Baśń nad baśniami, czyli „Pentameron”


W czasach obowiązkowych gier z konwencją gatunku, parodii i ironicznego traktowania kanonu rzadko się zdarza, by adaptowano baśnie na poważnie, jak metaforyczne opowieści o ludzkiej egzystencji. Rzadziej jeszcze – by sięgano po historie mniej popularne, które nie dają możliwości efektownej zabawy znanymi motywami. I na jedno, i na drugie zdecydował się Matteo Garrone, reżyser „Pentameronu” – znakomitego filmu, który udowadnia, że mądrych, dojrzałych baśni potrzebują dziś nie tylko dzieci.


Tekst zawiera minimalne spoilery dotyczące fabuły filmu.

Dwie rzeczy warto wiedzieć przed wejściem do sali kinowej. Po pierwsze, „Pentameron” – ten oryginalny, na którym wzorował się Garrone – pochodzi z XVII wieku i jest jednym z dwóch najstarszych europejskich zbiorów baśni. Dlatego historie Kopciuszka czy Śpiącej Królewny, które można w nim znaleźć, znacznie różnią się od tych, które znamy z późniejszych wersji Perraulta i braci Grimm. Są, by tak rzec, bardziej surowe, pierwotne – jeszcze wolne od cenzury obyczajowej. Po drugie, „Pentameron” stworzył włoski dworzanin Giambattista Basile na podstawie opowieści zasłyszanych w okolicach Neapolu. Zawarte w nim baśnie należą zatem do nieco innego kręgu kulturowego niż historie Grimmów. Z satyrycznym zacięciem ukazują życie dworu, nie stronią od silnych kobiet w roli protagonistek.

I rzeczywiście – każda z trzech luźno powiązanych historii z „Pentameronu”, które opowiada Garrone w swoim filmie, dzieje się na książęcym dworze i nie stawia jego mieszkańców w korzystnym świetle. Spotykamy w nich królowe oszalałe z pragnienia posiadania dziecka, naiwne księżniczki czekające na idealnego męża, okrutnych i rozwiązłych książąt oraz staruchy o spragnionych miłości sercach dzieci. Z jednej strony to psychologicznie wiarygodne postacie, które łatwo można wyobrazić sobie jako bohaterów filmu kostiumowego. Z drugiej – archetypy zdolne przemówić do naszych lęków i pragnień. Garrone zresztą doskonale zdaje sobie sprawę z ich potencjału oddziaływania na widza, dlatego chętnie posługuje metaforą. Tu pokaże przyjaciół spacerujących po dnie jeziora ramię w ramię jak syjamskie bliźnięta, gdzie indziej – matkę przekonaną, że uczestniczy w zabawie z synem, podczas gdy jest tylko jej przedmiotem. Akcja toczy się nieśpiesznie, a historie przeplatają się pozornie przypadkowo, zaburzając logiczny tok narracji. Wszystko to sprawia, że „Pentameron” przypomina leniwy popołudniowy sen... który zatrważająco łatwo zmienia się w koszmar.

fot. Le Pacte [*]
Niepokój. To uczucie, które towarzyszyło Gryzipiórowi od początku seansu, to znaczy od chwili, w której grana przez Salmę Hayek królowa poczęła dziecko po zjedzeniu serca morskiego potwora. Nie strach i nie obrzydzenie, ale właśnie niepokój i poczucie dziwności, wywołane obecnością czegoś, co przemawia wprost do nieświadomości, a omija bariery rozsądku. Wielka w tym zasługa mrocznej baśniowej fantastyki, która jest tu zupełnie… niefantastyczna. Monstrualne nietoperze, przerośnięte pchły w roli domowych zwierzątek, dziecko zrodzone z dziewicy, wiedźmy i tajemniczy nekromanci są częścią normalnego porządku rzeczy. Nikt się im nie dziwi i nikt nie podkreśla ich obcości – nawet specjaliści od efektów, które są w „Pentameronie” tak oszczędne i spójne ze światem przedstawionym, że niemal nie zwraca się na nie uwagi. Dobrym przykładem jest tu scena konfrontacji z morskim potworem, tak realistyczna i ascetyczna w formie, jakby twórcy chcieli zaprotestować przeciw przekonaniu, że bez oszałamiających efektów specjalnych nie da się nakręcić filmu w konwencji fantasy.

Takich świadomych wyborów jest zresztą więcej. „Pentameron” to film niesamowicie, zmysłowo, a przy tym nienachalnie piękny. Nastrojowe krajobrazy, wspaniałe stroje, żywe kolory i odrobina przestylizowanej makabry – do tego wszystkiego kinowe baśnie już nas przyzwyczaiły, ale film Garronego jest na ich tle o tyle wyjątkowy, że to obraz jest w nim dominującą formą narracji. Po wyjściu z kina przyjaciółka Gryzipióra zwróciła uwagę na to, jak niewiele w nim dialogów, a Gryzipiór się zdziwił, bo zupełnie ich braku nie odczuł. Stało się tak chyba dlatego, że podczas seansu nieustannie słyszał w głowie własną narrację, która dopowiadała pominięte kwestie, snuła domysły i podrzucała interpretacje. Nie był to ten krytyczny głos, który zwykle towarzyszy Gryzipiórowi w oglądaniu filmów, ale szept dziecka tak urzeczonego opowieścią, że mimowolnie zaczęło tworzyć na jej podstawie własną.

