Raport z oblężonej twierdzy, czyli kilka słów o analizie „Dwa czy zero? Blogi o tematyce kulturalnej a przemiany kultury uczestnictwa”


Stało się: zostaliśmy zbadani. W raporcie „Dwa zero czy zero? Blogi o tematyce kulturalnej a przemiany kultury uczestnictwa” Obserwatorium Kultury Instytutu Kultury Miejskiej w Gdańsku zanalizowało nas, zmapowało i określiło nasz potencjał współpracy z instytucjami kulturalnymi. Efekt? Raczej niepokojący – po obu stronach. Gryzipiór w każdym razie znów pomyślał, że są takie obszary kultury, które da się badać tylko od wewnątrz. Takie miejsca, które do tego stopnia przypominają niedostępną twierdzę, że każdy zbliżający się do nich przechodzień wywołuje u tubylców poczucie oblężenia.

Jak w każdej pionierskiej pracy, w raporcie „Dwa zero czy zero?” szybko wychodzą na jaw problemy z definicją przedmiotu badań. Gryzipiórowi podoba się, że autorzy raportu dostrzegają, z jak niejednorodnym i trudnym do opisania zjawiskiem mają do czynienia. Podoba mu się również, że marginalizują kwestie techniczne, a podkreślają charakter przekazu blogów oraz ich potencjał społeczno-kulturotwórczy. W ich analizie mowa o oddolnym i subiektywnym charakterze blogów, o tworzących się wokół nich wspólnotach, o możliwości demokratyzacji dyskusji w przestrzeni publicznej, o odchodzeniu od hierarchicznej komunikacji charakterystycznej dla oficjalnej krytyki kulturowej. Także o tworzeniu przestrzeni, w której dyskutanci nie są wobec siebie wrodzy, tylko nastawieni na dialog, nawiązywanie relacji i szukanie nowych idei. Początkowo autorzy analizy unikają nawet kwestii kompetencji blogerów kulturowych, od której zwykle zaczynają się (i na której się kończą) dyskusje z ludźmi spoza blogosfery. Wniosek? Przynajmniej na początku raportu silna jest wiara, że blogi mogą być alternatywną platformą dyskusji o kulturze i że mogą „trafiać z przekazami do mas”, spychając na margines oficjalną krytykę kulturową.

Jeśli coś niepokoi w tej części raportu, to duża częstotliwość, z jaką pojawiają się w niej słowa „potencjał”, „możliwość” i pokrewne. Skoro bowiem blogi mają potencjał, żeby stać się platformą dyskusji o kulturze, najwyraźniej jeszcze tą platformą nie są. Dlaczego? Ano, tu pojawiają się problemy. Im dłużej Gryzipiór czytał raport, tym szybciej nabierał przekonania, że jego autorzy wyszli ze zbyt idealistycznych założeń, a potem nieco chaotycznie próbowali zgadnąć, dlaczego te założenia się nie potwierdziły. A nie potwierdziły się na przykład dlatego, że niewłaściwa była…

Metoda

Największymi problemami raportu są, szeroko już dyskutowane, chybione założenia wstępne i niewłaściwie dobrana metoda. Kompletnie błędne jest, na przykład, przypuszczenie o podziale na blogi amatorskie, instytucjonalne oraz… biznesowe. Konia z rzędem temu, kto znajdzie blogera kulturowego, któremu udało się swoją działalność przekształcić w biznes i „zdobyć niezależność finansową przez stawanie się blogerem-ekspertem współpracującym z różnymi instytucjami i podmiotami, również komercyjnymi” [s. 11]. Nie ma, nie było i raczej nie będzie pieniędzy w amatorskim pisaniu o kulturze. Gryzipiór nie wie, gdzie autorzy raportu usłyszeli o „blogowaniu kulturalnym o charakterze biznesowym”, ale bardzo chciałby, żeby podzielili się tą wiedzą – nieco grosza zawsze się przyda. A na serio może tylko zgadywać, że chodziło o współpracę blogerów z wydawnictwami, ale skąd wzięło się w raporcie założenie, że za recenzje wydawcy płacą – tego nie wie. Ani Gryzipiór, ani żaden ze znanych mu blogerów nie wziąłby pieniędzy za ocenę egzemplarzy recenzenckich. Ba, byłby to pomysł koszmarny, grożący utratą niezależności i wiarygodności w oczach czytelników, czyli dwóch największych atutów blogera.

Dlatego to nieprawda, że „współpraca z innymi instytucjami dla wielu blogerów wydaje się kluczowa” [s. 46] i że „w większości prowadzonych blogów widoczna jest chęć współpracy, szczególnie z podmiotami komercyjnymi” [s. 47]. Owszem, mamy formularze kontaktowe i zakładki „Współpraca”, ale to nie znaczy, że niecierpliwie wyczekujemy ofert ze strony wydawnictw. Równie dobrze może nas interesować współdziałanie z innymi blogerami czy organizacjami non-profit. A informacje o wydawcy recenzowanej książki podajemy nie dlatego, że ktoś nam za to zapłacił, tylko dlatego, że tego wymaga opis bibliograficzny.

Ponieważ w gąszczu problemów blogosfery łatwo zgubić spokój ducha, na ukojenie nerwów towarzyszą nam dziś fotografie lasów.

Przypuszczenie o wielkiej gotowości blogerów do komercyjnej współpracy wydaje się wręcz dziwaczne w kontekście wywiadów zamieszczonych w dalszej części analizy. Tam autorzy blogów wprost mówią o potrzebie swobody, budowania w sieci „własnego miejsca” niepodlegającego wpływom z zewnątrz oraz wolności od konieczności zabiegania o publiczność, schlebiania jej gustom i terroru statystyk. Mimo to dopiero pod koniec raportu znalazło się stwierdzenie, że:
Blogerzy bywają też w stosunku do wielu udzielanych im propozycji sceptyczni. Cenią sobie niezależność i możliwość nieskrępowanego działania, obawiając, że współpraca z podmiotem zewnętrznym ograniczyłaby ich wolność i zmusiła do niechcianych kompromisów. Taka współpraca oznacza też wpasowanie się w rytm działania biznesowego, w stosunku do którego również część blogerów zachowuje w swojej działalności dystans [s. 89].
Nie bardzo tylko wiadomo, dlaczego chwilę później uznano, że blogi, które nie współpracują z instytucjami, są najczęściej „prowadzone przez osoby niedoświadczone czy też mało kompetentne w obszarze, w którym działają” [s. 89]. Przecież dopiero co zauważono, że brak kontaktów z biznesem może być zupełnie świadomą decyzją. No, ale na obronę raportu trzeba zaznaczyć, że sama blogosfera ma do zarabiania na blogowaniu stosunek dość osobliwy. Gryzipióra wielce ubawiło stwierdzenie: „Wśród badanych panuje też przekonanie, że w najlepszej sytuacji są osoby, które »żyją z bloga«, przy czym żaden z naszych rozmówców do tego grona nie należy” [s. 90]. Znaczy się, z utrzymywaniem się z bloga jest jak z umową o pracę – wszyscy wierzą, że istnieje, ale nikt nigdy nie widział.

Blogi instytucjonalne z kolei miałyby być kanałami informacyjnymi firm, organizacji czy oficjalnych instytucji zajmujących się kulturą, względnie quasi-portalami z redakcją i własnym regulaminem. Takie blogi, owszem, bywają, ale ogromnie rzadko. Gryzipiór zaryzykuje wręcz i napisze, że są statystycznie nieistotne. Nie ma więc żadnego podziału na „zasadnicze obszary blogowania kulturalnego” [s. 13]. Wszystko, co mamy, to garstka maniaków (pop)kultury, którzy piszą o swojej pasji dla własnej satysfakcji, za darmo i kosztem czasu wolnego.


Szalenie ryzykowne było też oparcie analizy na blogach zebranych w nie całkiem aktualnym agregatorze Blogikulturowe.blogspot.com, do którego nie zapisało się wiele ważnych i popularnych blogów. Gryzipiór rozumie, że trochę nie było wyjścia, bo innego podobnego zbioru w sieci nie ma. Mimo to wiarygodności badań pewnie nie zaszkodziłoby uwzględnienie agregatora Blogiksiazkowe.blogspot.com, dzięki któremu raczej nie padłoby w raporcie stwierdzenie, że „centrum blogosfery stanowią blogi o tematyce popkulturowej i filmowej” [s. 35]. Dobrze, że autorzy raportu są świadomi niereprezentatywności badanego materiału. Niedobrze, że mimo to wysuwają daleko idące wnioski.

