Lekturowstręt, albo jak nie zostałam molem książkowym – część 1


Lekturowstręt – nieuzasadniona reakcja alergiczna o dużym nasileniu, spowodowana bliskością książki lub w skrajnym wypadku samą wzmianką o „kreacji postaci”, „opisach przyrody” i „poezji narodowej”. Charakteryzuje się obecnością silnych emocji, takich jak odraza i odrzucenie. Według raportu Biblioteki Narodowej na ostry lekturowstręt cierpi 20% Polaków. Najbardziej zagrożone infekcją są dzieci i młodzież w wieku szkolnym, szczególnie narażone na kontakt ze źle dobranymi lekturami oraz nieuzasadnioną presją ze strony nauczycieli oraz autorów egzaminów z języka polskiego. Poniżej prezentujemy pokrzepiającą historię pewnego pacjenta, który zdołał się z lekturowstrętu wyleczyć. Historię, która – miejmy nadzieję – choć odrobinę podważy mit, że nie czytają książek tylko dzieci głupie i leniwe.

Pacjent to małoletni Gryzipiór, u którego lekturowstręt rozwinął się na tle urazowym, nic bowiem nie wskazuje, by miał on podłoże genetyczne (oboje rodzice czytali i do czytania zachęcali). Przypuszczalne miejsce infekcji to szkoła podstawowa. To tam Gryzipiór pierwszy raz zetknął się z twórczością Marii Konopnickiej („O krasnoludkach i o sierotce Marysi”) oraz Kornela Makuszyńskiego („Awantura o Basię”), z której nie zrozumiał nic. Winien tej klęsce poznawczej był zapewne archaiczny język obu autorów, niedopasowany do możliwości współczesnego dziewięciolatka. Powstaje pytanie, dlaczego mimo ogromnych zmian, jakie zaszły w polszczyźnie i realiach kulturowych, w klasach I-IV wciąż omawia się utwory napisane przed II wojną światową lub tuż po niej [1]. Przyzwyczajenie? Marne zaopatrzenie bibliotek, które nie mają pieniędzy na książki spoza dawnej podstawy programowej? Sentyment nauczycieli do utworów z własnego dzieciństwa? Brak podstawowej wiedzy o psychologii dzieci, które nie wszystkie rozwijają się jednakowym tempie (i dlatego być może lektury powinno się im dobierać indywidualnie)?

Odnotujmy: kanon literatury dziecięcej nie jest dla dzieci. Kanon literatury dziecięcej jest dla dorosłych, zainteresowanych jej rozwojem na przestrzeni lat. Bezradny wobec tak wiekopomnych dzieł, jak „Szewczyk Dratewka” Janiny Porazińskiej („Aby liche odzienie na grzbiecie, aby podarte skórzniaki na nogach”) czy „Na jagody” wspomnianej Konopnickiej („Noc go kryje skrzydłem kruczem, | Świt otwiera srebrnym kluczem”), małoletni Gryzipiór nauczył się, że czytanie jest czymś trudnym i nieprzyjemnym, a także że jest za głupi, by zrozumieć coś, co wszyscy wokół najwyraźniej chwytają w lot. Należał prawdopodobnie do ostatniego pokolenia, które wiedziało, czym są pióro i kałamarz z „Plastusiowego pamiętnika” Marii Kownackiej – dziś nawet nie chce myśleć o tym, jaką barierę obcości muszą sforsować dzieci, by zrozumieć ten sympatyczny skądinąd utwór.

Ostatecznie Gryzipiór porzucił książki na rzecz gier komputerowych i animowanych bajek. Uwielbiał bowiem opowieści, a obraz łatwiej mu było zrozumieć niż kunsztowną prozę autorów, którzy mówili do niego językiem sprzed stu lat. Do dziś wyraża kontrowersyjne przekonanie, że książki są tylko jednym ze sposobów obcowania z kulturą, więc jeśli dziecko (a potem dorosły) woli oglądać seriale lub grać na komputerze – nie ma problemu tak długo, jak długo wynosi z nich coś dla siebie i ćwiczy wyobraźnię. Warto może dodać, że jak większość dzieci Gryzipiór uwielbiał, gdy się do niego mówiło. Od czasu do czasu wspomina nauczyciela, który – gdy już uznał klasę za przypadek beznadziejny – zbierał wokół siebie kółeczko słuchaczy i pięknie opowiadał greckie mity. Tak Gryzipiór nauczył się cieszyć opowieścią na długo, zanim dorósł do lektury „Mitologii” Jana Parandowskiego. Pod wpływem tego wspomnienia często zastanawia się, czy nauczyciele klas I-IV nie powinni raczej swoim podopiecznym lektur opowiadać – szczególnie baśni, które wywodzą się przecież z tradycji ustnej.

