture. The sexual pairing, indicated as character/character, is always two men. The actors portraying these characters must be thought to be sexually available to the women i.e. heterosexual, and at least one of them is sexually attractive to the writer/reader [cyt. za: B. Hansen, „The Darker Side of Slash Fanfiction on the Internet”, s. 2].

Problem w tym, że przynajmniej od kiedy fandomy przeniosły się na Tumblr jest to – delikatnie mówiąc – kompletna bzdura. Potwierdza to ankieta przeprowadzona wśród 10 tysięcy użytkowników Ao3. Tylko 30% respondentek określiło się w niej jako „heteroseksualna kobieta”. Zwraca uwagę duży odsetek osób, dla których płeć partnera czy partnerki nie jest ograniczeniem (biseksualnych, panseksualnych, aseksualnych). Nawiasem mówiąc, mnogość użytych określeń sugeruje, że są to osoby bardzo świadome swojej seksualności oraz związanej z płcią problematyki, co jest na pewno znaczące. W każdym razie taki układ demograficzny każe podejrzewać, że w fanfiction znajdują wyraz problemy obu tych grup społecznych: kobiet i osób LGBT.

Przerabiam, więc jestem

Żeby to sprawdzić, Gryzipiór posłuży się starą, ale chyba nie tak bardzo nieaktualną teorią Johna Fiskego – medioznawcy z brytyjskiej szkoły kulturoznawczej. Fiske studiował wprawdzie dżinsy, nie literaturę tworzoną przez fanów, niemniej zauważył, że wszystkie produkty oprócz materialnej mają też funkcję kulturową, to znaczy niosą ze sobą pewne wartości i znaczenia, charakterystyczne dla dominującej ideologii (kapitalizmu na przykład). Przypuśćmy jednak, że zaraz po zakupie podrę moje markowe dżinsy, zbuduję akwarium z szafek z Ikei, prze-piszę na nowo fabułę znanej baśni tak, by na końcu to księżniczka ocaliła księcia. Co się wtedy stanie?

Otóż według Fiskego dokonam negacji wartości tej dominującej ideologii. Stanę się aktywnym, świadomym odbiorcą, który rości sobie prawo do tworzenia własnej kultury – kontrkultury – z zasobów dostarczanych przez system rządzący. Przerabiając, zaangażuję się w walkę z systemem władzy, w swego rodzaju „partyzantkę semiologiczną”. Z gotowych, zideologizowanych produktów kultury oficjalnej będę tworzyć nowe utwory wedle własnych wartości, potrzeb i upodobań. Jeśli tymi produktami będą książki, filmy czy seriale, być może zacznę pisać fanfiction, uzupełniając oryginalne teksty o to, czego mi w nich brakowało. Niewykluczone, że będą to intensywne emocje, wątki LGBT, historie postaci drugoplanowych, relatywizm moralny (źli bohaterowie przedstawiani jako dobrzy albo nieoczywiści) czy po prostu sceny erotyczne, w których obiektem zainteresowania jest nie kobiece, a męskie ciało – wszystko to, co wciąż jeszcze bywa wywrotowe. Jak bowiem pisze Fiske, w owo „przerabianie” kultury najchętniej angażują się mniejszości wykluczone z powodu płci, orientacji seksualnej, rasy czy sytuacji ekonomicznej.

„Hannibal” to chyba pierwszy tak wyraźny przykład oficjalnego fanfiction, które stara się na nowo zinterpretować wieloznaczną relację z kulturowego kanonu. Wygląda na to, że dawniej wywrotową twórczość fanów zaczynają zasysać oficjalne media (fot. NBC).

To chyba właściwy moment, by oddalić zarzut, według którego o slashu mówić nie warto, bo to tylko takie dziwne fantazje osoby, która rozczarowała się własnym życiem uczuciowym, więc niesłusznie jest dopatrywać się w nim fenomenu społecznego. Otóż w slashu nie ma wiele jednostkowego. Slash, jak każde fanfiction, powstaje w obrębie wspólnoty – fandomu lub części fandomu. Autorki inspirują się wzajemnie, podrzucają sobie pomysły, doradzają sobie, recenzują swoje teksty. Piszą rozbudowane analizy materiału wyjściowego. W tej sposób tworzy się wspólnota, w której tekst poddany jest nieustannej, wspólnej, queerowej reinterpretacji. Nasuwa się porównanie choćby z historią króla Artura, do której dokładali się przez wieki półanonimowi autorzy, wspólnie wypracowując pewną zmienną, ewoluującą narrację. Można by ten proces nazwać „wspólnym opowiadaniem”, w którym zaciera się granica między autorem a czytelnikiem, nadawcą a odbiorcą.

Nic więc dziwnego, że zagraniczni badacze fanfiction często powołują się na teorię wspólnot interpretacyjnych. Wspólnota interpretacyjna to pewien sposób patrzenia na świat, właściwy danej grupie osób, który sprawia, że osoby te mogą interpretować różne rzeczy mniej więcej tak samo, dlatego że podzielają wspólną wizję świata. W tej teorii znaczenie tekstu nie jest stałe; jest społeczną konstrukcją zależną od zaplecza kulturowego danej wspólnoty. Fanfiction byłoby więc nie tylko pisaniem, ale i sposobem czytania danego tekstu kultury. Dlatego nie bardzo trafia do Gryzipióra przekonanie, że slash to zło, bo łączy w pary bohaterów, którzy w oryginalnym tekście są ledwie przyjaciółmi lub wręcz rywalami. Mówiąc wprost: Ty oglądasz serial X jak fantasy czy kryminał, ja zaś oglądam go jak nieheteronormatywny romans – i oboje mamy rację.

Dlaczego to się czyta

Teorii jest sporo. Niektórzy przypuszczają, że kobiety czerpią z czytania o męskiej erotyce w slashu przyjemność analogiczną do tej, jaką czerpią mężczyźni z oglądania lesbijskiej pornografii. Gryzipiórowi jednak to tłumaczenie wydaje się naciągane, bo po co kobiety miałyby poświęcać czas i uwagę długim, angażującym i często ponurym fanfikom, kiedy w równie dobry nastrój mogłyby się wprawić, po prostu oglądając pornografię? Musi chodzić o coś więcej.

Według innej teorii slash to próba „naprawienia” kultury popularnej poprzez umieszczenie postaci LGBT w utworach promujących zwykle relacje heteroseksualne. To wydaje się już bliższe prawdy, chociaż gdyby chodziło tylko o to, można by się spodziewać większej popularności romansów damsko-damskich, które w fanfiction występują marginalnie (chociaż coraz częściej – vide fandom Disneya i „Jessiki Jones”, a wcześniej „Xeny”. Nawiasem mówiąc, na ich niewielką obecność może wpływać fakt, że znalezienie w popkulturze ciekawej bohaterki-kobiety jest trudne, a znalezienie dwóch ciekawych bohaterek – prawie niewykonalne). Według jeszcze innej teorii slash to taki obszar, w którym autorki czy czytelniczki mogą bezpiecznie, anonimowo zakwestionować i zbadać własną seksualność. Co pewnie jest prawdą, acz niepełną. O co więc chodzi? Zdaniem Gryzipióra o sprzeciw wobec popkulturowego obrazu kobiety, miłości i erotyki.

Kobieta

Zacznijmy od kobiety. Nie jest tajemnicą, że jej wizerunek w mediach jest stereotypowy i wyidealizowany. Co chwila ktoś próbuje stawiać nam za wzór popkulturowe bohaterki: piękne, młode, szczupłe, zdrowe i pozbawione agresji, przy czym ich rzekoma perfekcyjność zadziwiająco często idzie w parze z nijakością. Ręka do góry, kto z Was uważa kobiety Bonda za interesujące, pełnowymiarowe postaci? Kto w ogóle pamięta ich imiona? Kto się utożsamia z Padmé, Ginny Weasley, Allison Argent czy filmową wersją Jane Foster? Mnóstwo, mnóstwo kobiet pełni w popkulturze funkcję jedynie obiektu zainteresowania mężczyzny – rodzaju trofeum, które ma potwierdzać jego męskość, oczywiście utożsamianą z heteroseksualnością. Rzadko stają się samodzielnymi postaciami. Nie ma w nich prawdy, życia, konfliktu, twórczego potencjału.

