Bardzo smaczny zakazany owoc, czyli „Mroczne materie” Philipa Pullmana


Kiedy ostatnio czytaliście powieść dla młodzieży opowiadającą o obaleniu Boga? Gryzipiór czytał w zeszłym tygodniu. Była to trylogia „Mroczne materie” – coś zupełnie wyjątkowego w literaturze młodzieżowej. Na powierzchni jest tu historia dorastania Lyry i Willa, dwojga przyjaciół wplątanych w rozciągającą się na wszystkie światy wojnę zbuntowanych ludzi i aniołów z boską tyranią. Sięgnijcie jednak głębiej, a znajdziecie niepokornie zreinterpretowany mit o rebelii Szatana i upadku pierwszych ludzi, o trudnej, acz koniecznej drodze od niewinności do wiedzy, o potrzebie wolności i odpowiedzialności, której nie narzuca żaden Dekalog. To właśnie „Mroczne materie” – najciekawsza, a może i najlepsza fantasy o dorastaniu, jaką w życiu przeczytacie.


Ponieważ w „Mrocznych materiach” ważniejsze od fabuły się ukryte w tekście sensy, Gryzipiór odpuścił sobie słowną gimnastykę i wrzucił do tekstu kilka większych spojlerów.

Pierwszy tom trylogii, „Zorza północna” (albo „Złoty kompas”), to jeszcze dość zachowawcza, dość bezpieczna powieść przygodowa o dorastaniu. Oto Lyra, dwunastoletnia sierota wychowywana w oksfordzkim Kolegium Jordana, wyrusza do Arktyki, by uratować przyjaciela porwanego przez naukowców eksperymentujących na dzieciach. Podróż urozmaicają pościgi zeppelinów, przedwieczne zagadki, wszechwiedzący Cyganie, pojedynki pancernych niedźwiedzi oraz oczywiście próby sprytu i wytrwałości, które nasza dzielna, pełna inicjatywy bohaterka musi przejść, żeby dorosnąć. Fabuła balansuje niestety na granicy wtórności i jeśli nie jest nudno, to na pewno jest gładko i przewidywalnie. Do czasu, aż pewien zbuntowany naukowiec otwiera szczelinę w niebie i okazuje się, że wbrew dogmatom Kościoła istnieje wiele światów. Że będzie wojna między ludzkością a Bogiem zwanym Autorytetem. Że znów powstaną, a potem upadną Adam i Ewa. Tak pęka fasada powieści przygodowej i widać już, jak w tekście kłębią się sensy i możliwe interpretacje. Krótko mówiąc, jak tworzy się świetna literatura, której daleko do typowej fantasy dla młodzieży, nawet tak dobrej jak cykl o Harrym Potterze.

Ciekawy przypadek, ten Pullman: błyskotliwy filozof i interpretator, ale dość przeciętny opowiadacz. Jego pisarskiemu warsztatowi nie da się wiele zarzucić, po prostu: nie powala. Poprawne opisy, poprawne dialogi, poprawnie skonstruowane postaci – czy można bardziej obrazić pisarza, niż chwaląc jego poprawność? Co gorsza, szczególnie w ostatnim tomie nie udało mu się uniknąć dłużyzn. Bohaterowie wciąż podróżują, co ma może filozoficzne uzasadnienie, ale nie przekłada się niestety na porywającą intrygę. Ciągle trzeba kogoś lub czegoś szukać: przyjaciela, ojca, magicznego artefaktu, a najczęściej – siebie. To część światopoglądu Pullmana, który ceni sobie ruch, zmianę i postęp, ale w kolejnych tomach niezbyt niestety dba o zainteresowanie czytelnika samą akcją powieści.

