Disney kontratakuje, czyli „Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy”


Dawno temu w odległej galaktyce The Walt Disney Company przejęło prawa do trzeciej trylogii „Gwiezdnych wojen”. Wśród fanów nastały czasy wojny domowej. O nowej produkcji wiadomo było tak niewiele, że niektórzy podejrzewali, że mieszkańców Ziemi objęto blokadą informacyjną. Teraz jednak obywatele galaktyki mogą spać spokojnie, bo film, który podarowali im na Gwiazdkę J.J. Abrams i Lawrence Kasdan, okazał się po prostu OBŁĘDNY.


Wpis zawiera chyba wszystkie możliwe spoilery.

Gryzipiór naprawdę miał dobre chęci. Rozmyślnie dał sobie trochę czasu, żeby wytrzeźwieć z zachwytu i napisać wyważoną recenzję. Nic z tego. Powodem jego klęski jest prawdopodobnie to, że „Przebudzenie mocy” to film dokładnie taki, jaki Gryzipiór sobie wymarzył. Film, w którym składa się – nierzadko dowcipnie – hołd Starej Trylogii, ale i proponuje nowe otwarcie. Film wierny klasycznym epizodom, ale nie niewolniczo do nich przywiązany. Film, dzięki któremu serce Gryzipióra wezbrało nostalgią oraz... nową nadzieją.

Chwalenie wizualnej warstwy filmu zakrawa na banał, ale cóż począć – „Przebudzenie mocy” jest przecudnie zrobione. Opłacało się zwinąć zielony ekran i wrócić do starej szkoły produkcji efektów specjalnych. Gryzipiór w każdym razie czuł się, jakby podczas seansu przeniósł się do prawdziwego świata, a nie do mokrego snu reżysera zachłyśniętego technicznymi możliwościami współczesnej produkcji filmowej. Nie odniósł też wrażenia, że nowe „Gwiezdne wojny” powstały pod presją na to, żeby było szybciej, mocniej i bardziej efektownie niż w poprzednich filmach (twórcy nawet podśmiewają się z tego podejścia, porównując na ekranie rozmiary starej i nowej Gwiazdy Śmierci). Pościgi statków kosmicznych są tu akurat na tyle długie, by były widowiskowe, i na tyle krótkie, by nie zmieniły się w popisy ekspertów od efektów specjalnych. Pojedynki rycerzy Jedi znów przypominają prawdziwą walkę na miecze, a nie konkurs akrobacji. Nawet świat przedstawiony wydał się Gryzipiórowi jakiś taki mniejszy, bardziej kameralny. Tylko trzy planety, a każda inna od poprzedniej; skromne mieszkanie we wraku statku Imperium, który rozbił się gdzieś na pustyni; labirynt sterylnych korytarzy w kwaterze Najwyższego Porządku; podejrzana tawerna pełna przedstawicieli najdziwaczniejszych ras... Oto tło, na którym rozgrywa się opowieść w „Przebudzeniu mocy”. I to jaka opowieść!

Rację mają ci, którzy piszą, że najnowszy epizod to właściwie „Nowa nadzieja” 2.0. Znowu tajną informację powierza się zagubionemu na pustyni droidowi, którego przygarnia sierota o ukrytej mocy. Znowu piloci Sojuszu Rebeliantów Ruchu Oporu muszą unieszkodliwić kosmiczną broń, zdolną niszczyć całe światy. Ale wiecie co? To wcale nie jest wada filmu. To byłaby wada filmu, gdyby twórcy pożyczali wątki ze Starej Trylogii bez ładu i składu, próbując przykryć nimi brak własnych pomysłów. Tak jednak nie jest. Nawiązania do poprzednich epizodów są tu tak czytelne, że nie ma mowy o błędzie, czuć zaś świadomą koncepcję. Pytanie tylko, co to za koncepcja? Gryzipiór nie zdziwi się, jeśli za rok okaże się, że ekipa z Disneya zamierza nam opowiedzieć Starą Trylogię na nowo. Więcej – uważa, że byłby to projekt nie tylko ciekawy, ale i ambitny, bo dający możliwość z jednej strony hołdowania fanowskiej nostalgii, z drugiej – reinterpretacji klasycznych „Gwiezdnych wojen”, które w warstwie ideologicznej trochę się jednak zestarzały. Przenieść tę historię w XXI wiek, tak by pasowała do nowych czasów i wrażliwości widzów dostrzegających więcej niż jasną i ciemną stronę mocy – to by było coś!

