Mówiąc krótko, nie ufaj nikomu, czyli „Ewangelia według Lokiego” Joanne M. Harris


Jeśli w ciągu ostatnich czterech lat znaleźliście się w pobliżu urządzenia z dostępem do Internetu, pewnie wiecie, kim jest Loki. Ojciec kłamstwa, syn Chaosu, zmiennokształtny bóg oszustwa z nordyckiej mitologii i kandydat na najbardziej niewiarygodnego narratora wszech czasów. Tak przynajmniej twierdzi sam Loki jako autor i bohater własnego zbioru mitów, w którym ma się znaleźć „tyle samo prawdy, co w wersji oficjalnej, ale (…) więcej humoru”. Humoru więcej jest z pewnością, ale czy też dobrej literatury? Gryzipiór ma wątpliwości.

Zacznijmy może od tego, że wbrew temu, co zapowiada, Loki rzadko podważa wiarygodność swojej wersji zdarzeń. Przeciwnie – jego „ewangelia” to zaskakująco wierny retelling nordyckich mitów, opowiadający mniej więcej tę samą historię, którą znajdziemy w kanonicznych Eddach. Czytamy więc o stworzeniu świata z ciała olbrzyma Ymira i o krowie Audhumli, która przez trzy dni zlizywała sól z lodu, aż wyszedł z niego pierwszy z bogów Asów; o niechlubnej historii naszyjnika Freji i wyprawy do Utgardu; wreszcie o ponurej wizji Ragnaroku, Zmierzchu Bogów. Różnicą jest to, że tym razem mity opowiedziane zostały na wskroś współczesnym głosem Lokiego, świadomym tego, że historię piszą zwycięzcy.

(…) proroctwa, mity, legendy, baśnie i kłamstwa – z tego utkany jest jeden kobierzec; zwłaszcza z kłamstwa, ma się rozumieć. Wiedzieliście, że to powiem, ja, Ojciec i Matka Kłamstwa. Ale tym razem będzie to przynajmniej opowieść tak prawdziwa, jak to, co nazywacie historią [s. 11-12].

Ale po kolei. Loki jest znakomitym gawędziarzem. Swoją historię opowiada dowcipnie i z werwą, dzięki czemu czyta się ją błyskawicznie – i z autentyczną przyjemnością. Ważne, żeby nie dać się zwieść oczekiwaniom, które podsyca niestety opis z tyłu okładki, obiecujący „napisaną z rozmachem, awanturniczą epopeję fantasy”. Otóż tradycyjnej, światotwórczej fantasy jest w tej książce jak na lekarstwo. Szczególnie daje się odczuć brak opisów. Konia z rzędem temu, kto zdoła narysować mapę Dziewięciu Światów albo przynajmniej najbliższej okolicy Asgardu. Loki nie marnuje czasu na topograficzne szczegóły czy mozolne budowanie nastroju. Liczą się opowieść, anegdota, przewrotny żart – ujęte w krótkie rozdziały nazywane „lekcjami”, poprzedzone antymorałami w rodzaju „Nigdy nie ufaj krewnemu”, „Nigdy nie ufaj przyjacielowi”, „Mówiąc krótko, nie ufaj nikomu”.

Cynizm Lokiego jest zresztą jednym ze źródeł humoru w tej powieści, choć prawdę mówiąc, bywa on dość płytki. Drugim źródłem jest zakwestionowanie zasady decorum. Bóg księżyca Mani ma „superwóz”, Frej „szaleje za blondynkami”, a bogini topielców Ran „o dziwo, lubi imprezować”. O bogach i herosach mówi się tu prosto i nieformalnie, co może albo bawić, albo drażnić – zależy to od czytelnika. Gryzipióra z początku irytowało, ale z czasem zaakceptował tę konwencję, gdyż autorka szczęśliwie wie, co to umiar.

Prawdziwy problem miał natomiast Gryzipiór ze zgodą na trzecie źródło humoru, czyli na jednowymiarowych bohaterów. Można oczywiście bronić tego zabiegu, tłumacząc, że mitologia z natury opowiada o archetypach i nie interesuje się psychiką postaci. Rzecz w tym, że „Ewangelia według Lokiego” nie jest archaicznym zbiorem mitów. Jest współczesną powieścią, która źródłem komizmu czyni m.in. gapowatego osiłka, zdradzaną i nieatrakcyjną żonę czy porzuconego przez rodziców, zbuntowanego nastolatka-wilkołaka. Nic, tylko boki zrywać. Nawet kiedy postaci nie mają nas śmieszyć, i tak odgrywają jedynie z góry przypisane role, często-gęsto wykazując się takimi przymiotami ducha, jak głupota, próżność i nieuzasadnione okrucieństwo. Nic dziwnego, że charakterystyka wszystkich trzydziestu trzech bogów i demonów zmieściła się na pierwszych trzech stronach powieści.

