The game is afoot (again), czyli „Dom Jedwabny” i „Moriarty” A. Horowitza


Wielu próbowało. Powstawały sequele, prequele, parodie, filmy i seriale, ale dopiero Anthony Horowitz przekonał spadkobierców Arthura Conana Doyle’a, żeby namaścili go na oficjalnego kontynuatora przygód Sherlocka Holmesa. Dlaczego akurat on? Gryzipiór postanowił się przekonać. I przekonał się boleśnie – zarywając noc, ponieważ nie jest łatwo odłożyć książkę Horowitza, gdy już się ją zacznie.


Ponieważ zdradzanie szczegółów fabuły kryminałów jest jedną z największych recenzenckich zbrodni, tekst wyjątkowo nie zawiera spoilerów.

Szczególnie „Dom Jedwabny” unieruchomił Gryzipióra na długie godziny, mimo że pomysł Horowitza na uzasadnienie literackiego powrotu wielkiego detektywa nie jest bardzo oryginalny. Otóż Sherlock Holmes nie żyje, na kontynencie toczy się wojna, a stary, schorowany Doktor Watson ostatni raz sięga po pióro, by opisać historię tak szokującą, że można będzie ją opublikować dopiero po stu latach… to znaczy teraz. Dowiadujemy się tego z przedmowy, która migiem wprowadza czytelnika w odpowiednio melancholijny nastrój. Zapowiada bowiem „ostatni portret Sherlocka Holmesa”, skreślony u schyłku życia przez człowieka z innych, lepszych czasów:

Po dziś dzień tęsknię za Holmesem i nieraz zdaję mi się na jawie, że słyszę jego tak dobrze znane mi słowa: „Gra rozpoczęta, Watsonie!”.
Słyszę je jednak daremnie, nigdy już bowiem nie zanurzę się w mrok i wirującą mgłę na Baker Street, ściskając w dłoni mój wierny, wojskowy rewolwer. Często myślę i o tym, że Holmes czeka na mnie gdzieś tam, po drugiej stronie wielkiego cienia, który ogarnie kiedyś każdego z nas. Wyznam, że i ja wyczekuję tej chwili. Jestem sam. Stara rana dokucza mi niezmiernie, a śledząc z oddali straszliwą, bezrozumną wojnę toczącą się na kontynencie, czuję, że nie pojmują już tego świata, w którym przyszło mi żyć [„Dom Jedwabny”, s. 14].

Ten fragment skradł Gryzipiórowe serce także dlatego, że subtelnie zdradza podejście autora do materiału źródłowego. Otóż czasy Holmesa przeminęły, a współczesny pisarz może już tylko zabrać czytelnika w nostalgiczną podróż do dawnych realiów, języka, wrażliwości i konwencji literackiej. I Horowitz to właśnie czyni. Jego powieść nie jest ani parodią, ani współczesną reinterpretacją. Jest doskonałą imitacją oryginalnych opowiadań Doyle’a – tak w formie, jak i w treści. Wszystko jest w niej na swoim miejscu: elegancki, powściągliwy styl, cudownie niedzisiejsze dialogi, pozbawiony złudzeń portret wiktoriańskiego społeczeństwa oraz oczywiście błyskotliwe dedukcje. Chyba tylko opisów jest więcej niż w oryginale, ale to akurat nie szkodzi, bo łatwiej dzięki nim poczuć nastrój zimowego Londynu, w którym wątły blask latarni gazowych ginie w kłębach mgły.

Wierni pierwowzorom są również bohaterowie. Holmes jest odpowiednio tajemniczy i pełen niespodzianek, Watson – jak zawsze trochę w nim zakochany, pełen na przemian zachwytu i pobłażliwej ironii. Horowitz szczęśliwie oparł się pokusie prze-pisania tych postaci na swoją modłę. Nie przydaje im cech, historii czy wątków miłosnych, których nie było w oryginale. Z tego powodu jego książki mogą bez obaw czytać najzacieklejsi miłośnicy kanonu. (Dla nich zresztą autor przygotował sporo miłych nawiązań do oryginalnych opowiadań, m.in. „Ligi rudzielców”, „Umierającego detektywa” i słynnej sceny z „O trzech panach Garrideb”). Dzięki temu „Dom Jedwabny” spokojnie mógłby się znaleźć w Doyle’owskim kanonie jako kolejna powieść o Sherlocku Holmesie, tyle że napisana przez mistrza literackiej mimikry.

