O miłości i innych demonach, czyli Gryzipiór analizuje „Sherlocka i upiorną pannę młodą”


Od kiedy BBC postanowiło podarować nam nowy odcinek „Sherlocka” w opakowaniu wiktoriańskiej opowieści gotyckiej, chyba wszyscyśmy się głowili, o co chodzi. Jedni mówili, że będzie hołd złożony klasycznej ekranizacji opowiadań Doyle’a produkcji Granady. Inni – że remake filmu „Prywatne życie Sherlocka Holmesa” sprzed 45 lat, który zainspirował ponoć twórców „Sherlocka” do napisania własnego scenariusza. Jeszcze inni obawiali się, że Steven Moffat zapomniał, który z jego seriali opowiada o podróżach w czasie. Nikt nie przewidział, że na spóźnioną Gwiazdkę „Sherlock” zabierze nas w 90-minutową wycieczkę po podświadomości nieheteroseksualnego geniusza na kokainowym haju. No, prawie nikt.


To nie będzie recenzja, ponieważ Gryzipiór dawno stracił nadzieję, że zdoła napisać o „Sherlocku” cokolwiek obiektywnego. To będzie czysta interpretacja, admiracja, egzaltacja i dewastacja. Ze spoilerami i ze spekulacjami na temat czwartego sezonu na koniec wpisu.

Gryzipiór rzadko ośmiela się przepowiadać, że jakiś film przejdzie do historii, ale w wypadku „Sherlocka i upiornej panny młodej” po prostu nie ma wyboru. To najbardziej zakręcona, wywrotowa, błyskotliwa, wymagająca i niedorzecznie opowiedziana interpretacja postaci Sherlocka Holmesa, jaką widział. Jej oglądanie przypominało jazdę na popsutej kolejce górskiej. Bez trzymanki, rzecz jasna. Żeby cokolwiek w niej miało sens, trzeba zaakceptować, że wszystko (z wyjątkiem pierwszej i ostatniej sceny w samolocie) rozgrywa się w umyśle współcześnie żyjącego Sherlocka, który próbuje rozgryźć tajemnicę powrotu Moriarty’ego. Każda postać, każde pomieszczenie, każdy rekwizyt jest częścią rozgorączkowanej podświadomości największego z detektywów. Konsekwencje są dwie. Pierwsza: nie działają tu reguły prawdopodobieństwa, a wydarzenia wiążą się na zasadzie emocjonalnych skojarzeń, nie przyczyny i skutku. Dzięki temu Jim Moriarty może ożyć i prześladować Sherlocka jak zły duch. Druga: cała ta gotycka drama – stare zamczyska, zamglone labirynty, mroczne krypty, a przede wszystkim duchy – symbolizuje pragnienia i lęki mieszkające w umyśle Sherlocka. Umyśle, w którym zagnieździł się wirus; który walczy sam ze sobą i zostaje uratowany dopiero w ostatniej chwili, oczywiście nie bez pomocy Johna.

Dlatego ten, wydawałoby się, poboczny epizod jest tak ważny dla całej historii. Moffat i Gatiss mogli przecież podarować nam prosty wiktoriański spin-off bez powiązań z główną serią. Taką lekką przygodę w sam raz przed katastrofą, która wydarzy się pewnie w czwartym sezonie „Sherlocka”. Zamiast tego weszli wielkiemu detektywowi do głowy i napisali jeden wielki komentarz do własnego serialu, w którym odpowiadają na od dawna stawiane pytania. Dlaczego ich adaptacja rozgrywa się we współczesności? Co chcą w ten sposób naprawić w oryginalnej historii? Dlaczego tak często korzystają z chwytów rodem z romansu? Skąd, u licha, tyle u nich queerowych aluzji? „Scena jest gotowa, kurtyna idzie w górę” – mówi Holmes w jednej z pierwszych scen odcinka. I ma rację. Widownia została zgromadzona, aktorzy rozstawieni, czas podnieść zasłonę i ujawnić prawdę.

fot. BBC [*]
Moffat z Gatissem rekonstruują świat z oryginalnych opowieści o Sherlocku Holmesie tylko po to, by w ciągu następnych 90 minut kompletnie go zdekonstruować.

