Przerwana lekcja pisania, czyli „Fangirl” Rainbow Rowell


Kiedy wszyscy czytali „Fangirl” w oryginale, Gryzipiór tylko leniwie się przeciągał, czekając na polskie wydanie. I się doczekał, niestety. Powieści o fanach, w której nie ma… fanów. Powieści o nastolatce, która – jak oryginalnie! – rekompensuje sobie osobiste niepowodzenia w świecie fikcji. Powieści pełnej najbardziej irytujących klisz literatury młodzieżowej, z których ta o ocalającej sile miłości jest najbardziej znośną. Gryzipiór szczerze żałuje, bo to przecież czas najwyższy, żeby w kulturze zaczęto przedstawiać społeczność fanów serio, bez uprzedzeń i protekcjonalnego przymrużenia oka. Tymczasem wszystko, co musicie wiedzieć o „Fangirl”, zawiera się w kolorze jej okładki. Pastelowa zieleń: kojąca, bezpieczna oraz… całkowicie pozbawiona charakteru.


Recenzja zawiera niewielkie spoilery.

Zacznijmy od tego, że powieść Rowell w ogóle nie opowiada o fanach. Oto nasza domniemana fangirl: osiemnastoletnia Cather Avery, która przyjeżdża do college’u w Lincoln, żeby studiować filologię angielską. Nieśmiała, zalękniona i stroniąca od ludzi, byłaby idealną kandydatką na kolejne wcielenie nastoletniego Kopciuszka, gdyby nie jedno ale. Cath jest fanką. Ale nie jakąś tam fanką, tylko „fanką prawdziwą”, „fanką, która ma fanów”. W Internecie zdobyła sławę jako Magicath – autorka popularnych fanfików do cyklu o Harrym Potterze Simonie Snowie. Ten motyw podwójnej tożsamości aż prosi się o rozwinięcie, ale nie! Rowell uparła się, żeby z dwóch światów, w których żyje nasza bohaterka, pokazać tylko jeden – i to akurat ten mniej interesujący. Przez 450 stron czytamy więc o problemach Cath z przystosowaniem się do życia w akademiku, o jej skomplikowanych relacjach rodzinnych, o rozczarowaniach i pierwszej miłości, niczego natomiast nie dowiadujemy się o wirtualnym świecie Magicath.

Efekt? Powieść o fance, w której społeczność fanów – fandom – zdaje się nie istnieć. Aktywność Cath ogranicza się do zbierania plakatów i figurek ze Snowem oraz pisania (nawet nie czytania) fanfików. W ogóle nie ma tu tego, co stanowi codzienność zaangażowanego wielbiciela jakiegoś wytworu kultury. Żadnego drugiego życia w Internecie, żadnego szperania w poszukiwaniu fanartów i fanowskich analiz, żadnych spotkań i konwentów, żadnych przyjaźni zbudowanych na wspólnej pasji. Żadnych dziwactw, ekscesów i kontrowersji. Mało tego. Już na początku powieści Cath boleje nad tym, jak przykrą sprawą jest internetowa sława, w tym konieczność odpowiadania na komentarze czytelniczek. Trudno dociec, po co właściwie publikuje w Internecie, bo kontakt z innymi miłośnikami Snowa nie interesuje jej w najmniejszym stopniu. Tylko raz, dość lekceważąco zresztą, Cath wspomina o bezimiennej doktorantce, która zajmuje się korektą jej opowiadań (co ma nas chyba upewnić, że fanostwo to przypadłość nie tylko zahukanych nastolatek).

Można oczywiście tę niechęć do fandomu tłumaczyć samotnictwem i dość wyraźną mizantropią Cath. Problem w tym, że obraz fanki, który wyłania się z powieści, jest w najlepszym razie niekompletny, w najgorszym – fałszywy. Gryzipiór naprawdę nie chce, żeby w popkulturze ikoną fanizmu stała się dziecinna, cierpiąca na fobię społeczną samotniczka, która z braku życia towarzyskiego zajmuje się fantazjowaniem o ulubionym bohaterze i jego wampirzym kochanku. Raz, że to irytujący stereotyp. Dwa, że fandom to żywioł, to wspólnota pasji, to styl życia, który ma w dodatku spory potencjał wywrotowy. Pokazując wyłącznie jego złagodzone, nieszkodliwe i skrajnie indywidualne oblicze, Rowell po prostu nie oddaje mu sprawiedliwości. Nie mówiąc już o tym, że koło nosa przechodzi jej moc tematów tyleż ciekawych, co aktualnych: podwójnej tożsamości, drugiego życia w wirtualnej rzeczywistości, tworzenia się nowego rodzaju wspólnot, wykorzystywania fanów przez korporacje, społecznej akceptacji/nieakceptacji geeków, wreszcie ceny, jaką nieraz przychodzi zapłacić za niekonwencjonalną pasję…