[*]
A także mistrza suspensu. Horowitz świetnie wie, jak zbudować, wykorzystać i rozładować napięcie. Sprawnie podrzuca fałszywe tropy, zaskakuje zwrotami akcji i ujawnia niespodziewane fakty, czyli robi dokładnie to, co powinien robić autor dobrych kryminałów (których – jak wiadomo – nie należy zaczynać, nie upewniwszy się, że można do końca dnia nie robić nic poza czytaniem). Potrafi również zbudować skomplikowaną intrygę, a następnie stopniowo odkrywać przed czytelnikiem jej kolejne warstwy, nigdy nie zdradzając za wiele. Gryzipiór, który jest stary cynik i wydaje mu się, że wszystko widział, tym razem nie zdołał przedwcześnie odgadnąć rozwiązania zagadki, a kiedy Holmes swoim zwyczajem wszystko wyjaśnił – wszystkie tropy cudownie ułożyły się w logiczną całość. I to zakończenie, jako dla czytelnika, było dla Gryzipióra ogromnie satysfakcjonujące.
Trzeba jeszcze powiedzieć, że Horowitz jest wprawdzie wierny oryginałowi, ale nie niewolniczo do niego przywiązany. Dobrze wie, że w XXI wieku niektóre literackie wybory Doyle’a wymagają rewizji. Dlatego stawia niekiedy starego Watsona w roli krytyka własnych opowiadań, strofującego się między innymi za brak opisów nędzy, w jakiej żyli mieszkańcy Londynu – szczególnie dzieci. Te fragmenty mogą budzić kontrowersje, a zdaniem Gryzipióra wypadają sztucznie. Znacznie lepiej jest, kiedy Horowitz krytykuje Doyle’a w praktyce, na przykład kiedy w „Domu Jedwabnym” próbuje zaradzić jego rzekomemu brakowi wrażliwości społecznej, czyniąc bohaterami drugiego planu Nieregularnych z Baker Street (grupę bezdomnych dzieci, które wykonują dla Holmesa różne zadania). Kiedy nieszczęście spotyka jednego z jej członków, wielki detektyw zamyśla się nad ich ponurym losem, czego w kanonicznych opowiadaniach nigdy nie robił. Później, podczas śledztwa w sprawie Domu Jedwabnego, zdaje się kierować bardziej chęcią pomszczenia niewinnej ofiary niż pragnieniem rozwikłania zagadki. Efekt? Holmes Horowitza wydaje się bardziej ludzki niż pierwowzór, co przekłada się na jego cieplejszą relację z Watsonem oraz na sympatię czytelnika. Trudno wyobrazić sobie, by ten Sherlock zdolny był oszukać przyjaciela i zainscenizować własną śmierć, jak podczas konfrontacji z profesorem Moriartym w Szwajcarii.

W roku 1890, w którym toczy się akcja tej opowieści, ponad pięć i pół miliona ludzi zamieszkiwało obszar sześciuset mil kwadratowych znany jako Dystrykt Londyński Policji Metropolitarnej. I jak to bywało od niepamiętnych czasów, terytorium to podzielili między siebie dwaj nieodłączni sąsiedzi: nędza i bogactwo. Dziś nachodzi mnie czasem myśl o tym, że skoro przez lata byłem świadkiem tak wielu głębokich przemian, może powinienem był bardziej szczegółowo opisywać wielki chaos miasta, w którym przyszło mi żyć – na przykład tak, jak uczynili to Gissing czy Dickens pół wielu wcześniej [„Dom Jedwabny”, s. 85].

A jednak. Druga z kontynuacji Horowitza rozgrywa się bezpośrednio po niesławnym upadku Holmesa z wodospadu Reichenbach. Tym razem autora interesuje efekt psychologiczny, jaki mogła wywołać u pracowników Scotland Yardu konfrontacja z genialnym detektywem. Już w „Domu Jedwabnym” Watson przeprasza za niesprawiedliwy portret Lestrade’a, jaki odmalował w swoich opowiadaniach. W „Moriartym” Horowitz idzie o krok dalej – bohaterem czyni inspektora Altheneya Jonesa, którego podziw dla słynnego detektywa przerodził się w obsesję i cokolwiek niezdrowe pragnienie naśladownictwa. On również dorabia się wiernego kronikarza – śledczego Fredericka Chase’a. Razem z nim prowadzi dochodzenie w sprawie incydentu przy wodospadzie Reichenbach, a potem w sprawie Clarence’a Devereux – amerykańskiego króla zbrodni, który postanowił zająć miejsce profesora Moriarty’ego w Londynie. Razem z nim próbuje też wejść w buty Holmesa i Watsona, którzy – chociaż nie występują na kartach powieści – w pewnym sensie są na nich aż za bardzo obecni.

