Księga miejskiej dżungli, czyli „Strachopolis” Doroty Wieczorek


Od „Księgi dżungli” do „Folwarku zwierzęcego” – tak można by streścić fabułę powieści Doroty Wieczorek, której dwa tygodnie temu Polska Sekcja IBBY przyznała wyróżnienie w konkursie Książka Roku 2015. „Strachopolis”, bo o nim mowa, to powieść dla dzieci o pozornie niedziecięcych sprawach: poszukiwaniu własnej tożsamości, społecznym wykluczeniu oraz cynizmie klasy politycznej, a przede wszystkim o tytułowym strachu. Powieść, która wystraszyła Gryzipióra nie na żarty, ale wcale nie dlatego, że jej bohaterami są potwory.

Fabularnie „Strachopolis” nawiązuje do „Księgi dżungli” Rudyarda Kiplinga – z tą różnicą, że porzuconą przez współplemieńców ludzką sierotę wychowują nie dzikie zwierzęta, ale potwory z miejskich kanałów. Ponownie bohater zmaga się z poczuciem podwójnej obcości: nie jest w pełni ani człowiekiem, ani potworem (choć próbuje się nim stać, nosząc skórę piżmołaka). Ten ukryty początkowo kryzys tożsamości wybucha z pełną mocą, gdy Kostek – z woli przeznaczenia – trafia ze ścieku prosto na salony Strachopolis i na własnej skórze przekonuje się, jak bardzo nie pasuje do świata ludzi.

Gdyż trzeba Wam wiedzieć, że Strachopolis nie przypadkowi zawdzięcza swoją nazwę. To miasto jest po prostu przerażające – podzielone przestrzennie i mentalnie na dwie klasy istot: rządzących ludzi oraz podległe im potwory. Zombie, wampiry, wilkołaki i chimery mogą albo poddać się resocjalizacji (!) i dostosować do roli, w jakiej chcieliby widzieć ich silniejsi, albo uciec do kanałów, jak przybrana rodzina Kostka. Potwory, które chcą pozostać wolne, muszą dosłownie zejść do podziemia w obawie przed ludźmi, którzy z polowania na nie uczynili swoją rozrywkę i medialne show. Pogromcy strachu grają w nim rolę celebrytów, dziennikarze relacjonują publiczne egzekucje, a burmistrz podsyca lęk przed potworami, by podnieść swoje wyniki w sondażach. To miasto sparaliżowane strachem przed obcymi, zarządzane przez cynicznych polityków i skorumpowanych dziennikarzy, gdy tymczasem w miejskich szwalniach pracują przymusowo zombie…

Wyobraźcie sobie bowiem ogromne, pełne wieżowców miasto (...). Wyobraźcie sobie miasto przypominające labirynt, do którego łatwo wejść, ale znalezienie z niego wyjścia graniczy z cudem. Wyobraźcie sobie miasto nawiedzane przez klęski żywiołowe średnio raz na miesiąc, gdzie w ramach prognozy pogody informuje się o deszczach ognistych meteorów albo – jeśli mieszkańcy mają mniej szczęścia – odlatujących na południe stadach krwiożerczych wiewiórek-mutantów... [s. 20-21].

Strachopolis jako analogia do aktualnej sytuacji na świecie? Nie chce być inaczej. I dobrze, bo to właśnie największa zaleta tej powieści: opowiedzenie o społecznym wykluczeniu i nadużywaniu władzy w sposób zrozumiały i atrakcyjny – jak przypuszcza Gryzipiór – również dla dzieci. Gatunkowo „Strachopolis” to trochę powieść o dorastaniu, a trochę powieść detektywistyczna, oparta na klasycznym scenariuszu, w którym bohater próbuje dowiedzieć się, kto zabił, a zamiast tego dowiaduje się czegoś ważnego o sobie. Bohaterowie są sympatyczni i wiarygodni, dialogi brzmią naturalnie, a akcja toczy się wartko. Gryzipiór powiedziałby nawet, że zbyt wartko – szczególnie pod koniec, kiedy nie pozwala się wybrzmieć bardzo ważnej scenie, a wyjaśnianie reguł rządzących światem trzeba odłożyć, bo wielkimi krokami zbliża się już kulminacyjny punkt powieści.