Trzy bohaterki z trzech różnych filmów. Zadanie: znajdź trzy różnice (fot. MGM Television/Music Television (MTV), Paramount Pictures/Marvel Entertainment, Columbia Pictures).

Autorki fanfików piszą o mężczyznach, ponieważ nie chcą identyfikować się z tymi kobietami. Ponieważ chcą uciec od stereotypu, mizoginii, nierówności wpisanej w relacje damsko-męskie. Wybierają męskich bohaterów popkultury, ale czynią ich bardziej interesującymi, ponieważ każą im się konfrontować ze słabościami, lękami i często ukrytymi uczuciami. W ten sposób robią coś wywrotowego: podważają tradycyjny wzorzec mężczyzny, ponieważ pokazują go jako wrażliwego i uczuciowego. Henry Jenkins, jeden z najbardziej znanych badaczy fandomów, pisał nawet, że slash jest gatunkiem opowiadającym wcale nie o seksie, ale o ograniczeniach tradycyjnej męskości i przeobrażeniach męskiej tożsamości. Naturalnie jest w tym zainteresowaniu męskimi bohaterami element idealizacji. Jak to zręcznie ujęła Sheenagh Pugh, „bohater slashu ma więcej wspólnego z tym, o czym marzą autorki fanfików, niż z tym, co wiedzą o mężczyznach”.

Miłość

Przypuśćmy, że mam ochotę napisać romans rozgrywający się w moim ulubionym uniwersum. Przyglądam się w myślach portretom bohaterów i bohaterek, zastanawiając się, o kim pisać. O Harrym i Ginny? Nuda. O Edwardzie i Belli Swan? Boże uchowaj. Te bohaterki są żadne i żadne są ich relacje z mężczyznami. Nie ma chemii, przyjaźni, zrozumienia, konfliktu – czegoś, na czym można by zbudować angażującą uczuciowo fabułę romansu. Popkulturowe związki damsko-męskie często opierają się na atrakcyjności fizycznej: bohater widzi bohaterkę pierwszy raz w życiu i już jest z wzajemnością zakochany. A pół godziny później film próbuje nam wmówić, że jest ona jego Jedyną Prawdziwą Miłością, dla której warto poświęcić życie. Nie zmyślam – kto widział niedawnego „Spectre”, ten wie. Sami powiedzcie: jak tu pisać romans, kiedy nie ma o czym?

Opowieści z MCU, cykl o Harrym Potterze, twórczość Tolkiena, seriale „Supernatural”, „Teen Wolf” i „Sherlock” to wszystko utwory, w których fanki dostrzegły potencjał romansu męsko-męskiego. Co je łączy? Motyw męskiej przyjaźni lub rzadziej rywalizacji. W filmach od Marvela mamy drużynę męskich superbohaterów, w której co chwila iskrzy – dosłownie i w przenośni, u Tolkiena na pierwszym planie są sami mężczyźni, zaprzyjaźnieni jak Legolas i Gimli, no a Sherlock Holmes i Doktor Watson stanowią właściwie archetyp męskiej przyjaźni. Te pary mężczyzn łączy lojalność, zrozumienie, uczuciowe zaangażowanie, wspólna historia. Ich wspólnym przeżyciom książki czy seriale często poświęcają więcej czasu i uwagi niż związkowi bohatera i jego kobiecej „ukochanej”. Co więcej, te przeżycia bywają niezwykle romantyczne: bohater ratuje świat u boku przyjaciela, zabija dla przyjaciela, ginie dla przyjaciela, wreszcie dla przyjaciela ożywa. Czy można się dziwić, że entuzjastki fanfików widzą w takich męskich przyjaźniach potencjał romansowy?

Zawrzyjmy układ: Gryzipiór przestanie pisać o slashu w fanfiction, kiedy w filmach przestaną pojawiać się sceny takie, jak z „Jurassic World” (fot. Universal Pictures)…

Co więcej, kiedy kobiety decydują się shippować parę bohaterów tej samej płci, to pokazują nam, czym według nich powinna być miłość. Powiedzcie: kiedy ostatnio widzieliście ciekawy, wiarygodny romans damsko-męski i czy było to w utworze należącym do kultury popularnej? Gryzipiór dawno nie widział, bo te romanse pełne są klisz, stereotypowych podziałów na role, kiepsko ukrywanej mizoginii. Uczynienie kochankami dwóch mężczyzn lub dwóch kobiet pozwala uwolnić się od całego tego bagażu kulturowego, jaki niosą ze sobą związki heteroseksualne. Pozwala często opowiedzieć historię miłości między dwojgiem równych ludzi, a nie między kobietą a mężczyzną.

Jak ta miłość wygląda? Mówi się często, że romanse w fanfikach są „bajkowe”. Otóż i tak, i nie. Są bajkowe w tym sensie, że pokazują miłość niezwykle intensywną, emocjonującą, często jedyną na całe życie. Ponadto żelazna zasada fanfiction mówi, że na końcu bohaterowie muszą się zejść, choćby po drodze przydarzyło im się milion nieszczęść. Niemniej fanfiki podejmują często tematy trudne, a popkulturze właściwie nieobecne. Autorki fanfików lubią „testować” swój ulubiony pairing w różnych sytuacjach psychologicznych. W zależności od fandomu popularne są wątki np. żałoby, ciężkiej choroby czy stresu pourazowego. Oczywiście wszystkie te trudne przeżycia mają umocnić miłość naszych bohaterów, niemniej składają się one na obraz miłości trudnej, wymagającej poświęcenia i zrozumienia drugiej strony; miłości zmagającej się z całkiem realnymi „ziemskimi” problemami.

Naturalnie istnieją i chyba nawet przeważają fanfiki lżejsze. One z kolei opowiadają o miłości, w której jest wspólna zabawa, swoboda w wyrażaniu uczuć, akceptacja, porozumienie. Oczywiście jest to obraz wyidealizowany, ale co ważne – bliższy chyba temu, czego pragnęlibyśmy doświadczyć w życiu, niż temu, co pokazuje się nam w mediach. Co więcej, obraz miłości w fanfikach sugeruje nam, że warunkiem nawiązania takiej autentycznej, głębokiej więzi jest absolutna równość i porozumienie partnerów. A że według entuzjastek fanfików równość i zrozumienie osiągalne są tylko w relacji nieheteroseksualnej – cóż, to mówi nam coś ważnego i zarazem ponurego o naszym społeczeństwie.

…a zaczną pojawiać się częściej sceny takie, jak z „Gry o tron”. Fandom tego serialu i książki to jeden z tych, w których slash występuje marginalnie. Gryzipiór zaryzykuje i napisze, że ma to wiele wspólnego z tym, jak ciekawe, wiarygodne i samodzielne są kobiece bohaterki „Pieśni Lodu i Ognia”. W końcu jest o kim pisać! (fot. HBO).

Na marginesie trzeba zaznaczyć, że nie zawsze jest tak kolorowo. Slash ma też swoją ciemną stronę, po której znajdują się gwałt, przemoc, tortury opisywane nie jako bolesne przeżycia, z którymi zmagają się bohaterowie, ale jako sytuacje ekscytujące i pożądane. Dlaczego powstają? Gryzipiór nie wie, ale chyba zgadza się z sugestią, że są formą autoterapii dla kobiet, które chcą wciąż wierzyć, że nawet w toksycznym, pełnym przemocy związku można znaleźć wartość.

Co z tą pornografią?

Docieramy zatem do tej strasznej pornografii, z którą slash zwykle się kojarzy. Problem w tym, że jeśli zerkniemy na najpopularniejsze tagi z Ao3, to okaże się, że pornografia jest raczej nieistotna. Znacznie chętniej używany jest tag „Sexual content”. Z tego wynika, że same autorki fanfików nie utożsamiają tego, co piszą, z pornografią. Może się wstydzą. Może jednak istnieje istotna różnica między pornografią a fanfikami zawierającymi ową „treść erotyczną”.