Zaczyna się grzecznie. Słychać stukot kół dorożek, migają nagłówki z pisma „Strand”, a w tle rozbrzmiewa głos doktora Watsona opowiadającego o jego wspólnym życiu z Holmesem oraz przygodach, których nie mógł opisać, ponieważ w jego epoce były zbyt kontrowersyjne. Nic nowego; wszyscy to znamy z niezliczonych adaptacji. Coś jednak zaczyna zgrzytać, gdy Sherlock i John – pardon, Holmes i Watson – odkrywają w swoim salonie tajemniczą klientkę w czarnej sukni. To Mary Watson, która jak natychmiast dedukuje Holmes, poślubiła „pozornie dobrego człowieka”, a ten „porzucił ją dla podejrzanego mężczyzny o wątpliwej moralności”. Słuchajcie, jeśli to nie jest przepowiednia, to Gryzipiór nie wie, co nią jest.

Za chwilę dzieje się coś dziwnego: Watsonowie zaczynają się kłócić o Holmesa, czego u Doyle’a nigdy nie robili. To nie może być ekranizacja kanonu ani nawet hołd dla serialu Granady. To demaskacja tego dziwnego i dwuznacznego trójkąta, w którym znajdują się detektyw, jego najlepszy przyjaciel oraz żona, którą ów przyjaciel najwyraźniej porzuca przy każdej nadarzającej się okazji. Co więcej, tym razem Sherlock potrafi powiedzieć dość.  Nie będzie dłużej grał weselnego walca, nie usunie się w cień. Coś się zmieniło, ale żeby to nazwać, musi wyruszyć w podróż w głąb siebie i w głąb własnej historii – do starej, nierozwiązanej sprawy z czasów Arthura Conana Doyle’a. Musi wywołać duchy przeszłości. Całkiem dosłownie.

My, widzowie, wiemy od początku, że Emelia Ricoletti to alter ego Moriarty’ego. Ciemnowłosa, blada jak śmierć, z przypominającą krew pomadką rozmazaną wokół ust, strzela sobie w głowę, ale wraca jako duch, by siać strach w głowie Sherlocka w Londynie. Jak to możliwe? Zadając sobie to pytanie, czekamy na jakieś racjonalne rozwiązanie zagadki, bo tylko takie dopuszczają kanoniczne opowieści o Holmesie. Czekamy jednak daremnie, bo sprawa Emelii to tylko pretekst to wszczęcia innego i zarazem ważniejszego śledztwa, którego przedmiotem jest sam Sherlock Holmes. Śledztwa, w którym racjonalizm może najwyżej opóźnić odkrycie prawdy. „Kim jesteś?”, „Co sprawiło, że stałeś się tym, kim jesteś?”, „Dlaczego upierasz się, żeby być sam?” – te pytania padają na ekranie dość często, byśmy wiedzieli, że mamy do czynienia z bohaterem w kryzysie tożsamości.

fot. BBC [*]
Ponieważ cały czas siedzimy w głowie Sherlocka, innych bohaterów widzimy jego oczami. Dlatego Mary jest niepokojąco inteligentna i skora do rywalizacji, Mycroft bardziej odpychający niż w rzeczywistości, a doktor Watson jednocześnie bystrzejszy, zaradniejszy i bardziej krytyczny wobec Holmesa niż jego XX-wieczny odpowiednik.

Czego ten kryzys dotyczy – tego dowiadujemy się w wielce sugestywnej scenie w szklarni, podczas gdy Holmes i Watson czekają na pojawienie się upiornej panny młodej. Wcześniej Holmes przekonywał, że jedyne prawdziwe duchy to te, które sami powołujemy do życia; że są one emanacją przeszłości, która towarzyszy nam niczym „cienie, które padają na każdy nasz słoneczny dzień”. Teraz Watson chce wiedzieć, jakie duchy nawiedzają Holmesa. Dlaczego z nikim się nie związał? Czy w jego życiu zdarzyło się coś, co kazało mu pogrzebać uczucia i polegać tylko na rozumie?

Pytania padają na podatny grunt. Spójrzcie na mimikę Holmesa, który panikuje już w chwili, w której Watson chce z nim rozmawiać „jak mężczyzna z mężczyzną”. Potem jest tylko gorzej, bo nasz wierny doktor podąża drogą rozumowania Freuda (który zostaje zresztą wprost przywołany w tej scenie) i sugeruje, że represja uczuć musi być następstwem traumy. Jakiejś zdrady, niespełnionej miłości albo… odrzucenia przez społeczeństwo. Ale jest różnica: w teorii Freuda represja powstaje nieświadomie, Holmes zaś twierdzi, że sam się takim uczynił. To tylko połowa prawdy, gdyż w grę wchodzi również kreacja literacka. John Watson, którego powołali do życia Moffat i Gatiss – jako chyba jedyny w historii adaptacji opowiadań Doyle’a – ma pełną świadomość, że poniekąd stworzył Holmesa za pomocą własnej wyobraźni. Niemniej mówi głośno, że zimny, do bólu logiczny detektyw to tylko publiczna persona, pod którą kryje się prawdziwy Holmes z „ciała i krwi”. Holmes, który ma przeszłość, uczuciowe i fizyczne potrzeby, być może dawną miłość, krótko mówiąc: nawiedzające go duchy.