[*]
Są też w „Strachopolis” motywy rodem z fantasy i science fiction: proroctwa, talizmany, zaczarowane (a może tylko bardzo zaawansowane technologicznie) spinki do włosów, pojazdy kosmiczne oraz sami kosmici, którzy, co ciekawe, nie należą tu do kategorii potworów. Gryzipióra, szczerze mówiąc, nie bardzo one przekonały – chyba dlatego, że pojawiają się w powieści jako atrakcyjne rekwizyty, a nie jako przemyślane elementy świata przedstawionego. W dodatku niektóre z nich (choćby szklane kule) działają czasem na zasadzie deus ex machina, umożliwiając na przykład bohaterowi cudowny ratunek. Oczywiście obszerne wyjaśnienia niepotrzebnie powiększyłyby już i tak sporą objętość książki, dlatego Gryzipiór czepia się ich braku tylko troszeczkę.

Szkoda zresztą rozpisywać się o wadach „Strachopolis”, kiedy ciekawsze są jego zalety – w tym humor, którym autorka obłaskawia ponurą tematykę swojej powieści. Jego źródła są trzy. Pierwsze to język (te imiona!). Drugie to satyra na świat polityki i celebrytów. Trzecie – barwni bohaterowie. Kostkowi, który nie wyróżnia się niczym poza tym, że serce ma po właściwej stronie, towarzyszy szereg świetnie za-rysowanych i celowo prze-rysowanych postaci drugoplanowych. Jest wśród nich apatyczny wujek Eugeniusz – były księgowy. Jest wampir Anastazjusz, który marzy o karierze kucharza specjalizującego się w krwistych stekach. Są wreszcie dwie kapitalne ciotki: nieulękła Grozilla, właścicielka prywatnego czołgu, oraz anemiczna Relania, która pracuje jako pielęgniarka i zawsze nosi w torebce leki na uspokojenie. Te postaci reprezentują oczywiście zabawne stereotypy, ale też otrzymują od autorki szansę, by przynajmniej raz zachować się niezgodnie z oczekiwaniami czytelnika. Ładnie, trzeba przyznać, łączy się to z przesłaniem powieści, które zachęca, by nie oceniać ludzi – i potworów – po pozorach.

Jedna tylko postać nie całkiem Gryzipióra przekonała: Niezapominajka, siostra Kostka. Otóż ta pięcioletnia dziewczynka nie mówi, w telewizji ogląda wyłącznie horrory, a w nocy rozrywa na strzępy pluszową zabawkę. Inni bohaterowie dziwią się temu, ale pomóc się nie kwapią, sam Kostek zaś przekonuje wszystkich, że zachowanie siostry jest normalne (dziewczynka tęskni przecież za rodziną potworów). Gryzipióra jednak jakoś nie przekonał. Tym bardziej, że Niezapominajka jest jedną z kilku postaci, bez których powieść spokojnie mogłaby się obejść. To zresztą powód, dla którego Gryzipiór ma nadzieję na kolejną część „Strachopolis”: po trzystu stronach akcji bohaterowie i świat przedstawiony wciąż kryją w sobie niewykorzystany potencjał, którego starczyłoby pewnie i na trylogię.

Plansza z bohaterami „Strachopolis”, których kapitalnie portretuje Nikola Kucharska [*].
Chociaż… czy wszystko, co najważniejsze, nie zostało już powiedziane? Potworność – jak piękno – znajduje się w oku patrzącego. W podziemiach Strachopolis ukrywają się nie tylko wampiry czy zombie, ale i niepełnosprawni (jak Jednonogi Niedźwiedź) oraz istoty o innym kolorze skóry (jak Zielona Pantera). Nie zdolność do rozszarpania człowieka na strzępy decyduje o ich przynależności do kasty potworów, ale fizyczna odmienność. Inne znaczy obce, a obce znaczy groźne i nieznane, czyli potworne. A to, co potworne, trzeba jak najszybciej ukryć: zamknąć w specjalnych zakładach, w podziemnych ośrodkach resocjalizacji albo szwalniach przypominających obozy pracy. Ci, którzy odpowiadają za te zsyłki, za nic nie zechcą dostrzec w monstrach jednostek obdarzonych własnymi predyspozycjami i marzeniami. Nie pozwolą muzykalnemu zombie grać w miejskiej orkiestrze, a wampirowi – prowadzić własnej restauracji. Ich rolę społeczną określać ma ich przynależność do klasy potworów, podrzędnej wobec klasy ludzi.