Tak czy inaczej, Gryzipiór pokonywał kolejne szczeble edukacji z przekonaniem o własnej czytelniczej niekompetencji. Trochę mu było wstyd, że poza szkołą pochłania tak łatwe i przyjemne pozycje, jak cykl o Harrym Potterze czy seria „Animorphs” K. A. Applegate, ale tak naprawdę nie miał wielkiego wyboru. Do „Ani z Zielonego Wzgórza” podchodził cztery razy. „Dzieci z Bullerbyn” nudziły go straszliwie, podobnie „W pustyni i w puszczy” oraz „Opowiadania z Doliny Muminków”. Dziś możemy z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że owa „nuda” wynikała z poczucia obcości. Wspomniane książki cieszą się wprawdzie statusem „uniwersalnych”, ale Gryzipiór nie znajdował w nich nic dla siebie – nic, co dotyczyłoby go osobiście.

Świat tych lektur po prostu nie był jego światem. Mieszkały w nim dziwne dzieci, które bawiły się grupowo w lesie lub na podwórku (Gryzipiór zaś mieszkał sam z rodzicami w bloku, w dużym mieście). Działały w nim dziwne szkoły, panowały dziwne, jakby niedzisiejsze relacje rodzinne i niezrozumiałe obyczaje. Fabuła wydawała się błaha, z tak mrożącymi krew w żyłach przygodami, jak farbowanie włosów, pieczenie ciasta i pomylenie wina z sokiem porzeczkowym („Ania z Zielonego Wzgórza”). Nie było w niej nic z tych wielkich i ekscytujących mitów, w których bohater musi zmierzyć się z Wielkim Złem, by ocalić świat – jak w wersji popularnej robił to Harry Potter czy grupa nastolatków z „Animorphs”. Zanim Gryzipiór zapadł na lekturowstręt, spodobały mu się jeszcze „Spotkanie nad morzem” Jadwigi Korczakowskiej i „O psie, który jeździł koleją” Romana Pisarskiego, bo były smutne, a smutek rozumie każdy.

Spodobali mu się również „Chłopcy z Placu Broni”, co dziś go trochę przeraża.

Jednak już w połowie podstawówki świat przedstawiany w szkolnych lekturach stał się dla niego nieznośnie naiwny i wyidealizowany, toteż Gryzipiór po prostu… przestał im wierzyć. Może przeczuwał, że lista lektur szkolnych odzwierciedla sposób, w jaki dorośli postrzegają dzieci – a raczej sposób, w jaki chcieliby je postrzegać. Dziś, żeby zachować słodką wrażliwość Ani Shirley, trzeba by chyba mieszkać w mnisiej celi bez okien. W dobie Internetu i braku cenzury obyczajowej dzieci dorastają szybciej – to banał, którego Ministerstwo Edukacji Narodowej najwyraźniej nie zauważyło (albo nie chce zauważyć z tych samych powodów, z których nie wprowadzi do szkół edukacji seksualnej). Ile książek polecanych uczniom podejmuje tak niewygodne, a wszechobecne tematy jak seks, narkotyki, rozpad rodziny, przemoc, kryzys wiary, depresja któregoś z rodziców, samobójstwo? Jak – zapytajmy retorycznie – pozbawione takiej lektury dziecko ma zrozumieć, że te problemy się częścią życia? Jak ma nauczyć się o nich rozmawiać?

Jak dorosłe społeczeństwo ma nauczyć się o nich rozmawiać?