Jedynym zjawiskiem w fandomie, które naprawdę interesuje autorkę „Fangirl”, jest fanfiction (dość sztucznie przełożone na język polski jako „fikcja fanowska” – termin, z którym Gryzipiór spotkał się jedynie w opracowaniach naukowych). Niestety, jest to zainteresowanie raczej płytkie, bo jednokierunkowe. „Piszę, bo… chcę zniknąć” – oznajmia Cath na pierwszych zajęciach z creative writing. Świat Simona Snowa pociąga ją o tyle, o ile może skryć się w nim przed przykrą rzeczywistością. Tę koncepcję pisarstwa eskapistycznego wzmacnia jeszcze poprzedzanie każdego rozdziału „Fangirl” fragmentem fanfika lub książki o Snowie, w którym pobrzmiewają (głośno i natarczywie) echa uczuć i pragnień Cath, a także prawdziwych wydarzeń z jej życia. Pisanie jako ucieczka bądź kompensacja – dość wyświechtana to teza i naprawdę nie trzeba podejmować tematu fanfiction, żeby zaświadczyć o jej prawdziwości. Ciekawie byłoby za to przyjrzeć się innym problemom. Choćby odpowiedzieć na pytanie: dlaczego akurat slash?

[*]
Bo Gryzipiór odniósł wrażenie, że opisywany przez Cath homoseksualizm Baza i Simona jest ledwie czymś w rodzaju guilty pleasure nastolatki. Ani nie wzbudza refleksji u bohaterów, ani nie powoduje poszerzenia świata powieści o inną perspektywę. Ba, na 450 stronach książki nie znalazło się miejsce dla choćby jednej postaci, której wygląd, zachowanie czy orientacja seksualna odstawałyby od społecznej normy. Dopiero pod koniec na chwilę pojawia się współlokator gej, co staje się pretekstem do zupełnie absurdalnej sceny. Znalazłszy się z nim pod jednym dachem, Cath boi się czytać na głos swoich fanfików, ale inny bohater zapewnia ją, że ów współlokator jest w porządku, gdyż – uwaga – „w mojej obecności ciągle ogląda rzeczy hetero” oraz… „ma obsesję na punkcie Titanica”.

Jedynie kwestię praw autorskich odważyła się Rowell omówić szerzej. Szkoda tylko, że w tym sporze przeciwniczką Cath uczyniła panią profesor od creative writing, spełnioną pisarkę, która z racji wieku najwyraźniej nie nadąża za zmianami we współczesnej kulturze (kolejny irytujący stereotyp). Byłby to może właściwy moment na poszukanie punktów zapalnych w konflikcie między fanami a profesjonalnymi pisarzami, ale znowu – Rowell jak ognia unika kontrowersji. Co więcej, dość wyraźnie rysuje granicę między literaturą fantastyczną a literaturą autobiograficzną czy w ogóle realistyczną. Ta pierwsza służy łatwej ucieczce i kompensacji, ta druga – prawdziwej, wartościowej autoterapii, dzięki której Cath zdoła wreszcie uporać się z traumą z dzieciństwa. Cóż. Nie jest to teza, jaką Gryzipiór spodziewał się znaleźć w powieści wydanej w 2015 roku.

W ogóle fanfiction jako takie nieszczególnie interesuje Rowell – dla fabuły ma ono znaczenie jedynie jako symptom psychicznej kondycji Cath. A ta nie jest najlepsza. Widzicie, Cath jest wredna. Nie zabawnie wredna, nie asekuracyjnie wredna. Wredna po prostu. Siostrze zakazuje spotykać się ze znienawidzoną matką, chłopakowi współlokatorki każe czekać pod drzwiami, z kolei własnego chłopaka nazywa „stolikiem nocnym” i nie odpowiada na jego SMS-y, bo nie ma ochoty. Przy całej swojej introwertyczności jest koszmarnie apodyktyczna, a jej wrażliwość i empatia pozostają prawdziwe niestety tylko na papierze. Troska, którą okazuje najbliższym – ojcu szczególnie – ma w sobie coś toksycznego, ubezwłasnowolniającego. Dorzućmy do tego purytańskie obyczaje i tendencję do reagowania płaczem na najmniejszą przykrość, a otrzymamy bohaterkę, która jest jednocześnie autentyczna, interesująca i niesamowicie wręcz denerwująca. Doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego wzbudza sympatię i instynkt opiekuńczy u tak wielu postaci. Może dlatego, że jest taka dziecinna?

Trudno też zrozumieć, dlaczego autorka zdecydowała się na tak toporne wyjaśnienie lęków i emocjonalnego chłodu Cath. Otóż wszystkiemu winna okazuje się – tu spojler –matka, która porzuciła ją w dzieciństwie, przez co dziewczyna nie potrafi teraz nikomu zaufać. Już mniejsza o ten łatwy psychologizm. Gryzipiór chciałby wiedzieć, dlaczego w powieści, która dowartościowuje nietradycyjny i typowo kobiecy sposób pisania, jakim jest fanfiction, to właśnie z kobiety robi się główną winowajczynię? Dlaczego w XXI wieku matka nie może odejść od rodziny, nie powodując od razu katastrofy w życiu najbliższych? Dlaczego trzeba ją napiętnować jako niedojrzałą egoistkę, bo jest a) dobrze zarabiającą artystką, b) nigdy nie chciała mieć dzieci, c) śmiała ułożyć sobie nowe życie z nowym mężem?

