Na początku było zdjęcie, czyli „Osobliwy dom pani Peregrine” Ransoma Riggsa


Widzicie tę lewitującą dziewczynkę? To jedna z osobliwych mieszkanek domu pani Peregrine, której fotografię (prawdziwą? sfałszowaną?) szesnastoletni Jacob znajduje w zbiorach dziadka – polskiego Żyda ocalałego z drugiej wojny światowej. Niedługo potem nasz dzielny bohater wyrusza do Irlandii na poszukiwanie tajemniczego sierocińca, żeby poznać historię ukochanego nestora rodu – a może też zmierzyć się z odziedziczoną traumą. Ten wielce obiecujący wątek otwiera powieść Ransoma Riggsa pt. „Osobliwy dom pani Peregrine”, którą w przyszłym roku zekranizuje Tim Burton. Potem, niestety, jest tylko gorzej.


Recenzja zawiera spoilery dotyczące ogólnego zarysu fabuły.

Ci, którzy zbyt długo będą się wpatrywali w zamieszczone w książce fotografie lewitującej dziewczynki i innych osobliwości, pomyślą pewnie, że mają do czynienia z horrorem. I będą mieli rację – niestety tylko w połowie. Mniej więcej do 200. strony „Osobliwy dom…” rzeczywiście przypomina powieść grozy. Są w nim tajemnicze zgony, nawiedzone dwory, mroczne historie rodzinne oraz zagubione we mgle i czasie wyspy, których dziwaczni mieszkańcy nie chcą rozmawiać o przeszłości. Niepokój budzi sama przyroda: w morzu czają się wraki okrętów zatopionych podczas wojny, a słoneczne pastwiska niepostrzeżenie przechodzą w zdradzieckie moczary o tysiącletniej historii, które być może nawiedzają upiory. Nic dziwnego, że osaczony tymi klasycznymi motywami horroru Jacob zaczyna podejrzewać się o chorobę psychiczną. Czy potwory, które widzi jako jedyny, istnieją naprawdę? Czy są raczej wytworem wyobraźni wrażliwego nastolatka? Echem rodzinnej traumy? Widmem nazistów, z którymi podczas wojny walczył jego dziadek?

Dopóki Riggs gra na tej niepewności bohatera – oraz czytelnika – jego powieść trzyma w napięciu jak najlepszy thriller psychologiczny. Potem jednak nadchodzi cokolwiek rozczarowujące wyjaśnienie, po którym „Osobliwy dom…” z pełnego niejednoznaczności horroru zmienia się w proste young adult fantasy. Wszystkie dziwaczne postacie i wydarzenia znajdują uzasadnienie zgodne z regułami świata przedstawionego – w tym dziwaczne fotografie z dziadkowego zbioru oraz widziane przez Jacoba potwory. Znika groza, pojawia się opowieść o nastolatkach walczących ze Złem oraz dorastaniu nastoletniego ofermy do wzorca wyznaczonego przez ukochanego krewnego – żołnierza, myśliwego i podróżnika. I może nie byłoby w tej zmianie gatunku nic złego, gdyby 1) powieść nie obiecywała wcześniej być czymś innym oraz 2) druga połowa książki była napisana równie dobrze jak pierwsza.

A nie jest, niestety. Po pierwsze brakuje w niej tajemnicy. Wszystkie niezbędne informacje przekazują bohaterowi postacie drugoplanowe, bo po odkryciu sekretu sierocińca rola Jacoba sprowadza się do relacjonowania wydarzeń oraz… bycia zakochanym. Właśnie tak – w tę powieść o inności i wojennej traumie zaplątał się romans, który z powodu różnicy wieku kochanków oraz pewnych wydarzeń z przeszłości Gryzipiórowi wydał się nie tylko niewiarygodny, ale i odpychający. (Chociaż to właśnie romansowi zawdzięcza powieść swoją najładniejszą scenę, rozgrywającą się nocą we wraku zatopionego okrętu). Po drugie pojawiają się w „Osobliwym domu…” wątki pozbawione znaczenia dla fabuły oraz postacie, które nie odgrywają w niej żadnej roli. O ile te pierwsze można autorowi wybaczyć (to dopiero pierwsza część trylogii), o tyle te drugie są niesłychanie irytujące. Najbardziej drażniły Gryzipióra portrety głupawych nastolatków, wprowadzone do powieści chyba tylko po to, by przez kontrast podkreślić wartość głównego bohatera, który może pochwalić się takimi przymiotami ducha jak… arogancja, malkontenctwo oraz nieśmiałość w stosunku do dziewczyn.