fot. BBC [*]
Pamiętacie, że prawie wszystko w tym odcinku rozgrywa się w umyśle Sherlocka? Zatem w szklarni to nie doktor Watson zadaje mu pytania, to sam Holmes domaga się odpowiedzi od własnej psychiki. Oczywiście fakt, że to właśnie wyobrażenie Johna pomaga mu zbadać jego uczucia i seksualną tożsamość, nie jest bez znaczenia.

Dlaczego duchy? Bo jesteśmy w opowieści gotyckiej, a wszystkie psychoanalityczne opracowania tego gatunku są zgodne, że duchy, demony i potwory występują w nim jako emanacja lęków, zakazanych pragnień bądź bolesnej przeszłości bohatera. Prześladując go, wkraczają w pozornie oswojoną przestrzeń i kwestionują porządek świata, w którym panowały dotąd racjonalizm i społeczny consensus (w tym wypadku co do roli kobiety i heteronormatywności, o czym za chwilę). Tak jest w „Draculi”, we „Frankensteinie”, w „Doktorze Jekyllu i panie Hydzie”. Tak jest też w najnowszym „Sherlocku”, tyle że zdaniem Gryzipióra mamy tu do czynienia z dwoma duchami: duchem reprezentującym społeczną sprawiedliwość oraz duchem reprezentującym lęk przed uczuciami.

Zacznijmy od ducha reprezentującego lęk przed uczuciami, bo ten manifestuje się częściej, choć głównie metaforycznie. Holmes i Watson opuszczają szklarnię, jest bieganie, strzelanie i cały ten jazz. A potem na scenę wkracza Moriarty, który od początku serii – od niesławnej sceny w „The Great Game” – utożsamiany był z negatywnym, XIX-wiecznym stereotypem homoseksualisty: groźnym, amoralnym dewiantem. Teraz na tle oświetlonej ogniem złoto-czerwonej tapety, niczym król wewnętrznych demonów, zachwyca się męskim zapachem pokojów przy Baker Street i smakuje w kurzu skórę Sherlocka. Holmes nie wie jeszcze, że rozmawia z upiorem własnego umysłu. Wydaje mu się, że jego największy wróg („diabeł”, jak go określa) powstał z grobu. My za to wiemy, że mamy do czynienia z piekielnym duchem, który zgodnie z założeniem opowieści gotyckiej uosabia strach i zakazane pragnienie. To teraz pytanie: Co może uosabiać tryskający aluzjami Moriarty, który oblizuje lufę pistoletu i najwyraźniej spał w łóżku Sherlocka? Jak mawia nasz bohater, I’ll leave it to your deductions.

fot. BBC [*]
Gwoli ścisłości trzeba dodać, że nie tylko Moriarty reprezentuje tu strach przed homoseksualną miłością i erotyzmem (oraz pragnienie tychże). Również Emelia Ricoletti śpiewa niewinnym, dziecięcym głosem „Nie zapomnij mnie...”, sugerując, że wyparcie się uczuć nie może trwać wiecznie.

Ta scena mówi nam niemal wprost, czego Sherlock boi się i pragnie oraz czego się wyparł, by stać się niezawodną maszyną do prowadzenia śledztw. Co najlepsze, to nie Moriarty uświadamia Holmesowi jego strach przed miłością oraz seksem i jednocześnie pragnienie tychże. To sam Sherlock. Jesteśmy przecież w jego pałacu umysłu, który zaczyna się walić pod wpływem nie wiadomo czy lęku, czy przypływu samoświadomości, czy nielogiczności, jaką jest powrót Moriarty’ego z zaświatów. Mieszkanie przy Baker Street drży w posadach, bo oto ląduje samolot, wróciliśmy do współczesności. (Gryzipiór miał nie recenzować, ale musi napisać, że to przejście między XIX wiekiem a naszymi czasami pomyślano po prostu rewelacyjnie).

