Czy istnieje kobieca fantasy?


Niedawno na spotkaniu towarzyskim Gryzipiór wywołał burzę, gdyż nieopatrznie nazwał pewną powieść fantasy „kobiecą”. Gromy posypały się na jego głowę m.in. za stereotypowe postrzeganie kobiet, za dziwaczny pomysł przypisywania literaturze płci, wreszcie za hołdowanie anachronicznemu przekonaniu, że da się ustalić jakieś stałe cechy „kobiecości”. Gryzipiór przytakiwał wszystkim tym postępowym poglądom i bezskutecznie szukał innego niż „kobieca” określenia, które oddawałoby istotę wspomnianej powieści. Określenia nie znalazł. Znalazł natomiast temat na wpis na blogu, gdyż problemów z kobiecą fantasy jest zaiste od groma.

Część z nich pokrywa się z problemami literatury kobiecej w ogóle, które biorą się z jej bardzo szerokiej definicji (i które tak fajnie omówiła kiedyś Pyza na swoim blogu). W skrócie: literatura kobieca stała się czymś w rodzaju studni bez dna, do której wrzuca się bardzo różne utwory, czasem tylko dlatego, że napisały je kobiety i że kobiet dotyczą. Lekki, żartobliwy chick lit dogaduje powieściom zaangażowanym społecznie, feministyczne reinterpretacje baśni nieufnie spoglądają na romanse paranormalne, tu i ówdzie plączą się harlequiny, a wszystkiemu nieco z boku przyglądają się powieści lesbijskie – i nikt już nie wie, czym ta literatura kobieca naprawdę jest.

Co zawiniło? Prawdopodobnie brak zgody odnośnie do tego, co decyduje o „kobiecości” utworu. Płeć autorki? Płeć głównej bohaterki? Skupienie na życiu wewnętrznym postaci? Podejmowanie rzekomo lubianych przez kobiety tematów, takich jak miłość, rodzina, natura? Sprawy nie ułatwiają wydawcy, zawsze gotowi wyczarować kolejną tyleż intrygującą, ileż bezsensowną etykietkę, która magicznie podniesie sprzedaż. Gryzipiór zaś skomplikuje ją jeszcze bardziej, gdyż do wszystkich tych odmian literatury kobiecej dorzuci kobiecą fantasy, która jego zdaniem – o ile istnieje, co wcale nie jest pewne – zasługuje na osobną dyskusję.

#1
Czym kobieca fantasy NIE jest?

Spróbujmy najpierw przeprowadzić negatywną selekcję i odrzucić te definicje kobiecej fantasy, które same się cisną na usta, a po chwili zastanowienia okazują się mocno wątpliwe.

Po pierwsze, kobieca fantasy to nie to samo, co fantasy dla kobiet. W ogóle Gryzipiór sprzeciwia się kierowaniu literatury „do” określonej grupy odbiorców, bo wyczuwa w tym z góry założoną nierówność. Oto Ja, Wszechmocny Nadawca, decyduję o tym, co Ty, Nędzny Odbiorca, będziesz teraz czytał. Brrr! Niestety jest to dość powszechna i najwyraźniej skuteczna metoda promocji nowości. Wydawca powieści z kobietą w roli głównej zakłada zazwyczaj, że prędzej spodoba się ona płci pięknej, więc odpowiednio profiluje działania marketingowe. Ba, pewnie sami autorzy piszą czasem tak, a nie inaczej, bo chcą trafić do jak największej liczby czytelniczek. 

(źródło)
Rzecz w tym, że fantasy pisana pod stereotypowe gusta kobiet nie staje się z automatu fantasy kobiecą. Gryzipiór czytał ostatnio „Ucztę dusz” Celii Friedman i powie Wam, że choć jej bohaterka zostaje potężną czarodziejką, a wiodącym tematem jest próba poradzenia sobie z traumą życia na ulicy, nie ma w tej powieści krzty kobiecej perspektywy. Charakter i zachowanie postaci są od początku podporządkowane bardzo tradycyjnej męskiej narracji (o niej za chwilę). Krótko mówiąc, trzeba oddzielić fantasy przeznaczoną dla kobiet, która jedynie zakłada określonego odbiorcę, od fantasy kobiecej, której autor(ka) stara się przyjąć kobiecy punkt widzenia i oddać specyfikę kobiecych doświadczeń.

Po drugie, kobieca fantasy to nie to samo, co fantasy pisana przez kobiety. To prawda, że płeć autora często determinuje perspektywę podmiotu utworu, ale nie zawsze. Wiele autorek, w tym wspomniana Celia Friedman, z powodzeniem wykorzystuje męskie narracje i męski punkt widzenia. Dla odmiany Gryzipióra ulubiona kobieca fantasy – „Pieśń Lodu i Ognia”, a jakże – wyszła spod pióra mężczyzny.

Po trzecie, kobieca fantasy to nie to samo, co fantasy młodzieżowa. Gryzipiór prawie spadł z fotela, gdy zobaczył ranking fantasy dla kobiet, w którym niemal wszystkie pozycje należą do podgatunku young adult. Naprawdę! nie róbmy z kobiet wiecznych nastolatek, które interesują się wyłącznie rozterkami dorastających dziewcząt. Oczywiście nurt YA nie bez przyczyny zdobył ostatnio gigantyczną popularność, ale to nie powód, żeby zapominać o powieściach, które pokazują świat widziany oczami dorosłej kobiety.

Po czwarte wreszcie, kobieca fantasy to nie to samo, co marna fantasy. Gryzipiór nigdy nie przestanie się dziwić, jak często wzmianka o tym nurcie wywołuje zbiorowy jęk niechęci. Jakby spośród dostępnych na rynku powieści czytane lub kojarzone były tylko te najgłupsze, najnudniejsze i najgorzej napisane.

No, to wiemy już mniej więcej, czym kobieca fantasy nie jest. A czym jest? I czy w ogóle „jest”?

#2
Fantasy – tylko dla panów?

Czy też czujecie, że gdzieś po kosmosie nadal błąka się przekonanie, że fantasy to taka męska literatura? Albo gorzej: że to literatura dla chłopców, która zaspokaja ich potrzebę przygody oraz przekazuje im pewne pożądane cechy charakteru i wzorce zachowań? Tą chłopięcą fantasy rządzić mają bohaterskie czyny i wielkie bitwy, braterstwo pozbawione erotycznego podtekstu (motyw drużyny), odkrywanie nowych światów oraz wędrówka w poszukiwaniu artefaktu, a zarazem swojego przeznaczenia (motyw quest). W wersji dla chłopców dorosłych dochodzi jeszcze przemoc, seks i kobiety w roli trofeów, czyli to wszystko, za co pokochaliśmy klony opowiadań o Conanie. Krótko mówiąc, wielu ludzi chyba nadal sądzi, że fantasy to taka typowo męska rozrywka i że jeśli kobiety w ogóle ją czytają, to nie z powodu wymienionych elementów, lecz pomimo nich. 

Co gorsza, ci ludzie mają częściową rację.

(źródło)
Rzucana lekceważącym tonem teza o męskości fantasy bawi Gryzipióra niezmiernie, ale potraktowana poważnie daje do myślenia. Rzeczywiście w fantasy, szczególnie tej kanonicznej, Gryzipiórowi często czegoś brakuje. Wiarygodnych więzi, które łączyłyby bohaterów. Realistycznej, pogłębionej psychologii. Przyjaźni między kobietami. Dwuznaczna jest ta nostalgia za światem feudalizmu, która nader często staje się pretekstem do pomniejszenia roli kobiet w fabule – oczywiście w imię trzymania się realiów historycznych. (Jest to smutne i zabawne o tyle, o ile do XIX wieku kobiety wcale nie były tak strasznie bezwolne, o czym przeczytacie u Ćmy książkowej). Najgorzej jest jednak wtedy, kiedy autor(ka) bezmyślnie używa kobiecej krzywdy jako pretekstu do rozwoju fabuły lub pogłębienia (!) psychiki bohatera płci męskiej. Właśnie z tego powodu Gryzipiór nie był w stanie skończyć „Kronik Thomasa Convenanta Niedowiarka”, uważanych zresztą za jeden z kamieni milowych gatunku.

Do tego dochodzi brak ciekawych, realistycznych postaci kobiecych (czasem mylonych z silnymi postaciami kobiecymi – to nie to samo!). Czytając fantasy, Gryzipiór często czuje, że ma przed sobą nie tyle bohaterki z krwi i kości, ile jakieś obce i dalekie istoty, które nieporadnie grają konwencjonalne role kochanek, księżniczek czy pięknych i wyrachowanych czarodziejek. Jest to o tyle zdumiewające, że w tej samej powieści bohaterowie-mężczyźni potrafią być zarazem wiarygodni i arcyciekawi. Gryzipiór widziałby tu konsekwencję (1) braku zainteresowania psychiką kobiet i bezrefleksyjnego zastępowania bohaterek kobiecymi stereotypami oraz (2) trzymania się pewnych popularnych męskich narracji. Efekt? Podczas lektury wielu powieści fantasy, szczególnie tych z kanonu (tytuły będą później), faktycznie da się zauważyć, że narrator nie jest neutralny, że przedstawia nam świat w pewien wybiórczy sposób, kładąc nacisk na męskie wartości i doświadczenia, a omijając kwestie kobiece.

#3
Męskość i kobiecość – konwencje literackie?

Gryzipiór już słyszy te protesty przeciwko określeniom „męskie” i „kobiece” – i słusznie, bo to takie słowa-granaty, których w dodatku nie sposób dziś używać inaczej niż w cudzysłowie (Gryzipiór używa bez cudzysłowu wyłącznie dla wygody). Przede wszystkim dlatego, że „męskim” i „kobiecym” nazywa się zwykle dwa zupełnie odmienne, a do tego nieznośnie stereotypowe zestawy cech. Kryje się za nimi mocno już nieaktualne wyobrażenie kobiety jako istoty bardziej uczuciowej, bardziej skupionej na sobie i na swoim ciele, w dodatku określającej się poprzez zależności rodzinne i nade wszystko spragnionej miłości. To głupie i niesprawiedliwe.

Ale może być też wywrotowe!

No, bo słuchajcie: przestańmy na chwilę traktować określenia „męskie” i „kobiece” jak próby narzucenia nam przestarzałych wzorców myślenia. Spójrzmy na nie jak na konwencje literackie. Dwa akapity temu Gryzipiór użył wyrażenia „męskie narracje”. Takie narracje – wydaje mu się – zdominowały fantasy na długie lata i zapewniły sobie miejsce w kanonie, dzięki czemu stały się wzorem dla całego gatunku. Jakie elementy są dla nich charakterystyczne? Na przykład takie:
  • pozytywny bohater męski, który staje na straży moralności i właściwego porządku świata,
  • ważne lub zgoła przełomowe wydarzenia historyczne, których nasz bohater jest świadkiem bądź uczestnikiem,
  • wątek dorastania bohatera do objęcia władzy królewskiej albo innego stanowiska na szczycie hierarchii społecznej,
  • pewne stereotypowe postaci (na przykład piękna i mściwa czarodziejka),
  • nacisk na tradycyjnie męskie wartości, takie jak siła, moralność, umiar, opanowanie, waleczność, pragmatyzm, zdrowy rozsądek.