Wszystko to sprawia, że „Fangirl” jest powieścią bardzo zachowawczą i dzięki temu bezpieczną dla autorki, która nie narazi się nikomu poza takimi starymi zgredami jak Gryzipiór. Może się podobać, bo akcja – mimo niewielkiego stężenia wydarzeń i braku punktu kulminacyjnego – toczy się wartko, a wszystkie postacie, które nie nazywają się Cath, są wystarczająco sympatyczne, by chciało się o nich czytać. Gryzipiór nie nazwałby jej jednak dobrze napisaną. Po pierwsze dlatego, że choć stara się dowartościować fanfiction, powieść Rowell przejmuje jego najgorsze wady. Wyliczmy:
  • Powtarzanie coraz bardziej szczegółowych opisów twarzy, włosów, oczu, ust i brwi chłopca, w którym durzy się bohaterka, tak jakby literatura nie znała innych sposobów na pokazanie, że dwoje ludzi się sobą interesuje. Co zabawne, jest w „Fangirl” fragment, w którym autorka zdaje się naigrywać z tego sposobu pisania. Tylko co z tego, skoro sama uparcie go stosuje?
  • Zrzucanie na bohatera wszystkich możliwych nieszczęść. Problem w tym, że rozpad rodziny, depresja dwubiegunowa czy alkoholizm to naprawdę nie są wątki, z których można sobie ot tak robić zapychacze miejsca albo narzędzia służące do zwiększania tempa akcji. Spiętrzone i traktowane po macoszemu, zbyt łatwo zamieniają się we własną parodię. Szczególnie wątek alkoholizmu sprawił na Gryzipiórze wrażenie wciśniętego na siłę – chyba tylko po to, by chłopak Cath mógł kolejny raz udowodnić swoją wartość.
  • Utożsamianie miłości z opiekuńczością, która polega m.in. na ciągłym upewnianiu się, że ukochanemu lub ukochanej nie jest zimno/głodno oraz na wieczornym odprowadzaniu dziewczyny do akademika, bo przecież gdyby została sama, ktoś mógłby ją po drodze zgwałcić (serio ten argument zostaje wypowiedziany na głos).

Po drugie, styl. Gryzipiór nie był pewien, czy powinien mieć pretensje do autorki, czy do tłumaczki, kiedy czytał o tym, że w głosie bohatera słychać było wrażliwość, albo że ktoś ssał komuś wargi, „jakby chciał z nich wyssać posmak dżemu z kolacji”. Łapał się natomiast za głowę za każdym razem, gdy widział transkrypcje SMS-ów bez polskich znaków. Ktoś musiał uznać, że staranne pisanie wiadomości jest nienaturalne (niemodne? niepotrzebne?), ale przegapił drobny fakt, że Cath jest aspirującą pisarką oraz studentką filologii i staranne pisanie prawdopodobnie ma we krwi. Bardzo nieudane były też dialogi, które albo na siłę, lecz niekonsekwentnie próbowały oddać młodzieżowy slang („no jacha”, „dozo”), albo pełne były sztuczności. Serio, który pijany adorator mówi nastolatce, że ta wygląda „jak z fantazji erotycznej”?

Gryzipiór zdaje sobie sprawę, że krytykuje powieść głównie za to, czego w niej nie ma, ale czuje się nią naprawdę bardzo, bardzo rozczarowany. „Fangirl” to mogła być powieść ważna, która odwracałaby negatywny stereotyp fanki, odkrywała ścieżki, jakimi podąża wyobraźnia autorów fanfiction, albo chociaż w minimalnie odkrywczy sposób analizowała związek między literaturą a rzeczywistością. Zamiast tego otrzymaliśmy od Rainbow Rowell dość sprawnie napisane, ale powierzchowne psychologiczno-obyczajowe czytadło o zranionej dziewczynie, którą ocaliła miłość. Czy warto zawracać sobie nim głowę? Może, o ile ktoś lubi literaturę YA i temat fanizmu nie jest mu na tyle bliski, by wzbudzać silne emocje. Gryzipiór w każdym razie dwa razy się zastanowi, zanim sięgnie po kolejną powieść Rowell. Chociaż trochę go kusi planowana książka o Simonie Snowie, bo chciałby się w końcu dowiedzieć... o co u diabła chodziło z tymi sześcioma zającami?

