Zagłada Domu Sharpe’ów, czyli „Crimson Peak: Wzgórze krwi”


Stary dwór gnije, ćmy pożerają motyle, a spod śniegu wycieka glina koloru krwi. W takich miejscach zawsze kryje się mroczna tajemnica, jak w każdym sercu niezdolnym do miłości. I o miłości właśnie, której źródłem i zarazem przeszkodą jest bolesna przeszłość, opowiada nowy film Guillerma del Toro. „Crimson Peak”, bo o nim mowa, to rasowa opowieść gotycka, która nie próbuje grać ze schematami horroru. Przeciwnie – dumnie podkreśla własną konwencjonalność, gdyż wierzy w moc samej siebie. Zdaniem Gryzipióra, całkiem słusznie.


Tekst zawiera spoilery, największe w czterech ostatnich akapitach.

„To nie jest opowieść o duchach – mówi Edith Cushing w jednej z pierwszych scen filmu. – Duch jest metaforą przeszłości”. I to, moi drodzy, jest interpretacja i streszczenie „Crimson Peak” w jednym. Nie tylko duch, ale i wszystko, co pojawia się w najnowszej produkcji Del Toro, symbolizuje to, co minione. Wyraźnie do dawnych czasów nawiązuje stylistyka filmu: zgaszone kolory, jakby zdjęte ze starej fotografii (przydymiona żółć, deszczowy błękit, zszarzała biel), zachwycające kostiumy oraz mroczna, wilgotna, pełna wiarygodnych szczegółów scenografia, która nie dość, że wspaniale buduje klimat ogarniętej manią spirytyzmu Ameryki u schyłku XIX wieku, to jeszcze opowiada własną historię (o niej za chwilę). Nawet montaż przypomina o czasach dawnej kinematografii, akcentując przejścia pomiędzy ujęciami, takie jak zwijanie się obrazu w kierunku istotnego fabularnie detalu.

I o ile taki czysto estetyczny powrót do przeszłości z przyjemnością nagrodziłoby się nawet Oscarem, o tyle konwencjonalność fabuły „Crimson Peak” może budzić sprzeciw. Kto dziś boi się duchów? Kto zamiast postmodernistycznego horroru chce oglądać przewidywalny romans w starych dekoracjach? Del Toro nie zadaje sobie podobnych pytań. Zamiast tego pełnymi garściami czerpie z powieści gotyckich sprzed stu lat i opowiada losy Niewinnej Bohaterki uwięzionej w Nawiedzonym Dworzyszczu, która musi odkryć Mroczną Tajemnicę i umknąć Demonicznemu Prześladowcy. Niezbyt oryginalnie, prawda? Ale nie o oryginalność tu chodzi. Chodzi o opowiedzenie klasycznej historii, która ma nas zachwycić, przestraszyć, wzruszyć i dać nam do myślenia – jak sto lat temu. Del Toro po prostu ufa sile samej opowieści i od widza zależy, czy da się tą wiarą zarazić (Gryzipiór się dał). Duchy, sobowtóry, nieszczęśliwe dzieciństwo, zakazana miłość – te romantyczne tropy wyeksploatowano bardziej niż nieszczęsną kopalnię Sharpe’ów, mimo to reżyser „Labiryntu Fauna” zdołał połączyć je w może przewidywalną, ale wciąż interesującą psychologiczną układankę.

