Sekretne życie gryzipiórów, albo Liebster Award #2


Nie wiem, jak Wam, ale Gryzipiórowi upał taki jak dziś wysysa duszę. Dlatego zamiast klecić Tę Jedną Trudną Notkę, Którą Raz w Życiu Musi Napisać Każdy Bloger, napisał odpowiedź na drugą w swoim blogowym życiu Liebster Award. Poniżej jedenaście szczwanych pytań od Gauleitera Sidy z Muzeum Nietoperzy i jedenaście równie – miejmy nadzieję – szczwanych replik. Gryzipiór doda tylko, że nie uważa takich notek za zapychaczy miejsca, bardzo lubi odpowiadać na Wasze pytania i bezwstydnie dzielić się swoimi sekretami. Tym razem będzie dużo o Tolkienie, problemie reprezentacji oraz Gryzipióra nieodwzajemnionej miłości do fandomu.

Jak odnosisz się do list spod znaku „100 i więcej książek/filmów/czegokolwiek, które znać trzeba/wypada/warto”?
Palę, topię, ucinam łeb i dla pewności przebijam osinowym kołkiem. A naprawdę to zależy od tego, które z tych niebezpiecznych słówek znajduje się na końcu. „Trzeba” i to okropnie opresyjne „wypada” najchętniej w ogóle wykreśliłabym ze słowników. Poza tym kanon – rzecz kontrowersyjna, lepiej nie ufać mu w 100%. Z jednej strony zawiera utwory mądre, doskonale napisane i ważne dla naszej kultury, z drugiej – odzwierciedla rozmaite społeczne nierówności i stosunki władzy (policzcie, ile powieści na zaproponowanej przez BBC liście 100 książek, które każdy powinien znać, napisały kobiety, albo w ilu występują postaci LGBT, albo ile powstało w języku innym niż angielski). Inaczej ze słowem „warto”. Nie ma przymusu, jest pole do rozmowy. Takie listy lubię przeglądać.

Książka/seria/film/cokolwiek, które uwielbiałeś/nienawidziłeś będąc młodszym, a teraz zupełnie zmieniłeś stosunek do niej/niego/nich?
„Władca Pierścieni”. Dla wielu książka życia. Dla mnie lektura, do której podchodziłam trzy… nie, cztery razy (raz udało się nawet skończyć pierwszy tom). Co mi przeszkadzało? Wyidealizowani, wyprani z charakteru bohaterowie, banalny podział na Dobro i Zło, rozwlekłe opisy jak z przewodnika turystycznego po Śródziemiu… No, męczarnia po prostu. Wiele lepszej i gorszej fantasy musiało przepłynąć przez Gryzipiórową głowę, zanim pewnego dnia instynktownie sięgnęłam znów po „Dwie wieże”. I się zachwyciłam. Klimatem. Melancholią. Nostalgią za dawnymi, lepszymi czasy. Zanim skończyłam „Powrót króla” zachwyt ten trochę przygasł, ale przynajmniej przeszło obrzydzenie. Nadal obcuję z „Władcą Pierścieni” bardziej z obowiązku, niż z miłości, bo my się z panem Tolkienem zupełnie rozmijamy, jeśli chodzi o obraz świata i typ wrażliwości. Ale cenię go bardzo.

Jaka jest Twoja relacja z ogólnie pojętym fandomem? Korzystasz z jego zasobów, tworzysz coś, bierzesz udział w dyskusjach? Czy może uważasz tych ludzi za zgraję dziwnych stworzeń, z którymi nie chcesz mieć zupełnie nic wspólnego?
Kocham fandom. Ludzi w śmiesznych kostiumach, otwartych i zadowolonych z tego, że są inni. Ludzi w koszulkach z nadrukami, które rozumie może 10 osób na świecie. Ludzi, którzy nie przejmują się granicami (geograficznymi i tymi innymi), normami, tematami tabu – albo przejmują się nimi za bardzo. Uwielbiam dynamikę fandomu, te licealne melodramaty i roztrząsanie w nieskończoność tego samego, które zawsze kończy się zarwaniem nocy. Uwielbiam też nieokiełznaną fandomową twórczość: gify, fanarty, eseje analizujące symbolikę tapet używanych w danym serialu. I oczywiście fanfiki: czasem rewelacyjne, czasem zabawnie słabe, zawsze gotowe niepokornie reinterpretować opowieści z kulturowego kanonu. Sama trzymam się raczej na zewnątrz – akces do jakiejkolwiek wspólnoty zawsze przychodził mi z trudem.