[*]
Wyjątkiem od tej reguły jest oczywiście Loki, nasz narrator. Choć nie tak wielkim, jak by tego chciał. Owszem, z biegiem czasu coraz łatwiej zrozumieć jego rozgoryczenie i żądzę odwetu. Owszem, tu i ówdzie pojawiają się pytania o możliwość przezwyciężenia własnej natury (w tej wersji Loki zrodził się z ognia Chaosu), o perspektywę przemiany dzięki nawet niedoskonałej przyjaźni i miłości. Niestety nic takiego się nie dzieje, a ciągłe narzekanie na niesprawiedliwe traktowanie przez resztę bogów z czasem robi się niesłychanie męczące. Pod piórem Harris najbardziej chyba niejednoznaczny bohater nordyckiej mitologii staje się naiwny, zainteresowany wyłącznie sobą i jak dziecko niezdolny uczyć się na błędach. Jest to wizerunek spójny (może nawet za bardzo), ale gdyby to Gryzipiór mógł wybierać, poszedłby jednak inną drogą.

Stereotypowość postaci oraz ludyczny humor, którego padają ofiarami, ma jeszcze jedną nieprzyjemną konsekwencję. Mianowicie „Ewangelia według Lokiego” dzieli się wyraźnie na dwie części. Pierwsza opowiada o złotym wieku bogów i obficie raczy czytelnika anegdotami z ich życia, druga zaś przedstawia posępną wizję wojny i zagłady Dziewięciu Światów. Trudno doprawdy przejąć się losem Thora czy Heimdalla, skoro niewiele o nich wiemy – a to, co wiemy, sugeruje raczej, że zasłużyli na swój los. Trudno też powiedzieć na pewno, kiedy w tej dość niespójnej powieści mamy do czynienia z komedią, a kiedy – z tragedią. Szczególnie niepokoi historia Sigyn, żony naszego narratora, która gdzieś w tle zmienia się z zakochanej dwórki w karykaturalną gospodynię domową, z sadystyczną przyjemnością wpychającą owocowe placki w usta uwięzionego męża. Miało chyba być zabawnie i groteskowo, ale wyszło ponuro i nieudolnie.

Wróćmy jednak do plusów, bo wbrew całej tej krytyce, „Ewangelia według Lokiego” trochę ich ma. Oprócz wciągającej, sprawnie poprowadzonej akcji największym z nich jest nowoczesne spojrzenie na mitologię. Dla Harris mit to już nie sakralna opowieść o początku świata i naturze bogów. To historia jak każda inna – zafałszowana przez czas i pełna nieczytelnych metafor, a nade wszystko spisana piórami zwycięzców. Oddanie głosu Lokiemu, bogowi oszustwa, to także bardzo współczesny gest, w którym kryje się przekonanie o decydującej roli narratora, który nigdy nie jest obiektywny.

Historia. Czyli wersja wydarzeń według Starego, którą wszyscy mają bez mrugnięcia uznać za jedyną słuszną. Cóż, może jestem cyniczny, ale tak się składa, że wiem, iż historia to nic innego jak nić i kołowrotek (…). A czy dana historia staje się hitem, czy tylko mitem – zależy od tego, jak się ją opowiada. I kto to robi [s. 12].

Szkoda tylko, że ta obiecująca zmiana perspektywy nie przynosi wiele nowego – poza osobistym, zwróconym ku introspekcji opowiedzeniem dobrze znanych mitów. Harris jakby zatrzymała się w połowie drogi, na granicy między literaturą rozrywkową a reinterpretacją opowieści z kulturowego kanonu. Gryzipiórowi czytało się jej powieść bardzo przyjemnie, ale poleciłby ją raczej fanom filmów Marvela niż wielbicielom staroislandzkich sag. Chyba że ci drudzy planują urlop z lekką, wciągającą i dowcipnie napisaną lekturą. Wtedy „Ewangelia według Lokiego” będzie w sam raz.

  • Przekład: Ewa Spirydowicz
  • Wydawca: Wydawnictwo Akurat
  • Rok wydania: 2015 (2014)
  • Liczba stron: 405

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Akurat.

W nagłówku – fragment okładki anglojęzycznego wydania „Ewangelii według Lokiego” [*].
  1. Tak właśnie myślałam, że książka będzie raczej mierzyć w fanów Lokiego w MCU, a nie w miłośników nordyckich mitologii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż tak dobitnie bym tego nie ujęła. ;) Z tego, co wiem Harris od bardzo dawna interesuje się nordycką mitologią i napisała nawet opartą na niej serię powieści YA, więc prawdopodobnie nie chodziło jej o proste przypodobanie się fanom Marvela. Na pewno jednak z MCU sporo jej książkę łączy, choć akurat Lokiego ewidentnie zreinterpretowała po swojemu.

      Usuń
  2. Jak ja nie lubię, kiedy autorzy marnują dobry pomysł. Nikt po nich nie będzie sprzątał przecież. Tak się moim zdaniem kończy średni talent i efekciarstwo w połączeniu z parciem na jak najbardziej nietuzinkowy temat. Ostatnio im nudniej brzmi opis książki, tym jestem bardziej skłonna dać jej szansę. Z filmem mam to samo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważasz, że "Ewangelia..." to zmarnowany pomysł? Ja jej tak nie odebrałam. Mogło być lepiej, mogło być gorzej, a oceniając po umiejętności prowadzenia akcji powiedziałabym, że autorka ma talentu sporo. Myślę, że gdyby bardziej przyłożyła się do kreacji bohaterów, miałaby szansę napisać całkiem przyzwoitą rozrywkową powieść.

      Usuń
  3. Jako fanka Islandii mimo wszystko czuję się skuszona ;) Zapraszam do mnie na tagową podróż w czasie http://www.niebieskistoliczek.pl/2015/11/8-podrozy-w-czasie-w-ktore-musisz.html

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.