[*]
Jedno w kwestii warsztatu wprawiło Gryzipióra w zachwyt: że udało się złożyć wiarygodną fabułę z elementów, które u mniej utalentowanego autora doprowadziłyby do niewybaczalnych skrótów i nielogiczności (wszechpotężny aletheiometr, który mówi bohaterom, co mają robić czy magiczny nóż zdolny przeciąć każdy materiał, nawet oddzielający światy). Pomyślcie, kiedy ostatnio czytaliście o rasie inteligentnych antylop, pędzących na kołach po naturalnych autostradach, które utworzyła na sawannie magma z pradawnych wulkanów? A teraz pomyślcie, ile trzeba mieć talentu i wyczucia, by zetrzeć z twarzy czytelników ten ironiczny uśmieszek i napisać powieść, w której dzieje tej rasy stanowią metaforę wygnania z raju.

To właśnie Pullman, u którego filozofia i zacięta polemika z innymi autorami bierze górę nad fabułą, postaciami, a niekiedy zdrowym rozsądkiem. „Mroczne materie” to idealna powieść dla tych, którzy nie wymagają wartkiej akcji i oryginalnych bohaterów, lubią natomiast tropić nawiązania do innych tekstów kultury. Najważniejsze z nich to: Biblia wraz z apokryfami, poezje Williama Blake’a i „Raj utracony” Johna Miltona. Zacznijmy od tej pierwszej, gdyż nie ma co ukrywać: „Mroczne materie” to tekst antykościelny, zupełnie jawnie występujący przeciw kanonicznej interpretacji Starego Testamentu oraz Kościołowi jako instytucji. O ile jednak krytyka chrześcijańskich dogmatów wychodzi Pullmanowi znakomicie, o tyle jego antyklerykalizm jest momentami grubymi nićmi szyty. Nie ma chyba w „Mrocznych materiach” jednej pozytywnej czy choćby neutralnej postaci związanej z Kościołem. Każdy, kto należy do tej organizacji, to z założenia brzydzący się kobietami fanatyk albo pozbawiony skrupułów hipokryta, zdolny w imię wiary mordować dzieci lub wycinać im narządy płciowe (!). Nic dziwnego, że bohaterowie w końcu dochodzą do tak głębokich i subtelnych wniosków jak to, że:
cała historia ludzkiego życia to walka pomiędzy mądrością a głupotą. Ona i zbuntowane anioły, poszukiwacze mądrości, zawsze próbowali otwierać umysły; Autorytet i jego Kościoły zawsze usiłowali je zamknąć (…). I przez większość czasu mądrość musiała działać w tajemnicy, mówić szeptem, kryć się jak szpieg w najnędzniejszych miejscach, podczas gdy jej wrogowie zajmowali dwory i pałace [„Bursztynowa luneta”, s. 484].

Znacznie ciekawsze od tej mało wyrafinowanej krytyki Kościoła jest to, co Pullman robi z biblijną historią stworzenia świata. W Księdze Rodzaju czytamy, że wszystko zaczęło się od podziału, od wyznaczenia przeciwieństw. Światło wystąpiło przeciwko ciemności, dobro przeciwko złu, duch przeciwko ciału. Wszyscy znamy tę opowieść – ale czy istniało coś przedtem, zanim świat rozszczepił się na dwoje? Otóż według Pullmana istniały tytułowe mroczne materie, czyli masa cząsteczek kryjąca w sobie nieskończone możliwości i nieznająca żadnych podziałów. Ich pozostałością w świecie jest Pył – najbardziej chyba niejednoznaczna i skomplikowana metafora w powieści. Z jednej strony reprezentuje cielesność („Z prochu powstałeś…”), z drugiej powstaje jako efekt pracy świadomości tysięcy istot. Czymkolwiek jest, podważa kościelne dogmaty, bo skoro ciało i dusza nie zawsze były przeciwieństwami, być może cała wiara ufundowana jest na kłamstwie.