Pytania o wylądowanie na bezludnej wyspie są nudne, więc trochę inaczej: rozpoczyna się apokalipsa zombie, jakie trzy przedmioty koniecznie chcesz mieć przy sobie?
Pelerynę-niewidkę, dobrą książkę i kubek gorącej herbaty na przeczekanie.

Najbardziej zmarnowany potencjał w historii literatury/kina/jakiekolwiek innego medium, które akurat przychodzi Ci na myśl? Jakiś pomysł, który miał szansę wygrać wszechświat, ale autor, Twoim zdaniem, nie podołał zadaniu i zaprzepaścił wszystko? Jak Ty byś to rozwiązał?
Trudne pytanie. W literaturze fantasy to chyba „Mgły Avalonu” Marion Zimmer Bradley – odważna reinterpretacja legendy arturiańskiej jako opowieści o patriarchalnych źródłach kultury Zachodu, u których chrześcijaństwo wyparło kult Wielkiej Bogini, pozbawiwszy kobiety mocy, władzy, samoświadomości i seksualności. Mógł powstać wielki feministyczny mit. Powstała powieść nudna i przegadana, w dodatku wyraźnie pisana pod tezę. Jak ja bym to rozwiązała? Na początek spuściłabym z tonu i zamiast przez 10 stron opisywać poród Morgiany (historia codzienności, historia kobiet jest ważna, ale bez przesady), skupiłabym się na wciągającej intrydze. A gdy już czytelnicy pokochaliby moją powieść za wartką akcję, cięte dialogi i niebanalnych bohaterów, zajęłabym się budowaniem przesłania. Stawiając pytania, a nie podając gotowe odpowiedzi.

Sytuacja całkiem prawdopodobna: zostajesz obdarzony supermocami, takim standardowym zestawem siła-szybkość-wyglądanie dobrze w lateksie-wytrzymałość. Co z tym faktem robisz?
Przed czy po tym, jak wymuszam na BBC kolejny sezon „Sherlocka”? Bo jeśli po, to zawożę czystą wodę dzieciom w Afryce, ogarniam dla nich moskitiery, uczę angielskiego. Takie tam banały.

Jaki jest Twój stosunek do reprezentacji różnych ras, religii, orientacji seksualnych w (pop)kulturze? Uważasz, że jest potrzebna, czy wręcz przeciwnie, przeszkadza Ci skupianie się na czymś takim?
Oj, uważam, że jest bardzo potrzebna. Ale nie w imię wysilonej politycznej poprawności, tylko w imię empatii i szacunku do drugiej osoby. Również odkłamywania rzeczywistości przedstawianej w popkulturze, bo przecież świat nie składa się wyłącznie z białych, heteroseksualnych superbohaterów (na szczęście). Bardzo, bardzo polecam „Orange Is the New Black” – serial o życiu więziennym, który pokazuje kobiety z różnych ras i klas społecznych w ten mądry sposób, który nie zaciera różnic, nie szuka łatwego uniwersalizmu, a pokazuje odmienność jako źródło tożsamości i siły.

Pierwsza obejrzana/przeczytana rzecz, która sprowadziła Cię na drogę nerdostwa? A przynajmniej zapoczątkowała Twoje zainteresowanie tymi wszystkimi dziwnymi rzeczami, którymi się interesujesz?
O, to łatwe: cykl o wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Pierwsza książka, której długie fragmenty znałam na pamięć i o której dyskutowałam po nocach z uporem godnym lepszej sprawy. Pierwsza – i na szczęście jedyna – książka, do której napisałam fanfika. Z szarowłosą i fiołkowooką Mary Sue w roli głównej. Nie, to nie żart. Było to na długo, zanim dowiedziałam się, że coś takiego jak fanfiction i fandom w ogóle istnieje.

