Uśmie­chy gor­sze niż łzy, czyli „Jessica Jones”


Pije whisky, zarabia na życie, fotografując niewiernych mężów, i oczywiście ucieka przed mroczną przeszłością. To właśnie Jessica Jones: cyniczna pani detektyw, którą od dziesiątek kolegów po fachu, błąkających się po czarnych kryminałach całego świata, różni to, że jest kobietą. Tylko tyle? Aż tyle! To niezwykłe, jak czasem wystarczy zmienić jeden element starego szablonu, by tchnąć w niego nowe życie. A kiedy uda się dopisać pomysłowy scenariusz, zaangażować świetnych aktorów i zainteresować produkcją Netflixa, efekt zaczyna się robić interesujący.

Gryzipiór słyszał oczywiście, że pod względem estetyki, głębi i brutalności świat filmów i świat seriali Marvela, tych w dystrybucji Netflixa, równie dobrze mogłyby znajdować się w osobnych galaktykach. Mimo to i tak dał się zaskoczyć tym, jak mało jest superbohaterstwa w superbohaterskim cyklu o Jessice Jones. Gatunkowo mamy tu do czynienia z czymś między czarnym kryminałem a thrillerem psychologicznym – czymś mrocznym, niepokojącym i wykorzystującym fantastyczne elementy do przedstawienia historii, którą nie raz i nie dwa opowiedziano już na kozetce u psychologa. Od początku zachwyca scenografia: ciemne, brudne ulice nowojorskiej dzielnicy Hell’s Kitchen, pomysłowo podmalowywanej niekiedy fioletem – kolorem największego wroga Jessiki, w komiksach zwanego Purple Manem. Atmosfera nocnego polowania, śledzenie potajemnych kochanków, niewyjaśnione jeszcze ataki paniki bohaterki, sugestia mrocznej przeszłości – wszystko to tworzy kapitalny nastrój tajemnicy, dzięki któremu przynajmniej pierwszą połowę serialu ogląda się z zapartym tchem. Potem, niestety, coś zaczyna się psuć; „Jessica Jones” to bodaj pierwszy w doświadczeniu Gryzipióra serial, który wytracił napięcie w ostatnich trzech odcinkach. Niemniej warto zmóc go do końca, bo nawet jeśli gdzieś zabłąkały się dłużyzna lub niepotrzebny wątek, to chyba nigdy jeszcze popularny serial nie opowiedział w tak sensowny sposób o kobiecej traumie, siostrzanej miłości i potrzebie odzyskania kontroli nad własnym życiem. No i ten czarny humor!


Tekst zawiera spoilery o średniej sile rażenia. Nie zdradza szczegółów, ale omawia najważniejsze postaci i główny wątek serialu.

Portal „IndieWire” słusznie napisał, że fabułę „Jessiki Jones” można streścić w jednym zdaniu: „Uśmiechnij się”. To kulturowy nakaz, który my, kobiety, słyszymy, ilekroć zamyślone idziemy chodnikiem, ilekroć smutne pozujemy do zdjęć, ilekroć ktoś – mężczyzna lub toksyczna matka prowadząca agencję młodych talentów – chce nas mieć za przyjemną dekorację. To także komunikat mówiący, że nieważne jest, co czujemy i czego chcemy – ważne, byśmy na zewnątrz były takie, jakimi chcą nas widzieć inni. Zadowolone. Uśmiechnięte. Łatwe do kontroli.

Jessica Jones się nie uśmiecha. Nie wtedy, kiedy tego chcesz. Dawniej była superbohaterką w śmiesznym kostiumie; dziś nosi podarte dżinsy i zarabia na cudzym nieszczęściu, dostarczając zdradzanym żonom dowodów w sprawach rozwodowych. Nowojorskie spelunki, ciemne alejki, obdrapane klatki schodowe – cała ta ekscytująca scenografia noir – to jej naturalne środowisko. Łatwo w nim ukryć tajemnicę, a jeszcze łatwiej zapijać bolesną przeszłość. Bo dla Jessiki granicą między wczoraj a dziś jest złożona trauma: gwałtu, wykorzystania, utraty kontroli. To właśnie zafundował jej były kochanek, Kilgrave, mężczyzna obdarzony zdolnością kontroli umysłu. W skrócie: Jeśli Kilgrave każe ci się uśmiechać, będziesz się uśmiechała. Jeśli każe ci zabić, zabijesz.

