O niepamięci i polowaniu na smoka, czyli „Pogrzebany olbrzym” Kazuo Ishigury


Nie było tam sielskich łąk, z których zasłynęła później Anglia. Całymi milami ciągnęły się skaliste wzgórza i posępne wrzosowiska: spustoszona, nieuprawna ziemia, którą przecinały pozostawione przez Rzymian drogi. Nad moczarami i rzekami unosiły się lodowate opary, w których świetnie czuły się ogry. Tak wygląda świat „Pogrzebanego olbrzyma” – prawdopodobnie najbardziej niezrozumianej powieści 2015 roku. Powieści, która zgodnie z szumnymi zapowiedziami miała być fantasy. Ale co to za fantasy, o której sama Ursula Le Guin napisała, że czytanie jej było dla niej udręką?


Tekst zawiera minimalne spoilery.

Gryzipiór całkowicie rozumie cierpienie matki fantasy. Sam pewnie męczyłby się z „Pogrzebanym olbrzymem” strasznie, gdyby przed wizytą w bibliotece chciało mu się przeczytać entuzjastyczne zapowiedzi, że oto laureat Nagrody Bookera, znany z powieści realistycznych, napisał utwór w konwencji fantastycznej. Przedwcześnie szykowany na nowego Tolkiena Kazuo Ishiguro spłatał jednak wszystkim figla, wydając powieść, która – wedle jego słów – równie dobrze mogłaby się rozgrywać w Bośni, Rwandzie lub powojennej Francji. Ta deklaracja to właściwie wszystko, czego trzeba, żeby zdjąć „Pogrzebanego olbrzyma” z półek z książkami fantasy. Na jakiej półce go jednak postawić? O, to jest dobre pytanie.

„Pogrzebany olbrzym” to jedna z tych powieści, które wymykają się łatwej klasyfikacji. Temat rodem z powieści historycznej lub rozprawki filozoficznej, język rodem z baśni, frazy powracające obsesyjnie jak podczas medytacji – cóż z tym począć? Gryzipiór nazwał to dziwne zjawisko powieścią-alegorią. Oto para starych, kochających się Brytów, o dziwnie niebrytyjskich imionach Axl i Beatrice, wędruje przez wzgórza i zmarznięte rzeki, by zobaczyć syna, który może żyje, a może nie. Brytanię zasnuła bowiem mgła niepamięci. Rodzice zapominają dzieci, starcy własne narodziny, a małżeństwa dawne krzywdy. Czytelnik zastaje więc świat w dziwnym momencie, w którym nikt nie pamięta historii, ale wszyscy znają legendy, w tym tę najważniejszą: o królu Arturze, który ledwie pokolenie temu pogodził Brytów i Saksonów, tak że mogą dziś w pokoju mieszkać obok siebie. Przynajmniej wydaje się, że mogą – bo czy zdołają się zabliźnić stare rany, skoro roi się w nich tyle robactwa?

Zresztą ogry nie były takie złe, pod warunkiem, że się ich nie prowokowało. Trzeba było pogodzić się z tym, że co jakiś czas, zapewne w wyniku niejasnych zatargów, do których dochodziło w ich szeregach, jedna z tych bestii wpadała do wioski okrutnie rozzłoszczona i (...) siała popłoch i zniszczenie, raniąc każdego, kto nie dość szybko zszedł z jej drogi. Albo że czasami jakiś ogr porywał dziecko i znikał z nim we mgle. Ludzie tamtej epoki musieli podchodzić do takich wydarzeń z filozoficznym dystansem [s. 10].

Wielką siłą Ishigury jest umiejętność stosowania języka, który pod złudną prostotą skrywa głębsze znaczenia. W jego powieści pod warstwą chłodnej, eleganckiej mowy kipią nieukojony gniew, zagorzała nienawiść i żądza zemsty. Bohaterowie przemawiają z groteskową manierą, która sama obnaża swoją sztuczność i nieadekwatność. Co z tego, że rycerze pięknie i uprzejmie opowiedzą o swoich racjach, kiedy pojedynek i tak zakończy się brutalną rzezią? Rozlew krwi jest nieunikniony, choć początkowo wydaje się nie przystawać do świata, który jest wprawdzie zimny i ponury, ale i w pewien sposób niewinny za sprawą Axla i Beatrice. Ta dotknięta klątwą niepamięci para rusza w podróż, obawiając się smoczycy, ogrów i demonów z Wielkiej Równiny, ale kończy ją, przerażona już tylko bezmiarem ludzkiej niegodziwości. To zresztą kapitalny pomysł, polegający na odwróceniu tradycyjnego motywu, w którym dziecko traci złudzenia w miarę dorastania. W „Pogrzebanym olbrzymie” dorastają bowiem zdziecinniali starcy, ale nie dzięki odważnemu stawianiu czoła przyszłości, tylko cofaniu się w przeszłość. Im dalej w głąb Brytanii zapuszczają się Axl i Beatrice, tym więcej sobie przypominają – także tego, o czym lepiej by było nie pamiętać. Co oczywiście prowokuje do stawiania pytań.