Pullman próbuje obnażyć to kłamstwo, opowiadając na nowo mit o buncie aniołów i upadku ludzkości. W jego świecie opozycje zostają zniesione – i to na wielu poziomach. Bohaterowie nie są ani dobrzy, ani źli i co chwila zaskakują czytelnika tym, jak bardzo się pomylił w ocenie ich postępowania. Bezwzględny naukowiec walczy o wyzwolenie ludzkości spod władzy tyrana, a wredna agentka Kościoła okazuje się kochającą matką. Szczególne miejsce między dobrem a złem zajmują dzieci, z natury znajdujące się poza moralnością, a więc niewinne (choć czytelnikowi trudno się z tym pogodzić, gdy dowiaduje się o morderstwie popełnionym przez dwunastolatka). Dobro i zło u Pullmana nie są bowiem kosmicznymi siłami walczącymi o władzę nad światem – to po prostu dwie strony człowieka, z którymi ten musi się nieustannie zmagać. Może dlatego ostateczna bitwa między boskimi legionami a buntownikami wypada w „Bursztynowej lunecie” tak blado. Nie zwycięstwo jednej strony nas interesuje, ale rozwój bohaterów, którzy w konflikt zamieszani są pośrednio: Lyry i jej przyjaciela Willa, czyli nowej Ewy i nowego Adama.

[*]
Zanim jednak dojrzeje zakazany owoc, musi narodzić się nowy Szatan. W „Mrocznych materiach” jest nim naukowiec lord Asriel (jak Azrael, islamski anioł śmierci), w prostej linii potomek Szatana z siedemnastowiecznego „Raju utraconego” Johna Miltona. O Miltonie William Blake napisał kiedyś, że był w obozie Diabła, tylko o tym nie wiedział. Jego poemat opisuje wszystkie najlepsze kawałki, które wycięto ze Starego Testamentu: rebelię Szatana, wielką bitwę między aniołami, wzniesienie piekła jako fortecy buntowników, zemstę za pośrednictwem Adama i Ewy. Oczywiście można „Raj utracony” odczytywać zgodnie z wykładnią Kościoła, ale można też za angielskimi romantykami zobaczyć w nim opowieść o buncie przeciw boskiej tyranii. Tak też odczytuje historię Upadku Pullman, u którego lord Asriel, jak Miltonowski Szatan, buduje własne królestwo, buntuje się przeciwko despotycznemu Autorytetowi i wydaje mu wielką bitwę. Rzecz w tym, że od wydarzeń z Księgi Rodzaju minęło trochę czasu i choć historia lubi się powtarzać, to niekoniecznie tak samo.

Najważniejsza zmiana to ta, że Autorytet, który zresztą nigdy nie był bogiem, tylko najpotężniejszym z aniołów, nie jest już ciemiężącym ludzkość tyranem. Zestarzał się, osłabł, może nawet oszalał. Właściwie żyje tylko dzięki temu, że trzyma się go w szklanej gablocie (!). Z jego królestwa ostała się już tylko kościelna maszyna terroru, napędzana przez tchórzliwych fanatyków i zarządzana przez okrutnego i lubieżnego anioła Metatrona, który niepokojąco przypomina potoczne wyobrażenie Szatana. Między innymi dlatego scena upadku Boga z niebios to jedna z najbardziej poruszających w całej powieści. Stary i przerażony Autorytet płacze jak dziecko, a poruszeni Lyra i Will pomagają mu wyjść ze szklanej lektyki, którą upuściły anioły. Dotknąwszy wiatru, Autorytet rozwiewa się z westchnieniem ulgi – jak zaledwie chwilę wcześniej zrobiły to duchy zmarłych.

Jest-że bóg jeno omyłką człowieka?, zapytał kiedyś Nietzche.