fot. Legendary Pictures [*]
Niemałą zasługę mają w tym aktorzy, którzy ze stereotypowych bohaterów opowieści gotyckiej zdołali zrobić silne, interesujące indywidualności. Dawno nie widział Gryzipiór na ekranie równie magnetycznego trio. Najwdzięczniejszą, ale chyba też najtrudniejszą rolę otrzymała Mia Wasikowska. Graną przez nią Edith poznajemy jako wygadaną, aspirującą pisarkę (w okularach!), a potem... jest tylko gorzej. Oszukana, samotna i w zasadzie uprowadzona do obcego kraju, panna Cushling wkracza na drogę utraty złudzeń. Jednak zamiast niezasłużenie cierpiącej piękności Mia pokazuje nam silną, inteligentną kobietę, która owszem – boi się, ale też nie waha się zawalczyć o swoje miejsce w cudzym domu. Świetnie z zadania wywiązuje się Tom Hiddleston – tajemniczy, oszczędny w mimice i nieco wycofany, dzięki czemu jego Thomas Sharpe wykracza poza przypisaną mu rolę romantycznego kochanka i trochę wbrew reżyserowi (który bardzo stara się Sharpe’a rozgrzeszyć) wyrasta na najciekawszego, najbardziej niejednoznacznego bohatera w filmie. Faworytką Gryzipióra jest jednak Jessica Chastain w roli ponurej, zaborczej i spragnionej miłości Lucille, siostry Thomasa, chytrze przedstawionej widzowi jako postać drugoplanowa, którą zdecydowanie nie jest.

Nie sposób też nie wspomnieć o wspaniałej grze… scenografii. Del Toro wie, jak ważna w opowieści gotyckiej jest rola Innej Przestrzeni, niosącej grozę i zapowiedź pojawienia się czegoś burzącego racjonalny porządek świata, takiej przestrzeni-labiryntu, z którego nie ma ucieczki (Edith próbuje, ale zawsze trafia z powrotem). Powiedzieć, że w jego filmie nawiedzony dwór odpowiada nastrojom bohaterów, to nic nie powiedzieć – ten dwór opowiada własną historię. Mroczna, powoli zasypywana śniegiem rezydencja Allerdale Hall to więcej niż zrujnowana posiadłość upadłego rodu. To żywy organizm, który gnije od środka, krwawi i zapada się siebie – w głąb kopalni, która ze ścianami z mięsistej, czerwonej gliny bardziej zresztą przypomina piekielne czeluście. To cudowne, jak jeden feralny szczegół – gliniaste podłoże – potrafi Del Toro wykorzystać do opowiedzenia historii, w której teoretycznie naturalne zjawiska, takie jak czerwony śnieg czy czerwona woda cieknąca z kranów, mówią o zbrodni, o której milczą ludzie.

fot. Legendary Pictures [*]
W tę ulegającą powolnej erozji przestrzeń wnikają duchy, choć może lepiej byłoby powiedzieć „upiory”. Groza, którą budzą, bardzo przypomina tę z „Labiryntu Fauna”. Znów chodzi nie o banalne straszenie czy szokowanie, ale o dziwność, groteskę i wizualnie wysmakowaną makabrę, które niekoniecznie sprawią, że widz będzie z nerwów obgryzał paznokcie. Oblepione krwawą mazią szkielety wychodzą z murów starej rezydencji nie po to, by straszyć, ale po to, by coś ważnego powiedzieć. Umarli chcą świadczyć o zbrodni żywych – są symbolem przeszłości, której nie da się utrzymać za murami, nieważne, jak grubymi czy wysokimi. Dlatego nie ma sensu się dziwić, że w tym filmie nikt nie wątpi w prawdziwość zjawisk paranormalnych. Doktor McMichael kolekcjonuje nawet rzekomo niepodrabialne fotografie duchów [1]. Co ważne, są to zawsze fotografie rodzinne, z upiorami czającymi się za plecami dostojnych mężów i uśmiechniętych dzieci. To właśnie „metafora przeszłości”, o której mówiła na początku filmu Edith. Żaden ubabrany gliną zombie nie jest straszniejszy od trupów w rodzinnej szafie.

fot. Legendary Pictures [*]
Tylko jak interpretować tę przeszłość? „Crimson Peak” to film podatny na różne odczytania, ponieważ prawie do końca zasadza się na sile sugestii. Wiele uczuć i motywacji, wiele szczegółów historii Sharpe’ów pozostaje niedopowiedzianych, a ramowa konstrukcja dodatkowo podsuwa myśl o niewiarygodności narratorki. Mimo to można chyba uznać, że choć na pierwszym planie króluje romans Edith i Thomasa, w tle rozgrywa się prawdziwa historia, którą jest walka dwóch kobiet. No właśnie: czy na pewno dwóch?