Największą siłą serialu jest to, że w schematycznych i tradycyjnie męskich rolach obsadził kobiety, co przydało im nowej głębi. Chyba najodważniejszą decyzją twórców była zmiana płci Jeri Hogath – w komiksie bezwzględnego prawnika zdradzającego żonę z ponętną sekretarką. Romans, niewierność, a potem tragiczny proces rozwodowy Jeri pokazuje, że związki LGBT+ nie muszą być pokazywane w pozytywnym świetle, żeby być sensownie reprezentowane w popkulturze (fot. Netflix).

Gryzipiór musi przyznać, że wszystkiego się spodziewał po Marvelowskim serialu o superbohaterce, ale nie tego, że będzie stanowił studium traumy: jej pułapek, wpływu na relacje z innymi ludźmi, mentalności ofiary, wreszcie trudnego odzyskiwania kontroli nad własnym życiem. Skrzywdzona Jessica nosi maskę arogancji i cynizmu, pod którą ukrywa wrażliwość; potrzebuje bliskości, ale wątpi w jej sens i nie potrafi nikomu zaufać. Paranoja, luki w pamięci, męczące flashbacki – te klasyczne objawy stresu pourazowego przeniknęły do samej narracji. Przez pierwszą, najciekawszą część serialu widz razem z Jessiką próbuje na podstawie przebłysków wspomnień odtworzyć to, co naprawdę działo się podczas miesięcy spędzonych z Kilgrave’em.

Jednak tam, gdzie inny serial zrobiłby z takiej bohaterki budzącą współczucie ofiarę, „Jessica Jones” piętnuje jej egoizm, tchórzostwo i nieodpowiedzialność. Tutaj milczenie przynosi ból, brak zaufania do najbliższych wystawia ich na niebezpieczeństwo, a fatalne decyzje skutkują coraz wyższą liczbą trupów. Dlatego Jessica walczy – bardziej ze sobą nawet niż z Kilgrave’em – i choć robi to z egoistycznych pobudek („Dobre uczynki pomagają na wstręt do samego siebie” – mówi), to i tak czyni ją to wyjątkową na tle legionu podobnych protagonistek. Została skrzywdzona, ale nie chce grać ofiary i nie pozwoli, by trauma kierowała jej życiem. Właśnie w tym Gryzipiór upatrywałby jej superbohaterstwa, bo choć pani detektyw obdarzona jest nadnaturalną siłą i potrafi bez trudu położyć pięciu chłopa, to jej największą moc stanowią wytrwałość i ta siła woli, którą mógł posiąść tylko ktoś, kto został strącony do piekła i wrócił stamtąd o własnych siłach.

Jessica Jones nie byłaby w połowie tak przekonująca, gdyby nie Krysten Ritter, która potrafi kapitalnie zagrać zarówno niewymuszoną pewność siebie, jak i targające jej bohaterką sprzeczne uczucia. Krysten ma również tę rzadką, a przydatną w takich rolach cechę, która sprawia, że na przemian wydaje się bardzo ładna i bardzo nieładna (fot. Netflix).

Co więcej, w tej wiwisekcji traumy „Jessica Jones” sięga w najmroczniejsze rejony psychiki ofiary – te rejony, w których drzemie pragnienie odwetu. Jest w serialu fenomenalna i bardzo niejednoznaczna scena, w której odwrócone zostają role kata i ofiary. To policzek wymierzony tym, którzy chwalą postawę ofiary za jej rzekomą niewinność i moralną czystość. „Jessica Jones” pokazuje, że każdy, nawet porządny człowiek, może posunąć się za daleko w pragnieniu uczynienia zadość sprawiedliwości. Jedynym, co go w takiej chwili uratuje, jest trzeźwy osąd bliskiej osoby.

Ogromnie też podoba się Gryzipiórowi przyzwolenie na egoizm, jakiego udziela się ofierze w „Jessice Jones”. Jak w każdym toksycznym związku, prędzej czy później przychodzi moment, w którym prześladowca obiecuje poprawę. Ba, przysięga nawet zmienić się ze złoczyńcy w superbohatera, jeśli tylko Jessica zgodzi się zostać jego aniołem stróżem. Dla Kilgrave’a gwałt, stalking, manipulacja mogą jeszcze stać się prologiem baśni o Pięknej i Bestii, w której kobieta odczarowuje potwora mocą własnej miłości i dobroci. Najbardziej przerażające jest to, że Jessica przynajmniej przez chwilę rozważa poświęcenie się dla dobra sprawy. Na szczęście obok jest jej przybrana siostra Trish, która nie pozwoli bliskiej osobie ponownie stać się ofiarą. Tak zdekonstruowany zostaje romantyczny mit miłości ofiary i prześladowcy. To, co po nim zostaje, to jest brutalny, psychologiczny realizm.