  • Przekład: Magdalena Zielińska
  • Wydawca: Wydawnictwo Otwarte
  • Rok wydania: 2015 (2013)
  • Liczba stron: 457
  1. Hm, a mi właśnie ten brak fandomu, to że Cath żyje życiem fanowskim głównie w Sieci bardzo podobał i sprawiał, że bohaterka wydawała mi się bliższa.
    I, patrząc na reakcję wielu czytelniczek, Rainbow opisała ważne doświadczenie wielu osób, które dorastały z Potterem. Ale nie opisała fandomu, chyba nawet nie miałą tego na celu. Miało być pastelowo i ciepło. Szczerze mówiąc, byłam zdzwiona jak poważnie podeszła do problemu zdrowia psychicznego i jak wiele miejsce zajmowało to w książce, bez stygmatyzowania (i Cath i jej tata są przecież chorzy). Spodziewałam się czegoś bardziej... puchatego.
    „Fikcja fanowska”- srly?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem w tym, że my tego jej fanowskiego życia za bardzo nie widzimy ani nie odczuwamy. Musimy wierzyć autorce na słowo. Nie oczekiwałam od Rowell głębokiego studium fandomu - na to pewnie przyjdzie czas - ale nieco kontekstu, nieco głębi by się jednak przydało. Tak żeby oddać sprawiedliwość tematowi sugerowanemu przecież i w tytule, i w opisach książki.

      O, to mnie zaskoczyłaś, bo mnie choroba ojca wydawała się właśnie jednym z tych wątków potraktowanych zbyt powierzchownie, jakoś tak na doczepkę. A choroba Cath? Ja wcale nie jestem pewna, czy Cath jest chora. Na pewno nie tak poważnie, jak jej ojciec. Owszem, ma ogromne problemy z zaufaniem, niewłaściwe mechanizmy obronne i nieadekwatną samoocenę, ale gdybym miała się bawić w psychologa, to zdiagnozowałabym u niej chyba tylko fobię społeczną, ewentualnie jakieś łagodne zaburzenia osobowości.

      Usuń
    2. Ja nie bardzo kojarzę książki YA (albo NA, ale Fangirl to w moim odczuciu młodzieżówka), w których chory psychicznie rodzic byłby pokazany tak często i tak pozytywnie. Spotykałam się z szalonymi matkami, które były jakoś powiązane z głównym wątkiem (miały romans z królem fae i zwariowały np.), ale ojciec Cath był ewenementem.
      Ale znowu, ja czytałam "Fangilr" jako puchaty romans dla młodzieży z trochę nietypową bohaterką (bo fangirl).

      Usuń
    3. Szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy ojciec Cath jest w tej powieści postacią pozytywną, chociaż autorka rzeczywiście próbuje go w ten sposób przedstawić. Moim zdaniem jest mocno ambiwalentny. Z jednej strony swobodny i przyjacielski, z drugiej - nieporadny, jakoś dziecinny i pozwalający sobą kierować Cath, jakby to ona była jego rodzicem, a on jej dzieckiem. Wydaje mi się, że w dużym stopniu przyczynił się do problemów córek. Jasne, autorka nie demonizuje jego postaci z powodu samej choroby - i chwała jej za to - ale też szczególnie jej nie pogłębia (postaci, nie choroby). Nie umiem powiedzieć, czy dla YA już samo pojawienie się chorego psychicznie rodzica jest rewolucją (mam nadzieję, że nie), ale jeśli autorka podejmuje tak ciężki temat, spodziewałabym się, że zrobi to głębiej i bardziej subtelnie, i że przyda mu odpowiedniego fabularnego ciężaru. Zdziwiło mnie na przykład, że po kryzysie związanym z atakiem manii zarówno ojciec, jak i Cath tak szybko doszli do siebie. Po co wprowadzać do powieści coś, co najwyraźniej nie ma konsekwencji?

      Usuń
  2. O, no to się zgadzamy - pięknie wyartykułowałaś wszystkie problemy, które miałam z tą książką, a zwłaszcza największy z nich, czyli hołdowanie stereotypom związanym z fandomem. Po dziurki w nosie mam tych wszystkich postaci geeków i nerdów, których najczęściej podkreślaną cechą charakterystyczną jest wyalienowanie i problemy z nawiązywaniem relacji. Siedzę w fandomie od lat i na palcach jednej ręki mogę policzyć prawdziwe osoby podpadające pod ten schemat. Tymczasem w popkulturze bycie geekiem automatycznie zabrania bohaterowi bycia otwartym na drugiego człowieka.
    Poza tym Fangirl była koszmarnie nudna. Cała fabuła książki była napędzana przez grubo nakreśloną psychologię bohaterów, ale działo się w niej niewiele.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, więc jednak nie jestem sama. :) Przeglądając w Internecie recenzje "Fangirl", miałam wrażenie, że tylko mnie tak w niej zirytował wizerunek fanki. A co do postaci geeków i nerdów - ja mam takie przykre wrażenie, że to jest jakaś projekcja ze strony "normalnych" ludzi. To znaczy ludzie nie akceptują odmienności stylu życia geeków, ale w życiu się do tego nie przyznają, więc próbują zrzucić winę na owych geeków i ich rzekome wyalienowanie. Inna sprawa, że taki geek czy fan rzeczywiście często bywa wyalienowany, ale nie tyle przez problemy z nawiązywaniem relacji, ile przez to, że ma niekonwencjonalną pasję.