Przykłady? „Elryk z Melniboné” Michaela Moorcocka, cykl „Czarna Kompania” Glena Cooka, pierwsza trylogia o Ziemiomorzu, „Pan Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza (to chyba najlepszy przykład), „Władca Pierścieni” (z zastrzeżeniami), cykl wiedźmiński (również z zastrzeżeniami). Ponownie: domniemana męskość tych tekstów to nie zarzut! To raczej próba rozpoznania pewnego stylu pisania, który jest nadal popularny i który nie ma w sobie nic złego – tak długo, jak długo nie jest stylem jedynym i obowiązującym. Gryzipiór jest skłonny nazywać ten styl „męskim” tylko dlatego, że uosabia on cechy i wartości tradycyjnie przypisywane mężczyźnie.

#4
Fantasy kobieca – czyli jaka?

Analogicznie przyjęło się uważać, że kobiecy styl pisania uosabia cechy i wartości tradycyjnie przypisywane kobiecie. Rzeczywiście; mamy szeroki nurt powieści fantasy, które różnią się od wyżej wymienionych tym, że bardziej skupiają się na życiu wewnętrznym bohaterów, na budowaniu więzi między postaciami, na kwestii miłości lub jej braku. Wymieńmy może jakieś przykłady: „Mgły Avalonu” i „Leśny dom” Marion Zimmer Bradley, „Zapomniane bestie z Eldu” Patricii A. McKillip, „Gildię Magów” Trudi Canavan, „Wody głębokie jak niebo” Anny Brzezińskiej, „Siewcę wojny” Brandona Sandersona czy „Przystań Wiatrów” George'a R. R. Martina i Lisy Tuttle. Co je łączy? Po pierwsze to, że ich autorki i autorzy zwykle stawiają w centrum kobietę z jej pragnieniami i potrzebami, co samo w sobie do niedawna zakrawało na rewolucję. Jeśli bohaterem jest mężczyzna, to często nieziemsko piękny, fascynujący i skłonny nawiązywać mniej lub bardziej platoniczne relacje z innymi mężczyznami („Wywiad z wampirem” Anne Rice, „Trylogia Zimnego Ognia” Friedman, cykl „Mistrz zagadek z Hed” McKillip).

(źródło)
Po drugie, tu również ważny jest wątek dojrzewania czy wewnętrznej przemiany, z tym że rzadziej kończy się on objęciem przez bohaterkę wysokiej funkcji, rzadziej też towarzyszą mu ważne wydarzenia historyczne. Przeciwnie; kobiece opowieści są często ciche, kameralne, zwrócone do wewnątrz. Fabułą rządzą nie kampanie militarne i konflikty Dobra ze Złem, ale wciąż niedowartościowana codzienność. Wbrew pozorom fantasy nieźle sobie radzi z taką tematyką, gdyż ma do dyspozycji niesamowicie giętki język symboli i metafor – wystarczy wspomnieć symbolikę imion, podziemi, ciemności i światła w „Grobowcach Atuanu” Le Guin, dzięki której opowieść o przeciętnej dziewczynie nabrała niemal kosmicznego wymiaru.

I teraz hura! docieramy do sedna problemu. Z jednej strony kobieca fantasy fajnie poszerza ramy gatunku, kwestionując niekiedy jego podstawowe założenia. Zaludnia masową wyobraźnię ciekawymi, wyrazistymi bohaterkami oraz podejmuje tematy, na które – wydawałoby się – nie ma w fantasy miejsca, jak macierzyństwo, rodzina, życie codzienne oraz… nierówności społeczne („Gildia Magów”, „Z mgły zrodzony”). W swoim najlepszym wydaniu prze-pisuje w duchu feminizmu opowieści z kulturowego kanonu („Mgły Avalonu”) lub przydaje nowych znaczeń negatywnym kobiecym archetypom, na przykład wiedźmie („Opowieści z Wilżyńskiej Doliny” Brzezińskiej). 

(źródło)
Z drugiej strony kobieca fantasy przyczynia się do utrwalenia stereotypów, których wielu z nas ma szczerze dosyć. Nawet w sztandarowym tekście tego nurtu, czyli „Mgłach Avalonu”, otrzymujemy portret kobiety niezależnej, której nieodłącznie towarzyszy brak szczęścia i niespełnienie. Co gorsza, prawie wszystkie wymienione jako przykłady powieści były dla Gryzipióra okropnie, przeraźliwie wręcz… nudne. Gryzipiór zawsze się zastanawia, czy wynika to z jego upodobań, z kiepskiego warsztatu autorów czy z przyjęcia założeń, które kłócą się z istotą fantasy. Weźmy codzienność. Fantasy jest zaprzeczeniem codzienności, a powszedniości na pewno. Trzeba zaiste znać się na czarach, żeby porywająco przedstawić w konwencji tego gatunku zwykłe życie, opis porodu czy rozterki miłosne, od których rozstrzygnięcia nie zależą losy świata. Jeśli talentu zabraknie, otrzymujemy zwyczajne romanse lub powieści obyczajowe przebrane w kostium fantasy – coś, co ścierpią chyba tylko najzagorzalsi wielbiciele gatunku.

#5
Fantasy trzeciej drogi

Czasem jednak udaje się napisać fantasy łączące obie konwencje: męską i kobiecą. Powstają wtedy powieści dokładnie takie, jakie Gryzipiór lubi. Takie, które na szerokie tło historyczne rzucają pojedynczego człowieka z jego nadziejami, wątpliwościami i rozczarowaniami. Takie, w których bohaterowie przekraczają role wyznaczone im ze względu na płeć i stają się ciekawymi, wyrazistymi indywidualnościami. Brzmi idealistycznie? Pewnie tak, ale wiecie co? Gryzipiór trafia na takie powieści całkiem często. Może dlatego, że od dwóch dekad fantasy przechodzi cichą rewolucję, którą jak się zdaje, zawdzięcza częściowo właśnie zwróceniu się w stronę wartości tradycyjnie kobiecych. Zmierzch podziału na Dobro i Zło? Bohaterowie o niejasnych, zagmatwanych motywacjach, które czytelnik sam musi rozszyfrować? Wątek nierówności społecznych? Zainteresowanie postaciami dawniej odrzucanymi jako odmieńcy? To wszystko da się znaleźć w tekstach, które sporo czerpią z konwencji kobiecej fantasy, ale się w niej nie zamykają – jak „Pieśń Lodu i Ognia”, „Z mgły zrodzony” Sandersona czy „Imię wiatru” Patricka Rothfussa. Gryzipiór lubi myśleć o nich jak o tekstach „trzeciej drogi”. Trochę męskie, trochę kobiece; pozbawione płci, ale na szczęście nie bezpłciowe.

* * *

Gryzipiór właśnie zdał sobie sprawę, że napisał tekst, w którym nie jest na 100% pewien żadnej tezy. Dlatego podwójnie zachęca do komentowania! Czytacie kobiecą fantasy? Lubicie? Nie lubicie? Zgadzacie się z tezą o męskości sporej części kanonu fantasy?
  1. To bardzo ciekawe co piszesz i właściwie ze wszystkim się zgadzam :). Chciałabym tylko, żebyś rozwinęła zastrzeżenia odnośnie Wiedźmina i Władcy Pierścieni.
    Kobiecą fantasy czyli taką pisaną z kobiecej perspektywy czytuję chętnie. Trochę mi w niej czasami brakuje epickości, ale z dwojga złego wolę powszedność niż nagły zwrot w finale, kiedy okazuje się, że bohaterka bez mężczyzny ani rusz (wiele młodzieżówek jest temu winne).
    Trzebaby zrobić listę powieści "trzeciej drogi", żeby mogła służyć jako mapa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :) I już rozwijam. We "Władcy Pierścieni" mamy oczywiście bardzo epicką męską narrację w wątku Aragorna i wojny z Sauronem, ale mamy też przeciwwagę w postaci Froda, któremu daleko do typowego męskiego herosa. Jego wątek to walka z samym sobą, to poświęcenie, to coraz bliższa przyjaźń z Samem - motywy, które wcale nie są popularne w takiej typowej męskiej fantasy. Co więcej, znajdzie się i proekologiczne przesłanie, i miłość do natury (tradycyjnie domeny kobiet), i krytyka postępu, a także ta cudowna melancholia. Wydaje mi się po prostu, że we "Władcy Pierścieni" jest znacznie więcej niż sama tylko męska narracja i wymienianie go w jednym szeregu z tymi utworami jest odrobinę upraszczające.

      Z kolei z cyklem wiedźmińskim mam problem. Z jednej strony chciałoby się autorowi zarzucić niemal seksizm (te czarodziejki, ta Wielka Loża, to przekonanie, że tylko macierzyństwo może uszlachetnić kobietę). Z drugiej strony sam Geralt jest taką próbą dekonstrukcji typowego herosa fantasy. Odnosi rany, waha się, obraża, kieruje emocjami. Aktywna i racjonalna jest Yennefer. No, i mamy u Sapkowskiego próbę opowiedzenia historii jeśli nie z perspektywy kobiet, to przynajmniej z ich udziałem. Weźmy chociaż opis bitwy nad Brenną, w której obok królów, generałów i mniej lub bardziej walecznych żołnierzy występują na równych prawach uzdrowicielka, kapłanka i przyszła lekarka.

      Lista powieści "trzeciej drogi" jako mapa? W sensie mapa tego, co warto czytać? Bo chyba warto czytać fantasy każdej drogi. W ogóle wartość artystyczna tekstów wydaje mi się raczej niezależna od ich męskości/kobiecości. O ile oczywiście da się tę wartość choć trochę obiektywnie zmierzyć...

      Usuń
  2. http://imgur.com/gallery/nu2Mipb
    Mam problem z "kobiecością" ASOIAF-u. Rozumiem, że silne i skomplikowane kobiety, ale... jakoś mi nie pasuje, żeby to był wyróżnik kobiecego fantasy. W ogóle jako wyróżnik kobiecej literatury.
    "Mgły Avalonu" to dla mnie kobieca perspektywa i się zgodzę. (Tylko, że perspektywa jako wyróżnik i podstawa klasyfikacji?)