No, bo wiecie: w powszechnym wyobrażeniu pornografia polega na graficznym pokazaniu seksu między ludźmi, których poza samym aktem nic nie łączy. Natomiast w slashu erotyczne sceny między bohaterami zawsze osadzone są w kontekście ich relacji i wspólnej historii. Nawet jeśli fanfik należy do gatunku „Porn Without Plot”, to nigdy nie są JACYŚ przypadkowi kochankowie; to kochankowie, którzy przychodzą do łóżka z własnymi uczuciami, konfliktami, charakterem i przeszłością. Wspomniany wcześniej Jenkins pisze tak: „erotyzm w slashu to erotyzm wyzwolenia emocji, wzajemnej akceptacji; akceptacji siebie i swojego partnera”. I dodaje, że slash to tak naprawdę „opowieści skoncentrowane na relacjach między bohaterami płci męskiej, przeszkodach, które muszą pokonać, i spełnieniu, jakie znajdują u siebie nawzajem”.

Co więcej, sceny erotyczne są często tylko częścią znacznie dłuższego opowiadania, które koncentruje się na rozwoju uczucia między bohaterami. Ich fizyczne zbliżenie przedstawione jest jak naturalna konsekwencja łączącej ich miłości i ma przydać jej głębi. Gryzipiór nie śmie wyrokować, czy sceny te dają autorkom lub czytelniczkom satysfakcją seksualną, na pewno jednak dają im satysfakcję emocjonalną, bo oto widzimy dwóch bohaterów, którym udało się nawiązać głęboką więź i odnaleźć spełnienie.

Niebrzydka historia, prawda?

Z powodu chwilowego braku dostępu do uczelnianej biblioteki fragmenty prac „Textual Poachers: Television Fans & Participatory Culture” Henry’ego Jenkinsa oraz „The Democratic Genre” Sheenagh Pugh Gryzipiór cytuje za: M. del Mar Rubio-Hernández, „Slash fiction; an active fandom in the current Television series context”, s. 540-542 oraz B. Hansen, „The Darker Side of Slash Fanfiction on the Internet”, s. 4.
  1. Po pierwsze: nieziemsko wręcz ciekawy tekst. Po drugie: przypomniały mi się piękne czasy, gdy wraz z grupą koleżanek poznanych przez internet pisałyśmy fanfiction o fińskich skoczkach narciarskich ;) I kurcze, był rok 2001, internet ciągnęło się z telefonu, nikt jeszcze nie słyszał o slashu, shippingu, queerbaitingu i innych ingach, a równocześnie podświadomie nasi heteroseksualni bohaterowie uwikłani w romanse z heteroseksualnymi bohaterkami (autorkami opowiadania off korz ;)) byli tak pełni rozmaitych podtekstów o charakterze zupełnie nieheteroseksualnym, że to aż dziwne, że żadna z nas nie znała jeszcze wtedy nawet terminu fanfiction :) A bromanse pisało się lepiej niż romanse.

    I teraz, kiedy czytam Twój tekst, zgadzam się głównie z tą tezą o "naprawianiu" heteroseksualnej popkultury (i heteroseksualnej rzeczywistości - wszak fanfiki, jak ten nasz, bywają nie tylko o fikcyjnych postaciach). Poza tym to coś zazwyczaj zakazanego, a wspólny "zakazany" temat potrafi połączyć jak żaden inny, no i jest po prostu... ciekawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Ha, fanfiction o fińskich skoczkach narciarskich brzmi znacznie lepiej niż moje skromne fanfiction do cyklu wiedźmińskiego z koszmarną Mary Sue w roli głównej, które powstało mniej więcej w tym samym czasie. Niemniej - no właśnie - ja też nie miałam świadomości, jak nazywa się to, co tworzę. A tworzyłam, bo nie mogłam się pogodzić z tym, co autor uczynił niektórym bohaterom. Myślę, że to bardzo ważny moment, kiedy uświadamiamy sobie, że decyzje autora oraz obecne w kulturze tropy, motywy, stereotypy są do negocjacji, a nie tylko do biernego odbioru. Taki moment twórczego gniewu.

      Zabawne, że ta teza o naprawianiu popkultury była dawniej - mam wrażenie - często podważana, zwłaszcza za pomocą argumentu o heteroseksualności autorek fanfiction. Dziś wystarczy spędzić 5 minut na Tumblrze, żeby się przekonać, że w perspektywie społecznej to chyba najważniejszy motyw pisania slashowego fanfiction.

      Tylko tak się zastanawiam, jak to z tym pisaniem o realnych osobach, np. aktorach grających wspólnie w serialu. Z jednej strony to wypływa przecież z sympatii i raczej nikomu nie szkodzi, z drugiej - sama nie wiem, jak zareagowałabym na erotyczne fanfiction z sobą w jednej z głównych ról. Znaczy wykorzystanie wizerunku pewnie bym wybaczyła, ale kiepskie literacko opisy - nigdy w życiu!

      Usuń
    2. Tak jest, dokładnie. Moje pierwsze fanfiki w ogóle, nawet te niezapisane, tylko wymyślane przed zaśnięciem, dotyczyły np. braku ciekawych kobiet w moich ulubionych książkach/filmach (gdy miałam te 13 lat, były to przede wszystkim "Gwiezdne wojny" i... "Trylogia" ;)) To musiał być pewien przełom, gdy zorientowałam się, że skoro ich nie ma, to mogę je sobie wymyślić sama i nikt nie musi o tym wiedzieć.

      A z realnymi osobami, no to właśnie, w dobie internetu każdy może sobie zajrzeć do takiego opowiadania o sobie i poczuć się dziwnie. Ale z drugiej strony, często autorki/autorzy mają już świadomość konwencji i pewne fanfiki naprawdę świetnie się czyta, a realni bohaterowie są tylko pretekstem do tego, by przyciągnąć większą liczbę czytelników. Kiedyś przeczytałam slashowe opowiadanie o Tokio Hotel, po którym opadła mi szczęka, takie było dobre i gdyby zmienić nazwiska bohaterów dałoby się to spokojnie wydać.

      Usuń
    3. Ja zaczęłam ciut wcześniej, kiedy wychowawczyni w przedszkolu uświadomiła mi, że główna bohaterka musi być jasnowłosa i błękitnooka (strasznie mnie to, brązowooką brunetkę zabolało). No to skoro nie mogłam być bohaterką klasycznej baśni, wymyślałam własne przed zaśnięciem.

      Usuń
    4. O, to mi się teraz przypomniało, że ja potrafiłam jako dziecko czytać książki albo oglądać filmy i równolegle opowiadać sobie w głowie tę samą historię, tylko że odmienioną w ten sposób, że bohaterom-chłopcom towarzyszyła dziewczynka (przez co ich przygody często kończyły się inaczej). Co jakby pokazuje, że chęć opowiedzenia tekstu kultury na nowo - tak, by poczuć się w nim reprezentowanym - może być czymś bardzo... pierwotnym? Wrodzonym może?

      @aHa, właśnie negatywne uczucia osób, których wizerunek wykorzystano w takim ff, trochę mnie martwią. Choć to też nie jest tak, że ten Real Person Slash szaleje po sieci bez żadnej kontroli. Raczej trzeba go szukać, żeby znaleźć. Ja z kolei słyszałam o opowiadaniu o Tokio Hotel w Hogwarcie. Nie wiem, jak realizacja, ale pomysł moim zdaniem przedni.