Na przykład mapa blogowej galaktyki, stworzona dzięki komputerowej analizie linków z blogrolli, prezentuje się wielce efektownie, ale co z tego, skoro nie oddaje prawdy? Po pierwsze: to nie jest tak, że my linkujemy do blogów, które uznajemy za „wzorcowe” [s. 28]. Z wywiadów z blogerami wynika, że coś takiego jak wzorcowy blog po prostu nie istnieje. Po drugie: twórcom analizy całkowicie umknął towarzyski charakter blogrolli, w których najczęściej zamieszczamy strony blogerów nam bliskich (z którymi znamy się z reala, regularnie wymieniamy komentarze itd.). Po trzecie: stosunek blogerów do blogrolli jest bardzo różny. Jedni je mają, inni nie; jedni aktualizują je na bieżąco, inni wcale; jedni linkują po to, by wyróżnić swoje ulubione strony, a inni dlatego, że ktoś wcześniej zalinkował do nich. Efekt? Jeśli cała ta skomplikowana analiza sieciowa coś wykazała, to raczej istnienie grup zaprzyjaźnionych blogerów, co można było stwierdzić i bez złożonych modeli matematycznych.

Na marginesie: Gryzipiór spróbował jakoś się umieścić w przyjętych w raporcie kategoriach i wyszło mu, że należy do maleńkiej grupy skupiającej się na „fantastyce, literaturze popularnej i bajkach”. Tak, bajkach.

Interpretacja

Nie wszystkie zgrzyty w raporcie wynikają z nietrafionych założeń. Również później pojawia się sporo niekonsekwencji. Najpierw mówi się, że podstawową formą komunikacji blogowej jest tekst z elementami graficznymi, potem wybiera do pogłębionej analizy blog prowadzony wyłącznie na… Instagramie. Najpierw wyklucza się z badania blogi lifestyle’owe, a potem drobiazgowo analizuje pewną autorską stronę poświęconą „strategiom projektowania życia”, beztrosko dodając, że ma ona właśnie „charakter lifestyle’owy” [s. 49]. Najpierw pisze się, że „badane blogi nie posługują się rozróżnieniem na kulturę wysoką i niską” [s. 49], a potem (właściwie przedtem) stwierdza, że blogi o literaturze dzielą się na poświęcone tej poważnej i tej popularnej. Gryzipiór wie, że materiał do analizy sam w sobie pełen jest sprzeczności, ale może lepiej byłoby te sprzeczności opisywać w całym ich bogactwie, a nie próbować wyciągać coraz to nowe wnioski ogólne, które na końcu wzajemnie się wykluczają?

Znalazła się też w raporcie teza, która bardzo Gryzipióra zaskoczyła, mianowicie że „blogerzy często w swoich opisach ujawniają swoje poglądy polityczne lub związane z nimi rozterki” [s. 44]. Gryzipiór, szczerze mówiąc, jeszcze się z czymś takim nie spotkał – no, chyba że za ujawnienie poglądów politycznych można uznać recenzowanie książek o tematyce LGBT. Polityka, jeśli w ogóle wkracza do blogosfery kulturowej, to tylko tam, gdzie nie da się bez niej obejść – na przykład w dyskusjach o kanonie lektur szkolnych.

Wielką przykrość sprawiały Gryzipiórowi fragmenty, w których próbowano odgadywać intencje blogerów. Czy tak trudno było podpytać autorów blogów o mandze i anime, dlaczego nie szukają kontaktu z resztą blogosfery, zamiast przypisywać im chęć „zamanifestowania swojej odrębności, fanowskiej subkultury” [s. 34]? Albo chociaż przyjąć najprostsze wyjaśnienie, że wynika to z hermetyczności ich zainteresowań? Dlaczego rzekomy brak międzyblogowych polemik miałby świadczyć o tym, że „niektórzy blogerzy zachowują się czasami jak celebryci, którzy wolą nie promować konkurencji” [s. 47]? Z jakiego powodu udział w imprezach zrzeszających blogerów miałby być „przemyślaną strategią marketingową” obliczoną na przyciągnięcie zleceniodawców [s. 27], a nie wyrazem chęci poznania innych blogujących? Skąd wniosek, że podawanie informacji o zawodzie lub miejscu pracy to „strategia uwiarygadniania się w oczach potencjalnych zleceniodawców, którzy mogą zapłacić blogerowi za promocję produktu” [s. 44], a nie normalne pragnienie nawiązania bardziej osobistej relacji z czytelnikami? (Na marginesie Gryzipiór postuluje prawne ustanowienie zakazu występowania obok siebie słów „ekshibicjonizm” i „blog”. Serio, od kiedy wspominanie o swoich upodobaniach, zawodzie czy rodzinie nazywa się ekshibicjonizmem?).


Prawdopodobnie najciekawszą częścią raportu jest analiza 12 wywiadów z blogerami piszącymi o kulturze. Gryzipiór zawsze się cieszy, gdy naukowcy nie chcą unosić się nad maluczkimi niby Duch nad wodami i schodzą na ziemię, by zbadać zjawisko od środka. Pojawiają się wtedy trafne i ciekawe tezy, choćby ta o niedostatku jako źródle blogowania. Blogujemy, ponieważ w mediach o kulturze pisze się coraz mniej i coraz mniej profesjonalnie; ponieważ nie chcemy słuchać, że nasze niszowe pasje są gorsze od elitarnej rozrywki w operze czy teatrze; ponieważ tematy popkulturalne oficjalna krytyka traktuje pobłażliwie, schematycznie i bez głębszego namysłu. Zdarzają nam się konflikty z branżą, bo piszemy bez tabu i po swojemu, często wykraczając poza sztywne ramy gatunku recenzji, dzięki czemu wzbogacamy sposoby pisania o kulturze. Chcemy tworzyć „własne miejsce”, kolekcjonować opinie i wrażenia, poznawać ludzi podzielających nasze pasje. Jesteśmy wszystkożercami, przyswajamy zarówno kulturę wysoką, jak i popularną, i mamy spore pokłady kapitału kulturowego.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby uważniej wysłuchano blogerów, którzy o tym wszystkim opowiadają. Tymczasem ni stąd, ni zowąd pojawia się w raporcie niepewność co do tego, czy „nietrzymanie się standardowych form to wynik braków w kompetencjach pisarskich, nieznajomości tych form lub trudności w ich zastosowaniu, czy też faktycznie jest to kwestia traktowania swojego bloga niczym miejsca, gdzie zasady ustala autor” [s. 77-78]. Po pierwsze, Gryzipiórowi zawsze się wydawało, że umiejętność nietrzymania się standardowych form to właśnie dowód na wysokie kompetencje pisarskie. Po drugie, naprawdę łatwo odróżnić blogi, których autorzy nie wiedzą, jak pisać recenzje, od blogów, których autorzy wiedzą, ale piszą po swojemu. Żadnej niepewności tu nie ma.

Po trzecie, nie podoba się Gryzipiórowi myśl, że oddalić zarzut o braku kompetencji można dzięki tym autorom blogów, „których twórczość powiązana jest z ich pracą zawodową” [s. 78]. Ogólnie w raporcie dość wyraźnie kładzie się nacisk na istnienie blogerów wykształconych humanistycznie i profesjonalnie związanych z kulturą. Jest to oczywiście istotne dla tych, do których raport ostatecznie trafi – instytucji rozważających współpracę z blogosferą. Niemniej w opisie blogosfery jako zjawiska jest to – zdaniem Gryzipióra – błąd. Kiedy, ach kiedy przestaniemy traktować dyplomy, certyfikaty, pozycję zawodową jako zaświadczenie o kompetencji blogera? Nie ma jeszcze w Polsce studiów z geekostwa i fanizmu, niewiele jest też kursów z popkultury, które wychodziłyby poza podstawy. A właśnie geekostwo, fanizm, specyficzna wiedza o popkulturze – oraz umiejętność krytycznego i analitycznego myślenia, którą studia mogą najwyżej rozwinąć – to prawdziwe kompetencje blogującego o kulturze. Co więcej, sami blogerzy wyraźnie zaznaczają odrębność treści tworzonych dla czytelników i treści tworzonych dla klientów: nasze strony prezentują nasz osobisty punkt widzenia, nie zawsze zgodny z tym profesjonalnym [s. 78].