    A Rothfuss to już dla mnie wielkie fuj, w sensie (czytałam tylko Imię wiatru) i to jedna z bardziej sztampowych, antykobiecych (w sensie rozwinięcia jako prawdziwej osoby) bohaterek w fantasy jak dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ten gif to jest właśnie powód, dla którego tak lubię Martina. :) Moim zdaniem nie chodzi tylko o silne i skomplikowane kobiety, ale także o to, że autor patrzy na wydarzenia z ich perspektywy. Historia Wojny Pięciu Królów inaczej wygląda widziana oczami Tyriona, inaczej oczami Sansy, a jeszcze inaczej oczami Cersei. W ogóle ten podział na POV-y wydaje mi się bardzo kobiecy, bo pokazuje, że nie ma jednej obiektywnej historii, że wszystko zależy od tego, kto historię opowiada.
      Jest jeszcze kwestia pozycji kobiety w Westeros. Martin wychodzi od stereotypów (wyrachowana królowa-trucicielka, chłopczyca pragnąca uczyć się walki mieczem, nastolatka marząca o księciu z bajki), a potem je dekonstruuje, pokazując, jak bohaterki te zostały ukształtowane przez społeczne oczekiwania i jak starają się te oczekiwania obejść. Szczerze mówiąc nie znam innej powieści fantasy, która tak pięknie opowiadałyby o kobietach.

      Hm, wydaje mi się, że kobieca perspektywa to jedyny sensowny wyróżnik kobiecej literatury. Oczywiście za przyjęciem tej perspektywy zwykle idzie płeć głównej bohaterki, tematyka czy jakiś specyficzny sposób pisania (np. metaforyczność u McKillip). Ale to już cechy indywidualne utworów, wszystko zaczyna się właśnie od przyjęcia kobiecego punktu widzenia.

      Ja też czytałam tylko "Imię wiatru" i fanką Rothfussa nie zostałam, a Denna bawiła mnie niezmiernie - głównie dlatego, że rzadko się trafia, by imię bohaterki tak doskonale oddawało jej charakter. To w ogóle dobry przykład na to, że bohaterki niezależne, inteligentne i dowcipne nie zawsze są ciekawe i wiarygodne. Ale. Wydaje mi się, że jej sztampowość i idealizacja mają dobre uzasadnienie w fabule, bo przecież patrzymy na nią oczami Kvothe'a, który snuje całą tę opowieść, prawdopodobnie mocno ubarwiając i przekłamując.
      Kobiecości tej powieści doszukiwałabym się raczej w skupieniu na psychice Kvothe'a i codzienności (życie na ulicy i na magicznej uczelni, zdobywanie pieniędzy na naukę, bardzo rozbudowany wątek miłosny).

      Usuń
    2. A tak, z wielością POV-ów u Martina się zgodzę, że to może być dowód na kobiecą literaturę. Jakoś nie pomyślałam o tym z tej strony. I jeśli mowa o innych nie-pomyśleniach: Nigdy nie skojarzyłam imienia Denna z przymiotnikiem :D

      Usuń
  3. Nie wdając się w głębszą dyskusję, bo ten podział jest dla mnie jakby obok (fantasy to fantasy, dla mnie ma być pełna) to jednak w dwóch przypadkach będę oponował.
    Powołałaś się na "Grobowce Atuanu" jako przykład dojrzewania. Pełna zgoda, tyle tylko, że dojrzewają zarówno Tenar jak i Ged. Bez Tenar Ged skończyłby swoją karierę w Labiryncie, bez Geda Tenar zostałaby na zawsze Arhą. Yin i Yang osobno nic nie znaczą prawda? Ged znajduje drugie, po cieniu śmierci z "Czarnoksiężnika z Archipelagu", domknięcie swojej osobowości - pierwiastek kobiecy! Pierwsza trylogia Ziemiomorza nie jest męska w narracji! Tutaj wszystko ma swoje prawdziwe miejsce, nawet jeśli widać to dokładnie dopiero w całym sześcioksięgu!

    Droga sprawa to osławiony Thomas Convenant. Zbadać psychikę tego pana to może tylko psychiatra. Tam nie ma żadnej głębi, tam nie ma nic... Oczywiście facet miał pecha, trąd, głupia sprawa, ale w moich oczach nie usprawiedliwia go nic, kompletnie nic. Dla mnie to przykład, excusez le mot, zwykłego skurwiela (nota bene płeć nie odgrywa tu większej roli). Los mnie dotknął, to ja mam wszystko gdzieś!

    Kończąc. Nie wiem czy zbiór Anny Brzezińskiej "Wody głębokie jak niebo" jest czy nie jest "kobiecy". Tam są pokłady niezwykłego piękna, ta książka do mnie mówi... Cytując samego siebie z jednego z wpisów: "Magia jest w tych utworze, magia prawdziwej, mądrej fantasy!"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to chyba zależy od tego, na których elementach pierwszej trylogii o Ziemiomorzu się skoncentrujemy. Dzięki za tę uwagę o Gedzie w "Grobowcach Atuanu". Faktycznie teza o równowadze i dopełnianiu się przeciwieństw komplikuje sprawę. Problem w tym, że przeciwieństwa te wyznaczone są dość stereotypowo (w zgodzie z teorią Junga, ale jednak stereotypowo). Kobieta to intuicja, emocje, poświęcenie, ciemność; mężczyzna to wiedza, inicjatywa, światło.
      W efekcie - czytając "Grobowce..." - można odebrać taki przekaz, jakby kobieta ze swej natury musiała błądzić po mrokach nieświadomości, nie wiedząc, kim jest, dopóki nie spotka mężczyzny niosącego białe światło, który umożliwi jej wyjście na zewnątrz oraz dostęp do wiedzy, kultury i samoświadomości.
      To właśnie powód, dla którego pierwsza trylogia o Ziemiomorzu (udajemy, że dalsze części nie istnieją) wydaje mi się męska. Dość wyraźnie przypisuje mężczyznom - czarodziejom - tradycyjną rolę twórców i strażników kultury (to oni uczą się pieśni, poznają prawdziwe imiona rzeczy), a także mądrość, racjonalność, posłannictwo, wyższą świadomość. Ich magia jest skomplikowaną sztuką, służy wyższym celom i już w pierwszym rozdziale "Czarnoksiężnika..." zostaje przeciwstawiona prymitywnej, szkodliwej magii kobiet-wiedźm.

      Nie mam wątpliwości co do draństwa Covenanta (miał być antybohater, nie?), ale dla mnie znacznie gorsze jest to, co z tym wątkiem gwałtu robi autor. Jeśli dobrze rozumiem, jedynym jego celem jest pokazanie nam, że ten biedny, chory na trąd Covenant nienawidzi siebie tak bardzo, że nie potrafi znieść niczego, co byłoby dobre, piękne i czyste (i czego uosobieniem staje się młoda dziewczyna - od razu widać, że autor nigdy nie poznał bliżej młodej dziewczyny). Istniało milion sposobów, żeby pokazać to samo bez przedmiotowego traktowania kobiety, ale nie! autor postanowił pójść po najmniejszej linii oporu. A już zupełnie kuriozalna była dla mnie reakcja matki dziewczyny.

      Idealnie podsumowałeś "Wody głębokie jak niebo". :) Myślę, że to zdecydowanie kobieca fantasy - jedna z niewielu, które uznaję za naprawdę udane. Po pierwsze, koncentruje się na uczuciach, na relacjach, na kwestii dyskryminacji (ludzie vs potwory w ostatnim opowiadaniu). Po drugie, pokazuje historię regionu z punktu widzenia kobiet (dwa opowiadania o Arachne, które zresztą bardzo ładnie nawiązują do feministycznego odczytania tego mitu). Jest też bardzo subtelna, poetycka i pełna niezwykle plastycznych obrazów, co niektórzy znawcy uważają za cechę literatury kobiecej (osobiście mam co do tego wątpliwości, ale choć raz powołam się na mądrzejszych ;)).

      Usuń
    2. Zaczynając od łatwiejszego ;-) Co do TC, rzecz nie podlega moim zdaniem dyskusji. Donaldson prawdopodobnie chciał pokazać genezę zła mimowolnego(?),ale mu kompletnie nie wyszło. Nie zgadzam się na takie stawianie sprawy, koniec... Gwałt to gwałt i nic nie jest w stanie go usprawiedliwić(?), nawet jeśli podobno jest usprawiedliwiony dobrem sprawy (dwa razy?, w podobnych okolicznościach?). Zostawmy to, bo niesmak to eufemizm...

      Prawdziwy problem mamy z Ursulą. "Grobowce..." wyszły rok po "Lewej ręce ciemności". "Najdalszy brzeg" w tym samym czasie co "Słowo 'las' znaczy 'świat'". Nie wiem, może w science fiction, o dziwo, łatwiej było wyrazić normalność? Pokazać, że nierównowaga (czyż w Ziemiomorzu Równowaga nie jest pojęciem kluczowym?) prowadzi do zła? Obojętnie czy przyjmiemy opozycję męski-żeński czy silny-słaby? Tu pytanie czy żeński znaczy słaby, bo nie (moim zdaniem)!
      Ursula wpisywała się w nabierający znaczenia nowy paradygmat, paradygmat równości (także płci) swoją twórczością. Myślę, że wiedziała dokąd idzie, ale musiała dopasować się do warunków zewnętrznych. Tamte czasy (lata sześćdziesiąte czy siedemdziesiąte dwudziestego wieku) wcale nie ułatwiały sprawy.

      Na koniec licząc na to, że może trafisz kiedyś do mojej Biblioteki Fantastycznej (?) - jestem sceptyczny co do obecnych standardów, brakuje mi właśnie równowagi (która jest wartością samą w sobie!).

      Usuń
    3. Ja tu może tylko wtrącę swoje trzy grosze o Ursuli.;) Osobiście mam wrażenie, że ona, pisząc Ziemiomorze, za bardzo skupiała się na ukazaniu archetypów w tym świecie fantasy - stąd to stereotypowe Ying i Yang. Trochę jej te starania przysłoniły wartości, jakim zwykle hołdowała (hołduje?). W powieściach SF nie ma takiego parcia na archetyp i wyraźniej widać przesłanie.

      Usuń
    4. @Andrzej Appelt, do Twojej Biblioteki Fantastycznej trafiam regularnie, wypatrując nowego wpisu, z którym mogłabym się (nie) zgodzić. ;)

      Niesmak niesmakiem, ale bardzo się cieszę, że się zgadzamy w sprawie Covenanta. Jakoś zawsze ludzie, z którymi o nim rozmawiałam, starali się drania usprawiedliwić (i mam tu na myśli zarówno bohatera, jak i autora).

      Co do Ursuli. Może to wynikało również z tego, że science-fiction miało długą tradycję refleksji nad społeczeństwem już wtedy, gdy główny nurt fantasy wciąż był zapatrzony w Tolkiena i chciał raczej uciekać od rzeczywistości, niż ją komentować? Właściwie dopiero teraz mamy wysyp powieści fantasy z mocno zarysowanym, często opresyjnym tłem społecznym, które szukają tej tak potrzebnej równowagi.