fot. Lucasfilm [*]
Gryzipiór jest właściwie pewien, że gdyby „Przebudzenie mocy” miało być naiwną kopią „Nowej nadziei”, ten pan z obrazka powyżej nie mógłby zginąć. Jeśli nie ma się pomysłu na fabułę, nie zabija się ulubieńca publiczności, który mógłby w nieskończoność rzucać tymi samymi dowcipami, mimo że jego czas dawno przeminął. Nie, Han pojawił się w tym filmie z określonych powodów. Miał połączyć stare z nowym oraz pokazać, że mimo zwycięstwa Sojuszu nie wszystko się naszym zbawcom galaktyki udało. No i jeszcze sprawić, byśmy szczerze znienawidzili Kylo Rena. Temu służyła jego rola w filmie i Gryzipiór cieszy się, że twórcy nie sprowadzili jej do banalnego fan service’u, tylko dopisali historii Hana wiarygodny ciąg dalszy i ponury, acz adekwatny koniec. W ogóle scenarzystom należą się brawa za to, jak dobrze zaplanowali powrót postaci ze Starej Trylogii i jak mądrze uporali się z wątkiem Lei i Hana. Zamiast łudzić widzów bajkowym „żyli długo i szczęśliwie”, pokazali parę dojrzałych ludzi, którzy nigdy nie przestali się kochać, mimo że rozdzieliła ich wspólna tragedia oraz – jak to się mówi – niezgodność charakterów. Piękna rzecz.

Dość jednak o bohaterach ze Starej Trylogii, bo oto na scenę wkraczają nowi, co najmniej równie interesujący. Zacznijmy od tego, że pomysł, by jedną z głównych postaci został szturmowiec, jest po prostu GENIALNY. Naprawdę Gryzipiór oglądając Starą Trylogię zawsze chciał, żeby któryś z tych białych ludzików zdjął wreszcie hełm i okazał się człowiekiem, a nie anonimową marionetką w rękach Zła. Gdyby do tego doszło, spodziewał się historii rodem z dystopii, w której poddany praniu mózgu bezimienny bohater powoli uczy się indywidualności. Dlatego możecie sobie wyobrazić jego konsternację, gdy Finn okazał się postacią od razu ukształtowaną. Co pozwoliło mu oprzeć się indoktrynacji szkoleniowców Najwyższego Porządku? Na to pytanie nie znajdziemy w filmie odpowiedzi, co pewnie znaczy, że będzie ona istotna dla fabuły. Na razie Gryzipiór daje Finnowi spory kredyt zaufania, bo jako bohater jest nie tylko bystry, zabawny i sympatyczny, ale i bardzo ludzki. Trochę w typie everymana – zwykłego człowieka wrzuconego w wir wydarzeń, w którym zrozumiałe pragnienie ucieczki miesza się z poczuciem lojalności wobec przyjaciół, a to z kolei – ze zdziwieniem własnymi możliwościami, o które nigdy by się nie podejrzewał.

fot. Lucasfilm [*]
Jak mawiają znajomi zza Wielkiej Wody, this ship is set to sail.
Równie fajna jest Rey, która wydaje się być córką Luke’a tak bardzo, że prawie na pewno nią nie jest. Gryzipiór chciałby w tym momencie zaapelować do twórców popkultury o więcej takich bohaterek: zaradnych, samodzielnych, ale i niewolnych od lęku (przed porzuceniem, przed odpowiedzialnością) oraz momentów słabości. Naprawdę wspaniale ogląda się na ekranie kobietę z krwi i kości, która znalazła się w filmie nie po to, by spełniać fantazje widowni, ale po to, by stać się bohaterką własnej historii. To ostatnie dotyczy zresztą i Finna, i Hana, i Lei, którzy wszyscy pojawiają się w „Przebudzeniu mocy” jako ciekawe, wiarygodne, angażujące postacie. Ba, nawet droid BB-8 ma tu więcej charakteru niż połowa obsady Nowej Trylogii. Oczywiście nie byłoby to możliwe bez solidnej gry aktorskiej. I choć Gryzipiórowi bardzo podobali się naturalni, świetnie zgrani Daisy Ridley i John Boyega, największe wrażenie wywarli na nim Harrison Ford i Carrie Fisher, którzy mimo upływu lat ani trochę nie wypadli z roli.