Mimo to w podsumowaniu raportu napisano, że:
Ogólna refleksja prowadzi do stwierdzenia, że badani posiedli wystarczające kompetencje technologiczne, by prowadzić blogi, ale nie zawsze dysponują wystarczającym kapitałem, by uznać prowadzone przez nich serwisy za platformy równorzędnej jakości z profesjonalnie prowadzonymi źródłami dziennikarskimi [s. 91].
Osobliwy to pomysł: porównywać blogi do „profesjonalnie prowadzonych źródeł dziennikarskich” (które zresztą niekiedy wcale takie profesjonalne nie są). Na pewno nie wyszedł on od samych blogerów, którzy przecież „często odżegnują się od bycia profesjonalistami, chętnie pozostając przy statusie miłośników-amatorów” [s. 92]. Większość blogujących naprawdę nie chce walczyć z zawodowymi dziennikarzami, chce za to tworzyć inny rodzaj krytyki kulturowej: swobodniejszy, bardziej rozgadany, nastawiony na przeżywanie kultury raczej niż na jej bierny odbiór. To nie konkurencja, to alternatywa.


Najbardziej jednak zadziwiło Gryzipióra stwierdzenie, że:
Pośród badanych blogerów praktycznie nie pojawia się świadoma refleksja nad postrzeganiem swoich działań w obrębie bloga jako działalności kulturowej. Praktycznie żaden bloger nie zastanawia się nad kulturą, jej definicją czy jej świadomym promowaniem lub animowaniem (…). Tym samym pomimo faktu klasyfikowania działań blogerów jako działań o charakterze kulturalnym (pisanie recenzji książek, filmów itp.) sami blogerzy mają relatywnie niską świadomość swojej kulturalnej roli [s. 52-53].
Wiecie, Gryzipiór żyje w blogosferze zaledwie rok. Mimo to nie raz i nie dwa zastanawiał się z innymi blogerami nad wyżej wymienionymi sprawami lub przyglądał się ich rozmowom. Były dyskusje o konflikcie blogerów z krytykami literackimi, o sensie uczestnictwa w kulturze, o ogólnopolskich akcjach zachęcających do czytania, o nowej ustawie o książce (tu i tu), o tym, jak rozmawiać o książkach i dlaczego wielu ludzi nie lubi czytać klasyki. To prawda, że nie pojawiła się w tym roku w mediach żadna większa krytyka, która postawiłaby blogosferę w stan gotowości bojowej, nie znaczy to jednak, że blogerzy traktują swoją działalność bezmyślnie. A jeśli „wielu blogerów kulturalnych nie widzi potencjału, jaki tkwi w blogosferze w kontekście promowania i rozpowszechniania treści kulturalnych” [s. 93], to dlatego, że nie widzi tego potencjału również nikt inny. Ilu blogerów zaprasza się do telewizji poza okresem ciszy wyborczej? Ilu współpracuje z instytucjami naprawdę, a nie jako darmowe kanały promocji? Ilu czuje, że ma rzeczywisty wpływ na dyskurs o kulturze?

Gryzipiór myśli sobie, że wielu tych pomyłek i nieadekwatnych wniosków udałoby się uniknąć, gdyby do konsultacji raportu zaproszono jednego czy dwóch blogerów. Czy to nie byłby budujący przykład współpracy instytucji z blogosferą?

Rekomendacje

No, to dotarliśmy do sedna raportu: rekomendacji dla instytucji dotyczących współpracy z blogerami kulturowymi. Te, które przygotowali Natalia Brylowska i Sławomir Czarnecki, wydają się sensowne, choć może zachowawcze. Ważne, że podkreśla się w nich, że instytucje mogą nie tylko wykorzystywać blogerów do promocji, lecz także udzielać im wsparcia oraz inspirować się ich sposobem mówienia o kulturze. Jednak diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach, bo choć Gryzipiór byłby zachwycony, gdyby jakaś instytucja pomogła zorganizować cykl spotkań blogerskich, nie chciałby, by np. uczono go, jak pisać recenzje. Na pewno świetnym pomysłem są spotkania blogerów z krytykami kultury, bo jeśli coś może pomóc tu przełamać lody, to tylko takie swobodne rozmowy twarzą w twarz. Gryzipiór poczuł nawet ciepło na sercu, kiedy autorzy rekomendacji zasugerowali instytucjom, by wzorowały się na blogach w mniej formalnej, za to bardziej bezpośredniej komunikacji z odbiorcami.

Szkoda tylko, że kilka stron później czekał Gryzipióra zimny prysznic. Oto bowiem wypowiedzieli się specjaliści od marketingu, którzy złudzeń nie mają. Oni wiedzą, że „problemem blogerów kulturalnych (…) jest relatywnie mały zasięg w porównaniu do autorów piszących na inne tematy” [s. 115]. Ich rada? „Wyjście poza schematyczne myślenie, jakoby instytucja kultury mogła współpracować jedynie z blogerami piszącymi o szeroko pojętej kulturze” [Tamże]. Przecież i blogerkom modowym zdarza się pisać o teatrze! To one, a także blogerzy lifestyle’owi, „w istotnej części definiują kulturę uczestnictwa młodych ludzi, wskazując im aktualne w danym sezonie trendy i dbając o wyposażenie swoich czytelników (…) w odpowiedni kapitał kulturowy” [s. 188].

Krótko mówiąc, droga instytucjo, machnij ręką na niepopularnych blogerów kulturowych, udostępnij blogerce modowej swoje wnętrze do sesji zdjęciowej albo zorganizuj warsztaty, na których znany bloger poopowiada o fotografowaniu kulinariów [s. 119]. Dzięki temu dotrzesz do szerokiej rzeszy odbiorców, gdyż blogerzy kulturowi piszą często tylko dla innych blogerów kulturowych [s. 83]. To, czy ową szeroką rzeszę odbiorców rzeczywiście interesuje, co możesz jej zaoferować, się nie liczy – liczy się liczba kliknięć. Gryzipiór jest oczywiście złośliwy, ale jest to złośliwość wynikająca ze zdziwienia, że można przygotować 120 stron raportu o potencjale współpracy instytucji z blogami kulturowymi, a na koniec stwierdzić, że i tak bardziej opłacają się sesje zdjęciowe z blogerkami modowymi. (Które to blogerki Gryzipiór bardzo lubi. Tylko nie widzi związku ich działalności z blogami kulturowymi).


Gryzipiór marudzi i marudzi, a naprawdę cieszy się z powstania raportu. Oczywiście metodę badań można by ulepszyć, a od niektórych tez włos się jeży na głowie, niemniej dobrze, że o blogach kulturowych zaczyna się mówić w kontekście ich (braku) wpływu na uczestnictwo w kulturze. Tu i ówdzie udało się też wspomnieć o rzeczywistych bolączkach kulturowej blogosfery: zmniejszaniu się liczby autorów, coraz rzadszych aktualizacjach, rosnącej popularności treści lekkich, łatwych i przyjemnych czy o niewielkiej chęci komentowania, która zmienia blogi z platformy żywej dyskusji w niemrawe strony z informacjami o nadchodzących premierach książkowych i filmowych. A także o – nie oszukujmy się – niewielkiej roli, jaką odgrywają nasze blogi w dyskursie o kulturze. Jasne, że fajnie byłoby to zrzucić na niechętne do współpracy instytucje, wrednych speców od marketingu czy ogólny kryzys kultury, ale wiecie: wina zawsze leży po obu stronach. My też możemy coś zmienić.

Choćby przypomnieć sobie o blogrolkach.

Jeśli chcielibyście poczytać, co o raporcie sądzą mądrzejsi od Gryzipióra, to bardzo ciekawe teksty napisali o nim Zwierz popkulturalnyKayleigh90Rusty Angel (tu do dyskusji włączył się jeden z autorów raportu), Misiael (tu też) oraz Ćma książkowa.
  1. Gryzipiórze, to chyba najlepsza (i najbliższa memu sercu) ocena całego raportu. Podpisuję się pod Twoimi wnioskami wszystkimi kończynami i puszczam je dalej (bo ja szczerze mówiąc nie mam ani zdrowia, a ani ochoty, żeby przez cały problem się przekopywać i silić się na oryginalność w formowaniu uwag do rzeczonych badań).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bardzo Ci dziękuję i cieszę się, że myślimy podobnie. :) Rzeczywiście można stracić nieco zdrowia podczas lektury raportu, ale jakże wspaniale pokazuje on to schizofreniczne podejście do blogerów kulturowych: że z jednej strony uważa się nas za awangardę kultury uczestnictwa, a z drugiej - trzyma się nas na dystans z powodu naszego rzekomego braku kompetencji i tego dziwnego, podejrzanego, bardziej uczuciowego i egalitarnego sposobu przeżywania kultury.