      @Anna, podzielam ból spowodowany obowiązkiem posiadania blond włosów i błękitnych ócz. W ramach kulturowej partyzantki moje bohaterki zawsze mają ciemne włosy i oczy :D

      Usuń
  2. *wstaje i bije brawo*

    Hm, ale ja dalej nie wiem, o jakie to złe zamiary posądza się autorki fanfików... Acz przyznam, że teoria, jakoby slasze męsko-męskie były popularniejsze po prostu z powodu deficytu interesujących kobiet urzekła mnie do reszty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że nie tyle jest to kwestia braku interesujących kobiet (takich jestem w stanie wskazać sporo), ale braku interesujących relacji między kobietami. Jakoś nie umiem np. wskazać książki/filmu, które pokazywałyby kobiecą przyjaźń w takim bromansowym stylu proszącym się o fanfiki, a zarazem nie będącym wprost sugestią homoseksualizmu bohaterek. Jedynym przykładem, jaki przychodzi mi do głowy, jest "Czarodziejka z Księżyca", ale ludzie, to było dwie dekady temu. Chociaż chyba anime jest najlepszym tropem w tym względzie.

      Usuń
    2. Dodajmy, że stare anime, w nowym postawiono na wątek damsko-męski, a całe cudowne wątki między bohaterkami się tam zupełnie właściwie nie pojawiają, niestety. Co jest ciekawe samo w sobie: że minęło 20 lat i nagle wyczyszczono te relacje (twierdząc, że w duchu zgodności z ideałem).

      Usuń
    3. @Moreni, no wiesz: o wszelkie możliwe zboczenie, chorobliwe zainteresowanie seksem, erotyzację wspaniałych platonicznych męskich przyjaźni, wykorzystywanie wątków LGBT dla własnej heteroseksualnej przyjemności. Względnie nadmiar czasu wolnego. Co - jak wiadomo - jest w naszym świecie przestępstwem największym.

      @aHa, polecam "Jessikę Jones" od Netflixa/Marvela. Przyjaźń przybranych sióstr cudownie ukazana jako najważniejsze uczucie w ich życiu. I są fanfiki. Całkiem sporo. Aczkolwiek musimy tu śmiertelnie poważnie zaznaczyć, że "Czarodziejki z Księżyca" nic nie przebije, kropka.

      @Pyzo, w kwestii anime zdaję się na Was, bo dawno już żadnego nie widziałam. Miałam nieco doświadczeń z yaoi, ale moja opinia o tym gatunku szybko ewoluowała od zachwytu do szyderstwem podszytej odrazy. No po prostu nie mogę przejść tego podziału na role: bierną i dominującą. To właśnie to, od czego staramy się uciec!

      Usuń
    4. @aHa, ale to jedno wynika z drugiego - kiedy na utwór przypada jedna interesująca postać kobieca, to ciągle jest ich za mało, żeby nawiązać ciekawe relacje.;)

      @Alicja hm, czyli taki standardowy zestaw. Ale nawet się nie dziwię, bo tematyka niektórych utworów może być wstrząsająca dla obserwatora z zewnątrz. Niektóre opowiadania to niestety parada fetyszy (tak samo, jak i niektóre fanarty) i naprawdę obiektywnie rzecz biorąc, może się to wydawać obrzydliwe. Z tym, że, mam wrażenie, spora część tej obrzydliwości nie jest przez autorki zamierzona, a wynika z braków warsztatowych tudzież nieumiejętnego potraktowania konwencji. (chyba tu powinnam zakończyć, bo to jest ten moment, w którym przestaję wiedzieć, o czym mówię)
      A tak całkiem przy okazji, jak się naukowe definicje zapatrują na utwory, które ewidentnie są fanfikami, ale zostały wydane i można je kupić? (i nie mówię tu o franszyzowych seriach rozwijanych przez różnych autorów);)

      Usuń
    5. Ano racja. Sama nie umiem oswoić tych fanfików z Omegaverse, czyli takiego jakby AU, w którym ludzie są biologicznie podzieleni na alfy, bety i omegi, przy czym np. omegi mogą - niezależnie od płci - mieć ruję i zachodzić w ciążę. Rozumiem to w opowiadaniach o wilkołakach, ale poza nimi czuję się bezsilna. I masz rację, że braki warsztatowe i nieumiejętność obchodzenia się z konwencją, szczególnie erotyki, to zmora fanfiction, ale wiesz - to też zmora literatury w ogóle :P

      Masz na myśli coś takiego, jak "50 twarzy Greya"? Jeśli ściśle trzymać się definicji, to one już nie są fanfiction, bo zostały wydane komercyjnie i przeszły do oficjalnego obiegu literatury. Niemniej jako fanfiction powstały, więc często zauważa się, że np. "50 twarzy..." to odpowiedź na brak erotyki w "Zmierzchu". Sama nie wiem, co począć z takim "Hannibalem", którego ewidentnie nakręcił fan dla fanów, a telewizja kupiła go chyba przez przypadek. Myślę, że tropy z fanfiction zaczynają coraz płynniej, choć tylnymi drzwiami, przechodzić do oficjalnego obiegu, więc i definicje niedługo trzeba będzie zmienić.

      Usuń
    6. Właściwie to myślałam o czymś takim, jak niedawno recenzowany przeze mnie "Powietrzny korsarz" http://kronikaksiazkoholika.blogspot.com/2016/01/powietrzny-korsarz-piotr-wakowski.html "50 twarzy..." jest już utworem pozbawionym znamion fanfika na potrzeby druku (choć zaczynało jako uzupełnienie "Zmierzchu"), a chodzi mi właśnie o takie utwory, w których autorzy się nawiązań nie pozbywali. Tu w sumie "Hannibal" nawet pasuje... Jest jeszcze kwestia "kanoniczności" - czy "Hannibal" jest uznawany za oficjalnie kanoniczny (czyli został oficjalnie uznany przez właścicieli praw do postaci jako część jej historii)? Ale właściwie nie wiem, gdzie możnaby ją umieścić w spektrum fanfikowych zagadnień.

      Usuń
    7. @Alicja, tutaj miałam na myśli konkretnie stare anime "Sailor Moon" (bo powstało nowe, ale udajmy, że nie słyszałyśmy ;)). A a propos yaoi -- a yuri?

      Usuń
    8. @Moreni, pojęcia nie mam, co uczynić z "Powietrznym korsarzem". Dziwi mnie nawet, że tę książkę wydano, zważywszy jak histerycznie potrafią reagować autorzy i wydawcy na kwestie związane z ich prawami. Upierałabym się jednak, żeby wyłączyć ją z kręgu fanfiction, bo skoro została komercyjnie wydana, to znaczy, że jest częścią oficjalnej kultury i musiała dostosować się do obowiązujących w niej praw. Zresztą z Twojej (bardzo zacnej) recenzji wynika, że nawet oryginalna seria jest bardziej wywrotowa, przynajmniej w kwestii kobiet.

      Nie kojarzę wypowiedzi Harrisa ani jego wydawcy w sprawie serialu, ale też nie dziwi mnie to - w "Czerwonym smoku" relacja między Willem a Hannibalem jest ledwie zarysowana, w serialu zaś jest głównym tematem. Tu też nie zgadza się kryterium nieoficjalności, bo jednak serial trafił do międzynarodowej dystrybucji. Z drugiej strony w "Hannibalu" jest tak wiele chwytów, wątków, wrażliwości rodem z fanfiction, że może jednak warto by rozszerzyć definicję zjawiska. Dla mnie to objaw wchodzenia fanfiction w przestrzeń oficjalną, co może skończyć się albo zmianami w kulturze oficjalnej, albo wyrwaniem fanom pazurów. Albo trochę jednym, a trochę drugim.

      @Pyzo, obawiam się, że w świecie mangi i anime zabawiłam zbyt krótko, by trafić na dobre yuri. Właściwie, by trafić na jakiekolwiek yuri. Wątki, na które trafiłam, rozgrywały się albo tylko w podtekście, albo miały znamiona fanservice'u i dla mnie brakowało w nich głębi. No, ale to było +/- 10 lat temu, teraz pewnie sporo się zmieniło. Mam nadzieję.