[*]
W ogóle Jacob to nieszczególnie interesujący typ. Niejednego czytelnika zdenerwuje jego ciągłe narzekanie na nadmiar pieniędzy i rodzinne imperium sklepowe, które wkrótce odziedziczy. Chociaż łatwiej to bohaterowi wybaczymy, kiedy przyjrzymy się jego rodzinie: obojętnej, pełnej hipokryzji matce oraz ojcu, który nigdy nie dorósł (gdyż zgodnie z Literackim Imperatywem Nr 99 każdy bogaty dom musi być dysfunkcyjny...). Tak chłodne relacje rodzinne nie stanowią oczywiście alternatywy dla ekscytującego świata, do którego przenosi się Jacob po rozwiązaniu tajemnicy sierocińca. Mimo to przez następne sto stron autor każe nam przejmować się rozterkami bohatera, który musi dokonać wyboru między nudnym i zakłamanym życiem bogacza a wyprawą niosącą obietnicę przygody, miłości i przyjaźni. Wyboru oczywistego dla każdego czytelnika, który ma serce po właściwej stronie.

Pozostaje jeszcze kwestia związku tekstu z powielonymi w książce fotografiami lewitującej dziewczynki i innych niesamowitości. Nie sądźcie, że ma on coś wspólnego z powieścią graficzną. W Internecie można wprawdzie przeczytać, że wydawca zasugerował Riggsowi napisanie „Osobliwego domu…” po obejrzeniu jego kolekcji starych zdjęć, odzyskanych z pchlego targu. Kolejność była więc odwrotna niż zwykle – to powieść powstała do ilustracji, a nie ilustracje do powieści. Niemniej efekt końcowy jest bardzo tradycyjny i – przynajmniej dla Gryzipióra – rozczarowujący. Fotografie nie łączą się z tekstem w żaden ciekawy sposób, nie opowiadają własnej historii, a wyłącznie ilustrują tekst. W dodatku Riggs zapowiada ich pojawienie się w najbardziej toporny ze sposobów, pisząc na przykład, że „autorka [listu – przyp. G.] wsunęła do koperty stare zdjęcie” (i wtedy na następnej stronie pojawia się rzeczone zdjęcie). Wielka szkoda, że nie pokusił się o wykorzystanie fotografii w bardziej twórczy sposób.

Co więcej, groza, jaką budzą te zdjęcia, jest innego rodzaju niż groza, którą Riggs próbuje zbudować w powieści. Fotografia dziewczynki z okładki jest niesamowita, ponieważ niemożliwe (lewitacja) zostaje uchwycone na nośniku uznawanym za tak wierny rzeczywistości, że może służyć jako materiał dowodowy (zdjęcie). Rozum nie akceptuje tego, o czym informuje wzrok. Tymczasem przywoływane przez Riggsa potwory, morderstwa i żywioły natury wywołują lęk innego rodzaju. To lęk przez utratą życia, nie przed rozpadem znanej i racjonalnej dotąd rzeczywistości. Ot, przykład zmarnowanego potencjału.