      Usuń
  2. Też jestem z tych blogerek, co to piszą o fantastyce i bajkach.;)

    Ale do rzeczy - obserwuję sobie tę dyskusję, czytam wszystkie notki, jakie tylko uda mi się wydłubać. I cieszę się, że wreszcie wypowiedział się ktoś związany bardziej z książkową stroną blogosfery kulturalnej (sama nie czuję się na siłach, zwłaszcza że najwyraźniej metoda badawcza naukach humanistycznych diametralnie różni się od tej, jakiej nauczyły mnie nauki przyrodnicze). Mam wrażenie, że w raporcie jest ona trochę niedoreprezentowana. Znaczy, przyznam, że czytałam dość po łebkach, ale zawsze wydawało mi się, że ilościowo blogów o książkach jest jednak najwięcej, a w każdym razie nie mniej, niż tych o filmach. Może nie są tak popularne, but still. Tymczasem w raporcie tego nie widać.

    I tu zasadzie tyle chciałam powiedzieć, bo z resztą się zgadzam i nie mam nic do dodania (może poza tym, że u Rusty jeden z autorów raportu też się wypowiedział).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa nie, czekaj, miałam jeszcze dodać, że w sumie we wszystkich notkach odnośnie raportu pojawiają się te same zarzuty o kiepsko dobraną metodologię badań, które najwyraźniej nie za bardzo do autorów docierają (czytając dyskusję na fejsie odniosłam wrażenie, że autorzy raportu są głęboko zniesmaczeni faktem, że blogosfera zamiast zachwytów, że ktoś ich zauważył, wystosowała listę uwag krytycznych).

      Usuń
    2. Owszem, wypowiedział się, stawiając się jednocześnie w roli ofiary. I deklarując, że oczekiwano krytyki, ale konstruktywnej. No to ja już nie wiem, co to jest konstruktywna krytyka.

      Usuń
    3. No, to jest nas dwie. Istnieje możliwość, że to cała brązowa grupa, która załapała się do raportu. ;)

      Tak, mnie też się wydaje, że o blogach książkowych napisano za mało. To znaczy inaczej: napisano o nich tyle, ile można było napisać na podstawie analizy samego agregatora Blogi kulturowe. Problem w tym, że akurat ten agregator skupia liczbę blogów książkowych niezbyt dużą, a na pewno nieadekwatną do rzeczywistej ich liczby w blogosferze. Pół biedy, gdyby chodziło tylko o reprezentację. Tak naprawdę chodzi też o słuszność wniosków. Bo blogi książkowe są jednak trochę inne do blogów filmowych czy popkulturowych. Nie tylko w tym, że więcej na nich blogrolli. Sam tylko blog Pyzy Wędrowniczki, gdyby załapał się do raportu, mógłby zakwestionować sporo przedstawionych w nim tez.

      Jeśli zaś chodzi o reakcję autorów raportu, to ja się im trochę nie dziwię. Pociachali żabę zgodnie z założeniami, wsadzili ją pod mikroskop, a tu nagle żaba wstała i odważyła się zauważyć, że błędnie opisano jej układ nerwowy. To nie jest coś, co się w (polskiej?) nauce często zdarza. Pięknie to widać w wypadku np. badań nad fanfiction, które spotykają się z podobnym oporem ze strony, cóż, żab.

      Usuń
    4. @Rusty Angel, mnie się wydaje, że krytyka Twoja i reszty blogerów jest bardzo konstruktywna, tylko może autorzy raportu spodziewali się dyskusji z innymi, równie zdystansowanymi naukowcami, a nie z ironicznymi z natury blogerami, dla których blogowanie jest czymś bardzo ważnym i osobistym. Może niełatwo im zrozumieć, jak trudno jest nam kolejny raz słuchać tez o naszym braku kompetencji, niezdolności do głębszej refleksji, dążeniu do celebryckości, chęci zysku czy ekshibicjonizmie. Tez, które tym razem poparł autorytet nauki.

      Usuń
    5. @Alicja Szymańska - No ale wiesz, żaba jednak raczej nam dyplomu nie pokaże, a wielu blogerów jednak może i podejrzewam, że znalazłoby się nawet kilku takich, którzy mogliby napisać recenzje naukowe raportu. To co, dopiero ubrane w recenzję naukową ich uwagi nabiorą znaczenia, choć będą się sprowadzać do tego samego, co wypunktowano w internetowych dyskusjach? Trochę to niepoważne IMO. Ja rozumiem, że swojego dziecka każdy chce odruchowo bronić, ale przecież nie w ten sposób...

      Usuń
    6. @Moreni, ja stoję po stronie żab - nie miej wątpliwości! :) To, na co chciałam zwrócić uwagę, to częste przynajmniej w polskiej nauce traktowanie badanych grup jak milczącego przedmiotu (!) analizy. Sama ostatnio chodziłam na uczelni na zajęcia o fandomie i o zgrozo, ileż w omawianych na nich tekstach było pobłażliwej ironii, protekcjonalności, przypisywania fanom niezbyt czystych intencji. To chyba normalna, choć niezbyt szlachetna, reakcja na inność. Dlatego bardzo wierzę, że niektóre wspólnoty trzeba badać z wewnątrz, będąc ich członkiem. Co ciekawe, w USA np. prace naukowe o fanfiction pisze już sporo ich czytelniczek. Może czas, żeby bloger kulturowy napisał o blogach kulturowych? Czytałabym!

      Usuń
    7. @Alicjo, ależ ja Ci nie zarzucam podzielania poglądów, jakoby żaby nie należało wysłuchać. Po prostu mi się ulało...

      A przy okazji, jakież to nieczyste intencje mogą mieć autorzy fanfików, bo jest to dla mnie pomysł tak abstrakcyjny, że aż ciekawam?

      Też bym przeczytała raport napisany przez blogera.^^

      Usuń
    8. @Moreni, uff, się zmartwiłam, że odmawiasz mi przynależności do zacnej rodziny płazów. Tej solidarności spod mikroskopu. A o nieczystych intencjach autorów fanfików to ja Tobie napiszę w kolejnej albo drugiej kolejnej notce. Bo to mój ulubiony temat, a napisano o nim tak wiele bzdur, że zaprzeczanie im przynosi mi jakąś dziką satysfakcję. Na zachętę dodam, że mowa o fanfikach erotycznych.

      Usuń
    9. @Alicja, erotycznych mówisz? To się robi zdziwniej i zdziwniej (mnie się zawsze wydawało, że takie teksty to się tworzy dla grzesznej przyjemności li tylko). W takim razie czekam na notkę.:)

      Usuń
    10. Dla grzesznej przyjemności... i z gniewu. ;)

      Usuń
  3. Idę edytować dzisiejszą notkę. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie sądziłam, że krótkie utwory wierszowane cieszą się taka popularnością by mieć specjalizujących się w nich blogerów ;). Ani że recenzując powieści LGBT wyrażam jakieś poglądy polityczne.

    Im więcej czytam o tym raporcie, tym mam większy zamęt w głowie (i niechęć do zapoznania się z tekstem źródłowym). Bo wcale nie jestem pewna, czy dobrze że powstał, zwłaszcza w kontekście wniosków. Bo jako uzasadnienie współpracy z blogerami kulturalnymi sprawdza się słabo (skoro blogerka modowa jest lepszą inwestycją).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten fragment o powieściach LGBT to tylko moja próba zrozumienia tezy o częstym manifestowaniu przez blogerów poglądów politycznych. Nie ma jej w raporcie, dzięki niech będą Eru.

      Ja myślę, że dobrze, że powstał, bo zwraca uwagę nauki na blogi kulturowe, a nasz opór dodatkowo zachęca (miejmy nadzieję) do refleksji nad sposobem badania czegoś tak wrażliwego, niejednorodnego i szybko się zmieniającego jak blogosfera. Ale zgadzam się, że jako rekomendacja dla instytucji raczej się nie sprawdzi, chyba że ktoś odpowiedzialny za promocję rzeczonej instytucji zgubi ostatnie 30 stron raportu i będzie miał sporo dobrej woli.

      Usuń
    2. Nie wiem co myśleć o raporcie, w którym nie można znaleźć argumentów za poparciem tezy (trochę się czepiam, ale teza o głoszeniu poglądów politycznych jest tak dziwaczna, że mnie gryzie) i który wycina pokaźną część blogów kulturalnych (właściwie nie załapały się blogi książkowe). Ale jeśli potraktować go jako pierwszą jaskółkę, która zachęci innych do podjęcia badań, to dobrze :).

      Usuń
    3. Ależ czepiasz się zupełnie słusznie! Ja też się czepiam, tym bardziej, że takich niepopartych przykładami tez jest więcej. Nie wiem, może obawiano się cytować fragmenty blogów w obawie przed złamaniem prawa autorskiego? Albo zdecydowano się maksymalnie skrócić i tak długi tekst raportu - kosztem przykładów?