„My, dzieci z dworca ZOO”, gdy w końcu wpadły mu w ręce na początku gimnazjum, Gryzipiór czytał, jakby był na głodzie (lekturowym). Nareszcie poczuł, że został dostrzeżony: on, miejskie dziecko z szarych blokowisk, gdzie wszystko jest zakazane (sam na takim nie mieszkał, ale wystarczająco często odwiedzał kolegów i koleżanki), gdzie rodzice się kłócą i nie zawsze potem godzą, gdzie przebywanie w grupie rówieśniczej oznacza nieustanną grę o miejsce w hierarchii. Prawdopodobnie jednak zabrakło mu odwagi, żeby domagać się więcej takich książek (wyobraźcie sobie te krzywe spojrzenia). A na listach lektur nie było ich wcale.

I nie ma ich nadal, mimo że księgarnie – inaczej niż w dzieciństwie Gryzipióra – mają w ofercie znakomite utwory Johna Greena, Philipa Pullmana czy naszej Marty Fox (o nastoletniej modelce – ofierze zbyt ambitnej matki, o dziewczynie zmagającej się z nadwagą w epoce kultu ciała). Tego rodzaju książki nie traktują młodego czytelnika jak słodkiego, trochę głupawego aniołka, który żyje w idealnym świecie. Pokazują problemy, prowokują pytania, nie pozostawią dziecka samego z ciemnymi emocjami. Tego rodzaju książki to również doskonały punkt wyjścia do klasowej dyskusji na temat inności, której dzieci nie akceptują nawet bardziej niż dorośli. Dopóki jednak nie trafią na listę lektur, nie staną się naprawdę popularne (chyba że doczekają się ekranizacji). Żeby uczeń po nie sięgnął, musi wiedzieć o ich istnieniu, czyli mieć świadomych rodziców, oczytanych znajomych albo przynajmniej solidnie zaopatrzoną i prężnie działającą bibliotekę w pobliżu (dobrze by było, gdyby była to biblioteka z osobnym działem literatury młodzieżowej – żaden nastolatek nie zniży się do buszowania w dziale dziecięcym). Pozostawiony sam sobie, chwyci mierne, ale modne „50 twarzy Greya” – najpopularniejszą obecnie książkę w liceach i technikach, piątą co do popularności w gimnazjach (źródło). Organizatorzy wyborów głupio tłumaczą tę popularność kampanią reklamową filmu oraz „potrzebą udowodnienia dorosłości” przez uczniów, co dobrze pokazuje niechęć do przyznania, że zapotrzebowanie na tego rodzaju literaturę istnieje również wśród nastolatków.

Wróćmy jednak do naszego pacjenta. Gryzipiór urodził się niestety za wcześnie, by móc czytać Fox i Greena kosztem klasyki, którą jakiś dowcipniś nazwał „ponadczasową”. W rezultacie u progu gimnazjum, podobnie jak wielu przyszłych książkofobów, wylądował w czytelniczej próżni. Wyrósł z ckliwych opowieści o Małym Księciu i Muminkach (właściwie chyba nigdy do nich nie dorósł), a na Poważne Książki było za wcześnie. Tak przynajmniej się wydawało, dopóki nasz trzynastoletni pacjent nie zaczął zaczytywać się w literaturze obozowej – jedynej łatwo dostępnej, która podejmowała te naprawdę ważne tematy: dobra i zła, sensu życia i bezsensu przemocy. Cóż, zawsze miał tendencję do skrajności. Nie wierzy jednak, by jako dziecko był osamotniony w tej potrzebie poznawania świata również od jego najgorszej strony. Kiedyś, ma nadzieję, ujrzy na liście lektur szkolnych powieść w rodzaju doskonałej „Kotki Brygidy” Joanny Rudniańskiej, która w błyskotliwy sposób opowiada o okupacji Warszawy widzianej oczami dziecka (mądrzy ludzie mówią, że rolą książki jest dostarczyć scenariusza do przeżycia, a jak lepiej uwrażliwiać dzieci na temat Holokaustu niż umożliwić im przeżycie tej katastrofy za pośrednictwem innego dziecka, na niby i w bezpiecznych warunkach?).