      @Moreni, to samo chciałam napisać! :) Jeśli ktoś zabiera się do dosłownego przepisywania teorii Junga na język literatury, to siłą rzeczy wchłonie wiele z jej ukrytych założeń. A Jung badał przecież głównie baśnie i mity - teksty bardzo dawne, w których zachowały się wyobrażenia o kobiecości i męskości sięgające czasów neolitu. Naprawdę trudno to przełożyć na dzisiejszą wrażliwość, nie obalając przy okazji całej teorii archetypów.

      Usuń
    5. Z Ursulą jest ten problem, że z jednej strony świadomie odwoływała się w tamtych latach (przynajmniej po części) do taoizmu - stąd mocno zaakcentowana obecność Yin-Yang. Nie wiem czy nawet nie trzeba sięgnąć do korzeni, do filozofii Laozi (Lao-Tze). Przynajmniej takie widzenie świata przebija u niej. Z drugiej strony, na co mało kto zwraca uwagę silny jest pierwiastek anarchistyczny (science fiction).
      Widzę, że trochę skomplikowałem sprawę odwołując się do archetypów, bo powinienem pisać wzorzec (traktuję archetyp szerzej niż Jung, z którym zresztą się nie zgadzam ;-)) Cenna uwaga, właśnie ma dwa szkice, gdzie muszę wyraźnie to zaznaczyć.
      Otóż wzorce w science fiction, siłą rzeczy, są bardziej "otwarte" czy "nowoczesne" bo nie są uwikłane w przeszłość tylko w przyszłość (trochę upraszczam, wiem:-))...

      Usuń
    6. Z Covenantem zawsze miałem problem. Klasyka, trzeba go znać, kamień milowy i co tam jeszcze a ja miałem problemy, żeby się przez Kroniki przebić. Ba nie doceniałem dzieła... Ze mną tak jest właśnie, nie do końca cenię zbiorowy gust (mądrość?), mój jest często w poprzek, albo gdzieś obok. Dlatego nigdy nie zdecydowałem się na udział w fandomie (dawno, końcówka lat siedemdziesiątych). Co mnie ominęło, to mnie ominęło, ale ocaliłem swoje widzenie fantastyki.
      Odpowiedź dlaczego coś mi zgrzytało, dotarła do mnie dużo później. Kiedy zaczęto mówić o przypadkach osób zarażonych wirusem HIV, świadomych tego, zarażających swoich kolejnych partnerów. Otóż pojawiły się głosy, nie tyle usprawiedliwiające, bo tego nie da się usprawiedliwić, co tłumaczące pokrętnie ich nastawienie. Dotyczyło to rzecz jasna mężczyzn, u kobiet zdaje się próbowano to tłumaczyć zemstą(?)... Otóż w społeczeństwach, z których pochodzą ci panowie, istnieje pogląd (ewidentny przesąd z naszego punktu widzenia), że seks z dziewicą leczy???? Nawet najbardziej zakręcony altmedowiec nie wymyśliłby czegoś tak pokracznie wstrętnego! Z Covenantem jest podobnie, usprawiedliwić się nie da ale spróbujmy wytłumaczyć... To ma pewien sens, jeśli uznać dzieło Donaldsona jako przestrogę czy potępienie takiej postawy, tylko zdaje się dość powszechnie odczytuje się to trochę inaczej, jako usprawiedliwienie - na to nie ma zgody!

      Za to przyszedł mi do głowy drugi anty-bohater, którego nie cierpię, nie usprawiedliwiam i nie rozumiem zainteresowania jego przypadkiem. Turin Turambar.
      Nie potrafię o nim dobrego słowa powiedzieć, za to kilka złych to i owszem. Bohater przeklęty, akurat, może i przeklęty, ale głównie głupotą i megalomanią w stopniu mega ;-) Czyż to nie wygodne, że owi przeklęci czyniący zło osobnicy zwalają wszystko na klątwę? Bogowie, smoki, przeciwnicy i kobiety ich nie lubią i to wszystko przez to, bo inaczej to oni samo dobro by czynili?

      Tu dokonam strasznego czynu, z góry przepraszam, unikam tego typu zachowań. Ale mi ten Turin przemknął przez głowę, a cytat, dość obszerny byłby kompletnie wyrwany z kontekstu. Szerzej znęcam się nad nim tutaj: http://lekturykruka.blogspot.com/2012/12/tolkien-metafantasy-mimochodem.html :-)

      Usuń
    7. O, to jest nas już dwoje, bo ja mam podobnie: też podejrzliwie podchodzę do klasyki fantasy i w ogóle kiedy jakaś książka zyskuje popularność, to zwykle najpierw się zastanawiam, co jest z nią nie tak.

      Zaskoczyłeś mnie tą interpretacją dotyczącą HIV, ale wygląda mi ona na niepokojąco możliwą, jeśli wziąć pod uwagę datę wydania. Ciekawie by było sprawdzić, jak odebrano w Stanach pierwsze wydanie Kronik. Czy metafora trąd/AIDS była wtedy rozpoznawalna? Jeśli tak, to trylogia Donaldsona byłaby wybitnym przykładem na to, jak radykalnie może się zmienić odczytanie utworu w zależności od czasów, na jakie trafi.

      Turin... ale czy Turin jest antybohaterem? Dla mnie jest raczej postacią rodem z greckiej tragedii, która po prostu musi upaść i każdy czyn będzie ją do tego przybliżał, czy tego chce, czy nie. Ja też mam uczulenie na głupich, megalomańskich, na siłę usprawiedliwianych "bohaterów", ale Turina wyjątkowo zaakceptowałam. Może dlatego, że ten akurat utwór odebrałam nie jak opowieść pisaną przez współczesnego autora, nie jak epos, tylko jak autentyczną grecką tragedię. Nie cierpieć Turina to byłoby dla mnie prawie tak, jak nie cierpieć Edypa, który też przecież z perspektywy czytelnika zachowuje się głupio.

      Usuń
    8. Pierwsze wydanie Kronik to rok 1977, o AIDS mówi się od 1983 roku.
      W pewnym sensie AIDS zastąpiło trąd w świadomości ludzkiej, ostracyzm i tym podobne zachowania.
      Te przypadki tłumaczenia zachowań ludzi z HIV-em mają korzenie w Afryce. W naszej kulturze rzecz nie do pomyślenia. Ale trędowatych zdaje się też posądzano o różne bezeceństwa.
      Wiem, że Covenant jest postacią niejednoznaczną, jego trauma jest wielka i oczywista, ale posądzanie go o jakąś głębię? Nie wiem o co Donaldsonowi tak naprawdę chodziło. Społeczeństwo ludzi dobrych, czy szlachetnych, do jakiego trafił, może współczuć, ale nie akceptować pewnych zachowań. To się dla mnie kłóci z ideą dobra. Dobro to nie głupota, a gwałtu, morderstwa czy podobnej rangi czynu nie puszcza się płazem ...karze się, lub leczy.

      Usuń
    9. Ech, czyli jednak się pośpieszyłam z uznaniem dziejów Covenanta za sensowny komentarz do ówczesnych wydarzeń. A było tak blisko...

      Nie jestem pewna, czy nie do pomyślenia. Wydaje mi się, że także w sercu Europy ktoś skrajnie zrozpaczony diagnozą mógłby się zachować jak Covenant. Różnica polegałaby na tym, że nie tłumaczyłby tego magią czy medycyną naturalną, a psychologią (reakcją na szok, chęcią zemsty, czymś takim). Co w sumie tak bardzo się nie różni.

      Pamiętam, że przez pierwsze rozdziały "Jadu..." wierzyłam, że Kraina jest takim kompensacyjnym wytworem wyobraźni Covenanta i stąd to jego uparte niedowiarstwo. Nie pamiętam już, co przekonało mnie, że jest inaczej. Myślę natomiast, że taka rama snu/obłędu/wyobraźni to byłby chyba jedyny zabieg, który skłoniłby mnie to zaakceptowania postępowania Covenanta. No, ale wtedy to nie byłoby fantasy.

      Usuń
  4. A propos kobiecej fantasy, to zdecydowanie polecam "Wybraną" Novik (której reckę powinnam teraz pisać...). Jest to po trosze fantasy trzeciej drogi, ale jednak bardziej kobieca.

    Poza tym nie mam nic do dodania i czuję się taka zbędna w tej dyskusji...;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, ciągle mnie kusisz tą Novik, a ja uparcie odkładam ją na później, bo przeraża mnie długość jej cyklu powieściowego. Ale widzę, że "Wybrana" to standalone, więc chyba w końcu dam się skusić. ;) Strasznie bym chciała znaleźć taką naprawdę dobrą kobiecą fantasy, która nie jest pojedynczym zbiorem opowiadań. I nie czuj się zbędna!

      Usuń
  5. Bardzo ciekawa kwestia i ciekawa dyskusja. No bo niby podziału sztywnego nie ma, ale jak tu nie dzielić, skoro tak pasuje. Czy cykl Brzezińskiej łapie się bardziej na stronę żeńskiej fantasy, czy na trzecią drogę?
    I fajnie, że podział biegnie tak bardziej wężykiem, że fantastyka kobieca może być z punktu widzenia mężczyzny (Robin Hobb) i vice-versa (Glen Cook).
    BTW Covenanta - też się zabrałam do tego z przekonaniem, że oto kanon, sztandarowe dzieło itd. O rany, przeczytałam pierwszy tom, potem tylko przekartkowałam, a odpadłam w momencie, jak bohater uratował dzieciaka przez ukąszeniem żmii, sam doznał ciężkich obrażeń, a okoliczny naród go lżył (dobrze, że jeszcze nie pluli). Nadmiar szlachetnych czynów bohatera mnie pokonał, a do tego poczucie winy odmieniane przez wszelkie wypadki. Nadto, cały czas czułam, że autor dąży do sytuacji, w której bohater wyje w duchu, jak strasznym jest i potwornym niegodziwcem, głowę popiołem posypuje, szaty rozdziera, a ja - jako czytelnik - winnam pomyśleć sobie, że aż wcale tak niegodziwy nie jest. A Covenant się po prostu zwyczajnie ześwinił i tyle; rozdzieranie szat i robienie się na cierpiętnika w takiej sytuacji jest co najmniej niesmaczne. Potem była jeszcze druga trylogia o lekarce, ale jak tyko rzuciłam okiem na jej życiorys (ta, zdaje się, miała traumę po zgonie ojca), to czym prędzej odniosłam do biblioteki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cykl Brzezińskiej? Jeśli masz na myśli ten o zbóju Twardokęsku albo ten o Wielkiej Wojnie, to nie wiem, bo ich (jeszcze) nie znam. Ale "Wody głębokie jak niebo" i opowieści o Wilżyńskiej Dolinie są dla mnie zdecydowanie kobiece (a "Wody..." dodatkowo rewelacyjne).