Narracyjnie to jest punkt, w którym wszystkie elementy układanki wskakują na miejsce. Gryzipiórowi trochę on namieszał w głowie (zgodnie z zamysłem chytrych, chytrych twórców), więc na wszelki wypadek odtwórzmy przebieg wypadków. Zatem: Sherlock żegna się z Johnem na lotnisku (widzieliśmy to w odcinku „Hist Last Vow”), po wejściu do samolotu przedawkowuje (celowo czy przypadkiem?), czyta spisaną przez Johna historię ich spotkania (to dlatego widzieliśmy na początku odcinka jego wiktoriańską wersję!), dowiaduje się o rzekomym powrocie Moriarty’ego, po czym odlatuje na kokainowy trip. Zbudzony lądowaniem samolotu, wmawia sobie i innym, że był w pałacu umysłu, próbując rozwikłać zagadkę powrotu arcywroga. Naprawdę jednak nie ma żadnej Emelii ani żadnego Moriarty’ego. Są tylko wybudzone narkotykiem demony samego Sherlocka.

fot. BBC [*]
Jeśli już przy scenach współczesnych jesteśmy, czy zauważyliście, jak nieprzyjemną i mało atrakcyjną personą okazuje się w nich Sherlock? Opuchnięta czerwona twarz, kompletna niezdolność do przyznania się do nałogu, no i ta porażka geniusza, który o mało nie pogrzebał się we własnym umyśle. Aż chce się przyznać rację doktorowi Watsonowi, kiedy ten mówi: „Przekonałem publiczność, że pozbawiony zasad ćpun jest dżentelmenem i bohaterem”. Żeby było symetrycznie, John jest podobnie nieprzyjemny w scenach rozgrywających się w XIX wieku. „Szowinista” to najłagodniejsze słowo, jakim Gryzipiór jest w stanie go określić. Paradoksalnie to doskonała charakteryzacja, pokazująca, że mamy do czynienia z bohaterami z krwi i kości, niewolnymi od słabości, uprzedzeń oraz, szczerze mówiąc, zwykłej podłości.

Zręcznie, trzeba przyznać, zostało to rozegrane: widz już wie, że wszystko, co do tej pory widział, było narkotycznym snem, ale sam Sherlock nie przyjmuje tego do wiadomości. Będzie teraz obsesyjnie szukał rozwiązania zagadki powrotu swojego największego wroga, nieświadom, że wrogiem tym jest nie Moriarty, a on sam. Dwa wydarzenia odkryją przed nim prawdę. Najpierw zdradzi mu ją w krypcie pełnej zamaskowanych kobiet sam Moriarty (w stroju panny młodej, kolejny raz kwestionując heteronormatywną perspektywę). Potem, w grobie Emelii Ricoletti, Sherlock odkopie trupa, tak jak twórcy serialu odkopali opowieści Doyle’a, ale okaże się, że to nie wystarczy do rozwiązania zagadki. Trzeba kopać głębiej – pod ziemią, w pod-świadomości, w pod-tekście – żeby znaleźć odpowiedź.

Trzeba wrócić nad wodospad Reichenbach, do najbardziej ikonicznej sceny z opowieści o Sherlocku Holmesie.

Wiecie, co jest najgorsze, kiedy czyta się opowiadania Doyle’a? Że Holmes zawsze jest nad wodospadem Reichenbach sam, że z wyboru staje samotnie do walki ze swoim największym wrogiem i właściwie przegrywa. Jest tak, jak mówi Moriarty: „Zawsze jesteśmy tylko ty i ja, do tego się to sprowadza”. Do tej archetypicznej konfrontacji dobra i zła, światła i mroku dąży też większość adaptacji opowieści o Sherlocku Holmesie. Ale nie ta, którą piszą Moffat i Gatiss. W tej wersji nad wodospadem materializuje się John i ratuje przyjaciela w ostatniej chwili. A pamiętacie, kim w tej opowieści jest Moriarty? Jest duchem uosabiającym lęk przed uczuciami i negatywny stereotyp homoseksualisty. Jak powiedział o Sherlocku jego brat, „odosobnienie oznacza dla ciebie zamknięcie ze swoim największym wrogiem”. Holmes walczy tu nie z rzeczywistym człowiekiem, ale ze swoim mrocznym sobowtórem, a także z lękiem, niewiarą, zwątpieniem, może bolesną przeszłością („W twoim umyśle nigdy nie będę martwy – grozi Moriarty. – Jestem twoją słabością”). Ale walczy nie sam, bo z pomocą przychodzi mu John Watson, który ratuje go przed samym sobą. Zwycięstwo jest całkowite – tylko spójrzcie jak ośmieszony, upokorzony i bezsilny stał się nagle Moriarty, z jaką pogardą John spycha go ze skały!