Niejedyny, niestety. Nie w pełni wykorzystany, choć szalenie ciekawy, jest też wątek wojny, Zagłady oraz ambiwalentnej roli sierocińca jako azylu i zarazem więzienia, ale żeby Wam o nim opowiedzieć, Gryzipiór musi zaspoilerować: zdradzić tożsamość lokatorów domu pani Peregrine. Otóż są to „osobliwi”, czyli ludzie obdarzeni mocą (lewitacji, nadludzkiej siły) lub nietypowym wyglądem (niewidzialnością, ustami z tyłu głowy). Osobliwi należą do innej niż zwykli ludzie rasy (!) oraz są prześladowani – polują na nich potwory. Łatwo zobaczyć w nich analogię do Żydów mordowanych przez nazistów w czasie drugiej wojny światowej. (Tak zresztą interpretują rodzice Jacoba opowieści jego dziadka o walce z „potworami” w Europie: owe „potwory” miałyby zastąpić prawdziwych nazistów w wyobraźni dziecka, próbującego poradzić sobie z koszmarem wojny). Analogia prowadzi nas do problemu postpamięci, czyli pamięci pokoleń dziedziczących po przodkach traumatyczne wspomnienia. Jacob niewątpliwie do takiego pokolenia należy: jego dziadek był Ocalałym, jego pradziadkowie zginęli w krematoriach. W chwili, w której zdaje sobie sprawę ze swojego dziedzictwa, odkrywa również prawdę o sierocińcu pani Peregrine. Sierocińcu, w którym utopię wiecznego dzieciństwa odnaleźli skrzywdzeni osobliwi, a który ze swoimi sztywnymi regułami i zakazem kontaktu ze światem zewnętrznym niepokojąco przypomina… getto.

Rozmyślałem o moich pradziadkach umierających z głodu, wyobraziłem sobie, jak ich wyniszczone ciała trafiły do krematorium dlatego, że zupełnie obcy ludzie ich nienawidzili. Myślałem o dzieciach, które […] spłonęły w wybuchu, gdy jakiś obojętny pilot nacisnął guzik, i o dziadku, któremu odebrano rodzinę, przez co w dzieciństwie mój ojciec czuł się pozbawiony ojca, mnie dręczyły niepokoje i senne koszmary […]. Wszystko dlatego, że siedemdziesięcioletnie cierpienie wniknęło we mnie niczym trujące dziedzictwo, razem z potworami, których nie zdołałem pokonać, bo były już martwe [s. 121].

Wielka szkoda, że ta działająca na wyobraźnię paralela między osobliwymi a ofiarami wojny, potworami a nazistami, sierocińcem a gettem nie znalazła się w powieści na pierwszym planie. Byłoby może miejsce na opowiedzenie wojennego dramatu oczami dzieci. Riggs postawił jednak na prosty, pozbawiony moralnych dylematów konflikt Dobra ze Złem, w którym nastoletni osobliwi walczą na pistolety i nożyce do strzyżenia owiec z krwiożerczymi i cokolwiek karykaturalnymi upiorami. Zabrakło też Gryzipiórowi refleksji nad istotą osobliwości, nad tym, co czyni ludzi innymi – i w czyich oczach. Mieszkańcy domu pani Peregrine (może poza Emmą) są postaciami jednowymiarowymi, które charakteryzuje się wyłącznie przez posiadane moce lub nietypowy wygląd. To prawdziwa ironia, że mimo deklarowanej sympatii dla prześladowanych autor nadal postrzega ich jedynie przez pryzmat tego, co różni ich od reszty ludzkości.

Z tych powodów Gryzipiór nie potrafi myśleć o „Osobliwym domu…” inaczej jak o zmarnowanej szansie na inteligentną powieść grozy o walce z odziedziczoną traumą wojny. Zaczęło się od nietypowej inspiracji i obiecującego pomysłu, skończyło na niespójnej i raczej banalnej powieści fantasy dla młodzieży. Gryzipiór słyszał, że kolejna część jest trochę lepsza i dużo straszniejsza. Może sprawdzi, zanim w przyszłym roku zawędruje do kina na ekranizację Tima Burtona z – uwaga – Evą Green w roli najbardziej osobliwej postaci z powieści.

  • Przekład: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
  • Wydawca: Media Rodzina
  • Rok wydania: 2012 (2011)
  • Liczba stron: 398

Grafika w nagłówku to fragment okładki anglojęzycznego wydania „Osobliwego domu pani Peregrine” [*].
  1. Czytałam wiele o tej książce i jestem jej bardzo ciekawa. Znajduje się na mojej liście książek do przeczytania i mam nadzieję, że niebawem nadejdzie jej czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę wbrew temu, co napisałam, polecam. :) Pierwsza połowa książki jest znakomita, natomiast ocena połowy drugiej to już kwestia gustu i... oczekiwań.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.