      To byłaś wytrwalsza ode mnie, bo ja cisnęłam Covenanta w kąt gdzieś w połowie pierwszego tomu, kiedy stało się jasne, że postać matki zgwałconej dziewczyny jest najbardziej niewiarygodną postacią matki w historii literatury. Cieszę się, że jest nas więcej, bo doprawdy nie pojmuję zachwytów nad tą powieścią. Tym bardziej, że antybohaterów mamy też w wydanych dekadę wcześniej "Kronikach Amberu" Zelaznego i "Oczach Nadświata" Vance'a, więc jakaś szczególna rewolucja na polu w fantasy to nie była.

      Usuń
    2. Covenant miał być chyba postacią tragiczną i tragicznie niejednoznaczną. Czyli kolokwialnie rzecz ujmując od świni do bohatera. Tyle tylko, że dla nas to on jest tragicznie niewiarygodny... No bo skoro on nie wierzy w Krainę, traktuje swoje własne przeżycia jako zwidy, to i tak nawet we własnych urojeniach powinno się zachowywać przyzwoicie. Prawda? Jeśli tak nie jest, to znaczy, że złe zachowania (eufemizm;-)) są naturalne dla niego, Może nie miał okazji w realnym życiu sobie pofolgować?
      Tu kubeł zimnej wody na nasze głowy - większość uważa go jednak za tragicznego bohatera, wielce epickiego. Każdemu jego gust.
      No a przywołany wyżej Cugel to przy Covenancie trochę niegrzeczny chłopak. Zresztą w gruncie rzeczy Cugel to postać humorystyczna, więcej krzywdy potrafi czasami zrobić sobie niż innym ;-)
      O postaciach z "Kronik Amberu" to nie ma nawet co mówić - oni grają w zupełnie innej lidze niż Covenant, są poza jego zasięgiem.

      Usuń
    3. Jasne, chodziło mi raczej o to, że wszyscy ci bohaterowie są antybohaterami, czyli - według mnie - postaciami, które są moralnie co najmniej niejednoznaczne, a ich cechy i życiowe cele są sprzeczne z cechami i celami tradycyjnego herosa. Bo kiedy czytałam recenzje cyklu o Covenancie, to zawsze zachwycano się nowatorską kreacją bohatera i denerwowało mnie to niezmiernie.

      Usuń
  6. Gryzipiórze drogi, jakże mnie tu dawno nie było, podstępny blogger przestał mnie informować o Twoich notkach (ale od czego są drogi okrężne, jak zauważyłam, że jest mowa o Twojej notce, przybiegłam w te pędy i widzę, że jest! A nawet dwie!). To teraz już przejdę do mojego nieskładnego komentowania.

    Widzę tutaj właśnie ten jątrzący się problem, co ma znaczyć słówko "kobiecy". Bo na przykład w tym, co piszesz: "krótko mówiąc, trzeba oddzielić fantasy przeznaczoną dla kobiet, która jedynie zakłada określonego odbiorcę, od fantasy kobiecej, której autor(ka) stara się przyjąć kobiecy punkt widzenia i oddać specyfikę kobiecych doświadczeń" to rozróżnienie jest nadal nieostre. Rozumiem to tak, że nie chodzi o projektowanie odbiorcy, ale o projektowanie bohatera? Czy jeszcze o coś innego tu chodzi?

    "Po drugie, kobieca fantasy to nie to samo, co fantasy pisana przez kobiety" -- ano właśnie! Zawsze mnie irytowało to, że uważa się, że kobiety przez samą swoją konstytucję biologiczną piszą inaczej. Podczas gdy nic specjalnie na to nie wskazuje (ciekawa jestem, czy ktoś się pokusił o takie badanie, kiedy daje się fragmenty tekstu bez wskazania na autora i trzeba określić jego płeć -- podejrzewam, że podział następowałby raczej przez wzgląd na temat niż styl).

    Bardzo mi się podoba ten pomysł z "męskim" i "kobiecym" jako literacką konwencją. W tym, co napisałaś, kryje się zresztą też coś innego: mam wrażenie, że długie powieści, w których właściwie nic się nie dzieje, najczęściej postrzegane są jako takie "pomiędzy" (jeśli coś nie przeważy szali na jedną lub druą stronę, typu sarkania bohatera, jak siedzi na ganku ze strzelbą na kolanach albo detaliczne opisy porodów).

    Zastanawiam się nad tymi nierównościami społecznymi, bo one w fantasy w ogóle są, chociaż czasami wbrew autorskim intencjom. Czasami nawet bardzo wbrew, a jednak da się je przy czytaniu wyciągnąć. To znaczy rozumiem, że Tobie chodzi o świadome granie tym motywem -- niemniej wydaje mi się, że jakby tak popatrzeć na fantasy w ogóle, to te nierówności są i zaczynają się już we "Władcy...".

    I jeszcze a propos przywołanej LeGuin: mnie się wydaje, że mocno bardzo widać w kolejnych częściach Ziemiomorza zmiany w etnografii ;). To znaczy -- najbardziej uderzające jest to, że ona odchodzi od dopełniających się opozycji (strukturalizm) i pewnych kręgów kulturowych, takiej "rejonizacji" kultury także w obrębie płci (Kroeber), aż po pojawianie się bardzo silne elementów nowej antropologii, wątków związanych z płcią kulturową, women studies i tak dalej. Marzy mi się właśnie takie prześledzenie całej LeGuin na tym tle, bo dla mnie jest bardzo konsekwentną etnografką fantastycznego świata :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to wstrętny blogger! Tak właśnie czekałam, czy zabierzesz głos, bo byłam bardzo ciekawa Twojego zdania. :)

      Już wyjaśniam. Otóż - moim zdaniem - nie chodzi ani o projektowanie odbiorcy, ani o projektowanie bohatera, bo przecież bohaterami kobiecej fantasy są często mężczyźni (jak w "Mistrzu zagadek z Hed", dajmy na to). Jeśli już, to o projektowanie narratora lub - jak mawiają mądrzejsi ode mnie - "podmiotu utworu", czyli takiej instytucji między narratorem a autorem, która decyduje o tym, co i jak przedstawić. Myślę, że kobieca fantasy opowiada historię tak, jak opowiadałaby ją kobieta: z akcentem na uczucia i przemiany wewnętrzne bohatera, jego związki z innymi, codzienność, kobiece doświadczenia (poród, macierzyństwo, ale też opresyjne wychowanie czy nierówności społeczne). Można by wzorem badaczek literatury kobiecej dorzucić do tego specyficzny styl opowiadania (subtelny, poetycki, pełen metafor), choć co do tego nie jestem pewna.

      Świetny pomysł na eksperyment! Do tego możliwy do przeprowadzenia w warunkach domowych. Muszę koniecznie spróbować.

      Długich powieści, w których nic się nie dzieje, unikam jak ognia, więc nie mogę potwierdzić. ;) Intuicja podpowiada mi tylko, że kiedy "nic się nie dzieje" (czytaj: dzieje się codzienność) to utwór ma spore szanse podpaść pod kategorię literatury kobiecej. W końcu tradycyjnie kobiecie przypisuje się pasywność, mężczyźnie - aktywność, stąd pewnie przekonanie o "męskości" filmów akcji, historii szpiegowskich czy... epickiej fantasy.

      Pełna zgoda co do nierówności społecznych, które w fantasy są od początku, tylko że nie od początku funkcjonują jako motyw. Przy czym we "Władcy..." są one podstępne, bo:
      - przemilczane (mamy historię królów i bohaterów, ale niewiele wiemy o ich poddanych, z których pracy owi królowie i bohaterowie najpewniej żyją; hobbici jako przedstawiciele "prostego ludu" wydają się mocno wyidealizowani);
      - uznawane za coś naturalnego (da się przecież ułożyć "naturalną" hierarchię ras ze względu na ich moc, wpływ na losy świata lub podatność na wpływ Zła; Eowina może stanąć do walki, gdy wymagają tego nadzwyczajne okoliczności, ale kiedy właściwy porządek świata zostanie przywrócony, bez wahania zamieni zbroję na suknię ślubną i zostanie tym, kim powinna być ze względu na urodzenie).
      ... Niezły pomysł na wpis, hm.

      I pełna zgoda co do Le Guin! Znasz może książkę "Kobiety opowiadają świat. Szkice o fantastyce" Grażyny Lasoń-Kochańskiej? Sama książka więcej obiecuje, niż daje, ale autorka dużo i przekonująco pisze o Le Guin z czasów jej "zwrotu genderowego" i właśnie pod tym względem opisuje zmiany w kreacji Ziemiomorza, co jest całkiem bliskie Twojego marzenia. ;)

      Usuń
    2. No jakże bym mogła nie zabrać :). Jestem coraz bliżej decyzji o założeniu sobie konta na bloglovin, bo to już nie pierwszy raz, kiedy przychodzę, a tu kilka postów czeka tylko, żeby je przeczytać :).

      Już rozumiem. Tylko do mnie nie przemawia ta kategoria "opowiadać jak kobieta", bo jest mocno zaprogramowana kulturowo. To znaczy właśnie uznajemy, że kobiety piszą emocjonalnie, więc kobiecy narrator ma kłaść nacisk na emocje właśnie. Podczas gdy babranie się w tego typu rzeczach nierzadko wcale znajdujemy u Wielkich i Męskich Pisarzy ;). Wiesz, o co mi chodzi? O to, że wskazywanie na ten specyficzny styl opowiadania sprawia, że wychodzimy z szuflady pozornie -- bo od razu wkładamy się do kolejnej.

      No ale właśnie kwestia tego, jak ta codzienność się dzieje. Bo wcale nie jest powiedziane, że wszystkiego nam nie streści dziadunio na ławeczce przed domem, sączący whiskey rewolwerowiec uprawiający aktualnie rzepak czy młody ekspedient ze sklepu ogólnospożywczego. Dlatego wydaje mi się, że to "nie dzianie się" stoi trochę w rozkroku, rozkosznie niezaszufladkowane. Bo niby tak "codziennie", ale co z tym bohaterem zrobić ;).

      Bardzo dobry pomysł na wpis, przeczytałabym :). Wiesz, tam przecież chociażby zmiana relacji Froda i Sama -- który nie zapominajmy, jest służącym Forda -- pokazuje to zajęcie się kwestią nierówności społecznych. Jasne, nie na pierwszym planie, ale akurat Sam wraca do Shire'u wyemancypowany. A i Eowina, mam wrażenie, to nie jest taka łatwa postać do zaklasyfikowania: bo to jest przecież Elaine z dobrym zakończeniem, chociaż jej nie chciał Lancelot. Pytanie, czemu ona naprawdę idzie na tę wojnę w ogóle?

      Nie znam. Mówisz, że warto :)?