      Usuń
  3. *dołącza się do braw*

    Ależ tu ciekawych obserwacji! I to, że ten potencjał twórczy jest wyższy w fandomach celujących w slashu jest interesujące: może też to dlatego, że przez zmianę (bo najczęściej chyba jest to zmiana w stosunku do kanonu?) orientacji bohaterów wykraczało się dalej niż autor oryginału, testując nowe możliwości, a tym samym jakoś bardziej czyniąc historię "swoją"?

    Nie pomyślałam, żeby patrzeć na fanfiki przez pryzmat teorii Fisha o wspólnocie interpretacyjnej -- bo zakładam, że o nią chodzi (a która do mnie zawsze średnio przemawiała, a tu pokazuje swoją wartość, podoba mi się to, nawet bardzo). Ba, toż to doskonała jej ilustracja, dużo lepsza niż u Fisha w oryginale ;).

    Natomiast tej teorii o nieciekawym zapleczu romansów F/M w popkulturze, a ciekawym i bardziej równoprawnie stawiającym bohaterów w M/M blisko, według mnie, do takiego starogreckiego rozumienia w którymś punkcie, że mężczyzna jest w romansie pełnoprawnym partnerem dla mężczyzny, bo jest ciekawszy: przez postawienie w społeczeństwie, możliwości, inteligencję i tak dalej. Smutne, że tak słabo poszło to naprzód, skoro wraca się do tego schematu, na szczęście jest ta wywrotka w postaci wątku romansowego kobieta-kobieta (a że ciekawych bohaterek brakuje, to niestety prawda -- tylko tu pojawia się pytanie: czemu nie następuje ich "uciekawienie" w fanfikach, a pojawia się slash w takim przypadku?).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może dlatego, że "materiał wyjściowy" jest "łatwiejszy"? Fanfiki bardzo często nie mają ekspozycji, bo czytelnicy i autorki wiedzą, kim są bohaterowie. Postaci- wydmuszce trzeba dorobić charakter, który nie dość że może się nie spodobać, to jeszcze czytelników może znudzić ekspozycja.
      Swoją drogą, najwięcej ciekawych fanfików damsko-damskich czytałam w fandomie Avengers. Bo tam jest pełno ciekawych, pełnoprawnych bohaterek(plus Loki ze zmienioną płcią).

      Usuń
    2. Jedną z przyczyn (na pewno nie jedyną) może być to, że w dużej mierze fanfiki piszemy o sobie ;) Większość autorek zaczyna przecież historiami na temat "poszłam do nowej szkoły w nowym mieście, a uczniem z sąsiedniej klasy okazał się Cristiano Ronaldo/Harry Potter/Edward Culleen/niepotrzebne skreślić". A potem pojawiają się różne drogi - albo mamy coraz większość świadomość schematu i chcemy go jakoś przełamać, albo nie chcemy się już odsłaniać i pod męskim bohaterem ukrywamy bezkarnie same siebie, swoje własne pragnienia (niekoniecznie te erotyczne, męska przyjaźń też jest przecież taka cool). W obu przypadkach trafiamy do slashu.

      Usuń
    3. @Pyzo, myślę, że wyjaśnienie może być znacznie prostsze: slashu jest najwięcej, bo jest najbardziej potrzebny, bo odpowiada na potrzebę rekonstrukcji popkultury u autorek i czytelniczek ff, które same często wymykają się heteronormatywności. Poza tym to gatunek, który do niedawna mógł istnieć tylko nieoficjalnie, właśnie w ff. Mamy oficjalne feministyczne i queerowe retellingi starych tekstów (baśni na przykład), nie mamy natomiast możliwości oficjalnego przerabiania bieżących tekstów popkultury - chyba że przez parodię.

      Co do zmiany w stosunku do kanonu, to kiedyś uważało się, że slash dotyczy wyłącznie relacji niekanonicznych, ale dziś chyba się od tego odchodzi. Zwłaszcza w serialach już naprawdę trudno rozstrzygnąć, czy miłość bohaterów jest kanoniczna czy nie.

      Tak, o Fisha chodzi :) Zawsze mi się wydawało, że ta teoria ma potencjał, ale użyta do objaśnienia tego, co autor starał się objaśnić, wydawała się jakaś oczywista i wyolbrzymiona jednocześnie. No, a do fandomów jest jak znalazł.

      Cudny trop z tą Grecją. Przejmujące jest to, że tym razem to kobiety wyrażają to starogreckie przekonanie, o którym piszesz. Czemu autorki fanfików nie starają się "uciekawić" kobiecych bohaterek? Nie wiem, ale myślę, że np. Ginny Weasley jest nie do odratowania :P Acz od czasu do czasu pojawiają się w popkulturze bohaterki, które mogą liczyć na sympatię autorek fanfiction (Czarna Wdowa czy Irene Adler). Nie jako kochanki, ale jako przyjaciółki bohaterów płci męskiej.

      Usuń
    4. @Anno, ja nie jestem pewna, czy ten materiał wyjściowy jest łatwiejszy dla autora. Wydaje mi się, że to bardzo trudne: trzymać się charakteru bohatera, którego nie my stworzyliśmy. Na pewno łatwiejszy jest dla czytelnika, bo właśnie nie trzeba brnąć przez długie budowanie nastroju, tajemnicy i historii bohaterów, a od razu można przejść do meritum. Co jest pewnie jednym z powodów popularności ff. Odwiedziny w fandomie Avengers jeszcze przede mną, ale kusisz!

      @aHa, sporo myślałam o tym, co napisałaś o ukrywaniu siebie pod męskim bohaterem. Niby to racja, ale nie całkiem, bo slash daje właśnie tę możliwość uwolnienia się od przymusowej identyfikacji. To męskie ciało nie jest moim ciałem - mogę się z nim utożsamić albo pozostać zdystansowanym obserwatorem. To zależy ode mnie; nikt mi nie narzuca identyfikacji z beznadziejną kobiecą bohaterką tylko dlatego, że dzielę z nią biologiczną płeć.

      Usuń
    5. @Alicja, chodziło mi o posiadanie wspólnej wizji jaki ten bohater jest. Jeśli będę chciała pisać ff o Harrym, to i Ty i ja wiemy jakie on ma cechy charakteru, nasze wizje bohatera są podobne. Jeśli o Ginny, to najpierw muszę jej wymyślić charakter, że była "fajna". Ale moja "fajna Ginny" może być zupełnie inna niż Twoje wyobrażenie "fajnej Ginny". Mamy za mało materiału źródłowego, żeby zbudować wspólną wizję postaci.

      Usuń
    6. Moje wyobrażenie "fajnej Ginny" to rzecz zbyt nieprawdopodobna, by mogła powstać w tym wszechświecie :P Ale już łapię, co masz na myśli i się zgadzam, choć widziałam też fanów skaczących sobie do gardeł w obronie swoich wizji charakteru czy preferencji seksualnych bohatera, którego w teorii wszyscyśmy znali. Toteż ta nasza wspólnota interpretacyjna nie zawsze jest taka wspólna :P

      Usuń
    7. A czy nie jest jednak aby tak, że Ginny jest potencjalnie fajna? Ma właściwie całkiem sporo cech, które predestynują ją do fajności -- tylko że w ekspozycji dostaje tej fajności mało, zostając sprowadzoną... No, do bycia kanoniczną Ginny ;). A przecież chociażby ta jej sportowa kariera po Hogwarcie -- ileż tu czyha możliwości!

      Usuń
    8. W sensie: nie chodzi mi o obronę kanonicznej Ginny (za którą też nie przepadam), raczej chciałam kontynuować wątek braku "ufajniania" bohaterek czy też znikomej ilości takich działań ;).

      Usuń
    9. E, nie. Dla mnie Ginny dyskwalifikuje to, że pierwsza cecha, przez pryzmat której nam jej postać przedstawiono, to jej zachwyt Harrym. Potem, mam wrażenie, autorka próbowała ją odratować, ufajniając ją na siłę. W efekcie wyszła postać niby fajna, ale zupełnie nijaka, w dodatku pozbawiona własnego głosu. Dlatego sama nigdy nie napisałabym opowiadania o Ginny - ta postać budzi we mnie złość, nie ciekawość. Oczywiście jest to złość na autorkę, która nie potrafiła przedstawić Harry'emu równoprawnej partnerki, niemniej przenosi się ona na samą postać. Pojęcia nie mam, czy autorki fanfików czują podobnie, ale jeśli tak - to może być powód, dla którego niefajne bohaterki są raczej odrzucane, nie reinterpretowane.