Ekipa Del Toro dołożyła starań, by poróżnić Edith i Lucille także wizualnie. Początkowo ta pierwsza pojawia się w brązach [2], ta druga w triumfującej czerwieni, niepokojąco przypominającej kolor pierścionka zaręczynowego Thomasa. Po ślubie role się odwracają: teraz to Edith nosi się w zwycięskim złocie lub niewinnej bieli, a Lucille w melancholijnej czerni z odrobiną zieleni. Dzień i noc, słońce i księżyc, ciepło i chłód, niewinność i grzech – czy można wyobrazić sobie bardziej oczywistą symbolikę? A jednak na poziomie fabuły Edith i Lucille więcej łączy, niż dzieli. Obie są artystkami, obie wcześnie straciły matkę, obie dostrzegają w Thomasie odbicie samych siebie. Obie też kochają go na zupełnie odmienne sposoby, które jednak dopiero razem tworzą przekonujący obraz miłości. Zresztą sam Thomas mówi o dwoistej naturze kochania w jednej z pierwszych scen, gdy zarzuca Edith sentymentalność i nieznajomość istoty prawdziwej miłości. Oczywiście na tym etapie fabuły widz jest przekonany, że Sharpe chce jedynie zranić ukochaną, mimo że w tej rzekomo odgrywanej scenie wypada stanowczo zbyt przekonująco (Tom jest tu prześwietny).

To zresztą dopiero zapowiedź największej chyba tajemnicy w filmie, mianowicie tajemnicy uczuć Thomasa. Co sprawia, że nie potrafi on wybrać między żoną a siostrą? Czy to, że każdej z nich brakuje tego, co ma ta druga? Czy raczej to, że Edith i Lucille to naprawdę nierozłączne sobowtóry? Czy dlatego, zgodnie z imperatywem psychoanalitycznym, Edith musi zamordować swoją złą bliźniaczkę, swój Cień, by scalić własną osobowość, rozbitą za sprawą miłości w czasach, które podejrzliwie traktowały pożądanie między małżonkami?

fot. Legendary Pictures [*]
Dopóki „Crimson Peak” tylko sugeruje te pytania, a nie próbuje na nie odpowiadać, ogląda się go znakomicie. Coś jednak psuje się pod koniec. Wydaje się, że film ma dwa zakończenia: pierwsze, bardziej pesymistyczne, w scenie morderstwa doktora McMichaela, która ma wszystkie cechy finału i wyraźnie nie łączy się wizualnie ze sceną następną. Drugie zakończenie zjawia się znacznie później i Gryzipiór ma wrażenie, że reżysera zawiódł instynkt, kiedy rywalizację bohaterek postanowił przełożyć na banalny i cokolwiek karykaturalny pojedynek na łopaty i tasaki. Złamanie powagi autoironicznym humorem, jedyne w całym filmie, wydaje się nie ma miejscu. Mimo tej wpadki „Crimson Peak” to naprawdę świetny film, po którym Gryzipiór trochę bardziej uwierzył nie tylko w duchy, ale i w niesłusznie zbanalizowaną magię kina.

[1] Ciekawe, że w tej samej scenie doktor McMichael zostaje porównany do Arthura Conana Doyle’a, który nie tylko był wyznawcą spirytyzmu, ale i dał się zwieść sfałszowanym zdjęciom wróżek. W filmie pojawia się też detektyw nazwiskiem Holly.
[2] Właściwie to nieprawda, bo pierwszy raz widzimy małą Edith w czarnej sukience na pogrzebie matki. Podobną sukienkę nosi później dorosła Lucille, której tragedia zdaje brać częściowo z tego, że nigdy nie zdjęła swojej żałoby.

  • Reżyseria: Guillermo del Toro
  • Scenariusz: Guillermo del Toro, Matthew Robbins
  • Premiera: 23 października 2015
  1. Pyszna recenzja. W treści i w formie. Dawno nie doznałam tak wystawnej uczty. Gratuluję przenikliwego oglądu. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.