Teraz, kiedy Bóg naprawdę umarł, losy wszystkich światów zależą od Lyry, która może powtórzyć – lub nie – gest pierwszej Ewy. Nigdy jeszcze Gryzipiór nie czekał z takim napięciem na to, czy bohaterowie pójdą ze sobą do łóżka, czy jednak nie, mimo że zorientowawszy się w światopoglądzie Pullmana, nietrudno było odgadnąć zakończenie. Seksualne przebudzenie trzynastoletniej (!) Lyry nie jest jednak jakimś zachłyśnięciem się fizyczną rozkoszą. To raczej ostateczny akt scalenia przeciwieństw, za jakie Kościół przez wieki uznawał ducha i ciało. Miłość okazuje się bowiem i jednym, i drugim. W roli kusicielki występuje zresztą wcale nie Szatan pod postacią węża, ale rozsądna pani naukowiec, która opowiada młodszej kobiecie o tym, jak porzuciła habit zakonnicy dla pierwszej miłości (Pullman, jak każdy zaciekły polemista, bywa czasem irytująco dosłowny). Co więcej, miłość Lyry i Willa rozwija się stopniowo, w ten przepięknie naturalny sposób, który pozwala zobaczyć w akcie nieposłuszeństwa Bogu normalną konsekwencję dorastania, a więc nabywania samoświadomości. W tym sensie wygnanie ludzi z raju staje się czymś dobrym, bo otwiera możliwości i prowokuje zmiany (tak samo, jak wcześniej bunt Szatana wprawił w ruch dekadenckie królestwo Autorytetu). Koniec końców, Lyra i Will wybierają życie, miłość i rozwój, odrzuciwszy stagnację i lęk uosabiane przez skostniałą ideologię martwego Boga.

[*]
Ciekawe, że mimo tak liberalnej wymowy, w pewnych sprawach „Mroczne materie” pozostają zaskakująco konserwatywne. Lyrę, dopóki jest główną bohaterką powieści, poznajemy jako ciekawską chłopczycę, która potrafi zarówno okazać wielkoduszność, jak i kłamać jak z nut. Jej charakter zmienia się diametralnie, kiedy na scenę wkracza Will, jakby spotkanie przyszłego kochanka obudziło w niej świadomość nie tylko własnej płci, ale i wzorców, których należy się trzymać. W kolejnych tomach to Lyra reprezentuje „kobiecą” uczuciowość (krzyczy, płacze) oraz intuicję (odczytuje aletheiometr i podświadomie wie, co należy zrobić), podczas gdy Will pozostaje wojownikiem obdarowanym magicznym nożem, a także wcieleniem rozsądku i opanowania. Dla niej momentem osiągnięcia dojrzałości jest odkrycie własnej seksualności, dla niego – ostatecznie psychiczne rozstanie z matką i połączenie z inną kobietą. Brzmi znajomo, prawda? Zaskakująco tradycyjne jest też przesłanie ostatnich scen „Mrocznych materii”, bo gdy odrzucimy cały ten dyskurs buntu, zostanie nam przekonanie, że poświęcenie się dla świata ważniejsze jest od osobistego szczęścia. Skąd my to znamy?

Z „Władcy Pierścieni”, na przykład. Zabawne, jeśli pomyśleć, jak bardzo Pullman odcinał się od chrześcijańskiej z ducha fantasy, którą tworzyli jego starsi koledzy z Oksfordu: Tolkien i C.S. Lewis. Oczywiście przy okazji czerpał z niej pełnymi garściami, w których to garściach znalazły się koncepcja wieloświata, potężne magiczne artefakty czy bitwa z udziałem duchów zmarłych. Większość tych pożyczek służy jednak polemice, bo gdy Tolkien w eseju „O baśniach” broni prawa do ucieczki od rozczarowującej rzeczywistości w świat wyobraźni, Pullman upiera się, że powinniśmy raczej żyć w świecie fizycznym, czyli tam, gdzie nasze miejsce i nasze zadanie do wykonania. Nie ma co idealizować przeszłości i demonizować nauki, a już na pewno nie należy szukać wzorca idealnego społeczeństwa w tak lubianej przez fantasy średniowiecznej monarchii. „Musimy wypełnić te wszystkie trudne zadania, jak bycie wesołym, dobrym, ciekawym, odważnym i cierpliwym – namawia Lyra. – Musimy studiować i myśleć, i ciężko pracować, wszyscy, we wszystkich światach” [„Bursztynowa luneta”, s. 525]. Tylko dzięki mądrości, świeckiej etyce i stopniowym pogłębianiu świadomości powstanie Republika Niebios. Tylko tak ludzie wzniosą własny raj, który kiedyś, dawniej, odebrał im zazdrosny Bóg.