Dobrze zapowiada się również Adam Driver w roli Kylo Rena – smutnego chłopca w czarnej pelerynie, który zdążył już podzielić fandom na dwa stronnictwa. Dla jednych to nieudolna podróbka Vadera, dla innych – najciekawszy czarny charakter w historii „Gwiezdnych wojen”. I wiecie co? Obie strony mają rację. Postać zbuntowanego, rozczarowanego rodzicami nastolatka, który nie potrafi opanować gniewu, to oczywiście straszna klisza, ale klisza, jakiej w „Gwiezdnych wojnach” jeszcze nie było. Do tej pory mieliśmy do czynienia z zimnokrwistymi reprezentantami ciemnej strony mocy, którzy bez mrugnięcia okiem skazywali na śmierć miliony. Tu mamy pogubionego, ukrywającego się za maską chłopaka, który rozpaczliwie stara się wejść w buty (w hełm?) dziadka, ale nie może, ponieważ kusi go jasna (!) strona mocy. Gryzipiór, prawdę mówiąc, w ogóle nie uważa Kylo Rena za czarny charakter. To raczej kolejny bohater Najnowszej Trylogii, taki jak Finn czy Rey, tyle że stokroć bardziej niejednoznaczny (swoją drogą to ciekawe, czy po tym, co zrobił, może jeszcze czymś zasłużyć na wybaczenie widzów). Jego zadanie w siódmym epizodzie polega na odwróceniu uwagi od Naczelnego Wodza Snoke’a, który okaże się właściwym Złym tej opowieści.

fot. Lucasfilm [*]
Tego samego Snoke’a, z którego designem Gryzipiór wciąż nie może się pogodzić. Gigantyczny hologram, który pojawia się w tajemniczej szarobłękitnej aurze, wygląda jak wyjęty z filmu fantasy i nijak się ma do konkretnego, fizycznego zła reprezentowanego przez Najwyższy Porządek. Na jego obronę można wskazać to, że i w innych momentach „Przebudzenia mocy” twórcy eksperymentują z estetyką. Tu każą bohaterom uciekać przed zębatymi, ośmiornicopodobnymi potworami rodem z horroru, tam podsuną Rey tajemniczą drewnianą skrzynkę z mieczem świetlnym, którego dotyk wywoła u niej niepokojącą wizję. Gryzipiór ma co do tych zabiegów mieszane uczucia, bo choć lubi eksperymenty z konwencją, nie przepada za towarzyszącym im często wrażeniem nieprzystawalności. A skoro już przy designie jesteśmy, Gryzipiór bardzo chciałby, żeby filmowcy przestali wzorować każdą złą organizację na nazistach. Przewidywalne to i oczywiste, w dodatku grożące karykaturą – jak scenie przemówienia generała Huxa, która aż prosi się o dyskretny facepalm. (Chociaż ustanowiona w niej sterylna czarno-biało-czerwona kolorystyka Najwyższego Porządku bardzo się Gryzipiórowi podoba).

fot. Lucasfilm [*]
To chyba dobry moment, by napisać o jedynej istotnej wadzie filmu: ogromnym uproszczeniu sytuacji politycznej z Najwyższym Porządkiem jako nowym Imperium i Ruchem Oporu jako nowym Sojuszem. Gryzipiór jest tu rozdarty, bo uproszczenie sytuacji politycznej generalnie wychodzi „Gwiezdnym wojnom” na dobre (przypomnijcie sobie, jak ugrzęzła w polityce fabuła Nowej Trylogii). Z drugiej strony czasy się zmieniły i naiwny podział na złą władzę oraz dobrych buntowników współczesnego widza już chyba nie przekona. Co więcej, Gryzipiór chętnie by się dowiedział, co sprawiło, że po ledwie trzydziestu latach pokoju mieszkańcy Republiki znów garną się do autorytarnego Imperium Najwyższego Porządku. Wielka szkoda, że nie pokazano w „Przebudzeniu mocy”, jak zmieniła się galaktyka po zwycięstwie rebeliantów (obrazy przysypywanych przez pustynię wraków krążowników, choć szalenie efektowne, to jednak trochę mało). No, chyba że przyglądając się wyzyskowi zbieraczy złomu na Jakku mieliśmy dojść do wniosku, że nic się nie zmieniło. W tym wypadku Gryzipiór cofa zarzut.