Nie znaczy to, że „Pentameron” odpowiedni jest dla dzieci. Co to, to nie! Problemem jest nie tyle spora dawka erotyki czy scena pożerania niedogotowanego serca, ile to, że najmłodsi nie zrozumieją wielu podjętych w filmie kwestii: pragnienia posiadania potomstwa na własność, tęsknoty za młodością, zdrady przez własne ciało czy dojrzałej miłości, która pozwala drugiej połowie odejść, a w razie potrzeby śpieszy jej na ratunek. Co najlepsze, opowieściom tym nie towarzyszy wyraźny morał, a niektórym brakuje nawet zakończenia, co pozwala zadziałać wyobraźni widza. Ale uwaga: „Pentameron” nieraz złapie Was w pułapkę. Opowiada bowiem historie teoretycznie archetypiczne, ale jednak zmierzające w nieco inną stronę niż te, które znacie ze zbioru Grimmów czy w ogóle z kultury popularnej. W rezultacie większość Waszych przewidywań co do dalszego ciągu fabuły może okazać się błędna. Jedna z historii na przykład w sposób zupełnie bezpardonowy rozprawia się z mitem Pięknej i Bestii.

fot. Le Pacte [*]
Stąd może bierze się zaskakujące uczucie obcości baśni opowiedzianych w „Pentameronie”, które wprawdzie składają się ze znanych elementów, ale łączą je w sposób dziwny – jak ktoś, kto zachodnią kulturę zna tylko ze słyszenia i na przykład nie wie, że w tutejszych baśniach dziewczynka nigdy nie zostaje władczynią własnego królestwa, co najwyżej żoną króla. Efekt? Cudowne wrażenie świeżości oraz… aktualności. To doprawdy niesamowite, że można się cofnąć w czasie do siedemnastowiecznego Neapolu i spotkać w nim samodzielne księżniczki, stare kobiety zmagające się z kultem młodości czy królów nieradzących sobie w roli ojca. Jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że ich historie opowiedziane są z humorem, ale bez budującej dystans autoironii, dzięki czemu udaje im się zrobić to, co baśnie przede wszystkim robić powinny: oczarować widza siłą samej opowieści... oraz sprawić, by zapragnął więcej. A ponieważ w zbiorze Basilego znajduje się prawie pięćdziesiąt baśni, są na to „więcej” duże szanse.

Gryzipiór w każdym razie ma nadzieję, że twórcy współczesnych retellingów pójdą śladem Garronego i odkryją nowe, bo stare, baśnie. Dzięki temu może powstanie więcej filmów takich jak „Pentameron”: mądrych, dojrzałych, trochę melancholijnych, a trochę marzycielskich, przede wszystkim jednak przywracających wiarę w moc baśni, zdolnych opowiadać o najgłębszych problemach ludzkiej egzystencji.

  • Reżyseria: Matteo Garrone
  • Scenariusz: Edoardo Albinati, Ugo Chiti, Matteo Garrone, Massimo Gaudioso
  • Premiera: 30 października 2015
  1. Nie wiem dlaczego tu nie ma komentarzy. Wrzuciłam Twój tekst do zakładek do przeczytania na potem, dzisiaj mam urlop więc postanowiłam nareszcie obejrzeć. REWELACJA. Spędziłam świetne przedpołudnie. Najbardziej ujęło mnie to w jaki sposób księżniczka poradziła sobie z "mężem". Piękna mądra baśń. Jaki tytuł nosi książka zawierająca te baśnie? Jakoś nie mogę się doszukać. Znalazłam tylko to http://lubimyczytac.pl/ksiazka/142208/najpiekniejsze-basnie---basile, ale to nie wyglada na "dorosłą" wersję...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobało! Zgadzam się, że wątek księżniczki jest obłędny - takie totalne odwrócenie mitu Pięknej i Bestii. Książka Basilego nosi bardzo długi tytuł po neapolitańsku, ale ze względu na strukturalne podobieństwo do "Dekameronu" nazywa się ją "Pentameronem". O ile wiem, do tej pory nie wydano jej w polskim przekładzie. Miałam nadzieję, że jeśli film odniesie sukces, któreś wydawnictwo pokusi się o jej wydanie, ale na razie się na to nie zanosi. To, co podlinkowałaś, rzeczywiście wygląda na wersję na pewno skróconą i być może uprzyzwoiconą, ale może warto do niej zajrzeć? Kto wie, co się tam uchowało.

      Usuń
  2. Wydanie baśni tego autora ukazało się w cyklu "Najpiękniejsze baśnie", niestety zawiera jedynie kilka opowieści, a z tych przedstawionych w filmie, tylko "Pchłę". Jest też znacznie ugrzeczniona w porównaniu z oryginałem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem zauroczona filmem i niezdrowo zafascynowana żądzą zdobycia tejże książki. Tak sobie pomyślałam, może miałoby sens napisać do kilku wydawnictw z pytaniem o prośbą o zainteresowanie się książką?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisać można zawsze, ale obawiam się, że gdyby wydanie tych baśni było możliwe czy opłacalne, już dawno by to zrobiono :/ A przy okazji filmu na pewno.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.