Masz możliwość spotkać się z czterema dowolnie wybranymi postaciami fikcyjnymi, kogo wybierasz? Dlaczego akurat ich?
Tylko z czterema? No, to tak:
  • z Dziecięcą Cesarzową z „Niekończącej się historii”, żeby nadać jej nowe imię i przy okazji poznać własne,
  • z dowolną postacią posiadającą wehikuł czasu, żeby jej ten wehikuł zakosić,
  • z wiedźmami Pratchetta, ponieważ należymy do tego samego plemienia,
  • z Sansą Stark, ponieważ.

Zbierasz jakieś durnostojki związane ze swoimi popkulturowymi zainteresowaniami? Figurynki, zabawki, kubki, takie rzeczy?
Nie zbieram. Nałogowo kolekcjonuję tylko książki i buty.

Możesz zamieszkać w wybranym przez siebie fikcyjnym świecie, jaki byś wybrał? Z innej strony, jak wymyślony świat uważasz za niezwykle ciekawy, ale nie chciałabyś/chciałbyś znaleźć się tam ani na moment? Dlaczego tak?
Ach, pal licho oryginalność. Zamieszkałabym w Śródziemiu. Bo to idealne miejsce, by spędzić w nim wieczność: melancholijnie piękne, z arcyciekawą historią i tajemnicami wciąż czekającymi na wyjaśnienie (oczywiście przeze mnie). Jasne, raz na tysiąc lat powstanie jakiś Mroczny Pan albo dziejowa konieczność wypędzi Elfów za morze, ale to mi się nawet podoba, bo patrząc po wzroście i charakterze, byłabym tam krasnoludką. Za nic z kolei nie zamieszkałabym w Westeros, bo choć to mój ulubiony świat fantasy, nie cierpię intryg i pewnie szybko podzieliłabym los Eddarda Starka.

Jak zwykle Gryzipiór nikogo nie nominuje i jak zwykle ma nadzieję, że nie czeka go za to trzynaście lat nieszczęść.
  1. Ja w takie dni twierdzę, że mam syndrom Detrytusa i proszę ode mnie za wiele nie wymagać. Właściwie to nawet zdań złożonych nie powinno się wymagać. O.

    OdpowiedzUsuń
  2. No dobrze, mnie się "Mgły..." podobały swego czasu bardzo -- nie powtórzyłam ich od liceum nigdy, więc może wartałoby sprawdzić, ale: i ta reinterpretacja jest z rozmachem, i to kreślenie po związkach w legendzie, i wyjaśnienie, czemu Artur i Ginewra nie mają dzieci nadające Ginewrze jakąś bo jakąś, ale jednak sprawczość zamiast "stary król dzieci mieć nie może, ziemia musi zostać bezpołodna", no i to, że i Merlin, i Pani Jeziora to tytuły honorowe... No nie wiem, kontekst powstania "Mgieł..." jest mocno taki sobie, ale samej książki bym jednak broniła.

    @Anna, pod syndromem Detrytusa się podpisuję, doskonała nazwa :D!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie jestem świeżo po lekturze, więc nie wykluczam, że teraz, po kilku latach i kilku książkach, "Mgły Avalonu" spodobałyby mi się bardziej (casus "Władcy Pierścieni"). Trzeba będzie sprawdzić. Ale raczej nieprędko, bo nadal pamiętam zawód, jaki sprawiły mi "Mgły" na tym najbardziej podstawowym poziomie - poziomie opowieści. Masz rację: pomysł i reinterpretacja legendy są bardzo ciekawe, ale dlaczego musiało temu towarzyszyć tyle nieistotnych szczegółów, tyle spowolnień akcji? No, i te bohaterki, które przez pierwszą połowę książki ciągle albo kochają, albo rodzą dzieci, albo coś tkają. Ja wiem, że to bardzo zgodnie z tym odłamem feminizmu, który stara się zrehabilitować kobiecą codzienność i kobiece spojrzenie na historię, ale wciągającą opowieść stworzyć z tego bardzo trudno.