      I prawda, niewiele się w tej powieści działo, choć na obronę Rowell muszę powiedzieć, że była też lekko i przyjemnie napisana, przez co nie odczułam dłużyzn (może poza końcówką, ale to chyba dlatego, że z powodu braku wyraźnego celu autorka nie bardzo wiedziała, gdzie skończyć powieść).

      Usuń
  3. No to tak, zacznę od tego, że z książką Rowell spotkałam się wcześniej. Przeczytałam "Eleonorę i Parka" z trudem. Książka mi się wybitnie nie podobała, choć wszyscy dookoła się nią zachwycali, wyrażali same pozytywne opinie i do niedawna, sądziłam, że jestem jedyną osobą na tym świecie, która uznała ją za słabą. Pomyślałam, że więcej nie sięgnę w tym układzie po książki pióra tej autorki, bo po prostu się zraziłam. No, ale pojawiła się "Fangirl". Tematyka bardzo mnie zaciekawiła, więc uznałam, że przymrużę oko na "E&P" i pożyczę od przyjaciółki również tą książkę. Tym bardziej, że zachęcała mnie, mówiąc jest super-hiper i o wiele lepsze od wcześniej wspomnianej "Eleonory i Parka". No to zaczęłam czytać. Jakieś... Dwa tygodnie temu i dalej jestem w połowie. Jak na mnie to baaaardzo dużo na czytanie książki, bo coś co ma 450 stron powinnam przeczytać w dwa dni. W pewnym momencie w ogóle przestałam czytać fragmenty, które pochodziły ze świata Simona, bo były okropne. W połowie mam chęć nie czytać tego dalej. Wydaje mi się to nudne i z jakiegoś powodu płytkie. Podobne odczucia miałam wobec "E&P". Zdecydowanie po tym, gdy zadecyduję czy oddać "Fangirl" przyjaciółce już czy spróbować się jeszcze z nią męczyć, to nigdy więcej nie sięgnę po nic, co napisała Rowell.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba jakaś plaga, bo mnie też przeczytanie tej powieści zajęło zaskakująco dużo czasu. W większych dawkach robiła się zwyczajnie niestrawna. Tak naprawdę zainteresowała mnie dopiero w momencie, w którym zorientowałam się, że wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi Cath nie jest postacią źle napisaną, tylko o coś w jej wątku chodzi.

      Natomiast co do faktycznie słabych fragmentów o Simonie. To ja mam problem. Bo skoro ten fikcyjny cykl jest aluzją do "Harry'ego Pottera", to te fragmenty napisane przez Cath też pewnie odnoszą się do jakichś fanowskich teorii, tropów czy żartów - których ja nie rozpoznaję, bo nigdy nie siedziałam w fandomie HP. Rozpoznaję za to najgorsze wady fanfików, których opowiadania Cath są wręcz podręcznikowym przykładem. Strasznie mnie to smuci, że Rowell - próbując dowartościować fanfiction - tak naprawdę utrwaliła jego najgorszy obraz.

      Usuń
  4. Mnie się "Fangirl" -- z zastrzeżeniami (o których pisałam jakoś w kwietniu, więc trochę czasu od mojej lektury "F" minęło) -- podobała, co przywołuję na początku, żeby się z tym nie kryć. Zgadzam się z @Anną: zabieg pokazania Cath tylko w tym świecie, w którym czuje się średnio, mnie akurat się podoba: bo pokazuje, że nie mają bezpośrednio wokół siebie innych fanów można czuć się wyalienowanym, będąc równocześnie bardzo popularnym gdzie indziej. Tak to czytałam i w tym sensie to, że ta rzeczywistość internetowa była zmarginalizowana, mi nie przeszkadzało.

    Mam też wrażenie, że jeśli chodzi o ff, to autorce wyszło ciekawiej w warstwie opisowej, niż sama zamierzyła -- jasne, te deklaracje Cath, czemu pisze i to, że ff ma być terapią dla jej nieudanego życia, to okropne klisze i za proste wyjaśnienie. Ale jak ją widzimy przy pisaniu i przy tym, jak układa historię -- to tam można sobie z tekstem poczynać bardziej śmiało niż to zrobiła Rowell. Ba, to że te fragmenty ff Cath często nie pasują do tego, co się dzieje w realu (bo mi towarzyszyło niekiedy takie uczucie przy ich czytaniu, widzę, że nieco inaczej nam się to czytało ;)), jest szalenie ciekawe, żeby z tego tekstu pod włos powyciągać prawdziwszą Cath. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wydaje mi się też, że Rowell wymigała się od podjęcia tematu "dlaczego slash?", bo nie wiedziała, co z tym zrobić, żeby nie oceniać.

    "dość wyraźnie rysuje granicę między literaturą fantastyczną a literaturą autobiograficzną czy w ogóle realistyczną. Ta pierwsza służy łatwej ucieczce i kompensacji, ta druga – prawdziwej, wartościowej autoterapii, dzięki której Cath zdoła wreszcie uporać się z traumą z dzieciństwa. Cóż. Nie jest to teza, jaką Gryzipiór spodziewał się znaleźć w powieści wydanej w 2015 roku" -- dokładnie. To chyba najsłabszy moment w całości, bo roegrany schematycznie i nie wiadomo co mający wnieść. Zajmij się sobą, ergo: pisz własne rzeczy? Cudza własność intelektualna cię nie uzdrowi?