      Usuń
    3. Mam ten sam problem! Dlatego tak podkreślam, że męskość/kobiecość to konwencje, które nie muszą mieć związku z faktyczną płcią autora. Konwencje - a zatem coś ogólnie przyjętego, stereotypowego, korzystającego z tradycyjnych, utrwalonych w kulturze wzorców. Nazywam "kobiecą" literaturę wcielającą tradycyjne wzorce kobiece, ponieważ nie mam (?) na taką literaturę lepszej, a równie adekwatnej nazwy. I mnie też nie podoba się, że w ten sposób przyczyniam się do utrwalania stereotypów, ale z drugiej strony zjawisko - wydaje mi się - istnieje i nie możemy go pominąć tylko dlatego, że chcemy zmieniać świat na lepsze. A może możemy?

      Tak, z tą codziennością to jest problem, który powinnyśmy pewnie rozpatrywać na konkretnych przykładach. Masz rację, że to zależy od tego jak ona się dzieje - i jak się o niej pisze. Myślę na przykład o powieści "Dom dzienny, dom nocny" Tokarczuk, którą teraz czytam, i w której widzę próbę opisu codzienności tak, by przeniknąć jej powierzchnię, odkryć jej egzystencjalną głębię, wydobyć na światło dzienne jej... niecodzienność. I widzę w tej próbie "zaczarowania" codzienności coś bardzo kobiecego. O czymś takim pisała Jolanta Brach-Czaina w "Szczelinach istnienia": jak doniosła i niezwykła w istocie jest codzienna kobieca krzątanina, porządkowanie, troska o istnienie.
      ... Kolejny niezły pomysł na wpis, hm.

      Nie tylko wyemancypowany - on zdaje się zostaje nawet burmistrzem (?) Shire'u, podczas gdy Frodo, jego pan, odpływa za morze razem z Elfami. To dopiero pokojowa wymiana elit władzy! Co do Eowiny: sądzisz, że idzie na wojnę, by odegrać Ofelię i sama się unicestwić z powodu rozpaczy i nieszczęśliwej miłości? Bo w sumie da się tak zinterpretować jej sceny "szpitalne", tylko że to jeszcze bardziej wzmacnia przekonanie o miłości jako jedynym celu istnienia kobiety. Jasne, można powiedzieć, że Tolkien dekonstruuje nam wzorzec Elaine/Ofelii, bo pozwala swojej bohaterce przeżyć... tyle że z pomocą kolejnego mężczyzny.

      Warto, choćby po to, żeby się nie zgodzić. ;)

      Usuń
    4. Należy zauważyć, że opisywani przez Tolkiena hobbici w większości również (poza Samem) należą do arystokracji. Bilbo i Frodo są co najmniej rentierami żyjącymi ze skarbów zdobytych przez Bilba, Merry i Pipin należą natomiast do najbogatszych, hobbickich rodów. W sumie Bagginsowie również znani są z bogactwa.

      Nierówności (dużo) są bardzo mocno zaznaczone w (IMHO niedocenianym) Conanie oraz u jego (IMHO stopniowo zapominanych) naśladowców i calym nurcie Sword and Sorcerry. Przy czym należy zauważyć, że jest to motyw nie do końca rozwijany. Bohaterowie S&S kierują się własnymi (często egoistyczymi) celami, wśród których zbawianie świata rzadko się znajduje. Nie zmienia to faktu, że światy te są dzikie i barbarzyńskie, często więc pełne barbarzyńskich obyczajów.

      Kolejna rzecz, którą należy wziąć pod uwagę to historia kultury popularnej oraz przemiany obyczajowe w USA w ciągu ostatnich 70 lat.

      Początkowo zakładano, że komiksy i powieści fantastyczne czytane są głównie przez chłopców, których wszystkie odniesienia do kobiecości mogą ich tylko odstraszać. Z tej przyczyny np. od Andre Norton zarządano, by pisała pod męskim pseudonimem (faktycznie nazywala się Alice Mary Norton).

      Bardzo gwałtowna emancypacja, jaką pisarki fantastyki przeżywały w latach 60 i 70-tych oraz w okresie "fantastyki nowej fali", obecna nawiasem mówiąc w ich twórczości po dzień dzisiejszy może być związana z resentymentem po tamtych czasach.

      I prawdę mówiąc trudno sie temu resentymentowi dziwić.

      Usuń
    5. Fakt, biedni nie są, ale czy na pewno należą do arystokracji? Nie mają przecież tytułów ani herbów, nie cieszą się specjalnymi przywilejami, nie należą do elit władzy, początkowo nie wywierają też znaczącego wpływu na politykę w Śródziemiu. Znaczenie mają lokalne (ograniczone do Shire i zdaje się Bree), tryb życia - osiadły, w dodatku żyją z dziedzicznych majątków ziemskich. Gdybym miała ich koniecznie porównać do jakiejś realnej klasy społecznej, to porównałabym ich do ziemiaństwa. I to jest znaczące, bo owi hobbici-ziemianie (klasa całkiem przecież prestiżowa) są rasą, która ma chyba odgrywać we "Władcy..." rolę zwyczajnego, prostego ludu, tyle że... nim nie są.

      Tak się zastanawiam, co z tym resentymentem. Z tego, co piszesz, wynikałoby, że kobiecy nurt w fantasy narodził się z urazy oraz swego rodzaju potrzeby odwetu. Tylko w jaki sposób miałoby się to przejawiać? Słabo znam twórczość Andre Norton, ale poza wizją krainy rządzonej przez czarownice nie bardzo znajduję w niej wątki kobiece. Tanith Lee w "Demonie ciemności" wydała mi się miejscami wręcz entuzjastką patriarchalnych wartości. Chyba żadna naprawdę radykalna w wymowie powieść nie przetrwała próby czasu, przynajmniej w tradycyjnej fantasy.

      Pytanie też, czy ta geneza dotyczy jeszcze współczesnej fantasy kobiecej? Bo mam wrażenie, że dziś popularność tej konwencji bierze się raczej z (1) dostrzeżenia, że kobiety są atrakcyjnymi adresatkami fantasy oraz (2) poszukiwania kobiecej tożsamości, kobiecej perspektywy czy specyfiki kobiecego doświadczenia - analogicznie do poszukiwań, które prowadzi teraz ten nieco ambitniejszy nurt literatury kobiecej. Resentyment wydaje mi się projektem bardzo negatywnym, tymczasem kiedy czytam McKillip czy naszą Brzezińską mam poczucie, że te poszukiwania kobiecego głosu w fantasy są czymś bardzo pozytywnym, czymś, co ma raczej tworzyć i budować niż niszczyć.

      Usuń
    6. Co do Hobbitów: należy zauważyć, że Tolkien był specem od wczesnośredniowiecznej literatury angielskiej. Doskonale znał więc stosunki społeczne tamtych czasów (i prawdę mówiąc lektura jego dzieł zyskuje wiele głębi, jeśli wie się coś o królestwach germano-romańskich lub wędrówkach ludów). W tamtym okresie za arystokrację uważano raczej osoby bogate i wpływowe, a nie szlachetnie urodzone. Istniał koncept szlachetnej krwi, jednak odnosił się on wyłącznie do osób spokrewnionych z królem). Zauważyć należy, że nawet w Gondorze i Rohanie nie ma hrabiów, baronów i baronetów, a tytuły są czysto funkcjonalne. Podział wedle urodzenia to wynalazek późnośredniowieczny i nowożytny. Arystotelesa się naczytali i im odbiło.

      Drugim tropem jakim można podążyć to struktura społeczeństwa angielskiego. Opisani we Władcy hobbici to po prostu Gentry czyli "szlachta nie tytułowa". Do gentry zalicza się każdego człowieka żyjącego na odpowiednim poziomie, niezależnie od jego dochodu. Przynależność do gentry można potwierdzić przez nadanie herbu, co wiąże się z otrzymaniem tytułu rycerskiego lub zakupem tytułu baroneta. Przy czym (w odróżnieniu od szlachty kontynentalnej) tytuł nie tworzy szlachcica, a jedynie jego szlachectwo potwierdza. Szlachcica tworzy majątek i obyczaje.

      A wracając do tematu:

      Istnieje grupa pisarek i pisarzy w swej twórczości przejawiających silny resentyment właśnie. Do tej grupy należy późna Andre Norton, późna Le Guin (przy czym ona upust swym poglądom dawała głównie w SF, choć Levinia też tego jest pełna), Marrion Zimmer Bradley (gdzie książki jednak nie oddają pełni jej poglądów głoszonych w życiu pozaliterackim), C. J. Cherry czy Mercedess Lackey u której twórczość momentami przechodzi w taką dość prymitywną, autokompromitującą mizoandrię. Jedna z moich koleżanek śmiała się nawet kiedyś, że u Lackey mężczyźni dzielą się na dwie kategorię: gwałcicieli ze skłonnościami do pedofilii i gejów. Trochę w tym prawdy jest.

      Dlatego mówię o resentymencie.

      Choć z drugiej strony część pisarzy męskich obecnie też przejawia bardzo feminizujące poglądy. Przykładem może być C. Roley (Bazil Złamany Ogon, raczej zła książka) czy też S. Lynch (cykl "Niecni Gentelmani"), popadając momentami w nadmierny idealizm.

      Natomiast co do moich propozycji, to proponowałbym dodać jeszcze:
      - "Żona Zmiennokształtnego" Sharon Shin
      - Podcykl Wiedź do Swiata Dysku
      - Tkacza Iluzji Ewy Białołęckiej
      - Wojnę o Dąb Emmy Bull
      - być może King's of the Elfland Daughter
      - Lwy Ar-Lasanu, być może też Tiganę oraz Sarantyńską Mozaikę G. G. Kaya
      - oraz twórczość tej nieszczęsnej Mercedes Lackey.

      Usuń
    7. Ha, nie mogę uwierzyć, że zapomniałam o "Wojnie o Dąb" i wiedźmach Pratchetta. Resztę książek błyskawicznie dodaję do listy "do przeczytania", która w ogóle cudownie się rozrosła po tym wpisie. :)

      Pełna zgoda co do społeczności hobbitów jako odpowiednika gentry. I prawie pewna co do braku tytułów szlacheckich w Śródziemiu. Nawet jeśli w Rohanie czy Gondorze nie znano konceptu szlachetnej krwi, to przecież przekonanie o dziedziczności pewnych cech, predyspozycji czy pozycji społecznej było bardzo silne. Nie bez powodu mamy te wszystkie szczegółowe opisy rodów. Nie bez powodu też postaci przedstawia się w tekście poprzez ich rodowód i pokrewieństwo z dawnymi bohaterami.