Psychologiczny realizm, do którego sam Kilgrave nie ma przystępu. To klasyczny psychopata, który jednak „oglądał telewizję”, więc wydaje mu się, że wie, jak wygląda miłość. Odcinek, w którym próbuje zmusić Jessikę do odgrywania sielskiego, amerykańskiego domu, to bezlitosny rachunek wystawiony sposobowi, w jaki popkultura opowiada o związkach kobiety i mężczyzny. Kolacje w wykwintnych restauracjach, obsypywanie komplementami i drogimi podarkami, kupowanie ukochanej domu z całym wyposażeniem – te gdzie indziej romantyczne gesty stanowią preludium horroru, ponieważ odbierają kobiecie tożsamość. Nie jest już podmiotem, jest przedmiotem – piękną lalką wymagającą równie pięknej a przez mężczyznę wybranej oprawy. Jej uprzedmiotowienie osiąga apogeum w scenie, w której Kilgrave odmawia nazwania tego, co zrobił, gwałtem. Dla niego – i zdaje się, że nie tylko dla niego – stalking, nachalna adoracja, ubezwłasnowolnienie to dowody miłości. No i trzeba dodać, że choć nadnaturalna moc Kilgrave’a sugeruje nam, że cała historia jest rodem z opowieści fantastycznej, tak naprawdę mogłaby wydarzyć się w prawdziwym życiu. I to każdemu, bo jak pokazuje serial – pozornie czarującego uwodziciela można spotkać na każdej ulicy, a przed krzywdą z jego strony nie ochroni kobiety nawet moc superbohaterki.

Kilgrave to kolejna w serialu świetnie zagrana postać. David Tennant nie jest klasycznie piękny, ale ma w sobie coś niepokojącego, co w połączeniu z chłodną brytyjską elegancją sprawia, że idealnie nadaje się do roli psychopaty. Gryzipiór był pod wrażeniem, jak szybko i naturalnie z tajemniczego uwodziciela staje się groźnym, nieprzewidywalnym szaleńcem, nie popadając wcale w karykaturę (fot. Netflix).

Co ważne, twórcy serialu – choć nie mają wątpliwości, kto jest ofiarą, a kto prześladowcą – zdołali uniknąć jednoznacznego podziału na dobro i zło, i to dzięki pozornie prostemu zabiegowi: zwróceniu uwagi widza na zawodność ludzkiej pamięci. Nie wiemy, co tak naprawdę Kilgrave uczynił Jessice, i nie mamy pewności, czy wszystko, co między nimi zaszło, zaszło wbrew jej woli. W jednej ze scen bohaterowie porównują nawet wspomnienia z czasów wspólnego życia, ale twórcy serialu chytrze nie rozstrzygają, które z tych wspomnień jest prawdziwe. Widzimy, jak i ofiara, i prześladowca mimowolnie dopasowują wyobrażenie o przeszłości do swoich obecnych ról. Widzimy też, że rozstrzygnięcie o winie nigdy nie jest proste, a gwałt i manipulacja to krzywdy podstępne, bo nie zawsze oczywiste. Widzimy wreszcie, że nie trzeba być heroiną bez skazy i zmazy, by domagać się uznania własnej krzywdy. Twórcy serialu flirtują też z mitem o psychopacie, którego stworzyło traumatyczne dzieciństwo i którego być może dałoby się ocalić dzięki poświęceniu i miłości, ale choć tragiczna przeszłość Kilgrave’a czyni jego postępowanie jakoś zrozumiałym, na pewno go nie usprawiedliwia.

Nawiasem mówiąc, postaci Kilgrave’a, choć świetnie zagranej i kluczowej dla przesłania serialu, zdaniem Gryzipióra trochę jednak brakuje narracyjnego potencjału. Zdolność kontroli umysłów jest przerażająca, ale i dość ograniczona. Cóż gorszego można z nią zrobić, niż kazać komuś przebić sobie czaszkę nożycami do strzyżenia żywopłotu? W efekcie te same zagrywki powtarza się w serialu na okrągło, do znudzenia. Kilgrave albo rozkazuje się komuś zabić, albo grozi, że to zrobi, by szantażować Jessikę, i po pewnym czasie staje się irytująco przewidywalny. A nie ma doprawdy nic gorszego niż przewidywalny łotr. Pochodzenie jego mocy też nieco Gryzipióra rozczarowało i chyba lepiej by było, gdyby w ogóle nie zostało wyjaśnione.