[*]
Czy miłość może trwać tylko wtedy, kiedy kochankowie nie wiedzą o swoich najgorszych czynach? Co warte jest uczucie, o które nie trzeba walczyć, bo po prostu istnieje? I czym, u licha, ta miłość właściwie jest? Znalazła się w „Pogrzebanym olbrzymie” piękna scena, w której Axl i Beatrice, przypomniawszy sobie o wyrządzonych nawzajem krzywdach, decydują się znów o nich zapomnieć – tym razem świadomie. I wydaje się, że to mogłaby być odpowiedź na te dylematy, gdyby nie to, że Ishiguro zostawia czytelnika z zakończeniem otwartym tak bardzo, że ten nie może być pewien nawet motywacji kierujących bohaterami w ich ostatnich chwilach. Gryzipiór wciąż nie wie, czy to zabieg genialny, czy kompletnie nieudany. Czytelnik po 450 stronach ma przecież prawo oczekiwać puenty, tymczasem wszystko, co ma do zaoferowania Ishiguro, to kolejne pytania.

Bardziej zdecydowanie wypowiada się autor w sprawie niepamięci już nie jednostek, a całych narodów. W powieści są to Brytowie i Saksoni, ale czytając o nich, trudno doprawdy nie myśleć o bardziej współczesnych, skonfliktowanych nacjach. Tu nie ma złudzeń: jedyną możliwością przerwania zaklętego kręgu nienawiści jest zbrodnia, która wyzuje narody z pamięci, a zarazem z pragnienia odwetu za dawne krzywdy. Krwawa jatka nie ominie kobiet, bo przecież kobiety, nawet jeśli same nie ruszą do walki, wychowają synów, którzy będą się mścić za poległych dawno ojców. Tak, w pewnym sensie „Pogrzebany olbrzym” to opowieść o apokalipsie: o tym, co się stanie, kiedy drobne pozornie zdarzenie na nowo rozpali stary, na wpół zapomniany gniew. Czy ten, który próbował temu zapobiec, mordując przyszłych buntowników, był bohaterem czy raczej tyranem? Odpowiedź – a także odpowiedzialność za nią – zostawia Ishiguro czytelnikowi.

Jak mogą zabliźnić się stare rany, skoro roi się w nich tyle robactwa? Jak może utrzymać się pokój zbudowany na rzezi i na sztuczce magika? Widzę, jak gorąco tego pragniesz, jak bardzo chcesz, by rozsypały się w pył twoje dawne zmory. Ale one czekają w ziemi, białe kości czekają, by odkryli je ludzie [s. 401].

Gryzipiór napisał na początku, że czytanie „Pogrzebanego olbrzyma” jak powieści fantasy nie jest najlepszym pomysłem. Z prostego powodu: zawodzą w nim prawie wszystkie tradycyjne elementy tego gatunku. Nie ma tu wartkiej akcji, a wątek questu jest najwyżej pretekstowy. Ważniejsze są niepokojący nastrój i skrywający prawdziwe znaczenie język, i jeszcze odtwarzanie przeszłości narodów ze skrawków wspomnień, chaotycznie powracających do poszczególnych bohaterów. Świat Axla i Beatrice nie jest też typowym, spójnym światem fantasy z magią jako najwyższą zasadą jego organizacji. Na to jest zbyt enigmatyczny, niedookreślony tak geograficznie, jak historycznie. Owszem, pojawiają się w nim ogry, smoki i czarownice, ale ich status nie jest jasny. Bez trudu można objaśnić obecność tych istot jako produktów mitycznego myślenia dawnych Brytów i Saksonów, którzy realne doświadczenia opowiadają jedynym dostępnym im językiem, jakim jest język symboli. Są prawdziwe o tyle, o ile w ich istnienie wierzą bohaterowie powieści.