No to czas skoczyć w przyszłość. Najpierw jednak Holmes zdejmuje kapelusz i ciska go w kocioł wodospadu. To znaczący gest: kapelusz to coś, co zakładamy, kiedy wychodzimy na zewnątrz i odgrywamy swoją publiczną personę. W wypadku Holmesa jest też czymś narzuconym z zewnątrz (przez ilustratora – w opowiadaniach Doyle’a nie ma o nim mowy), trochę jak wąsy, które Watson musiał zapuścić, by zaświadczyć o swojej heteroseksualności ludzie go rozpoznawali. Odrzucenie kapelusza oznacza dla Sherlocka odrzucenie swojego publicznego wizerunku, tej maski pozbawionego uczuć, doskonale logicznego, aseksualnego geniusza. Odważny skok w nieznane, skok na głęboką wodę (dosłownie i w przenośni). A ponieważ wszystko dzieje się przy wsparciu Johna, skok Sherlocka nie kończy się upadkiem (który, jak zostało wcześniej powiedziane, zabija), tylko trwa w nieskończonym spadaniu. Jak strasznie Gryzipiór potrzebuje teraz polskiego odpowiednika wyrażenia to fall in love! Nic innego nie przychodzi mu do głowy, kiedy obserwuje twarz spadającego Sherlocka, który pokonał własne demony, jest wolny, szczęśliwy i gotowy na miłość. Piękna rewizja kanonicznego tekstu.

fot. BBC [*]
Kto by pomyślał, że Sherlock cosplayujący latającą wiewiórkę stanie się jednym z najwspanialszych widoków, jakie Gryzipiór zapisze w swoim pałacu umysłu.

No dobrze, ale gdzie się podział duch reprezentujący społeczną sprawiedliwość? Cofnijmy się do sprawy Emelii Ricoletti, a konkretnie do krypty, w której zbierają się zamaskowane kobiety z tajnego stowarzyszenia. Wszystkie cierpią już to z powodu męskiej przemocy, już to ograniczeń, jakie nakłada na nie patriarchalne społeczeństwo. Sama Emelia zostaje wykorzystana i porzucona przez lorda Carmichaela; Molly musi udawać mężczyznę, by pracować w kostnicy; wygadana pokojówka Watsonów mogłaby osiągnąć więcej, gdyby jej na to pozwolono. Poza stowarzyszeniem, choć w tej samej społecznej przestrzeni, są pani Hudson, która milczy w proteście przeciwko pomijaniu jej postaci w opowiadaniach doktora Watsona (gest niby zabawny, ale naprawdę ogromnie bolesny), no i Mary sfrustrowana byciem zostawianą w tyle, domagająca się szacunku za udział w ruchu sufrażystek. Niedoceniane, traktowane protekcjonalnie, pozbawione prawa do własnego głosu (również przez Holmesa i Watsona) kobiety powołują do życia Emelię Ricoletti: ducha zemsty, który uosabia ich cierpienie oraz pragnienie zaprowadzenia sprawiedliwości. Te kobiety walczą w wojnie, którą – według słów Mycrofta, przedstawiciela sytej, męskiej władzy – „należy przegrać”, gdyż prowadzona jest w słusznej sprawie. To wątek feministyczny, który dopełnia osobisty wątek Sherlocka przez analogię.

Co to za analogia? Pamiętajmy, że w XIX wieku kobiety nie były jedyną deprecjonowaną grupą społeczną. W większych jeszcze tarapatach znajdowali się homoseksualiści. Oni też musieli nosić maski, a wraz z nimi literatura, w której męskie pożądanie musiało być zaszyfrowane w podtekście, bo gdyby pisarze opisywali je wprost, spotkałby ich los Oscara Wilde’a. Teraz uwaga: podtekst taki znajdziemy również u Arthura Conana Doyle’a (te wizyty w tureckich łaźniach, ten znaczący wyjazd z Londynu podczas nagonki po procesie Wilde’a, ten detektyw, który po mistrzowsku potrafi udawać kogoś innego i zna każdy mroczny zaułek Londynu). Gdyby Holmes ujawnił się ze swoim pragnieniem w tych czasach, czekałyby go więzienie i ostracyzm, a może nawet lincz, toteż represja zakazanych uczuć była jedynym wyjściem. „Strach to mądrość w obliczu niebezpieczeństwa. Nie ma się czego wstydzić” – zaznacza przecież Holmes na samym początku odcinka. A na jego końcu dodaje, że zawsze był „człowiekiem wyprzedzającym swój czas” i że świetnie by się odnalazł w XXI wieku. A że jego czas właśnie nadszedł – to mówi nam scenografia, która w finale powoli, acz niebłaganie zmienia się we współczesną Baker Street. Duch, czyli społeczny lęk przed homoseksualizmem, został wyegzorcyzmowany. Nie ma się już czego bać.