Na szczęście Kostek, bohater powieści, wykracza poza tę binarną opozycję: jest jednocześnie i człowiekiem, i potworem (przez wychowanie oraz we własnym wyobrażeniu). Żyje na pograniczu światów i dlatego wie, że każdy jest wyjątkowy; że każdy zasługuje na wolność i możliwość decydowania o sobie; że żadnej istoty nie powinno się określać jedynie przez przynależność do rzekomo lepszego czy gorszego gatunku. I do takiego spojrzenia zachęca też czytelników autorka książki. Nie bez przyczyny przecież nadaje Kostkowi tytuł nie „pogromcy potworów”, ale „pogromcy strachu” – przed potworami.

Nazywa się nas pogromcami strachu (...) nie dlatego, że nigdy się nie boimy, lecz dlatego, że nie boimy się stawić czoła przeciwnościom losu i pomimo strachu stanąć w obronie swoich przekonań i w obronie tych wszystkich istot, których nikt inny nie ośmieliłby się bronić... [s. 315].

Spojrzenie to – i tu Gryzipiór widziałby jedyną istotną wadę „Strachopolis” – nie obejmuje niestety powieściowych czarnych charakterów. Kto zabił? – na to pytanie chyba nie tylko dorosły może odpowiedzieć sobie już na początku książki, co niestety odbiera moc kryminalnej intrydze. Wszystkie te tajemnice, konspiracje i pomysłowe zwroty akcji prowadzą do najbardziej oczywistego rozwiązania. Prawdziwe potwory to potwory w sensie moralnym, które czają się na szczytach władzy, udzielają wywiadów równie skorumpowanym dziennikarzom oraz błyskają w uśmiechu wybielonymi zębami – i próżno szukać w nich moralnej szarości. Dobrze, że w książce dla dzieci mówi się o ciemnej stronie polityki czy manipulacji opinią publiczną. Niedobrze, że sugeruje się, że rozgryźć tożsamość prawdziwego potwora jest bardzo łatwo – wystarczy, że ten zbyt dba o wygląd lub o własną popularność. A przecież nie tylko dobrzy ludzie (i dobre potwory) bywają niewłaściwie i powierzchownie oceniani; również ci, którzy stają po przeciwnej stronie barykady, mają swoje racje i powody. Autorkę one jednak – chyba? – nie interesują, tak jakby tłumaczyły się same przez się. Tak jakby polityk, dziennikarz i celebryta po prostu wybrali ciemną stronę Mocy. Może miała dobre ciasteczka?

Tak czy inaczej „Strachopolis” to naprawdę świetna książka – jedna z tych, które mądrą i aktualną treść przekazują w atrakcyjnym opakowaniu. Gryzipiór z chęcią podarowałby ją dziecku, żeby podpowiedzieć mu, jak żyć w upolitycznionej, wielokulturowej i pełnej pułapek miejskiej dżungli. Dorosłemu w sumie też.

  • Ilustracje: Nikola Kucharska
  • Wydawca: Wydawnictwo Skrzat
  • Rok wydania: 2015
  • Liczba stron: 316
  1. Przyznaję: najpierw pomyślałam "o, muszę się za tą książką rozejrzeć!", potem jednak mina mi nieco zrzedła, bo nie cierpię "Księgi dżungli". Naprawdę, to jedna z tych książek, które mnie niemożebnie irytują -- w zeszłym roku zrobiłam do niej nowe podejście, myśląc że może to kwestia wieku, ale nie, nadal mnie irytuje.

    Ale potem znowu wróciłam do "o, muszę się za tą książką rozejrzeć!". Może nie do końca przekonuje mnie wrzucenie wszystkich "innych" do jednego worka (i potwory, i kosmici, i osoby inne z powodu wyglądu, i tak dalej), ale bardzo jestem ciekawa, jak to się summa summarum rozwiązuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to mnie zaskoczyłaś z tą "Księgą dżungli". Ale wiesz, "Strachopolis" podobna jest do niej tylko w punkcie wyjściowym fabuły, no i w sytuacji psychologicznej bohatera (Chociaż Kostek, jak na chłopca wychowanego w kanałach, jest zaskakująco ucywilizowany. Żadnych tam problemów z noszeniem ubrania czy utrzymaniem higieny. Mowglim jest tu raczej ta nieszczęsna Niezapominajka, ale jej autorka nie poświęca wiele uwagi). Nie ma podobieństwa formalnego czy stylistycznego.

      Kosmici są właśnie, o dziwo, z tych "innych" wyłączeni. Co ma sens, bo potwory są w tej powieści słabe i zmanipulowane, więc można je łatwo podporządkować, a kosmici dysponują zaawansowaną technologią i nie można ich skolonizować - trzeba im otwierać ambasady.

      W każdym razie "Strachopolis" polecam i byłabym bardzo ciekawa Twojej opinii!

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.