      Usuń
  5. Mnie w całej tej sprawie trochę bawi i smuci zarazem zachowanie badaczy, którzy chyba tak nasiąknęli wiedzą, specjalizacją, metodologią itp., że zapomnieli o pewnej elastyczności i zdrowym rozsądku - do badania blogosfery podeszli jak do badania dawno wymarłej cywilizacji po której pozostała tylko sterta zapisków w jakiś hieroglifach - a wystarczyło po prostu (więcej) porozmawiać z "żywym materiałem" czyli blogerami i wielu wpadek w tezach i wnioskach można by uniknąć ;) Czy naprawdę naukowcy są aż tak oderwani od rzeczywistości, że nie wpadli na najprostsze i najlepsze rozwiązanie?
    Karolina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pracy zaszkodziło też oparcie badania na blogach na podstawie danych z 2013 roku. W internecie to cała wieczność, a są blogi niezgromadzone w agregacie, które są bardzo poczytne, a mogłyby nieco zmienić wnioski badaczy (np. Pierogi Pruskie, blog Wydawnictwa Jaguar jako przykład bloga książkowego i "instytucjonalnego" zarazem, pytanie też czy blog instytucji kulturalnej to siłą rzeczy blog kulturalny). I fakt, zamiast skupiać się na "martwym" agregacie lepiej byłoby przeprowadzić ankietę wśród samych blogerów w liczbie większej niż 12 osób. Sama idea współpracy blogerów z instytucjami kulturalnymi jest bardzo szczytna, ale wątpię żeby ten raport kogokolwiek do czegokolwiek zachęcił ;)

      Usuń
    2. Mnie też dziwi ten brak elastyczności. Spędziłam pół roku na etnologii i myślałam, że w dzisiejszych czasach korzysta się z możliwości, jakie daje wywiad i dokładne poznanie badanego środowiska. Tymczasem to badanie wygląda trochę jakby było co najmniej z zeszłego wieku: jakby jego autorzy z góry sobie coś założyli, zerknęli tylko przez moment na badany materiał, po czym skupili na snuciu własnych, niczym nie popartych, domysłów - które mogły się okazać równie sensowne co bezsensowne.

      Usuń
    3. @Karolina, coś w tym jest, chociaż sam pomysł analizy sieciowej wydaje się i nowoczesny, i ciekawy. Zawiódł, mam wrażenie, głównie przez niereprezentatywny dobór materiału i niewłaściwą interpretację blogrolek. Pełna zgoda co do rozmów z "żywym materiałem": kiedy się czyta raport, to wspaniale widać, jak wywiady z blogerami podważają wiele początkowych założeń badaczy.

      @aHa, pomysł przeprowadzenia ankiety jest GENIALNY. W takiej ankiecie można by zapytać o wszystko: motywacje towarzyszące zakładaniu bloga, gotowość do współpracy komercyjnej i niekomercyjnej, nawet o te nieszczęsne blogi "wzorcowe"... Myślę, że nie byłoby problemu z uzyskaniem odpowiedzi: trwająca teraz dyskusja o raporcie pokazuje, że zainteresowanie naukową analizą środowiska i chęć współpracy z badaczami w nas jest. Tyle że na równych warunkach.

      @Goma, dokładnie tak jest, przy czym bodaj u @Rusty Angel jeden z autorów raportu bronił się, że mieli ograniczone czas i środki. Kto wie, może przy takich ograniczeniach raport wyszedłby lepiej, gdyby mniej czasu poświęcono teorii i podsumowaniu stanu badań, a więcej pogłębionym wywiadom z blogerami i zaproponowanej przez @aHa ankiecie. Byłoby może mniej naukowo na powierzchni, za to bardziej wiarygodnie.

      Usuń
  6. Przede wszystkim chciałam powitać tutaj i podziękować za udostępnienie ^^. Bo przyznaję, trafiłam tutaj dzięki swoim statystykom z bloga. Ale właśnie! Ta cała afera ma jeden plus - więcej blogerów się poznało i pokazali solidarność wobec siebie. Nie jesteśmy jakimiś rywalami (a jeśli już, to mieści się to wszystko w kategoriach zdrowej rywalizacji), a raczej czegoś od siebie się uczymy. I to jest bardzo fajne.
    Ogólnie po kilku rozmowach też doszłam do pewnego wniosku - że idea była piękna, ale jednak mam silne wrażenie, że autorzy sobie założyli pewną tezę, której trzymali się kurczowo i za wszelką cenę chcieli ją udowodnić. To tak jak z czytelnictwem w Polsce - najlepiej założyć, że nikt nie czyta, to po co w ogóle coś robić. Tak jest z wieloma innymi działkami kultury w Polsce.
    A może współpraca niekoniecznie blogerów, a samego fandomu (choć blogosfera i fandom się nie wykluczają!) wygląda inaczej, niż autorzy sobie założyli? Trzeba tylko chcieć pewne rzeczy dostrzec: w Bibliotece Wojewódzkiej w Zielonej Górze w poniedziałki są organizowane "poniedziałki z anime" - tam fani też przychodzą, by się spotkać i coś obejrzeć. Konwent zielonogórski, czyli Bachanalia Fantastyczne, już chyba dwa razy był dotowany przez budżet miasta, dzięki temu wstęp był za darmo. Może po prostu trzeba szukać gdzie indziej?
    I u Rusty też jeden z autorów się udzielał, czekam, aż wpadnie do Zwierza albo do mnie - bo już u Misiaela mnie atakował, właśnie robiąc z siebie ofiarę.
    Czym więcej czytam takich tekstów czy sobie tak myślę o tym raporcie, to tylko wynajduję coraz więcej błędów. Naprawdę, wystarczyło zrobić trochę wywiadów z autorami blogów - trochę więcej niż 12, porządnych, wyczerpujących, dających jakiś obraz, a nie robić coś po łebkach. No i w ogóle metodologia naprawdę budzi zastrzeżenia, chociażby sam zapis - gdzie jest jakiś opis narzędzia, chciałabym też poznać pytania zadawane blogerom... Dlaczego takiego czegoś wymaga się od studentów, a autorzy czują się zwolnieni? I skąd to przekonanie, że blogerzy nie mają kompetencji? Całkiem spore grono jest już po studiach, często z nauk społecznych czy humanistycznych właśnie.
    Notka mi się bardzo podoba, a ja na blogu "Kay ogląda i czyta" też piszę o bajkach, więc nie jesteśmy sami. :)
    PS. Aaaa, przypomniało mi się. Dosłownie raz dystrybutor filmu zaproponował mi udostępnienie go, pod warunkiem napisania recenzji. I to było moje całe wynagrodzenie - mogłam legalnie zobaczyć film przed polską premierą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj serdecznie, dziękuję i nie ma za co ^^ Jak tak dalej pójdzie, zdetronizujemy liczebnie blogerów popkulturowych - my, blogerzy bajkowi. :D

      Tak, też pomyślałam, że nasze dyskusje wokół raportu to gwóźdź do trumny tezy o ostro konkurujących blogerach-celebrytach zajętych wyłącznie własnym blogiem. Całe szczęście! Dla pewności można by to szkaradztwo przebić osinowym kołkiem, żeby już nigdy nie wstało z grobu.

      Pytanie tylko, skąd to kurczowe trzymanie się tezy? Może problem tkwił w sposobie spisywania raportu: na bieżąco, zamiast po analizie całości wyników? Nie mam pojęcia, czy tak to wyglądało, ale to by tłumaczyło, dlaczego wywiady z blogerami miały tak niewielki wpływ na całość i dlaczego uparcie powracała teza o biznesowym charakterze blogów o kulturze.

      Ja bym wręcz powiedziała, że cała blogosfera to fandom - fandom kultury. Wielce mi się podoba to, co piszesz o Zielonej Górze. "Poniedziałki z anime" <3 Naprawdę szkoda, że podczas prac nad raportem nie padł pomysł, by zapytać fanów-blogerów o przykłady takiej sensownej współpracy z instytucjami. Udałoby się może zaproponować konkretny wzór zamiast miłych, ale jednak ogólników.

      Hm, tu trzeba by podpytać autorów raportu, ale chodzi mi po głowie przypuszczenie, że może to, co zostało opublikowane, to nie jest pełen tekst. Może jest to tekst okrojony, skierowany do instytucji zainteresowanych współpracą z blogerami. Może pełen opis metody znalazł się w oryginalnej, stricte naukowej wersji. Czy to możliwe?

      PS No właśnie - tak wygląda współpraca blogerów z instytucjami. O ile jest. I prawdę mówiąc nie wyobrażam sobie współpracy komercyjnej. Co ze swobodą wypowiedzi?