      Usuń
  4. Niedawno linkowałam na fanpejczu bloga ten tekst: http://idlewords.com/talks/fan_is_a_tool_using_animal.htm

    Dziś będę linkować twój.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło! I dzięki za zacny tekst, który podrzuciłaś. Tylko ten niespełniony naukowiec we mnie protestuje przeciw sugestii, że "this idea that slash needs explaining is a form of judgement". Ależ wyjaśniajmy, przekonujmy, oswajajmy temat dla tych, którzy boją się przekroczyć własną strefę komfortu.

      Usuń
  5. Przyznam się, że raczej nie siedzę w fanfiction, ale niektóre docierające do mnie pomysłu z różnych uniwersów wydają się całkiem ciekawe. Do mnie najbardziej przemawia zerwanie z wizerunkiem kobiety jako atrakcji dla mężczyzny. Wprost nie znoszę tych wszystkich klonów i schematów w popkulturze, przez co większość kobiet to typowe damy w opałach. Dlatego cieszę się, że pojawiają się alternatywne wersje słynnych bohaterek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, fandom ma nieograniczone pomysły: niektóre totalnie szalone, np. zmianę bohaterów w... szuflady. Czuję, że mogłabym się zakochać w wyobraźni zdolnej zrodzić coś takiego ;) Przyznam, że alternatywne wersje słynnych bohaterek pojawiają się rzadko - przynajmniej w tych fandomach, które śledzę. To raczej alternatywne wersje słynnych bohaterów, które pozwalają uciec od klonów i schematów w budowie postaci kobiecych w najprostszy i najbardziej ostateczny sposób: poprzez eliminację samych bohaterek. Hm, teraz, kiedy o tym piszę, brzmi to jak zemsta, a nie bunt czytelniczek...

      Usuń
    2. No właśnie, ja to zrozumiałam tak, że tworzone są alternatywne wersje, ale skoro jednak tych kobiet najczęściej nie ma, to nie wiem, co gorsze. Czy to, że są stereotypowo pokazane, czy to, że zupełnie wypierają je faceci tudzież szuflady :P

      Usuń
    3. Szuflad bronić się nie podejmuję :P Ale kluczowe moim zdaniem jest to, że ci mężczyźni wypierający kobiety w fanfiction to nie są ci mężczyźni uprzywilejowani w społeczeństwie. Nie są heteronormatywni, nie trzymają się stereotypu "prawdziwego" mężczyzny. Są uczuciowi, wrażliwi, czasem słabi. To chyba wciąż wywrotowe.
      No, i sporo fanfików kompletnie wywraca tradycyjne pojmowanie płci jako opozycji kobieta-mężczyzna. Bohaterom zdarza się zmieniać płeć w trakcie utworu czy zachodzić w ciążę, co sprawia, że w niektórych uniwersach hierarchia społeczna budowana jest nie na płci jednostek, a na ich predyspozycjach psychicznych. Więc mimo że w slashowym ff kobiet jak na lekarstwo, paradoksalnie jest to bardzo feministyczny sposób pisania.

      Usuń
  6. "Ponadto żelazna zasada fanfiction mówi, że na końcu bohaterowie muszą się zejść, choćby po drodze przydarzyło im się milion nieszczęść."
    To też się ostatnio zmienia - przypominam sobie przynajmniej trzy dobrze napisane teksty, które tę zasadę podważały. W jednym pod koniec do bohatera dociera, że tkwi w toksycznym związku, z pomocą przyjaciół wyjeżdża i po latach wysyła kwiaty na pogrzeb tego drugiego, w drugim, takim klasycznym przygodowym po pokonaniu wszelkich przeciwności i wyjaśnieniu wszystkich nieporozumień bohaterowie spotykają się, godzą i zaczynają prowadzić małżeństwo na odległość, czasem się widując i korespondując. W trzecim romantyczna para wreszcie odkrywa swe uczucia i kochałaby się długo i szczęśliwe, ale jednemu z nich wreszcie udaje się popełnić samobójstwo.
    I w każdym z tych trzech przypadków to nie jest zakończenie tragiczne, tylko taki gorzki happy end, gdzie życie razem to nie jest ukoronowanie istnienia i wieczna szczęśliwość jak to zwykle w filmach, tylko raczej coś, co się zdarza po drodze do osiągnięcia osobistej pełni i dojrzałości. Najważniejsze jest znalezienie siebie, nie stanie się połówką kogoś innego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, ale dlaczego on popełnia samobójstwo, kiedy wreszcie odkrywa swoje uczucia przed kimś, z którym mógłby żyć długo i szczęśliwe? Brzmi niepokojąco.
      Teraz, kiedy o tym piszesz, też przypominam sobie takie fanfiki, tylko że one z kolei powstały dawno. Dotyczyły bohaterów ze zwaśnionych rodów; jednemu z nich drugi zamordował rodzeństwo. Toteż ich miłość była nie tylko bolesna, ale i toksyczna - bez szans na happy end. I fanfiki też kończyły się gorzko. Więc to, co napisałam, faktycznie wymaga korekty: bohaterowie nie muszą się zejść, ale na pewno musi dojść do odkrycia/wyznania wzajemnych uczuć. Wątek naprawdę nieodwzajemnionej miłości pojawia się, mam wrażenie, niezmiernie rzadko.
      I ogromnie podoba mi się Twój ostatni akapit. To by świadczyło, że w fandomie są wielkie pokłady dojrzałości, samoświadomości i takiego mądrego realizmu. Dobrze znaleźć na to kolejny dowód :D

      Usuń
    2. Remus i Syriusz to przykład pary, o której fanfiki miewają ponure zakończenia, a nawet, jeśli nie mają, to jednak podszyte są melancholią, bo wiadomo, co było dalej...
      Podpisano: noida (nie wiem czemu, ale ten system nie chce mnie zalogować)

      Usuń
    3. Też nie wiem :( Fakt, w tym pairingu jest ogromny ładunek melancholii, ale czy autorki fanfiction nie starają się czasem "naprawić" oryginału, np. cofając się w czasy Huncwotów albo wręcz przenosząc bohaterów do AU, gdzie ci mogą żyć długo i szczęśliwie? Pytam, bo nie miałam wiele kontaktu z fandomem HP, a sama bym tak zrobiła ;)

      Usuń
    4. Ja sama przyznaję, że popełniłam tekst (aż na 21 stron, chyba mój rekord w one-shocie), który był z lekka pairingowy, ale bez cukru - bo też główny bohater zdał sobie sprawę z tego, że tkwi w jakiejś chorej relacji.

      Ale też i czasem piszę ff słodkie do bólu, krótkie, ale po prostu zawierające urocze scenki i o dziwo, też takie teksty są popularne. Przy jednym mam aż 57 kudosów, co mnie samą zdziwiło.

      Usuń
    5. Mnie się wydaje, że słodkie i urocze fanfiction w ogóle jest bardzo popularne, choć sama zdecydowanie grawituję ku długaśnym angstom na minimum 30 rozdziałów. ;) Chociaż ostatnio zauważyłam, że wielką karierę zrobił gatunek Hurt/Comfort - takie trochę jednego i trochę drugiego.

      Usuń
    6. "Ojej, ale dlaczego on popełnia samobójstwo, kiedy wreszcie odkrywa swoje uczucia przed kimś, z którym mógłby żyć długo i szczęśliwe?" - w ramach strajku przeciwko klasowemu społeczeństwu i swojej w niej roli. Ale ten fandom ma skłonność do mocno politycznych kawałków.

      Usuń
    7. Jak Werter. Ale ten to miał już własny fandom i nie skończyło się to dobrze (przynajmniej dla fandomu).