Choć relacja Jessiki i Kilgrave’a jest na swój sposób fascynująca, dla Gryzipióra najwspanialszą parą w tym serialu zawsze będzie para sióstr: Jessica i Trish. Przywykliśmy patrzeć na kobiety jako na konkurentki, dlatego kiedy arogancka pani detektyw w podartych dżinsach pierwszy raz staje na progu designerskiego apartamentu odnoszącej zawodowe sukcesy siostry, wydaje się, że obie postaci będą ze sobą ostro kontrastować. I trochę tak się dzieje, choć jest to kontrast, który z obu stron wydobywa to, co najlepsze: siłę, odwagę, zdolność do bezwarunkowej akceptacji i do bezinteresownego poświęcenia. Dzięki tej relacji twórcy pozwalają Jessice przezwyciężyć kolejny z psychologicznych skutków traumy: przekonanie o potrzebie samowystarczalności i niezdolność do przyjęcia pomocy. Ostatecznie to Trish zawraca Jessikę z drogi brutalnego odwetu na zamkniętym za szybą Kilgravie i to Trish pomaga jej na zawsze (?) rozprawić się z prześladowcą. Przy czym jest nie tylko pomocną siostrą głównej bohaterki. Ma swoje problemy, swój profil psychologiczny i swoją historię, o której więcej dowiemy się pewnie w kolejnym sezonie.

Sam Luke jest postacią ciekawą i budzącą sympatię, ale jego romans z Jessiką wydał się Gryzipiórowi doczepiony trochę na siłę. Jakby wprowadzono go tylko po to, by pokazać problemy obu postaci z nawiązaniem bliskiej relacji. Co gorsza, ich związek oparty jest z jednej stronie na dość banalnym schemacie (dwoje wyrzutków, którzy niespodziewanie odnajdują się wśród milionów zwykłych ludzi), z drugiej – na wspólnej traumie związanej z tragiczną śmiercią żony Luke’a, o której twórcy jakby zapomnieli w połowie sezonu (fot. Netflix).

Właśnie: w kolejnym sezonie. Przyplątało się do „Jessiki Jones” kilka wątków, które niepotrzebnie wydłużyły opowieść, a były wyraźnym punktem wyjścia do następnej serii. Ciekawe, że są to wątki mężczyzn: Luke’a Cage’a oraz Willa Simpsona. Will to coś jakby męski odpowiednik Jessiki: diabelnie sprawny i skuteczny policjant, który okazał się bezsilny wobec mocy Kilgrave’a i teraz próbuje odzyskać kontrolę, polując na byłego prześladowcę. Problem w tym, że ten bohater jest – przynajmniej dla Gryzipióra – zupełnie bezbarwny. Nie budzi ani sympatii, ani ciekawości, a po przemianie także lęku, który przecież budzić powinien, jeśli rzeczywiście stanie się w przyszłości przeciwnikiem Jessiki i Trish.

Niemniej Gryzipiór kolejny sezon z pewnością obejrzy, choćby po to, by przekonać się, dokąd twórcy powiodą Jessikę, która teoretycznie uporała się już z najbardziej niebezpiecznymi aspektami swojej traumy. Lęk zastąpiła gniewem, mizantropię troską o innych, a skłonność do autodestrukcji – pragnieniem walki z niesprawiedliwością. Oczywiście w prawdziwym życiu trauma nie znika nigdy, ale w serialu nadmiernie jej eksploatowanie może prowadzić do wtórności. Co w zamian? Zobaczymy. Tymczasem Gryzipiór niecierpliwie czeka na pierwszego odważnego, który każe mu się uśmiechnąć. Po seansie „Jessiki Jones” już wie, co należy z takim zrobić.

  • Koncepcja: Melissa Rosenberg
  • Produkcja: USA
  • Premiera: 20 listopada 2015
  • Emisja: Netflix
  • Liczba odcinków: 13
  1. Świetny tekst. Jestem świeżo po obejrzeniu serialu i miałam podobne skojarzenia, szczególnie jeśli chodzi o wątek Jess i jej prześladowcy. Takie toksyczne relacje zdarzają się wszędzie, mogą przytrafić się każdemu i nie trzeba do tego zdolności kontrolowania umysłów.
    Gra z konwencją to olbrzymi atut tego serialu. Miło było zobaczyć własne przemyślenia nakreślone cudzą ręką (czy ściślej: napisane na cudzej klawiaturze).

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.