      Usuń
    2. No, mimo wszystko bajki też się wliczają w popkulturę ;) Po prostu się śmieję z tego, bo mimo że właśnie piszę trochę o popkulturze, czy to na jednym, czy na drugim blogu, to jednak zaskakująco dużo miejsca poświęcam tym bajkom. Mimo moich 26 lat nadal lubię je oglądać i nie uważam, że to jest powód do wstydu.

      Ot taki paradoks się wydarzył - myśleli, że mogą sobie patrzeć na blogosferę z góry, krytykować i oceniać negatywnie (naprawdę niektóre stwierdzenia są wręcz straszne i przede wszystkim nieprawdziwe) i w ten sposób zrobią nam czarny PR.

      Skąd to kurczowe trzymanie się tezy? Nie wiem, to już są tylko moje domysły - może jakiś wpływ miał fundator badania, może po prostu badacze byli z góry uprzedzeni? Jest tak, jak napisałaś - to jest taki temat, który raczej należy badać od wewnątrz. No i do tego to, co mówiła moja pani recenzent, z którą rozmawiałam na ten temat - niektórzy są bardzo usilnie przekonani o swojej nieomylności.

      U Rusty jeden z autorów tłumaczył się, że tam wielu odmówiło wywiadu. Jest to dla mnie śmieszne, bo są techniki perswazji - można namówić, nie można przymusić. Ja przykładowo namawiałam ludzi w ten sposób, że mówiłam, że to nic strasznego, żaden test (co młodsi bali się, że jakąś wiedzę będę sprawdzać, czy coś), że nawet odpowiedź "nie wiem" będzie też dla mnie jakimś sygnałem. Moim zdaniem jak się tak uparli na tę współpracę z instytucjami kultury, to mogli zorganizować badanie fokusowe, zebrać grupkę blogerów i zrobić taką burzę mózgów - to też jest bardzo fajna metoda badawcza i myślę, że w takim przypadku by się ona sprawdziła.

      Tego nie wiem, ale wydaje mi się, że raczej to niestety nie jest całość, bo żaden z autorów na obronę nie mówił nic takiego.

      Ja sobie nie wyobrażam osobiście czegoś takiego, bo to pachnie takimi recenzjami ufundowanymi przez wydawnictwo - czyli zachwalam książkę po to, aby się sprzedała, nawet jeśli mi się nie podoba.

      Usuń
    3. Absolutnie nie jest :) Ja też uwielbiam bajki, ale na blogu to piszę raczej o baśniach. Co jakby jest innym obszarem wiedzy, stąd mój sprzeciw wobec określenia "bajki" w raporcie.

      Zastanawiam się: a może to z celem badania był problem? Może to konieczność ustalenia sposobu i zakresu ewentualnej współpracy z blogerami sprawiła, że badacze potraktowali nas bardzo, hm, narzędziowo: jak grupę samozwańczych specjalistów, którzy budują markę, poszukują zleceniodawców i chętnie podejmą komercyjną współpracę. Tymczasem moim zdaniem więcej można się dowiedzieć o blogosferze, kiedy spojrzeć na nią jak na fandom - wspólnotę alternatywną wobec kultury oficjalnej i przez to nieco wywrotową. Takie spojrzenie też jest w raporcie obecne, ale jest go niestety mniej.

      Badanie fokusowe - tak, koniecznie! Myślę, że chęć ze strony blogerów jest, co pokazuje nasza dyskusja. Nie mam niestety doświadczenia w wykorzystywaniu wywiadu jako metody badawczej, ale na zdrowy rozum, gdy zawiedzie perswazja, można się też zwrócić do innych przedstawicieli grupy. Myślę, że gdyby autorzy raportu wcześniej ogłosili w blogosferze, że prowadzą badanie, mogliby otrzymać sporo rozsądnych podpowiedzi.

      Otóż to. Aczkolwiek w raporcie znalazła się ciekawa uwaga o tym, że nawet jeśli nie ma nacisku ze strony wydawcy czy dystrybutora, to blogerzy i tak czują, że powinni egzemplarz recenzencki czy film, na pokaz którego ich zaproszono, ocenić nieco łagodniej. To pokazuje, że w sprawę nie muszą być zamieszane pieniądze, by pojawiło się poczucie pewnej niemiłej zależności.

      Usuń
    4. O, to o baśniach również bardzo chętnie sobie poczytam, bo też lubię :)

      Z celem na pewno był problem, bo nawet w swojej notce napisałam, że jest taka niespójność - tytuł głosi co innego, a w treści mamy co innego. Porwali się z motyką na słońce, zamiast trzymać się jednej, konkretnej rzeczy, to chcieli osiągnąć milion pięćset celów. I właśnie to spojrzenie jak na ludzi, co szukają zarobku. Ja osobiście próbowałam coś tam z reklamami kombinować, ale nawet przy dużej ilości wejść wychodziłoby, że zarabiałabym grosze, więc... Myślę, że większość takich bloggerów, co piszą już dłużej, to ma jakąś stałą pracę, a bloga traktuje czysto hobbystycznie.

      Myślę, że gdyby nawet zamieścili ogłoszenie na jakichś grupach facebookowych (o właśnie, to jest ciekawe, tak się odnoszą do tych mediów społecznościowych, a nie pomyśleli, żeby czegoś szukać na grupach, w końcu tam też trochę ludzi się reklamuje z blogami), to odzew by mieli bez problemu.

      Właśnie o to chodzi. Ja raz też na jednej grupie widziałam posta z linkiem do filmu od dystrybutora i rzucone hasło "Ktoś zechce zrecenzować?". Obejrzałam, ale... W sumie film był taki sobie, to nie wiedziałabym też, jak dystrybutor by zareagował. Właśnie tak jak mówisz - poczucie niemiłej zależności.

      Usuń
    5. Co do tego poczucia zależności, to fakt. Ja założyłam bloga właśnie, żeby tego poczucia nie mieć, bo wcześniej pisywałam recenzje do gazety no i wprost otrzymywałam sugestie "nie zjedź za bardzo tego filmu, bo mamy patronat". Inna sprawa, że nie trzeba się na to wcale godzić. A jeszcze inna że czasem to bloger/recenzent sam narzuca sobie autocenzurę, chociaż druga strona wcale go o to nie prosi. Teraz w wydawnictwie zdarza mi się, że blogerzy pytają mnie czy mogą opublikować negatywną recenzję - gdy tymczasem ja książkę daną do recenzji uważam już za własność recenzenta i całkowicie w jego gestii jest, co z nią zrobi. Na szczęście mój szef uważa podobnie ;)

      Usuń
    6. Hm, wiecie co? Ja nie mam takich problemów. Serio, wisi mi, czy książkę pożyczyła mi przyjaciółka, czy kupiłam ją sama, czy dało wydawnictwo. Jak jest kiepska, to ją zjadę i tyle.

      No dobra, jest jeden wyjątek, którym nie bardzo wiem, co zrobić. To wtedy, kiedy selfowy autor wysyła mi swój debiut. Bo z mojego doświadczenia wynika, że takie ksiązki są najwyżej mocno przeciętne, a najczęściej słabe/bardzo słabe. Ogólnie unikam recenzowania takich rzeczy, ale jak już muszę, to produkuję raczej coś na kształt wykazu błędów i sugestii ich naprawienia, niż sążnistą recenzję.

      Usuń
    7. @Kayleigh90 Hobbystycznie albo wręcz jako odtrutkę na pracę. Takie "własne miejsce", w którym można pisać o własnych tematach na własnych zasadach. Dla mnie to ogromnie ważne, żeby mówić własnym głosem i żeby ten głos był chociaż trochę słyszalny. Podejrzewam, że podobnie czuje wielu blogerów. I tak, masz rację, że cel i treść raportu mocno się rozeszły, i że ryzykownie jest badać możliwości współpracy z czymś, czego jeszcze nawet porządnie nie zbadano. Dodałabym, że niezbyt dobrze sprawdził się pomysł, żeby naukowymi metodami ustalić bardzo praktyczną kwestię współpracy instytucji z blogerami. Pomieszanie z poplątaniem.

      @aHa To pokazuje, jak niejasne są zasady współpracy wydawnictw z blogerami. Może właśnie propozycje takich zasad powinny pojawić się w raporcie zamiast ogólnikowych rekomendacji? Chociaż kiedy o tym rozmawiamy, mam wrażenie, że większy problem jest jednak po stronie blogerów - z tym ich poczuciem, że nie są równorzędną stroną takiego dealu, tylko właśnie wykonawcą, któremu daje się zlecenie. Który czuje, że nie może odmówić albo zastrzec, że zrecenzuje po swojemu.

      @Moreni, jesteś wzorem :D Z takimi debiutantami to rzeczywiście zgryz. Nie wiem, może zamiast recenzji wysyłać im krótkie, prywatne opinie z sugestiami poprawek? Blogosfera to świetne miejsce na alternatywną promocję książki, ale też trudno oczekiwać od blogera, że będzie chwalił, kiedy nie ma co chwalić, i czytał, kiedy usypia z nudów.