„Pogrzebanego olbrzyma” łączy jednak z fantasy jedna fundamentalna cecha: melancholia. Ishiguro nie tęskni wprawdzie, jak Tolkien, do dawnych, lepszych czasów, a przynajmniej nie pozwala się tej nostalgii wypowiedzieć. Rozrzuca jednak po swoim świecie symbole dawnej potęgi: porośnięte wilgotnym bluszczem ruiny rzymskich willi, podupadłe drogi z czasów Cesarstwa, grobowiec tajemniczego olbrzyma, no i sir Gawaina – chyba najbardziej zagadkową postać w całej powieści. Osamotniony, podstarzały Rycerz Okrągłego Stołu w zardzewiałej zbroi, który za jedynego towarzysza ma zmęczonego konia, to czytelny symbol chwały, która przeminęła, ale i czegoś jeszcze: skompromitowanego idealizmu. To on, przedstawiciel pokolenia ojców, którzy poświęcili honor w imię pokoju, będzie musiał odejść, by zrobić miejsce gniewnej zemście – przerażającej tym bardziej, że chyba słusznej.

Gdyby Gryzipiór miał wskazać jedną wadę powieści, wskazałby nie do końca przemyślaną konstrukcję. Po znakomitym początku fabuła „Pogrzebanego olbrzyma” zaczyna meandrować, zostawiając czytelnika z nierozwiązanymi i chyba nawet zbędnymi wątkami. Pojawiają się też sceny dopowiadające przebieg wydarzeń z punktu widzenia innych niż Axl i Beatrice bohaterów, którzy nie zostali jednak na tyle rozwinięci, by zainteresować Gryzipióra swoją wersją historii. Generalnie jednak Gryzipiór poleciłby „Pogrzebanego olbrzyma” każdemu – ale nie jako powieść fantasy, tylko jako gorzką, ale pięknie napisaną baśń o tym, jak pamięć o przeszłości determinuje teraźniejszość, jak (nie)możliwe jest wybaczenie i jak bardzo trudnym, bolesnym i skomplikowanym uczuciem jest miłość. Ostatecznie przecież w tych sprawach wszyscy błądzimy we mgle.

  • Przekład: Andrzej Szulc
  • Wydawca: Albatros
  • Rok wydania: 2015
  • Liczba stron: 446
  1. Nie jestem pewna czy ta książka byłaby dobrym wyborem na pierwsze spotkanie z twórczością Ishigury, ale wydaje się dość frapująca i niejednoznaczna, co z kolei nieco mnie odstrasza. Nie wiem czy nie poczułabym zawodu, gdybym dobrnęła do ostatniej strony i nie poczuła, że opowieść w jakiś zdecydowany sposób się kończy. Rozumiem, że to może być również zaleta dzieła, ale jednak do mnie rzadko przemawia taki zabieg.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu nie jestem pewna, bo nie czytałam jeszcze innych powieści autora, ale przypuszczam, że jeśli ktoś lubi takie baśniowo-historyczne klimaty i interesuje się dziwnym działaniem pamięci, to "Pogrzebany olbrzym" ma szanse zachęcić go do twórczości Ishigury. Mnie zachęcił, choć nie jest pozbawiony wad, w tym tego rozmytego, niejednoznacznego zakończenia, o którym piszesz.
      Moim zdaniem takie zakończenie jest dobrym pomysłem wtedy, kiedy stawia bohatera przed koniecznością wyboru między dwiema drogami postępowania, a to, co bohater wybierze, zmienia wymowę całej powieści (świetnie taki zabieg zadziałał np. w "Wehikule czasu" Wellsa). "Pogrzebany olbrzym", choć napisany enigmatycznie, wydaje się dość czytelną alegorią - poruszającą, ale łatwą do rozszyfrowania. Otwarte zakończenie chyba niespecjalnie ją pogłębiło, za to pewnie zirytowało wielu czytelników (w tym mnie).

      Usuń
    2. Właśnie u mnie z tym zainteresowaniem baśniowością to tak różnie. Nie jestem w stanie się jakoś jednoznacznie określić, dlatego z rezerwą podchodzę do tej książki, mimo że mnie intryguje. Może jednak wybiorę coś innego na początek.
      Myślę, że masz rację w kwestii otwartych zakończeń. Czym innym jest pozostawienie czytelnikowi możliwości dopowiedzenia, a czym innym niemal porzucenie historii bez wyraźnie zarysowanych możliwości finału.

      Usuń
    3. Co do zakończenia - trafiłaś w sedno. :D Co do tego, od której powieści zacząć czytanie Ishigury - co powiesz na "Okruchy dnia"? Autor otrzymał za nią nagrodę Bookera, a i oceny na GoodReads są dla niej łaskawe.

      Usuń
  2. Brzmi dobrze, fabuła też zapowiada się intrygująco, więc bardzo możliwe, że sięgną po "Okruchy dnia", dzięki :)

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.