Oczywiście „Gwiezdne wojny” nigdy nie były i nigdy nie będą thrillerem politycznym. Nie o wiarygodne ukazanie rebelii i wiwisekcję totalitaryzmu tu chodzi, ale o przygodę, wciągającą akcję, ciekawych bohaterów i to cudowne uczucie wyprawy w inny świat, w którym wydarzyć się może wszystko. Z tymi elementami twórcy „Przebudzenia mocy” poradzili sobie rewelacyjnie. Co więcej, udało im się stworzyć nie tylko doskonały film, ale i doskonałą pierwszą część trylogii, w której pozostało dość tajemnic, by było na co czekać w następnych latach. Gryzipiór w każdym razie czekał będzie. I pierwszy raz od dawna może z pełnym przekonaniem powiedzieć: I have a good feeling about this!

  • Reżyseria: J.J. Abrams
  • Scenariusz: Lawrence Kasdan, J.J. Abrams, Michael Arndt
  • Premiera: 18 grudnia 2015
  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Również jestem już po obejrzeniu "Przebudzenia mocy" i, tak jak tobie, film przypadł mi do gustu (choć nadal nie mogę przeboleć śmierci Hana Solo). Widać, że autorzy naprawdę się postarali. Szkoda tylko, że na ciąg dalszy będziemy musieli czekać aż dwa lata ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie się dowiedziałam, że tylko 1,5 roku, bo premiera kolejnej części na razie planowana jest na maj 2017 roku. :) Ale też wolałabym, żeby było szybciej, bo sporo wątków pozostawiono otwartych, co sprawia, że trudno je właściwie ocenić. No, i strasznie jestem ciekawa, co będzie dalej. Śmierć Hana też mnie zdruzgotała, ale sądzę, że była konieczna dla fabuły i żeby widzowie przypadkiem nie poczuli do Kylo Rena nadmiaru sympatii.

      Usuń
  3. Cóż, mogłabym zamienić "Gryzipiór" na "Sida" i wrzucić ten tekst na swojego bloga. No, może wprowadziłabym jeszcze parę drobnych modyfikacji, ale poza tym zgadzam się w zupełności. Kolejne trzy seanse już umówione, zobaczymy, czy zrobią takie wrażenie, jak pierwszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie na razie umówiony jeden kolejny seans i trochę się obawiam, że w trakcie zgaśnie aura nostalgii, a zostaną dziury w scenariuszu. No, ale ktoś mądry powiedział, że najważniejsze jest pierwsze wrażenie, i w razie czego będę się tego trzymać. ;)

      Usuń
  4. Ha, co do polityki to też się zgadzam, nie do końca rozumiem co właściwie robi (ten sam? nowy?) Ruch Oporu i co on, do jasnej ciasnej robił, kiedy "na gruzach imperium wyrastał Nowy Porządek".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym chciała wiedzieć, co w tym czasie robiła Republika, o której w filmie wspomina się jakieś trzy razy. No, bo podczas tych 30 lat powinna zniszczyć Imperium do ostatniego droida, a zamiast tego pozwoliła mu nie tylko się odrodzić, ale i w tajemnicy zbudować kolejną, jeszcze większą Gwiazdę Śmierci. I niech mi ktoś powie, dlaczego do walki z Nowym (Najwyższym?) Porządkiem nie używa własnej floty i własnego wojska, tylko finansuje ten nie całkiem chyba udany Ruch Oporu? Czy w Senacie znowu zasiadają sami szpiedzy ciemnej strony mocy?

      Usuń
  5. Film świetny. Zresztą tak się na niego wyczekał, że nikt nie mógł pozwolić na to, żeby było inaczej. No i Luke. Cały film zastanawiałam się co z nim jest i kiedy wreszcie dołączy do akcji. Tymczasem zostawili mnie z największym cliffhangerem w moim życiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, cliffhanger jest ogromny, ale jaki udany! Ta nieodgadniona twarz Luke'a, ta niepewność Rey, ten miecz świetlny, który zarazem łączy ich i dzieli... Bardzo fajnie to rozegrane. No, i myślę, że jak w "Przebudzeniu mocy" dużą rolę odegrał Han, tak w kolejnym filmie to Luke będzie tym bohaterem Starej Trylogii, który towarzyszy Rey i Finnowi. (A w ostatnim, mam nadzieję, Leia). Żeby tylko nie spotkał go ten sam koniec...