      Właśnie, ale ten "nurt resentymentu" nie jest już dominujący, prawda? Wręcz przeciwnie. Le Guin i Zimmer Bradley bywają jeszcze czytane, choć coraz rzadziej trafiają do rankingów i kanonów, ale już Norton właściwie przepadła, a o Lackey usłyszałam dopiero wtedy, kiedy zaczęłam się interesować postaciami LGBT w fantasy. Mam wrażenie, że teraz ta kobieca fantasy wygląda zupełnie inaczej. Bardziej polemizuje ze stereotypowymi wizerunkami kobiet, bardziej stawia na alternatywne sposoby opowiadania (subiektywizm, metaforyczność, niewiarygodny narrator). No, po prostu zamiast walczyć z patriarchatem stara się zbudować coś własnego. Co zresztą fajnie podkreśla jej aktualność, bo mniej więcej ten sam kierunek obrał feminizm w badaniach literackich.

      Usuń
    8. Właśnie nie wiem, jak to współcześnie jest z tym fantasy. Mam wrażenie, że coś się jednak zepsuło i od kilku lat albo zagraniczna, rozrywkowa fantasy, za wyjątkiem powieści Young Adult przestała do nas docierać, albo też jest mało popularna wśród pisarzy. Od kilku lat mam poważne problemy z wyborem książek dla siebie.

      Nawiasem mówiąc podobnie jest w grach, które kiedyś były oparciem dla fantasy. W RPG zupełnie nie ma w co grać. Podobnie w grach komputerowych SF jest ostatnimi czasy dużo lepsze.

      To, że Norton nie jest czytana nie dziwi mnie zupełnie. To zupełnie niedzisiejszy typ literatury, zupełnie jak Elryk. To było mam wrażenie pisane pod określoną niszę rynkową, która znikła wraz z pojawieniem się serialu telewizyjnego.

      Jeśli natomiast faktycznie literacki feminizm ewoluuje w tą stronę, to tym lepiej dla niego.

      Usuń
    9. Naprawdę? Ja mam wrażenie, że jest dokładnie na odwrót, że nowej zagranicznej fantasy (nie tylko YA) wydaje się u nas bardzo dużo. Fakt, że jest to głównie nieco już nudna ponura fantasy z militarnym bądź historycznym zacięciem (Erikson, Abercrombie, Sanderson, podobno niezły Abraham), ale są i ciekawe wyjątki (Lynch, Hobb, Rothfuss, wreszcie znów wydawany Butcher). Chyba że masz na myśli jakiś konkretny rodzaj fantasy? Co do RPG-ów muszę się zgodzić - ostatnie "Dragon Age" mnie zawiodło, z "Wiedźminami" mam nieustający problem.

      Dobry trop z tą niszą rynkową zagospodarowaną przez seriale, chociaż mam tu pewną wątpliwość. No, bo nie mamy przecież w telewizji aż tak wielu seriali fantasy. Nawet przy założeniu, że część odbiorców literatury spod znaku Norton i Elryka przejęły seriale historyczne, to i tak wydaje się, że popyt powinien znacznie przekraczać podaż.

      Usuń
    10. Jestem głęboko przeświadczony, że kiedyś Amber, Zysk, Pruszyński i Rebis miały dużo bardziej rozbudowaną linię fantastyki. Wychodziło też sporo tych książek na franczyzach: Gwiezdnych Wojen, Dragonlance, Forgotten Realms, etc. choć tutaj pozostaje niezapełniona pustka po upadku wydawnictwa ISA.

      Eriksona trudno nazwać nowością rynkową. Pamiętam reklamy jego książek jeszcze w Magii i Mieczu. Czyli najpóźniej w 2002 roku. Sandersona pewnie publikują już z 7 lat, Rothfuss podobnie, Lynch z całą pewnością. Robin Hobb była modna jeszcze w latach 90-tych.

      Pisząc o RPG-ach miałem na myśli papierowe. Dungeons and Dragons, Warhammer i te sprawy. Jeśli chodzi o komputerowe, to ja w najnowsze Dragon Age nawet nie grałem. Jedynka była taka sobie, z dwójki wywalili wszystkie elementy, które mi się od biedy podobały, trójką nawet się nie interesowałem. Wiedźmin 3 natomiast na moim kompie nie pójdzie. Polecam natomiast Legend of Grimrock II, zwłaszcza, że niedługo na Steam będą wielkie wyprzedaże. Niezłe są też Pillars of Eternity, choć bez szału.

      Co do Nortonki... Istnieją gatunki literackie, w których nie jest ważny temat, ani pewne schematy fabularne, ale raczej format książki. Takimi gatunkami było "pulp fiction" oraz (później) "książka lotniskowa / kolejowa". Pulpa to były te wszystkie Conany, Tarzany, Zorro etc. 100-150 stron, łatwa fabuła, mało tekstu, prosty język, czytelnik ma być w stanie skończyć lekturę w 2-3 wieczory i kupić następną. Obligatoryjnie goła baba na okładce. Wymierzone były głównie do nastolatków i innych, mało wybrednych czytelników.

      Lotniskowe były trochę dłuższe, pojawiły się później, miały zapewnić rozrywkę dorosłemu, samotnie podróżującemu człowiekowi w trakcie nudnego lotu, a potem zostać wyrzucone.

      Oba gatunki znikły z rynku. Pulpa w latach 70-tych (choć tu wyjątkiem jest Japonia, gdzie ewoluowała w coś, co nazywa się light novel, czyli książkę przeplataną rysunkami o tematyce łatwej do odgadnięcia), lotniskówki pod koniec 90-tych. Po prostu zmienił się styl spędzania czasu.

      Usuń
    11. Jeśli tak, to jest to dziwne, bo przecież patrząc po książkowych i kinowych hitach ostatnich lat, fantasy stała się naprawdę popularna. Może niektóre z tych wydawnictw próbują iść nie w ilość, a w jakość? (Widzę ogromną różnicę między książkami dawnej i dzisiejszej fantasy - okładki, papier, szczegóły). Od dłuższego czasu już nie śledzę serii, o których piszesz, ale wydaje mi się, że z Forgotten Realms mogło być też tak, że to czytelnicy stracili zainteresowanie, kiedy przestały wychodzić głośne gry komputerowe. Z tego, co pamiętam, te książki były bardzo zachowawcze tak w formie, jak w treści, więc może też wypadły z mainstreamu za sprawą zmiany kierunku, w jakim zmierza fantasy. W tym sensie spotkało je to samo, co Norton i Moorcocka. Bo masz rację, że zanik pulpy mógł odebrać im czytelników, ale przecież wielu krytyków umieszcza tych dwojga w kanonie fantasy, więc fani gatunku wiedzą o ich istnieniu. Po prostu ich nie czytają.

      Prawda, że sami wymienieni autorzy nowością nie są, ale miałam na myśli to, że ciągle wydaje się ich nowe książki, czyli jest co czytać (oczywiście jeśli się ich twórczość lubi - ja na przykład jakoś nie umiem się przekonać do Eriksona).

      Trzecia część "Dragon Age" jest jak połączenie części pierwszej z "World of Warcraft" w wersji dla jednego gracza. ;) Da się grać, jeśli się takie rzeczy lubi. Dzięki za polecenie tych gier! Na "Pillars of Eternity" się czaję, ale na razie jakoś nieśmiało.

      Usuń
    12. Jeśli przez "kinowe hity" rozumieć Odyseję Kosmiczną, Gwiezdne Wojny, Willow, Terminatora, Obcego i Conana Niszczyciela, to owszem. Jednak współczesne filmy aż takiej furory nie zrobiły. Owszem, napędziły dużo nowych, ale to bardziej była wymiana pokoleń, niż rewolucja. Mam też wrażenie, że znaczna część tego fandomu jest bardzo płytka: sezon, dwa, Gra o Tron i Zmierzch wyjdą z mody i większość z nich odejdzie.

      Co do Forgotten Realms to tutaj miała miejsce inna historia, dość nawiasem mówiąc nieskoplikowana. Wydawcy nie zapłacił dystrybutor (którym była duża firma prowadząca salony z kubeczkami, książkami i kocią karmą), przez co ten nie mógł zapłacić licencjodawcą, więc ogłosił upadłość.

      I ja bym jednak szedł tym tropem: w ciągu ostatnich lat bardzo poważnie zmienił się rynek księgarski. O ile w latach 90-tych dominowały małe księgarnie, tak dziś rządzą nim wielkie firmy, drogie reklamy i programy pseudomarketingowe (np. żeby wstawić książkę do każdego salonu Empiku należało w zeszłym roku zapłacić 40 tysięcy złotych) oraz zawodowi managerzy, którzy słabo czują rynek kultury. I zachowują się tak, jakby sprzedawali groszek w puszkach ("bo jeśli klientowi raz posmakował groszek od Bonduelle to wróci i kupi dokładnie taki sam"... Coś czuję, że rynek księgarski tak nie działa) naciskający wydawców na ograniczanie oferty.

      Zgadzam się, że wymienieni autorzy ciągle piszą książki, ale da się odczuć, że brakuje takich "gamechangerów" jakimi w swoim czasie był Władca Pierścieni, Conan, Gra o Tron, Harry Potter... Książek, po które zmieniały sposób myślenia o gatunku.

      Eriksonna natomiast to dla mnie porażka. Nie da się tego czytać. Mieszanka Dungeons and Dragons z Czarną Kompanią i Dragonballem okraszona tandetnymi zabiegami fabularnymi.

      Usuń
    13. Ale przecież były też "Władca Pierścieni", "Hobbit", filmy o Harrym Potterze, ekranizacje cyklu narnijskiego, "Piraci z Karaibów", "Gra o tron", "Labirynt Fauna" i mnóstwo nowych adaptacji baśni. Te filmy były szalenie popularne, a niektóre z nich coś ważnego zapoczątkowały. Nie znam całego fandomu fantasy, ale czy w każdym fandomie nie jest tak, że większość stanowią casual fans, którzy daną serię lubią, ale nie aż tak, by poświęcić jej cały swój czas i uwagę?

      Dzięki za wyjaśnienie. Cóż, nie powiem, żeby brakowało mi nowych książek z serii Forgotten Realms, chyba że teraz wygląda ona inaczej niż jakieś 10 lat temu, kiedy się nią interesowałam.

      Masz oczywiście rację w sprawie zmian na rynku książki, ale ja nie widzę tego tak czarno. Jasne, że zawsze mogłoby być lepiej, więcej i bardziej zróżnicowanie. Dla mnie jednak plusem jest choćby to, że nowe książki wielu zagranicznych autorów fantasy wydawane są u nas na bieżąco. Kampanie promocyjne bywają irytujące bądź nietrafione, ale przecież obok groszku w puszkach reklamuje się też książki wartościowe, które inaczej mogłyby do czytelnika nie trafić. Nie mam pojęcia, czy zawodowi managerzy czują rynek kultury czy go nie czują, ale skoro wciąż mamy co dobrego czytać, może nie jest tak źle?

      Myślę, że fantasy jest teraz pod wielkim wpływem "Pieśni Lodu i Ognia", więc na razie na "gamechangerów" nie ma miejsca. Ale za kilka lat - kto wie!