  • Przekład: Ewa Wojtczak, Danuta Górska
  • Wydawca: Albatros
  • Rok wydania: 2007 (1995-2000)
  • Liczba stron: „Złoty kompas” – 448, „Magiczny nóż” – 350, „Bursztynowa luneta” – 528
  1. Ja mam trochę problem z Pullmannem. Zakochałam się w "Mrocznych materiach" po pierwszym tomie, a uroku powieściom dodawała trudność w ich odnalezieniu - żeby przeczytać drugi tom musiałam pójść na studia do Warszawy, miasta z większymi bibliotekami, trzeci przeczytałam dopiero po tym, jak nakręcono film. No i właśnie o ile dwa pierwsze to jest rewelacja, świetna historia, łamiąca schematy fantasy, pełna ukrytych sensów, magii, intertekstualnych nawiązań (czytałam drugi tom równolegle z "Rajem utraconym", który był moją lekturą na studiach i byłam zachwycona wyłapywaniem wspólnych motywów), o tyle trzeci to taki strasznie łopatologiczny antyklerykalizm, ta scena z Adamem i Ewą, nachalna biblijna symbolika... scena z "uwolnieniem" Autorytetu poruszająca, ale cała reszta szyta tak grubymi nićmi, że momentami łapałam się za głowę. No i ta konserwatywność mimo wszystkich złamanych schematów, co zresztą też zauważyłaś w tekście. Dlatego mam mieszane uczucia, ale zgadzam się co do tego, że ten zakazany owoc jest bardzo smaczny. To chyba najlepsze z młodzieżowych fantasy z epoki okołopotterowej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli nawet nie najlepsze, to na pewno najbardziej oryginalne. (Mnie najbardziej podobał się drugi tom, co jest w wypadku trylogii dość nietypowe: dużo się wyjaśniło w sprawie budowy świata, a Will nie był jeszcze takim doskonałym Adamem jak w tomie ostatnim). Usłyszałam kiedyś, że sprawa wiary jest ostatnim tabu w literaturze dziecięcej i coś w tym jest - nie przypominam sobie żadnej książki, która by podejmowała ten temat, a przecież zwątpienie i kryzysy religijne zdarzają się nie tylko dorosłym. Być może ta łopatologia ostatniego tomu bierze się właśnie z założonego adresata - myślę, że dziecka w wieku 11-14 lat - które mogłoby ŚWIADOMIE nie wyłapać subtelniejszego przesłania. Podkreślam "świadomie", bo chyba o to Pullmanowi chodzi: żeby czytelnik zobaczył, że istnieje jakaś moralność i hierarchia wartości poza Dekalogiem, że nie trzeba być wierzącym, żeby być dobrym człowiekiem, i że ciało nie jest naszym wrogiem. Taka trochę terapia szokowa, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

      Usuń
  2. Kolejna książka do której się zabierałam z tysiąc razy i jakoś mi się nie udało. Miałam okazję obejrzeć film i uznałam, że ma potencjał :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mogłam zapomnieć o tej recenzji i nareszcie wypożyczyłam całą trylogię ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo słusznie; widzę, że mój plan podbicia świata zaczyna przynosić efekty. ;) A na serio, to czekam na recenzję! Bardzo lubię porównywać opinie o tym cyklu, bo ciągle mam co do niego mieszane odczucia i to takie naprawdę skrajne.

      Usuń
  4. Rewelacyjna recenzja! Kupiłem "Mroczne materie" parę lat temu, kiedy książka się ukazała w Polsce, moim (obecnie już dorosłym) dzieciom i oczywiście przeczytałem jako pierwszy ;). Szkoda, że książka w tej chwili jest praktycznie nieosiągalna, bo chętnie bym do niej wrócił...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję! Wieść gminna niesie, że ma powstać serialowa ekranizacja, więc może nasi drodzy wydawcy pokuszą się o wznowienie?

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.