Jest tak, jak od zawsze powtarzali Moffat i Gatiss: „Sherlock” to nie serial detektywistyczny, to serial o detektywie. A ponieważ mamy do czynienia z bohaterem z kulturowego kanonu, twórcy postępują trochę jak fani: prze-pisują oryginalny utwór, tak by ukazać historię według nich prawdziwą, ale niedostrzeżoną lub niewłaściwie zinterpretowaną przez większość. Jest to historia naznaczonego odmiennością i niewiarą w sens uczuć detektywa w drodze do poznania samego siebie. Detektywa, który jeśli ziści się wizja z najnowszego odcinka, po 128 latach od swoich literackich narodzin wreszcie zaakceptuje własne człowieczeństwo i odnajdzie miłość.

fot. BBC [*]

Co dalej?

No dobrze, to wyjdźmy wreszcie z głowy Sherlocka i spróbujmy zgadnąć, co nas czeka w czwartym sezonie. Uwaga: w zależności od trafności przewidywań Gryzipióra niektóre z tych spekulacji mogą się okazać spoilerami. Mimo to Gryzipiór zdecydował się o nich napisać, bo może pospekulujecie razem z nim?

Czy Moriarty żyje? Tak i nie. Moriarty żyje, bo jest częścią Sherlocka: tą najgorszą, bo pozbawioną uczuć i kompasu moralnego. Uosabia też jego lęki. Moriarty nie żyje, bo jego mózg rozbryznął się na dachu szpitala św. Bartłomieja. Jeśli wróci w kolejnym sezonie, to jako duch błąkający się po pałacu umysłu Sherlocka. Chyba.

Kto umieścił twarz Moriarty’ego na wszystkich ekranach w Anglii? No cóż, ktoś potężny, z dostępem do władzy i mediów. Może Mycroft sfingował powrót Napoleona Zbrodni, żeby ocalić brata? Gryzipiór jednak coraz bardziej przekonuje się do fanowskiej teorii, zgodnie z którą Moriarty to nie tyle nazwisko, ile tytuł, stanowisko. Coś jak ojciec chrzestny. W tym sensie Moriarty mógłby naprawdę wrócić, tyle że miejsce Jima zajęłaby inna postać. Może Mary (w najnowszym odcinku znalazło się nawet sugestywne przejście między scenami, w którym sylwetka Moriarty’ego została nałożona na sylwetkę Mary – podczas spotkania z tajnym stowarzyszeniem kobiet). Może nieznany brat Jima (o którym wspomina się u Doyle’a; starszego brata miała też Emelia Ricoletti, alter ego Moriarty’ego) albo jego siostra. Za teorią o bracie bądź siostrze przemawia też fakt, że to właśnie zasugerował John, a John – jak wiemy po najnowszym odcinku – ma zawsze rację.

fot. BBC [*]
Ze wszystkich tajemnic, które pojawiły się w tym odcinku, najbardziej frapuje Gryzipióra tajemnica czarnej garderoby Mary. Kogo widzimy na tym zdjęciu? Kolejną mściwą pannę młodą? Przyszłą wdowę, która planuje zabójstwo męża? Matkę w żałobie po nienarodzonym dziecku, a może siostrę w żałobie po bracie, którego nazywano Napoleonem Zbrodni?

W co gra Mary? Jej rola w najnowszym odcinku jest co najmniej niejednoznaczna. Pojawia się w stroju czarnej wdowy, który nie ma uzasadnienia w fabule, więc wygląda na to, że Sherlock uważa ją za zagrożenie. Jednak już chwilę później widzimy Mary bardziej jako ofiarę niż prześladowcę – inteligentną, niezależną kobietę, która walczy o miejsce w świecie mężczyzn i której mąż wyraźnie nie kocha, bo zostawia ją przy każdej okazji. Albo Sherlock jej nie docenia, albo twórcy celowo wprowadzają nas w błąd co do celów i charakteru tej postaci. Gryzipiór stawia na to drugie. Jedno jest pewne: cokolwiek Mary robi, nie pracuje dla Mycrofta, to tylko fantazja Sherlocka. Nawiasem mówiąc, czy zwróciliście uwagę, że wiktoriańska odpowiedniczka Mary nie jest w ciąży?