      Usuń
  6. Nie przeczytałam posta, bp jeszcze nie obejrzałam filmu, Wrócę tu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję! Ciekawe, czy też Ci się tak spodoba. :)

      Usuń
  7. Ojojoj, wiem o czym piszesz! *_*
    Byłam na seansie z moim bratem, który jest większym fanem Star Wars ode mnie (albo "starszym fanem"?, to brzmi dziwnie, bo jest ode mnie młodszy, ale co tam xD) i cóż, mój brat trochę narzekał właśnie na to, że nowe SW to taka Nowa Nadzieja 2.0, a chciałby czegoś nowszego niż zbioru tych najlepszych momentów z NN.

    Co ja mogę w takim momencie powiedzieć?
    Prawda jest taka, że do momentu, kiedy nie obejrzałam Przebudzenia mocy, nie byłam jakąś tam wielką fanką Star Wars. Bardzo dobrze znam uczucie fanienia i wiem, że w przypadku poprzednich filmów SW, było to raczej tylko zadowolenie, fajny seans, potem trochę nostalgicznych rozmyślań. Ale po Przebudzeniu Mocy czuję, jakby coś, cóż, coś się we mnie przebudziło. :) To świetny film, który zebrał do kupy wszystkie plusy SW i pozwolił fanom pomarzyć, że w następnej części, za te 1,5 roku, dostaną coś więcej. Po wyjściu z sali kinowej jak najbardziej potrafiłam zrozumieć potrzebę innych widzów, aby pójść do kina jeszcze raz. Albo piętnaście. :)
    Więc tak, dla mnie Przebudzenie Mocy to wspaniały film, pokochałam go całym serduszkiem, jestem fanką. Kropka.
    Czekam na więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam tak samo! Bardzo lubiłam Starą Trylogię, ale nie aż tak, żeby sięgnąć po utwory z Expanded Universe (o Nowej Trylogii litościwie zmilczę). Teraz niecierpliwie czekam, aż wyjdzie książkowe "Przebudzenie mocy", bo może znajdzie się w nim to, czego nie powiedziano w filmie (może nie od razu tożsamość rodziców Rey, ale na przykład wyjaśnienie tej dziwacznej sytuacji politycznej).

      Zastanawia mnie reakcja Twojego brata. Bo ja mam wrażenie, że "Przebudzenie mocy" w ogóle bardziej podobało się fanom umiarkowanym niż tym najbardziej zaangażowanym. Może dlatego, że udało się przepisać "Nową nadzieję" na nowe czasy (myślę tu głównie o kreacji bohaterów), więc mogła ona wreszcie przemówić do tych, do których poprzednia przemówić nie umiała. No, a najbardziej zaangażowani fani pewnie znali ją na pamięć, więc zrozumiałe, że odgrywanie tych samych scen w nowych dekoracjach mniej ich bawiło (choć nie wszystkich!).

      Usuń
    2. Powiem Wam tak. Do kina chodzimy sporą grupką ludzi w różnym wieku. "Młodszym" fanom Star Wars Przebudzenie mocy bardzo się podobało. Byli nim wręcz zachwyceni. Za to tym takim "starszym" fanom, w tym mnie, film wydawał się dziwny. Jakiś taki nie na miejscu i czułam, że coś mi w nim nie pasuje. Narzeczony twierdzi, że to "wpływ Disneya". Mnóstwo humoru, gagów, takiej jakiejś "bajkowatości". Nie mówię też, że to jest złe. I taki ktoś, kto pokochał poprzednie części taka różnica w stylu niekoniecznie pasuje.
      ~Anek

      Usuń
    3. I to jest właśnie niesamowicie ciekawe: że "Gwiezdne wojny" potrafią być tak bardzo różnym filmem dla różnych ludzi. Ja mam wrażenie, że humor i gagi wcale nie pojawiły się tam razem z Disneyem, że i Stara Trylogia bywała momentami przezabawna (weźmy Ewoki albo sporą część treningu Luke'a pod okiem Yody). To raczej Nowa Trylogia próbowała być śmiertelnie poważna, co chyba nie wyszło jej na dobre. "Przebudzenie mocy" - wydaje mi się - było w humorze i nie tylko bliższe pierwszym filmom, ale to znowu tylko moje odczucie. Muszę kiedyś zrobić porządny seans porównawczy :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.