      Usuń
    8. Ja wam powiem, że tak, to jest taka swoista autocenzura, zwłaszcza, że nie wiadomo, czego tak naprawdę takie wydawnictwo oczekuje. Choć są tacy, co to rozumieją, albo nie wiem, pójdą w stronę "nieważne, czy mówią dobrze, czy źle, ważne, że w ogóle mówią". Nie otrzymałam żadnej propozycji współpracy od wydawnictwa, to wolę się nie wypowiadać ^^

      Usuń
    9. @Kayleigh90, Myślę, że jedyna na to rada: zapytać wydawnictwo. Albo mniej wprost zachęcić je do zajęcia stanowiska. Ja współpracowałam do tej pory z jednym wydawnictwem, więc też opieram się bardziej na doświadczeniu innych blogerów niż swoim, niemniej kontakt ułożył nam się dobrze: ja zaznaczyłam, że piszę recenzje bardzo subiektywne, w tym negatywne, a osoba, z którą rozmawiałam, przyjęła to naturalnie i nie wycofała propozycji. Dlatego trochę jednak wierzę, że wydawnictwa wiedzą, z kim się kontaktują i czego mogą oczekiwać. W przeciwieństwie może do niektórych badaczy.

      Usuń
  7. Nie wiedziałam, że taki raport powstał i cieszę się bardzo, że o nim napisałaś. Cóż, ja się pogodziłam z tym, że pisanie o kulturze nie daje takiego fejmu jak pisanie o modzie czy o gotowaniu, ale rozumiem tę nutę rozgoryczenia na koniec. Skoro instytucjom kulturalnym sugeruje się, że nie warto podejmować dialogu z blogerami piszącymi o kulturze to nic dziwnego, że potem wychodzi na to, iż gadamy wyłącznie we własnym gronie :P Dziwaczny jest ten wniosek o poglądach politycznych, nie zauważyłam, żeby blogerzy jakoś manifestowali swoje poglądy. Ogólnie średnio trafny się ten raport wydaje :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie średnio trafny jest ;) Oczywiście nie w całości, bo znalazły się w nim też celne spostrzeżenia, ale błędy trochę przyćmiewają resztę.
      Dokładnie tak, jak piszesz: instytucje nie gadają z nami -> my gadamy we własnym gronie -> instytucje uznają, że mamy za małą publiczność, by z nami gadać -> my gadamy we własnym gronie. Koło się zamyka.

      Myślę, że fejm nie jest tak istotny, jak poczucie, że jest się traktowanym poważnie. Bloger modowy ma tu łatwiej, bo trudno mu zarzucić, że nie ma kompetencji - najwyżej można nie podzielać jego gustu. Bloger kulturowy zaś wciąż może usłyszeć, że nie skończył odpowiedniej szkoły, nie przeczytał wystarczającej liczby książek, a w ogóle pracuje w firmie IT, więc niech się lepiej nie wypowiada o kulturze.

      Usuń
    2. Faktycznie, zawsze można komuś rzucić wykształceniem w twarz, ale to bardzo niski poziom i innych blogerów pewnie też dotyka. Tzn. zawsze może znaleźć się ktoś, kto będzie wytykał blogerce modowej, że nie skończyła szkoły projektowania itd., więc jak ktoś chce dogryźć to zawsze coś znajdzie.

      Usuń
    3. Można wytknąć brak wykształcenia blogerce modowej, ale czy się przejmie? Czy jej czytelnicy się przejmą? Przecież ikony stylu to niekoniecznie wykształceni projektanci, to także modelki, aktorki, celebrytki. Piękne kobiety z wyczuciem stylu i znajomością zasad ubioru. Z pisaniem o kulturze jest chyba trochę inaczej. Często mam wrażenie, że ludzie upatrują w nim jakiejś niemal naukowej działalności, za którą powinien brać się tylko ktoś kierunkowo wykształcony i najlepiej z autorytetem. Straszny przeżytek, ale co zrobisz.

      Usuń
  8. Przyznam się, że raportu nie czytałam i całą swoją wiedzę o nim czerpię z wpisów innych i dyskusji pod nimi -- ale mnie z kolei coraz bardziej kusi, żeby do raportu zajrzeć i zobaczyć, co też w nim jest. Nie wiem natomiast, ile nowego miałabym do powiedzenia, bo wszystko co, Gryzipiórze, piszesz jest -- jak już zostało powiedziane -- bardzo klarowne (bardzo wyważony i dobry wpis, dodam!).

    Chciałam tylko na marginesie zauważyć jeszcze jedną rzecz a propos blogrolek (jako osoba, która późno zorientowała się, że coś takiego istnieje i nadal takiej nie ma, co bijąc się w piersi przyznaje): że jest bardzo dużo sposobów, na jakie można zaobserwować dzisiaj, kogo też nasz bloger czyta -- przy analizie wpisów z danego miesiąca można zauważyć nawiązania, zobaczyć, kto kogo "lubi" na facebooku, kogo się linkuje w karnawałach blogowych (których jestem wielką fanką) czy wreszcie kogo czytuje w aplikacjach do tego przeznaczonych (na przykład Bloglovin). W tym sensie narzędzi dostajemy sporo, i to takich specjalnie na taką okoliczność wytworzonych (jak wspomniane aplikacje). Ba, blogerzy zazwyczaj na blogach mają do nich odnośniki, więc przy samym przebywaniu na blogu można je zauważyć (nie jest więc to kwestia "wychodzenia poza" blog, żeby coś zaobserwować).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie, mogę zapytać, co to jest ten bloglovin? Bo przyznaję, że widzę wejścia na mojego bloga z tejże strony, ale ciekawa jestem, co to właściwie jest?

      Usuń
    2. Powiem Ci tyle, ile sama na razie wiem, bo założyłam sobie konto miesiąc temu ;). W najkrótszym skrócie to portal, gdzie możesz założyć konto, jeśli prowadzisz blog -- także blogowi (lub, jeśli już jest, "przyznać się", że to Twój blog) i potem traktować jako rodzaj czytnika dla blogów (i być może nie tylko, ale w tym się jeszcze nie zorientowałam :)). Przechowuje dla Ciebie treści ze wszystkich śledzonych stron, pozwala je sobie "zapisywać" na zaś, i generalnie zbiera w jednym miejscu większość czytanych w blogosferze rzeczy.

      Usuń
    3. @Pyzo, dziękuję :) Właśnie się zastanawiałam, czy zainteresuje Cię raport, bo serio Twój blog przeczy prawie każdej zawartej w nim (negatywnej) tezie. I tak jak napisała @Moreni, byłoby świetnie poznać opinię kogoś jeszcze bardziej zaangażowanego w blogosferę książkową, którą w raporcie dość wyraźnie zmarginalizowano.

      Co do alternatywnych metod sprawdzania, kogo czytają blogerzy, to ten wątek gdzieś się już chyba pojawił. Autorzy raportu wyjaśniali, jeśli dobrze zrozumiałam, że nie skorzystali z nich z powodu braku czasu i odpowiednich narzędzi. Karnawał blogowy został chyba zupełnie pominięty, bo gdyby go dostrzeżono, nie mogłaby utrzymać się teza o blogerach celebrytach, którzy nie chcą linkować do "konkurencji". Aczkolwiek... Nie jestem pewna, czy z karnawałem i lajkami na FB nie jest trochę tak, jak z blogrolkami, czyli że są one bardziej uwarunkowane towarzysko niż merytorycznie. Bloglovin wydaje się ciekawym źródłem wiedzy, tylko tu trzeba by poprosić platformę zewnętrzną o udzielenie informacji o jej konkretnych użytkownikach - nie wiem, czy to dobry i możliwy do zrealizowania pomysł. Pewnie najłatwiej byłoby po prostu zapytać blogerów, kogo czytają :)

      Na marginesie, Bloglovin zaczyna brzmieć coraz bardziej inspirująco. Może w końcu przestałabym gubić wpisy, które chcę skomentować, ale brakuje mi czasu, a potem znikają mi w czarnej dziurze Internetu.

      Usuń
  9. Catus Geekus mnie tu przywiódł i bardzo dobrze, bo nie mam czasu wczytywać się w ten raport, rzuciłam tylko na szybko okiem jak wyszedł. Bardzo przystępna analiza, a dzięki cytatom widać, że też rzetelna. W imieniu braci blogerów głównie książkowych, czuję, jak serce me krwawi, że wykorzystali spis blogów z jednej strony dość nieaktualny (autor wczoraj opublikował tam wpis, że nie updatował tego miejsca od 2014 roku...), a z drugiej nie reprezentujący blogerów książkowych, których jest zatrzęsienie! Można się zgubić, meandrując w tych korytarzach linków i odniesień od jednego bloga do drugiego. Popatrzę jeszcze, co inni na temat tego raportu napisali.