      Usuń
  7. Wrócę jeszcze do tego przerwanego wątku ;). Moim zdaniem -- chyba jednak możemy. To znaczy przynajmniej możemy się starać. Wiadomo, że język nas ogranicza -- ale choćby ten pomysł z konwencjami, czyli zmieniamy nieco treść wypełniającą słowo, jest bardzo dobry.

    Eowina to jest trochę Elaine, której pozwolono spróbować się odegrać na losie, że ją tak urządził -- ale tylko w określonym momencie, kiedy zawieszeniu ulega normalny porządek rzeczy. Ja nie jestem do końca przekonana, że ona tego Faramira później tak kocha. Raczej wiesz, porządek wrócił, wojna się skończyła, trzeba żyć dalej -- a Eowina już chce żyć, zamiast się utopić niczym Elaine, bo wie, że wyrzutów w Aragornie/Lancelocie nie wywoła, bo on ma swoje przeznaczenie i trudno, nic się nie zmieni.

    A i właśnie: tak, hobbici to taka gentry, zgadzam się. Ludowi są też właśnie w takim ziemiańskim stylu -- to nie chłopi-rolnicy przecież (będzie wpis? będzie wpis? :)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, tylko że tu chyba daje o sobie znać nasze językowe lenistwo, bo gdyby każde użycie słowa "kobiecy" opatrywać dodatkowym określeniem "tradycyjnie" czy "konwencjonalnie", to tekst mocno by się rozrósł.
      No, i jest jeszcze jedna ważna kwestia, mianowicie kwestia naszych poglądów na płeć (kulturową, nie biologiczną). Bo my tu trochę zakładamy, że płeć to taki zbiór stereotypowych cech przypisywanych kobiecie czy mężczyźnie - wtedy traktowanie kobiecości/męskości jako konwencji ma sens.
      Tymczasem istnieje przecież cały "esensjonalistyczny" odłam feminizmu, który głosi, że psychika kobiet wyraźnie różni się od psychiki mężczyzn, że kobiety mają pewne stałe, zależne od płci biologicznej cechy, które stanowią ich "esensję". Gdyby przyjąć te założenia, trzeba by uznać kobiecą literaturę za zapis rzeczywistych kobiecych doświadczeń, potrzeb, sposobów percepcji świata.

      Właśnie, ten moment zawieszenia normalnego porządku wydaje mi się kluczowy. Eowina może wybić się na niezależność, korzystając z dogodnego (no, przynajmniej dla niej...) momentu historycznego. Najciekawsze pytanie brzmi: co dalej? Czy po powrocie do naturalnego porządku nadal utrzymuje wpływ na swoje życie? Czy zdobywa pozycję w elitach władzy? Czy za jej przykładem idą inne kobiety? Wiem, że Tolkien nie przepadał za szukaniem we "Władcy..." odniesień do aktualnych wydarzeń politycznych, ale rany, jak bardzo to Eowiny wyzwolenie przez historię przypomina wyzwolenie kobiet podczas I wojny światowej!

      Prawda, hobbici to nie chłopi. Co prowadzi nas do pytania: gdzie w Śródziemiu podziali się chłopi? Wpis na pewno będzie (chociaż obawiam się, że jak jeszcze trochę pogadamy, nie będzie już o czym pisać ;)), tylko jeszcze się zastanawiam, z której strony go ugryźć i które utwory - poza biednym "Władcą..." - wziąć na warsztat.

      Usuń
    2. Nie, mnie się wydaje, że to bardzo mocno kwestia tego, czy sam wydźwięk słowa się zmieni, czy nie, i do tego właśnie trzeba by dążyć. To znaczy do takiego stanu, kiedy wiadomo, że nie mamy na myśli takiego quasi-tradycyjnego podziału na to, co "męskie", czy "kobiece", ale mówimy o pewnych konwencjach. Bo ja się na przykład w ogóle nie zgadzam z tym odłamem mówiącym o różnicach w psychice, które przekładają się na różnice w pisaniu -- wydaje mi się, że to jest wyostrzenie jednej zmiennej z całego tuzina, założenie w rodzaju "pisarz z RPA z lat 60. będzie pisał jak inny pisarz" a nie "pisarz z RPA z lat 60. będzie pisał podobnie do pisarki z RPA z lat 60.".

      Tak, zgadzam się, że ta sytuacja Eowiny przypomina to, co się działo po wojnie (według mnie nawet bardziej to, co po II wojnie, kiedy kobiety nagle znowu zwalniano i wskazywano dom jako główną sferę ich aktywności). Bo mówiąc szczerze mam wrażenie, że Tolkien pozwala jej przeżyć -- ale nadal to jest pozycja poza tym odwróceniem porządku "królowej", a nie "emancypantki". Przy czym traktowałabym to jako pierwszy krok -- od czegoś trzeba zacząć.

      Ja bym nawet o samym "Władcy..." taki wpis przeczytała. I mam wrażenie, że wiem, gdzie są chłopi: to są ci ludzie, którzy przyłączają się do Sarumana przeciw Rohanowi i przeciw Gondorowi, niestety.

      Usuń
    3. To prawda, co mówisz o zaostrzaniu jednej zmiennej. Z drugiej strony czy jeśli założymy, że płeć autora nie ma znaczenia dla jego utworu, nie rozpropagujemy przypadkiem wygodnego uniwersalizmu, który zaciera różnice w imię źle pojętego idealizmu albo wręcz politycznej poprawności? Ja właśnie nigdy nie wiem, który odłam feminizmu ma rację: sprzeciwiam się mechanicznemu przypisywaniu kobietom i mężczyznom jakichś cech, ale też chciałabym, żeby w literaturze było miejsce na różnice wynikające nie tylko z indywidualności autora.

      Pełna zgoda co do Eowiny i bardzo ciekawe spostrzeżenie dotyczące chłopów! Tylko że mam wątpliwości, które może rozstrzygnąć chyba tylko większy ode mnie znawca Śródziemia. Bo zdaje się, że te wszystkie sprzymierzone z Sauronem ludy - Haradrimowie, Easterlingowie, Korsarze - to były raczej prymitywne, wojownicze plemiona, coś antysystemowego, coś pozostającego poza układem władzy w Śródziemiu. Jeśli się nie mylę (pod wpływem filmu na przykład), to daleko im było do chłopów, a bliżej do tych archetypicznych dzikich ze Wschodu, co to nie mają własnej kultury i chcą tylko niszczyć cudzą.

      Usuń
    4. Hm, dobre pytanie! Nie, myślę, że płeć ma znaczenie, ale nie wiem, na ile przekłada się na styl. Czy raczej: nie zgadzam się, żeby po płci wyrokować o tym, jak pisarz/pisarka miał(a)by pisać.

      Właśnie, Haradrimowie na pewno. Ale Easterlingowie? Ci, którzy jakoś "wypadli" z rozgrywki przez to, że Rohanem rządzą władcy koni, więc idą za Sarumanem? Teraz dobre pytanie, czy i mnie film nie zaciemnia obrazu z książki ;).

      Usuń
    5. Prawda, to by było okropne uproszczenie. Niemniej... wydaje mi się, że pewne cechy tego pisarstwa męskiego i kobiecego można wyróżnić (właśnie jako cechy konwencji), przy świadomości, że mają one związek niekoniecznie z płcią autora, a raczej z tradycyjnym wzorcem kobiety i mężczyzny w naszej kulturze.

      No więc według "Encyklopedii Śródziemia", o której istnieniu właśnie sobie przypomniałam, Easterlingowie to "różne szczepy ludzi", którzy byli "niscy i krępi, mieli ciemną skórę, włosy i oczy", a "ich kultura była raczej prymitywna". Co w sumie niewiele nam o nich mówi, ale ich jednoakapitowe dzieje są wyłącznie dziejami służby wojskowej u kolejnych niegodziwych person, jest też wzmianka o tym, że zniewolili resztę Edainów i elfów. Czyli chyba byli całkiem wojowniczy i raczej sami niewolili niż dawali się niewolić (pomijając oczywiście wpływ Morgotha).

      Usuń
  8. Ja tylko dorzucę parę tekstów. Konkretnie powieści Tada Willamsa. Widać to zwłaszcza w "Marchii Cienia" którą sam autor opisuje jako feministyczną i ja będąc feministycznie nastawiona uważam, że dobrze się zdiagnozował. Mamy tam księżniczkę, która wyrasta na silną, samodzielną władczynię (minor spoiler :P), bezwzględną dowódczynię armii, kapłankę uciekającą przed zostaniem nałożnicą władcy, twardo stojącą na ziemi żonę rzemieślnika, królewską ciotkę z tajemnicami przeszłości... Willams dał też radę w starszym cyklu "Pamięć, Smutek, Cierń" i w cyberpunkowym "Innym świecie" (Rennie, ach Rennie!). Tylko w swoim najnowszym cyklu urban fantsy się nie popisał, acz tutaj mogła zaważyć perspektywa bohatera który jest narratorem i dupkiem (ale na przykład taki Jim Butcher w "Aktach Dresdena" dał pierwszoosobową narrację bohaterowi, który cierpi na lekki seksizm, ale to nie przeszkadza czytelnikowi widzieć jak niesamowitymi postaciami są choćby Molly czy zwłaszcza Murphy)

    Polecam też N. K. Jemisin (bogowie, polityka, różnice kulturowe, seksualność) i Jacqueline Carey (kurtyzany, szpiegostwo, wielka polityka). Twórczość tych pań można nazwać kobiecą fantasy bez ujmy dla nich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, bardzo dziękuję, nie znałam wcześniej tych pań. :) "Marchia Cienia" brzmi wspaniale i teraz się zastanawiam, dlaczego się uprzedziłam do Williamsa po pierwszym tomie "Pamięci..." (kreacje postaci były niezłe, ale święty Eru, jakie to było wtórne!).

      Natomiast mam wątpliwości co do Butchera. Bo Murphy jest cudowna, reszta pań też wydaje się silna i niezależna, tylko że w kluczowych momentach wszystkie zmieniają się w damy w opałach, które nasz dzielny Harry musi wybawić (a przynajmniej tak było w dwóch pierwszych tomach, bo utknęłam na trzecim). Przy czym nie jest dla mnie jasne, czy to wynika z inspiracji konwencją czarnego kryminału, czy z potrzeby ciągłego podkreślania wspaniałości bohatera (który owszem, jest chwilami ofiarą losu, ale też występuje w roli strażnika ładu w świecie).

      Usuń
    2. Tak zupełnie offtopiąc: tą całą Marchię Cienia da się czytać?

      Bo uczciwie mówiąc mam trudności z Williamsem. "Pamięć, Smutek, Cierń" był dla mnie mega nudny, natomiast podobał mi się jego cykl o Bobbym Dolarze oraz Pieśń Łowcy.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.