      Usuń

  7. Jaki ciekawy tekst! I podoba mi się teoria, że o braku bohaterek.Ale kultura popularna jest na etapie pozwalania na przyjaźń damsko-męską (odkryli, że nie każda relacja musi być nacechowana erotyzmem!), więc pewnie jeszcze poczekamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) O, poczekamy: aż odkryje przyjaźń damsko-damską, miłość męsko-męską, miłość damsko-damską, a wreszcie na nowo miłość damsko-męską (przypuszczam, że na samym końcu). Ale ponieważ o tym wszystkim mówi się coraz głośniej, jest szansa, że stanie się to w tym stuleciu :D

      Usuń
  8. Parafrazując utwór Kazika, z fanfikami mam tyle wspólnego co z Mercedesami, czyli nic.

    Ale, ale. Podobnie, jak i przedmówczynią, podoba mi się teoria o niedoborze silnych postaci kobiecych. Nie powstrzymam się też od podlinkowania pewnego wywiadu Geoerge'e R. R. Martina.

    https://upworthy-production.s3.amazonaws.com/nugget/51e877384449a4e10400025d/attachments/George_RR.jpg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym bardziej miło mi, że zajrzałeś! Ach, ten GRRM. Zbyt dobry, by mógł być legalny...

      Usuń
  9. Wiesz co, zgadzam się zasadniczo ze wszystkim, co napisałaś, ale tak sobie myślę, że nie ma co odrzucać tej koncepcji, że fanfiction jest też dlatego, że to porno. Kobieta seksualność wciąż jeszcze jest tematem niezgłębionym i budzącym ogólnie przerażenie (heteroseksualne kobiety piszą o męskim seksie, hurr durr, to jakieś zwyrodniałe dziwaczki!). A mnie się wydaje, że to jednak ważny trop i mówiący wiele o tym, o czym mało kto ma ochotę mówić.
    Podpisano: noida j.w.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, na pewno. Sporo się mówi o tym na przykład, że kobiety wolą pornografię czytać, niż oglądać - inaczej niż mężczyźni - i że pragną przede wszystkim uczuciowego zaangażowania bohaterów. Mój problem z tą koncepcją polega na tym, że trochę powiela krzywdzący stereotyp, zgodnie z którym - upraszczając - seks jest dla mężczyzny kwestią czysto fizyczną, a dla kobiety (czysto) emocjonalną. Niemniej fanfiction, slash szczególnie, to faktycznie takie pole eksperymentalne kobiecej pornografii - nie tej wysokoartystycznej, tylko właśnie tej popularnej, tworzonej przez (nie)zwykłe kobiety. Bardzo jestem ciekawa, co się na nim narodzi.

      Usuń
  10. Bardzo fajny ten tekst. O tym też pisałam w magisterce, ale warto się czegoś nowego dowiedzieć (jak np. o tym, że nadawcą czy odbiorcą niekoniecznie jest heteroseksualna kobieta, w sumie znam geja, który pisze też slashowe fanfiki). I też jednak nie lubię takiego podśmiewywania się z nastoletnich pisarek - w końcu każdy od czegoś zaczynał, to po pierwsze. A po drugie, może trzeba spojrzeć, jak ta nasza popkultura wygląda? Nie dość, że postacie kobiece często są słabo opisane, ich role ograniczają się do tych miłosnych, a w dodatku motyw romansu m/k jest lekko oklepany i już opisany w literaturze na chyba wszelkie sposoby. Choć też fascynuje mnie, skąd ta popularność. Sama lubię slash, ale swoich powodów dla lubienia nie chcę przekładać na wszystkich ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję. :) Podśmiewanie się z nastoletnich pisarek (blogerek zresztą też) jest dość beznadziejne, choć protekcjonalne traktowanie jest jeszcze gorsze. Niemniej oba ujawniają interesujące przekonanie, że fanfiction piszą głównie nastolatki. Tymczasem przynajmniej dwa z fandomów, które poznałam lepiej, tworzą głównie kobiety dojrzalsze, tak ok. 30-40 lat. Toteż wszystko zależy od fandomu i - mam wrażenie - od kraju, bo prawdę mówiąc nie spotkałam jeszcze w Polsce fanki czegokolwiek, która byłaby starsza ode mnie więcej niż 2-3 lata.
      I ciekawe to, co piszesz o swoim koledze. Mnie się marzy badanie, które opisywałoby dla odmiany wiek, tożsamość, sposoby lektury i motywacje mężczyzn, którzy piszą lub czytają fanfiction, a szczególnie slash. Ktoś w ogóle próbował to zrobić?

      Usuń
    2. Wszystko zależy od fandomu, to i racja, ja to też pewnie dla niektórych jestem dinozaurem i czemu piszę fanfiki, lol. Ale lubię, choć te teksty są inne niż te, które pisałam kilka lat temu. Widzę różnicę.
      Co do kolegi, to taki internetowy znajomy z Brazylii ;) Pisze po portugalsku, ale bardzo się z tym kryje, do tego stopnia, że ma dwa profile na fb, także ze względu na jego orientację seksualną. Myślę, że nikt tego nie zbadał jeszcze dogłębnie, bo przyznaję, że do magisterki nie mogłam też kompletnie znaleźć facetów do wywiadów. Dlatego w końcu odpuściłam i uzasadniłam, dlaczego same kobiety brały udział.

      Usuń
    3. "Toteż wszystko zależy od fandomu i - mam wrażenie - od kraju, bo prawdę mówiąc nie spotkałam jeszcze w Polsce fanki czegokolwiek, która byłaby starsza ode mnie więcej niż 2-3 lata." - to może być to, że starsze fanki z tego co widzę mniej się udzielają internetowo, a bardziej w tradycyjnych klubach i ich wydawnictwach.
      w moim środowisku dziewczyn starszych ode mnie nieraz o całe pokolenie widuję całkiem sporo.

      Usuń
    4. O, to też byłoby ciekawe: zbadać dokładniej, czym w podejściu do fanfiction się różni starsze pokolenie fanek, to klubowo-fanzinowe, od pokolenia młodszego, internetowego, i najmłodszego, tumblrowego. Albo czy tworzone przez nich teksty różnią się jakoś. Na pewno młodsze pokolenie jest bardziej zróżnicowane pod względem tożsamości płciowej i seksualnej, względnie bardziej w tych sprawach otwarte. Ale co z różnicami w poglądach na kulturę, w obrazie miłości, w stopniu zaangażowania w politykę, w podejściu do ludzi z zewnątrz fandomu?