Kim lub czym, u diabła, jest Rudobrody? Obejrzawszy „His Last Vow”, Gryzipiór był prawie zdolny uwierzyć, że naprawdę chodzi o ukochanego psa, którego trzeba było uśpić. Obejrzawszy najnowszy odcinek, w którym to imię pojawia się dwukrotnie – raz w scenie, w której Watson wypytuje Holmesa, co sprawiło, że wyrzekł się uczuć – Gryzipiór jest prawie pewien, że chodzi o człowieka. Przyjaciela z dzieciństwa? Dawną miłość? Drugiego brata Sherlocka, którego istnienie zasugerował Mycroft na końcu „His Last Vow”?

A co Wy sądzicie o najnowszym odcinku „Sherlocka”? Co Waszym zdaniem może się zdarzyć w czwartym sezonie?
  1. Ten odcinek zamieszał mi w głowie! Mary również mi wydaje się być dość podejrzana - brak ciąży w halucynacjach Sherlocka, czarny strój... już od początku miałam do niej mieszane uczucia (zwłaszcza, kiedy na jaw wyszło, że jest kimś zupełnie innym, niż się wydawało). Ale najbardziej nurtuje mnie Irene Adler, na której powrót czekałam. Więc skoro Sherlock ma skłonności homoseksualne,dlaczego mamy więc tą postać? A przecież już od pierwszego spotkania Irene i Holmesa widać, że jest między nimi jakieś (specyficzne) uczucie... Coż, pozostaje tylko czekać na następny sezon!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem Mary może nas jeszcze zaskoczyć jako największy Zły w całej tej opowieści. Podziwiam sposób, w jaki napisano tę postać, ale rany, niektóre z jej działań są naprawdę niewybaczalne (na czele z postrzeleniem głównego bohatera serialu).

      Co do Irene: Rzeczywiście jest między nimi fascynacja, ale czy na pewno ma ona romantyczny/erotyczny charakter? Podczas ich pierwszego spotkania Sherlock patrzy tylko na jej twarz, nie na nagie ciało, później nie odpowiada na jej SMS-y, a tuż zanim otrzyma bilet na samolot nie wykazuje zainteresowania jej propozycją - ba, właściwie jej nie zauważa, bo cały czas mówi do (nieobecnego) Johna. W przedostatniej scenie, kiedy odgaduje hasło do jej telefonu, w zasadzie wysyła ją na śmierć. W 3. sezonie dowiadujemy się, że nie utrzymuje z nią kontaktu. W najnowszym odcinku trzyma jej zdjęcie w zegarku, ponieważ była "godnym przeciwnikiem". Wydaje mi się, że jeśli tych dwojga coś łączy, to podziw, szacunek i intelektualna fascynacja. Wzajemnego zakochania, a tym bardziej miłości, nie dostrzegam.

      Dlaczego mamy więc tę postać? Powiedziałabym, że paradoksalnie po to, żeby pokazać, jak nieheteroseksualny jest Sherlock. :P Podoba mi się też pomysł, że Irene jest jakby sobowtórem Sherlocka (ciemne kręcone włosy, jasne oczy, wspaniały intelekt), który przez kontrast ma nam pokazać, jak bardzo niedoświadczony jest Sherlock w sprawach uczuć i erotyki (nie tylko dla śmiechu widzimy go szczelnie zawiniętego w białe prześcieradło). Ja też niecierpliwie czekam na powrót Irene, bo UWIELBIAM tę postać, no i mogłaby przy okazji wyklarować kilka spraw. ;)

      Usuń
    2. Hmm... W tym rozumowaniu jest metoda, ale... czy ta homoseksualność nie jest wlaśnie zwodzeniem widzów? W tym serialu jest pełno tego typu aluzji, a pozostali bohaterowie, nawet epizodyczni, rzucają żartami o wątpliwych relacjach pomiędzy Sherlockiem i Johnem. Czy to nie wydaje się zbyt oczywiste? Takie aluzje są niemal w każdym odcinku, a przecież to nie może być aż tak..hmm.. proste ;) ja osobiście czuję, że twórcy serialu jeszcze nas zaskoczą, bo w ich serialu nic nigdy nie jest podane "na tacy" :)