    Ale tak, przydaliby nam się reprezentanci-badacze na uczelniach, zajmujący się odpowiednią działką studiów kulturowych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że Ci się podobała! Rzeczywiście w raporcie zmarginalizowano blogerów książkowych. A szkoda, bo to wdzięczny obszar do analizy, w którym prowadzi się sporo działań zacieśniających wspólnotę (blogrolle, karnawały). Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że jest to też najbardziej rozdyskutowana grupa blogerów. Plus jest taki, że kiedy ktoś z nas dotrze już na odpowiednią uczelnię, będzie miał dobry argument, żeby przyjrzeć się samym blogom książkowym :D

      Usuń
  10. Wnikliwie podszedł Gryzipiór do raportu. Zaskoczyło mnie, że występuję nader często w raporcie, a o powstawaniu takowego nawet nie wiedziałem. Co do wyskoków politycznych to rzeczywiście byłby to co najmniej strzał we własne kolano. NIGDY się z takim czymś nie spotkałem. Odnosząc się do całości... cóż. Przebieram nerwowo nogami i czekam na telefon od jakiejś instytucji :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje Gryzipiór za pochwałę i życzy owocnego czekania ;) Właśnie, to też znamienne, że prawie nikt z nas nie wiedział o powstawaniu raportu, a byłoby najprostszą rzeczą na świecie ogłosić jego projekt z prośbą o sugestie, wypowiedzi, wypełnienie ankiety itd. W blogosferze takie informacje rozchodzą się błyskawicznie. Wcześniejsze poinformowanie blogerów o tym, że ich strony zanalizowano w raporcie, też byłoby wiele warte. Mały gest, a jaki znaczący.

      Usuń
  11. W komentarzach powyżej wspomniano, że plusem tego raportu jest to, że blogerzy się poznają. Przyłączam się do tego głosu. Dzięki temu raportowi wpadłem tu i widzę, że będę jeszcze wpadał.

    Blogowe pisanie o kulturze to rzeczywiście nisza mocno na boku blogowego świata. Ni blichtru tu nie uświadczysz, ni marketingu wielkiego. Patrząc zresztą na ogólny stosunek do konsumowania kultury czy też podejście do słowa pisanego, nie sądzę, by miało to się jakoś prędko zmienić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się i zapraszam :D Myślę, że podejście do blogów kulturowych jakoś radykalnie się nie zmieni, na pewno nie po tym raporcie. Ale może to dobrze? Pewne problemy oczywiście należałoby rozwiązać, pewne kwestie poprawić. Ostatecznie jednak jesteśmy chyba jedyną częścią blogosfery, która o blichtr masowo nie zabiega i której blichtr mógłby, prawdę mówiąc, zaszkodzić. Toteż róbmy to, co robimy - tylko lepiej. :)

      Usuń
  12. Ja wypowiem się tylko jako widz blogosfery, a nie jej część (przynajmniej jeszcze nie). Po przeczytaniu raportu i dyskusji o nim, człowiek wręcz może dojść do wniosku, że jako nie-filolog, nie-kulturoznawca czy kto tam jeszcze, to w ogóle klawiatury tykać nie powinien, ani wyrażać swojego zdania o kulturze i popkulturze tym bardziej.
    A ja cenię blogi kulturalne właśnie za to, że pokazują perspektywę osób z różnych środowisk, a co za tym idzie - o różnorodnych poglądach na daną sprawę. Bo do przeciętnego człowieka lepiej trafia (takie mam wrażenie) opinia innego "przeciętnego" (w jak najlepszym znaczeniu) człowieka, niż ą ę krytyka, który wie lepiej.
    A czytając o rywalizacji pomiędzy blogami kulturalnymi i próbie zostania celebrytami, to już w ogóle mi włosy dęba stają. Od kilku lat śledzę kilka blogów o tej tematyce i nie pamiętam kiedy trafiłam na czystą rywalizację między blogerami, lub robienie z siebie gwiazdy. Wręcz przeciwnie. Raczej zauważam tendencję do wchodzenia w dyskusje, wymiany opinii i wzajemnego promowanie się. I szczerze, niesamowicie mi się to podoba. Aż chce się zostać częścią tej społeczności!
    Z resztą w ten sposób tutaj trafiłam - przez odnośnik w tekście o raporcie na innym blogu.
    Przykre, że nawet patrząc z perspektywy nie-blogera raport straszliwie przekłamuje rzeczywistość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic dodać, nic ująć. No, może tylko to, że w raporcie nawet pojawia się stwierdzenie, że blogerzy mają większy potencjał, by "trafić do mas", właśnie przez swoją przystępność i bezpośredniość. Pojęcia nie mam, dlaczego później pogrzebano tę tezę pod wszystkimi tymi negatywnymi opiniami. To samo zresztą spotkało celne spostrzeżenie o tendencji blogerów do dyskutowania i nawiązywania relacji. Pojawiło się w części teoretycznej, a potem zostało porzucone na rzecz tezy o konkurencji i zachęcaniu zleceniodawców.

      Myślę, że jako czytelniczka już jesteś częścią blogerskiej społeczności. :) Ale jeśli masz ochotę założyć własne miejsce do pisania, to ogromnie polecam - nie ma nic fajniejszego, niż nareszcie usłyszeć swój głos wśród innych głosów. Że tak metaforycznie to ujmę.

      Usuń
  13. Miałam już nie komciać kolejnej notki o tym raporcie, żeby nie było, że narcystycznie interesuje mnie, bo również zostałam wzięta pod uwagę, ale też lubię poznawać nowe, interesujące blogi, a Twój jest bardzo ciekawy. I ładny, wcale nie dlatego, że mój wkrótce będzie podobnie wyglądał :)
    Mój jedyny problem to to, że publikujesz poważne, mądre analizy, więc czytanie ich zajmie mi trochę czasu i wysiłku :)
    Also: że z nikim z nas, mangowców, badacze się nie kontaktowali, to rozumiem, bo jesteśmy planktonem, niszą w niszy. Ale że zarówno Ty i Zwierz, również się z nami nie kontaktująch (chyba?) wyciągnęłyście daleko lepsze wnioski na nasz temat - to mnie bardzo bawi :)
    Też muszę poprawić swoją blogrolkę, tak BTW ;_;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dziękuję! *rumieni się* Plankton nie plankton, jeśli się bada wspólnotę żywych ludzi, to wypada się do niej zwrócić, a kiedy się nie ma takiej możliwości, nie wysuwać na jej temat pochopnych wniosków. Tak sądzę. Jasne, że dawno temu uznano, że badacz ma obowiązek zachować obiektywność i dystans do przedmiotu badań. Problem w tym, że patrząc z dystansu na fandom czy blogosferę niewiele da się zrozumieć. Co też raport udowodnił.

      (Na mojej blogrolce to po tym raporcie chyba skończy się miejsce. Więc mimo wszystko cieszę się, że powstał ;))

      Usuń
    2. Mnie też raport zmobilizował do tego, żeby zrobić sobie na blogu blogrolkę ;) Chociaż taki z tego pożytek.

      Usuń
    3. Trochę skłamałam i zabrałam się za czytanie Twojego bloga już wtedy, okazało się, że tematy poważne, ale bardzo interesująco podane i przystępnie napisane, a i archiwum (niestety) nie takie długie, więc już jestem po, dobre rzeczy i ciekawa perspektywa, zasubskrybowane i zostanie uwzględnione w nadchodzącym remoncie blogrolki :3
      No właśnie najbardziej interesującą częścią tego raportu są cytaty z wywiadu z blogerami, trochę szkoda, że tylko fragmentaryczne i dobrane pod te dziwne tezy, ale przynajmniej autentyczne.

      Usuń
    4. @aHa, no i super! Coraz mniejsze odległości w tej naszej blogowej galaktyce :D

      @SStefania, bardzo się cieszę i podziwiam! Mnie by zajęło wieki, żeby przeczytać mój pierwszy miesiąc :P Za to lubię wracać do dyskusji pod postami - to chyba taka guilty pleasure każdego blogera ;) Fakt, cytaty z wywiadów były najciekawsze i najbardziej znaczące (choć mowa, gdy się ją zapisze, brzmi naprawdę dziwnie), niemniej - jak wyżej zauważyła Kayleigh90 - dobrze by było poznać pytania, jakie zadawano blogerom.

      Usuń

Technologia Blogger.