    Sądzę, że właśnie motyw odejścia matki miał być odwróceniem typowego schematu: i że to właśnie ten ojciec jest tu wychowującym rodzicem. Z tym, że wlazło to w kolejny schemat, niestety.

    Ale za to mogę powiedzieć, że ja z tych, co "Fangirl" przeczytali stosunkowo szybko ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, ale czy autorce faktycznie chodziło o to, żeby pokazać tę przepaść między popularnością w Internecie a alienacją w realu? Bo przecież gdyby o to chodziło, powinna tym bardziej pokazać fandomowe życie Cath, żeby podkreślić kontrast między jednym a drugim. A tu nic! Przecież my nawet nie wiemy, jaką osobą jest Cath w Internecie: czy tak samo dziecinną i apodyktyczną jak w realu, czy może możliwość dzielenia pasji z innymi fanami wyciąga z niej lepsze cechy?
      Jest w "Fangirl" jedna tylko scena, w której Cath (anonimowo) spotyka w realu swoją wielką fankę. I to mogła być najważniejsza scena w książce, która uświadomiłaby bohaterce przepaść między jej dwoma wcieleniami. Ale oczywiście nic takiego się nie dzieje. Fanka zostaje przedstawiona jako rozemocjonowana, trochę głupawa nastolatka, Cath się nie ujawnia, scena nie ma żadnego wpływu na dalsze wydarzenia. Ot, zmarnowany potencjał - trochę jak cała ta powieść, mam wrażenie.

      Powyciągać pod włos - bardzo chętnie, ale co? Mnie się wydawało, że fakt, że fanfiki Cath nie zawsze przystają do jej życia, miał właśnie wzmacniać przekonanie o kompensacji przez pisanie. Czuję się niekochana i bezwartościowa - napiszę fanfik o wielkiej miłości pokonującej bariery płci, rasy i uprzedzeń! Strasznie to banalne, ale zupełnie nie czuję, by dało się z tego wyciągnąć coś, czego autorka sobie nie zamierzyła.

      Jeśli chodzi o granicę między literaturą fantastyczną a autobiograficzną, to wymyśliłam niedawno, że autorce mogło chodzić o coś zupełnie innego: o terapeutyczne korzyści z przyznania się. Kiedy Cath pisze fanfik o miłości Baza i Simona, to skrycie, za pośrednictwem fikcyjnych postaci daje wyraz swoim potrzebom i marzeniom. Kiedy pisze i publikuje opowiadanie o porzuceniu przez matkę, to przyznaje całemu światu, że to się JEJ zdarzyło, że odcisnęło na NIEJ piętno, że uczyniło JĄ być może niezdolną do miłości. Cath przyznaje się do samej siebie i do swoich problemów, co w terapii jest pierwszym krokiem do wyzdrowienia. I ten pomysł nawet mi się podoba, tylko szkoda, że autorce wyszło to tak strasznie niezgrabnie.

      Usuń
    2. Wiesz co, aż sobie przypomniałam dokładnie, co pisałam o "Fangirl" i mam wrażenie, że dzisiaj przeczytałabym tę książkę inaczej (odpowiadając przy okazji na Twoje pytania) -- nadal na tak, ale nieco bardziej pod włos temu, co Rowell pisze. Bo ja nadal mam wrażenie, że to jest niezłe YA, ale czasami wbrew autorce ;). I w tym sensie mogę powiedzieć: nie istotne, czy jej o to chodziło, ale jak wyszło ostatecznie w odbiorze (i tutaj można się kłócić: moim zdaniem można to tak czytać). Że wiesz, że ta sława internetowa Cath niewiele dla niej znaczy, ale nie że jest zadufana czy głupiutka (tę postać odebrałam zupełnie inaczej i teraz się zastanawiam, czy to też nie kwestia przekładu jednak miejscami?), tylko dlatego, że ona nie umie jej usytuować w jej sytuacji jako Cath, a nie Magicath -- a propos spotkania z fanką. Jak myślisz?

      Usuń
    3. Szczerze? Nie wiem. Trudno mi uwierzyć, żeby internetowa sława niewiele znaczyła dla dziewczyny tak zakompleksionej i przekonanej o własnej towarzyskiej nieatrakcyjności, jak Cath. Musiałaby być z kamienia. Nie sądzę, by Cath była "głupiutka"; jest raczej dziecinna, kontrolująca, momentami okrutna - i to akurat wydaje mi się wiarygodnym portretem straumatyzowanej nastolatki. Ale żeby ta nastolatka nic, absolutnie nic nie wyniosła z tych setek komentarzy, zachęt, wyrazów sympatii, które otrzymała jako autorka popularnego fanfiction? Dziwne. Jasne, można to sobie wytłumaczyć tak, że Cath chce być kochana jako Cath, a nie jako Magicath, która jest tylko internetową kreacją. Ale to by dopiero było zachowawcze podejście do tematu!