[*]
Gryzipiór musi przyznać, że ma co do tej drugiej powieści mieszane odczucia. Z jednej strony podobała mu się mniej niż „Dom Jedwabny”, z drugiej – jest chyba ciekawsza pod względem konstrukcji i polemiki z kanonem. Horowitz mógł przecież stworzyć klon pierwszej, chwalonej przez krytyków powieści; zdecydował się jednak odważnie wprowadzić na scenę nowych głównych bohaterów. Ponieważ nic o nich nie wiemy, nie możemy być pewni ich motywacji i tożsamości, a autor jeszcze tę niepewność podsyca, podkreślając na przykład podobieństwo między inspektorem Jonesem a Holmesem. Rzecz w tym, że tam, gdzie jest tak wyraźne podobieństwo, naprawdę interesujące stają się różnice. Dlatego dzieje Jonesa ciekawie jest czytać jak komentarz do życia Holmesa, zadając sobie pytanie: Co sprawiło, że to ten drugi odniósł sukces? Czy tylko bardziej błyskotliwy umysł? Czy raczej siła woli zdolnej pogrzebać ludzkie uczucia? A może przyjaźń z pisarzem, skłonnym uczynić z niego legendę?

Horowitz nie daje na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Rozwija za to wątek różnic kulturowych między Anglią a Stanami, które tutaj przejawiają się w… zbrodni. Podczas gdy amerykańscy przestępcy z szajki Devereux nie cofają się przed naprawdę bezwzględnymi zagrywkami i tchórzliwie kryją za plecami polityków, Anglicy wspierają się w walce z wymiarem sprawiedliwości i przestrzegają swoistego kodeksu honorowego. I jest w tym portrecie przestępczego świata u progu XX wieku coś mile melancholijnego: jakaś tęsknota za czasami, w których nawet zbrodnia mogła być honorowa (lub nie). No, i to zakończenie, o którym Gryzipiór nie może Wam nic powiedzieć – poza tym, że jest to jedno z najbardziej zaskakujących zakończeń powieści, na jakie trafił.

Napisać kontynuację dzieła z kulturowego kanonu zawsze jest trudno. Trzeba znaleźć równowagę między fanowskim entuzjazmem, chęcią dokonania własnej interpretacji oraz oczekiwaniami czytelników, którzy rozliczą autora za każde odstępstwo od oryginału (Horowitza krytykowano na przykład za zbyt częste używanie apostrofów). I autorowi „Domu Jedwabnego” oraz „Moriarty’ego” się udało. Jego kontynuacje są wierne duchowi opowiadań Doyle’a, świetnie napisane i akurat na tyle krytyczne, by dać do myślenia, ale nie na tyle, by zepsuć przyjemność z nostalgicznego powrotu do ulubionej lektury. Czy powstanie ich więcej? Gryzipiór ma nadzieję, że tak. Grę w każdym razie uznaje za (znów) rozpoczętą.

  • Przekład: Maciej Szymański
  • Wydawca: Rebis
  • Rok wydania: „Dom Jedwabny” – 2011, „Moriarty” – 2015 (2014)
  • Liczba stron: „Dom Jedwabny” – 303, „Moriarty” – 285
  1. "Dom jedwabny" bardzo mi się podobał, mimo że sama zbrodnia była mocno niesherlockowa. Teraz czytam "Moriarty'ego" i podoba mi się jeszcze bardziej. Chyba dlatego, że Horowitz nie jest tak związany konwencją i charakterem bohaterów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście zbrodnia była niesherlockowa, ale w tym jej urok (jeśli można to tak ująć). Opowiadania Doyle'a często krytykuje się za obyczajowy konserwatyzm i zbyt łagodny obraz wiktoriańskiego społeczeństwa, a szczególnie jego wyższej warstwy (moim zdaniem niesłusznie, ale to tak na marginesie). Angażując Holmesa do śledztwa w sprawie Domu Jedwabnego Horowitz jednocześnie sprytnie "naprawia" kanon i wyjaśnia, dlaczego nie mógł zrobić tego sam Doyle (autocenzura, potężne układy towarzysko-polityczne). Dla mnie super.

      Mnie akurat "Moriarty" podobał się mniej, choć doceniam go bardziej. Rzeczywiście w tej powieści autor uwolnił się nieco od konwencji i bohaterów, co dało ciekawy efekt. Tyle że gdyby poszedł o krok dalej, całkiem straciłby kontakt z Doyle'owskim kanonem. Może dlatego jakoś nie słychać o kolejnej części. :(

      Usuń
    2. Albo dlatego, że zajął się Bondem :).

      Usuń
    3. Ciągle się łudzę, że wróci!

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.