      Usuń
    3. Tylko czy to na pewno jest takie proste i oczywiste, skoro nie dostrzega tego większość widzów i recenzentów? Aluzje i żarty to jedno, a rozbudowany, bezpośrednio ukazany, istotny fabularnie wątek homoseksualnej miłości to drugie. Aluzji i żartów tego rodzaju pełno jest w filmach nie tylko o Sherlocku (choć o Sherlocku także - przykładem filmy Guya Ritchie'ego), ale nic z nich nie wynika, bo bohaterowie nieodmiennie okazują się heteroseksualni.

      Myślę, że "Sherlock" BBC tylko przybiera maskę kolejnej pełnej głupich aluzji produkcji, a naprawdę chce nam opowiedzieć całkiem poważną historię romansową. "Upiorna panna młoda" wydaje mi się na to najlepszym dowodem, bo inaczej ten odcinek po prostu nie ma sensu. Czemu miałaby służyć scena w szklarni? Po co Moriarty miałby grać rolę agresywnego, pełnego erotycznych aluzji stalkera? Jak inaczej można by zinterpretować scenę przy wodospadzie Reichenbach? I po co w ogóle kręcić 90-minutową sesję psychoanalityczną głównego bohatera, jeśli nie po to, by pokazać, jak zmienia się jego podejście do własnych lęków, pragnień i uczuć?

      No, więc tak to widzę. Ale masz rację, że twórcy na pewno nas jeszcze zaskoczą - i na to liczę. :D

      Usuń
  2. Dziekuje za super recenzje, wreszcie zrozumiałam cos z odcinka :D
    Oglądałam go tylko raz, i byłam pod ogromnym wrazeniem jak super twórcy stworzyli ten sherlockowski świat. Byłam prawie tak skonfundowana jak na Incepcji ;)
    Szkoda, tylko, że ta długo będziemy czekać na kolejny sezon.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do usług. :) I dziękuję za komplement. Wydaje mi się, że tylko taka queerowa interpretacja wyjaśnia wszystkie te dziwne elementy najnowszego odcinka. Również scenę w krypcie, w której natchniony Sherlock przemawia w obronie kobiet, nie dopuszczając do głosu samych kobiet. Zdaje się, że większość recenzentów uznała to za coś okropnie protekcjonalnego, ponieważ nie zauważyła, że Sherlock przemawia w tej scenie wcale nie jako mężczyzna, ale jako przedstawiciel innej, równie lekceważonej mniejszości.

      Też chciałabym, żebyśmy nie musieli czekać na kolejny sezon tak długo (jeszcze rok!), ale sądząc po najnowszym odcinku, będzie warto. :D

      Usuń
  3. Dopiero w zeszły piątek przeczytałem Twój post. Dziś przeczytałem go znów. Fakt - opisywany film jest jedynym znanym mi z przygód detektywa o głosie Smauga, więc wielu rzeczy po prostu nie ogarniam i nie miałem prawa ogarnąć myślą w czasie oglądania filmu. Ale Twoja analiza sprawiła, że poczułem, iż ego filmu nie widziałem. Lub, lepiej, widziałem tylko jego powierzchowną, wciąż efektowną, warstwę. Musze go obejrzeć ponownie. I chyba muszę się zainteresować tym serialem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam z całego serca! Na tę chwilę to chyba najlepszy, najbardziej błyskotliwy i najchytrzej pogrywający sobie z widzami serial, jaki znam. Z ważnych kontekstów polecam zaś, oprócz opowiadań Doyle'a rzecz jasna, zwłaszcza "Prywatne życie Sherlocka Holmesa". Ten dość dziwny film aż kipi od queerowych podtekstów, a jego drugą częścią wyraźnie inspirowali się scenarzyści "Sherlocka" tworząc postać Irene Adler - też zresztą potraktowaną bardzo oryginalnie w porównaniu do tego, co robią z nią inne seriale, filmy i książki. Mnie w każdym razie dał dużo do myślenia w kontekście "Sherlocka"BBC.

      Usuń
  4. Wróciłam do tego tekstu, żeby przypomnieć sobie, za co kochałam Sherlocka, i chociaż minęło już pół roku, znowu pękło mi serduszko na myśl jak bardzo to wszystko zniszczył 4 sezon. Ech. W każdym razie - świetny tekst.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.