      A jak Ty odebrałaś Cath? Bo przekład tej powieści w ogóle jest nie najlepszy. Nie zdziwiłabym się, gdyby coś uległo po drodze wypaczeniu.

      Usuń
    4. Przepraszam, że tak z doskoku, ale na szczęście mamy wszystko zapisane i wiemy, o czym rozmawiamy :).

      No właśnie się zastanawiam i szczerze mówiąc: może i może tak być? W sensie, że to nie jest do końca sława zakompleksionej Cath, ale świetnie sobie radzącej i znanej Magicath. Która była zresztą kiedyś częścią duetu, który się rozpadł, kiedy odeszła Wren. I tak, to jest zachowawcze, w takim sensie, w jakim zachowawczy jest ten nacisk na katharsis przez "prawdziwą literaturę". Ale z drugiej strony dostajemy też bohaterkę, która się rozwija -- w relacji do innych. Ona chyba nie umie korzystać z tych komentarzy, wiesz? Wydaje mi się, że ona nawet z tych komentarzy "na żywo" nie umie korzystać, póki jej współlokatorka i chłopak nie ustają w wysiłkach, żeby Cat otworzyć i żeby te komentarze do niej dotarły.

      Więc dla mnie Cath to jest taka postać, która dorasta, ale bez magicznego happy endu -- jasne, pod pewnymi względami się właśnie otwiera, uczy się przezywciężać własne ograniczenia w myśleniu (choćby o fandomie -- jej reakcja na słowa współlokatorki, że przecież ona też lubi Snowa -- no właśnie: może Cath jakoś nie czerpie z tej internetowej sławy w realu, bo wydaje jej się, że w realu nie ma takich ludzi, którzy tak fanują Simonowi?), ale też w relacji do ludzi: jasne, nie umie wybaczyć matce, nie umie zaufać w pełni ojcu, ale właśnie mnie się podobało to, że te traumy nie zostają pokonane, że nie znikają, ale że Cath uczy się z nimi żyć. Przynajmniej trochę.

      Usuń
    5. Pełna zgoda! Dodam tylko, że to też fajne odwrócenie tej popularnej kliszy, że miłość pozwala pokonać wszystkie problemy, że błyskawicznie uzdrawia nieszczęśliwe dziewczyny, że w magiczny sposób przydaje im wartości i poczucia pewności siebie. Tę nieumiejętność korzystania z komentarzy można jeszcze wytłumaczyć tendencją Cath do podawania w wątpliwość lub wręcz odrzucania wszelkich wyrazów podziwu czy sympatii, które kłócą się jej z niskim poczuciem wartości.

      I właśnie to mi przeszkadza.

      No, bo jeśli fandom nie ma żadnego wpływu na Cath, to właściwie po co pojawia się w powieści? Po to, żeby pokazać, że "miłość" w Sieci jest tylko substytutem miłości, której tak rozpaczliwie brakuje bohaterce w realu? Bo przecież Levi też zaczyna znajomość z Cath od czytania i chwalenia jej fanfików. I wtedy jego pozytywne komentarze zaczynają do niej docierać. Czy dlatego, że wszystko dzieje się na żywo, między dwojgiem ludzi zdolnych spojrzeć sobie w oczy? Jeśli tak, to wychodzi na to, że mamy powieść o fangirl, w której obraz fandomu, fanfiction i internetowego życia jest właściwie zupełnie... negatywny.

      Faktycznie to zdziwienie Cath, że ktoś oprócz niej lubi Snowa, jest... dziwne. Tym bardziej, że to przecież nie jest niszowa publikacja, o której słyszało 100 osób na świecie. Mam wrażenie, że Rowell starała się pokazać na przykładzie Cath syndrom oblężonej twierdzy, który czasem przejawiają fani, gdy muszą mówić o swojej pasji w realu. Pamiętam parę scen, w których Cath powątpiewa, że komuś w realu może się podobać slash albo uważa, że zostanie wyśmiana, albo wstydzi się czytać na głos w obecności znajomego geja. Tak jakby od razu zakładała, że ludzie żyjący w realu są wrogami jej pasji i że zostanie niezrozumiana, odrzucona. Tylko że nie zostaje; wszyscy są dla niej mili, akceptujący, uprzejmie zaciekawieni. Tu zresztą też mi coś zgrzyta, bo ta przepaść między lękami Cath a reakcją otoczenia sugeruje czytelnikowi, że te lęki się bezpodstawne, tymczasem - jak wiadomo z realnego życia - nie są.

      Usuń
    6. Właściwie tu się mogę zgodzić, że fandomu jako takiego w "Fangirl" właściwie nie ma, bo Cath działa niejako w próżni w świecie rzeczywistym, a w świecie wirtualnym nie ma zadzieżgniętych więzi z innymi fanami na poziomach różnych od pisania i czytania jej fanfika.