      Usuń
  11. Od lat szukałam wśród zainteresowanych znajomych i w angojęzycznych internetach odpowiedzi na temat tego co jest tak pociągającego w slashu. Nikt mi jeszcze tego tak ciekawie i przekonująco nie wytłumaczył, za co Ci bardzo dziękuję, bo straszliwie mnie to nurtowało.
    W wieku wczesnonastoletnim sama przeżywałam fascynację tym tematem, potem jednak przeszło mi (na razie) bezpowrotnie i nie rozumiałam tej fascynacji. Dobrze, może jest coś potrzebnego w usunięciu z równania postaci kobiecej, aby nie skupiać się na płciach i rolach, a na partnerstwie i tym wszystkim, na czym związek naprawdę powinien się opierać, ale nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego używać do tego bohaterów stworzonych jako postacie heteroseksualne. Jako obrończyni kanonu nie byłam w stanie tego przetrawić - dlaczego Frodo i Sam mają być kochankami, skoro są takimi wspaniałymi przyjaciółmi? Co jest nie tak z byciem wspaniałym przyjacielem, po co tu coś jeszcze mieszać? Jednak trafił do mnie argument z naprawianiem kultury i z celowym wybieraniem dobrze zbudowanych postaci, które już od początku łączy silna i wartościowa więź - na tym faktycznie musi się lepiej budować romans niż na takiej Belli i Edwardzie, gdzie praktycznie o nich nie chodzi poza burzą hormonów. Rozumiem teraz, że gotowych postaci używa się czasem jako symbolu dla tego jakie wartości sobą reprezentują.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak :D Dodałabym jeszcze, że od pewnego czasu pojęcie kanonu traci na znaczeniu w fanfiction, bo coraz częściej uznajemy, że tekst nie istnieje sam w sobie, a zaczyna istnieć dopiero w głowie czytelnika, podczas interpretacji. Bo co to właściwie znaczy, że bohaterowie zostali stworzeni jako postaci heteroseksualne? Jeśli dobrze pamiętam, u Tolkiena nie ma żadnej wzmianki na temat romantycznych zainteresowań Froda, a jedyna naprawdę bliska relacja łączy go z Samem (no i z Bilbem, ale to co innego). Sam żeni się wprawdzie, ale to też nie znaczy, że jest heteroseksualny. My najczęściej wcale nie wiemy, jaką tożsamość płciową i orientację seksualną mają bohaterowie w oryginalnym tekście, bo autorzy nie zaprzątają sobie tym głowy. Oczywiście zakładamy, że jeśli nie powiedziano nam wyraźnie, że są homo-, bi- czy aseksualni, to znaczy, że są heteroseksualni. Ale to już przejaw heteronormatywności kultury, w jakiej dorastamy. Niemniej nie wiemy, zatem musimy interpretować po swojemu i dlatego trudno powiedzieć, żeby autorki slashowych opowiadań o Frodzie i Samie się myliły. Po prostu idą o krok dalej, bo mogą dziś napisać coś, co w I połowie XX wieku autorowi nie przyszło do głowy. Albo przyszło, tylko zabrakło odwagi.
      Ach, i może to idealistyczne, ale myślę sobie, że wspaniała przyjaźń to całkiem niezły początek romansu ;)

      Usuń
  12. Z racji mojej emigracji z blogspota nie zaglądałam do blogrolki i jakimś cudem przegapiłam ten tekst. A on jest taki fantastyczny! Żądam fanpage'a Gryzipióra na FB.
    *pada na kolana przed autorką*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, dziękuję! (Z opóźnieniem, lecz pokornie liczę na wybaczenie).

      Usuń
  13. Hmm... Przepraszam za spóźnienie, zaspałem ;-)
    Nie wiem jak mi się udało przeoczyć ten tekst, zwłaszcza w chwili opracowywania swojego (http://marginopis.blogspot.com/2016/04/smierc-jako-rodzaj-statku.html). Rzecz oczywista nie o relacje między Rosencrantzem a Guidensternem mi chodzi, ale o postawienie pytania: kto fanfiki pisze i do kogo i czy wspomniany dramat Stopparda fanfikiem można dalej nazywać.

    Bardzo dobry jest Twój artykuł. Muszę się nad nim jeszcze kilka razy pochylić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję :) Ja prawdę mówiąc wciąż mam wątpliwości, czy twórczość oficjalnie opublikowaną - i społecznie zaakceptowaną - można nazwać fanfiction? Jasne, że metody te same, a stopień wywrotowości często podobny. Ale to twór jednego autora, podczas gdy fanfiction powstaje wspólnotowo, no i wykracza poza to, co akceptowalne, choćby intensyfikacją emocji.

      Usuń
  14. Woah. Opóźnienie miałom o lata świetlne, ale wreszcie się natknęłom na ten tekst. Super! Naprawdę fantastyczne opracowanie, zupełnie różne nie tylko od standardu, ale też od moich własnych przemyśleń, dzięki czemu czuję się nagle bogatsza o nowe perspektywy.

    Co prawda doszło już do mojego przeproszenia się z fanfikami i slashem zarazem (nowe SW szkodzą, oj, szkodzą), ale ten tekst pozwala mi na to spojrzeć od innej strony. Wielkie propsy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jak miło takie słowa czytać! Bardzo dziękuję. Owocnych wędrówek po fandomie SW :)

      Usuń
  15. Piszesz: "Co chwila ktoś próbuje stawiać nam za wzór popkulturowe bohaterki: piękne, młode, szczupłe, zdrowe i pozbawione agresji".
    Nie wiem, może ja z inną popkulturą mam do czynienia (a może po prostu odzwierciedla to też moje upodobania i oczekiwania ;)), ale z moich obserwacji wynika, że we współczesnej popkulturze - a szczególnie w kinie - jest po prostu PEŁNO postaci kobiecych dominujących i agresywnych, zwłaszcza agresywnych fizycznie - takich "Bruce'ów Lee w spódnicy", które powalają dziesiątki przeciwników... Już nie mówiąc o tym ile tego typu produkcji jest w Internecie, na rozlicznych stronach zawierających tylko tego rodzaju sceny - jest to coś w rodzaju "nowej pornografii", w której miejsce scen seksu zajęły sceny fizycznej przemocy kobiety w stosunku do mężczyzny (także - choć rzadziej - innej kobiety). Oczywiście oglądającymi takie rzeczy są w zdecydowanej większości mężczyźni.

    Natomiast zgadza się to, że także i w tego typu produkcjach kobiety kładące trupem dziesiątki wrogów są zazwyczaj piękne, młode, szczupłe i zdrowe ;). Ostatnio zdarzyło mi się znaleźć na Youtube bodaj chyba jedyny, jaki widziałem, fragment filmu, w którym w tego typu scenie występuje kobieta niemłoda i niepiękna :). Zainteresowało mnie to do tego stopnia, że muszę koniecznie spróbować dotrzeć do całego filmu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, zdecydowanie coraz więcej jest kobiecej agresji w kulturze i nie tylko. Pytanie brzmi, co to za agresja. Bo mnie się wydaje, że - po pierwsze - przeważnie nie ma ona nic wspólnego z prawdziwą, ludzką agresją, która jest po prostu niefotogeniczna. Czerwona twarz, dziki wzrok, zacięte usta, wrzask. Niezdarność. Takich wizerunków kobiet ze świecą szukać w popkulturze, bo w zasadzie nie dopuszcza się w niej, że kobieta mogłaby do tego stopnia stracić nad sobą panowanie. Tak jak piszesz, to nadal będą kobiety piękne, młode, szczupłe i zdrowe.

      Po drugie, myślę, że porównaniem do "nowej pornografii" trafiasz w sedno. I silna, waleczna kobieta będzie dla męskiej widowni atrakcyjna (nawet bardzo), tak długo, jak walczy z czymś abstrakcyjnym. Niech sobie kładzie pokotem kosmitów, zbrodniarzy, różnych zwyrodnialców. Ważne, żeby nie kwestionowała zastanego porządku społecznego. By nie walczyła z mężczyznami, z którymi widzowie mogliby się utożsamić, ani z poglądami, które reprezentuje większa część widowni.

      A pamiętasz może, co to za film? Brzmi interesująco!

      Usuń
  16. Zdecydowanie najlepszy artykuł, jaki w życiu czytałam na temat slashu!
    Muszę ci bić pokłony, Autorko, ponieważ nie ma wielu ludzi, którzy potrafią w tak trafny i przede wszystkim logiczny, przystępny dla zwykłego zjadacza chleba sposób przekazać taką wiedzę.
    Zgadzam się ze wszystkimi aspektami, które poruszyłaś - czuję się, jakbym czytała własne myśli! Najbardziej jednak trafia do mnie argument braku dobrze rozbudowanych żeńskich charakterów. Naprawdę trudno dojrzeć, przynajmniej mnie, kobiecą postać, która nie odrzuca lub zanudza na śmierć po pierwszych akapitach. Większość to takie Mary Sue, ciężkie w obyciu, swoim idealizmem upodobnione do drewnianych lalek. Jestem pewna, że to był główny powód, przez który czy może raczej dla którego uciekłam w slash już parę ładnych lat temu.
    I muszę się przyznać, nie żałuję tego ani odrobinę.

    Chciałam ci także podziękować, ponieważ dzięki tobie wreszcie zrozumiałam, dlaczego właściwie tak bardzo przyciągają mnie związki jednopłciowe. Zastanawiałam się nad tym wiele razy, ale dopiero twój artykuł pomógł mi to w pełni przyswoić.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.