      Usuń
    2. Tak sobie przypominam, jak to ze sposobem napisania "Mgieł..." jest i dochodzę do wniosku, że mnie akurat to pasuje -- to znaczy właśnie nacisk na te kwestie mocno naturalistyczne (wszelkiego rodzaju porody -- nie, żebym z manią wyszukiwała takie opisy w literaturze ;) -- chodzi mi raczej o to, że ten zwrot w stronę zjawisk zwykle nie opisywanych albo opisywanych krótko, tutaj zrobił na mnie swego czasu wrażenie) i takie zupełnie, ale to zupełnie codzienne, dla mnie buduje takie napięcie, że jest zwyczajnie, to zaraz się pewnie wszystko zawali ;).

      Swoją drogą znasz może "Prawdziwą historię Morgan le Fay..." Krystyny Kwiatkowskiej? Autorka napisała coś bardzo w stylu "Mgieł..." (choć w posłowiu pisze, że nie inspirowała się bezpośrednio), ale to jest właśnie dla mnie przykład takiego porozbijania narracji przez tezę, że trudno to uznać za pasjonującą opowieść.

      Usuń
    3. No, bo jest trudno. Oczywiście istnieją pisarze, którzy o codzienności i jej męczących szczegółach potrafią pisać pasjonująco, ale ci, którzy tego nie potrafią, naprawdę powinni trzymać się od tych tematów z daleka. Nie wiem, może to ja mam problem z "Mgłami Avalonu" - ale z drugiej strony czytałam też "Leśny Dom" tej samej autorki i była to jedna z najgorszych książek, jakie miałam w rękach.

      "Prawdziwej historii Morgan le Fey..." Kwiatkowskiej nie znam. Warto? Recenzje w Internecie nie brzmią zachęcająco.

      Usuń
    4. Mnie się zdarzyło tylko czytać powieść autorki "ze szkoły" Bradley, Diana Paxton się pani nazywa, ale książka była mocno prześrednia, schematyczna i "pod tezę". Dlatego nie wiem, czy nie jest trochę tak, że "Mgły..." są tu szczytowym (bronię ich trochę, ale nie bardzo zajadle, bo nie mam ich na świeżo) osiągnięciem pewnej "szkoły", co się potem rozpełzło.

      Nie warto, moim zdaniem ;). Ale znowu: musiałabym powtórzyć. Ale swego czasu to było dla mnie ogromne rozczarowanie czytelnicze.

      Usuń
    5. *Diana L. Paxon, przepraszam, a powieści były nawet dwie: "Pani Światła" i "Pani Ciemności".

      Usuń
  3. Dziękuję za odpowiedzi. :) Znacznie bardziej szczwane niż pytania, to na pewno.

    Zgadzam się w stu procentach z odpowiedzią na temat reprezentacji, "OITNB" świetnie wypada pod tym względem. Wykorzystanie supermocy też na ogromny plus. "Mgły Awalonu" miałam w planach, ale właśnie troszkę zabiłaś entuzjazm, z jakim podchodziłam do tego tytułu. Chyba spróbuję tak czy inaczej, ale brzmi to dość smutno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję za pytania. ;)
      Ale wiesz, Pyzie, która zostawiła komentarz powyżej, "Mgły..." się podobały, więc pewnie wszystko zależy od naszych czytelniczych upodobań i oczekiwań (jak zwykle). Dla mnie ta książka jest po prostu słabo napisana, ale sam pomysł jest na tyle ciekawy i bogaty w znaczenia, że może zainteresować. Także, no, najlepiej przekonać się na własnej głowie. :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.