      Natomiast wydaje mi się, że jednak reakcja Cath nie jest dziwna -- po prostu jej się chyba wydaje, że lubienie Snowa każdego powinno doprowadzić do takiego mocnego fanowania, a jeśli nie, to trudno mówić o lubieniu. Tak to odebrałam i to była dobra scena w tym sensie, że pokazywała różne oblicza fanowania. Ale z drugiej strony jednak te lęki w powieści nie są zupełnie bezpodstawne, chociaż przedstawione inaczej, bo przecież Cath w swojej pasji zostaje sama, inni, w tym Wren, z niej "wyrastają" i może stąd pochodzi jej strach.

      Usuń
    7. To prawda i chyba Cath nie zadzierzgnęła z nimi więzi dlatego, że miała Wren, z którą czuła się bezpiecznie i z którą tworzyły swój własny minifandom. Inni ludzie byli w nim zbędni. Tylko że to nadal nie wyjaśnia, po co znalazł się w tej powieści wątek fanizmu. Toksyczną relację bliźniaczek można było pokazać i bez niego.

      Nie wiem, czy nie sięgamy za głęboko. Nie jestem przekona, czy ta nieszczęsna scena pokazywała różne oblicza fanowania. Nie nazwałabym Reagan fanką; ona po prostu lubi cykl o Snowie. Przeczytała, spodobał jej się, pewnie chętnie sięgnie po kolejną część - i tyle. Ta postawa jest pewnie w świecie "Fangirl" powszechna, bo przecież był to cykl bardzo popularny. Skoro Cath się temu dziwi, to może nie zdaje sobie sprawy z tego, że ludzie w realu lubią Snowa, ponieważ... cóż, nie zna ludzi w realu? Nie czyta gazet, nie ogląda telewizji, w Internecie przegląda tylko portale z fanfikami? Może ta scena miała nam po prostu kolejny raz pokazać, jak bardzo aspołeczna jest Cath.
      I owszem, Cath zostaje ze swoją pasją sama (dopóki nie spotyka Leviego), tyle że... w realu. Bo przecież w Internecie nadal ma tysiące fanów, które czekają na zakończenie jej fanfika. Dlaczego nie zwróci się do nich?

      Usuń
    8. Dobrze, ale tu pojawia się właśnie ta kwestia: kto jest fanem? Ktoś, kto po prostu lubi daną książkę, czy ktoś, kto ją czytał (wątek Leviego!), czy ktoś, kto poświęca jej dużo więcej czasu. A może wszyscy?

      Nie wiem, czy odpowiedzią na Twoje pytanie nie jest to, że Rowell stawia fanfik Cath w roli takiego zadania, które ma się Cath pozwolić jakoś oczyścić, zamknąć jakiś rozdział w życiu? I w tym sensie ona go pisze dla siebie najbardziej, a dla fanów mniej -- i może dlatego nie zwróci się do nich? W sumie już o tym dywagowałyśmy ;).

      Usuń
    9. Trudne pytanie. Najpierw napisałam, że "fanem jest ten, kto uważa się za fana", ale ta definicja, choć ma w sobie sporo prawdy, jest chyba zbyt idealistyczna (bo przecież bardzo rozszerzył się zakres znaczeniowy wyrazu "fan", które zastępuje nam słowa "wielbiciel", "miłośnik" i tak dalej). Moim zdaniem fan to ktoś, kto jest bardzo mocno zaangażowany emocjonalnie w jakiś wytwór kultury. Przy czym nie tylko go uwielbia, ale i gromadzi wiedzę na jego temat, analizuje, snuje teorie, a często też twórczo i/lub krytycznie dany utwór przetwarza (fanfiki, fanarty). Niektórzy socjologowie dodają jeszcze warunek uczestnictwa w fandomie, ale wydaje mi się, że nie jest on konieczny. Tak rozumianym fanem jest w powieści Rowell tylko Cath, w przeszłości była nim zapewne też Wren.

      Oczywiście masz rację, że granice definicji fana są nieostre (i zapewne niepotrzebne). Prawdopodobnie będą coraz bardziej nieostre, gdyż - mam wrażenie - aktywny model odbioru kultury przez fanów dość już wyraźnie wypiera odbiór tradycyjny, bierny. Co oczywiście prowadzi nas do podziału na casual fan i proper fan. Można tego podziału nie lubić, bo kojarzy się elitarystycznie, bo sprawia wrażenie podziału na lepszych i gorszych. Z drugiej strony wydaje mi się całkiem zrozumiałe, że tzw. proper fans chcą się odróżnić od swoich mniej zaangażowanych kolegów, że chcą zachować tę wyjątkowość, za którą często musieli płacić niezrozumieniem w realu.

      A stawia go w takiej roli? Mnie się wydaje, że fanfik Cath to raczej czysty eskapizm i kompensacja, a dopiero napisanie oraz publikacja opowiadania o matce ma być dla niej takim oczyszczeniem i rytuałem przejścia w dorosłość.

      Usuń
    10. Jasne, tak się ostatecznie dzieje -- ale wcale nie mam pewności, czy wcześniej to fanfikopisanie nie ma jednak spełniać takiej roli.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.