Odnotujmy jeszcze, że pierwsza faza lekturowstrętu, mimo dość ostrego przebiegu, pozostała niewykryta przez nauczycieli, przyzwyczajonych najwyraźniej brać niechęć dziecka do czytania za coś oczywistego. Naprawdę dostrzeżono ją dopiero w gimnazjum, gdy przybrała rozmiary epidemii i zainfekowanych okazało się 60% uczniów w klasie Gryzipióra, co oczywiście znacznie utrudniło prowadzenie wartościowych lekcji języka polskiego. Natychmiast wdrożono terapię, polegającą na stawianiu jedynek oraz grożeniu niezdanym egzaminem. Kara i strach są to, jak powszechnie wiadomo, najskuteczniejsze metody leczenia wszelkiego oporu. Mimo to u małoletniego Gryzipióra dało się zaobserwować uporczywe nawroty – o nich w kolejnej części raportu.

[1] W 2008 roku oficjalnie zlikwidowano listę lektur obowiązkowych w klasach I-IV. Teoretycznie nauczyciel może teraz dobierać lektury, kierując się możliwościami, potrzebami i zainteresowaniami podopiecznych. Praktycznie, jak pokazują zamieszczone w Internecie wypowiedzi rodziców, najmłodsi uczniowie wciąż czytają prawie wyłącznie utwory ze starej podstawy programowej.

U góry: grafika autorstwa martinak5 ze zmianami na licencji CC 2.0.



  1. Ej, ale na "poezję narodową" to i ja reaguję alergicznie, a lekturowstrętu nie mam.;)

    Kurczę, a ja te wszystkie stare lektury lubiłam...Jjestem ze wsi i te wszystkie zabawy opisywane w "Dzieciach z Bullerbyn" były bardzo bliskie temu, co sama robiłam po szkole (tylko owiec nie mieliśmy). Z tym, że zdaje sobie sprawę, że to se ne wrati i teraz dzieciaki raczej tego podobieństwa nie dostrzegą. I takie mam zdanie, że temu "nauczaniu początkowemu" to nauczyciel w klasie powinien czytać, chociaż te 20 minut dziennie. Żeby wyrobić nawyk i wyrównać nierówności.

    I coś jest w tym dążeniu do poznania negatywnych stron życia. Co prawda sama literatury obozowej nie czytuję (za ciężkie to dla mnie), ale na potęgę czytałam w tym okresie powieści o narkomanach, prostytutkach (takie typu "wyszłam z piekła", ale jednak) i wszelkich upadkach ludzkiej moralności. Moja przyjaciółka lubowała się w krwawych horrorach (i do tej pory jej to zostało, ale w znacznie słabszej formie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak samo. To może być kwestia poglądów politycznych, bo u nas - mam wrażenie - poezję narodową pisało się i nadal pisze głównie po jednej stronie sceny politycznej. Albo przynajmniej tylko taka poezja narodowa się przebija.

      Tak właśnie podejrzewałam, że to jest kwestia otoczenia, w którym się wychowujemy. To znaczy i mnie się zdarzało wyjechać za miasto i bawić się w lesie, ale to było coś zupełnie innego - nie byliśmy tam tubylcami, tylko gośćmi, w których dzika przyroda często budziła lęk i poczucie obcości. Dlatego odmienność realiów w "Dzieciach z Bullerbyn" i podobnych książkach budowała taki emocjonalny dystans. Niby wiedziałam, o czym czytam, ale to było dalekie i obce. Coś jak opowieść o dawnych, lepszych czasach, której nikomu nie chce się już słuchać.

      Myślę, że gdzieś pod koniec podstawówki rodzi się w dzieciach ogromna potrzeba przeżycia CZEGOŚ, najlepiej czegoś mrocznego i radykalnego. Stąd popularność tych wszystkich powieści o narkomanach i prostytutkach, które pozwalają to wszystko przeżyć, ale z bezpiecznego dystansu. Tylko że takie umoralniające historie typu "wyszłam z piekła" to znowu przykład tego, jak dorośli zagarnęli literaturę dziecięcą i młodzieżową. W "Dzieciach z dworca ZOO" są na przykład długie fragmenty zeznań (?) matki Christiane oraz pracowników policji i pomocy społecznej. Jakby redaktor bał się całkowicie oddać głos narkomance, żeby przypadkiem nie zachęcić nastolatków do pójścia tą samą drogą.

      Usuń
  2. Indywidualne dobierane lektury to jest pomysł cudny, przy czym ja wiem, że trudny w wykonaniu w licznej klasie, gdzie się dzieci poznaje po jakimś czasie, ale przy przekierowaniu niektórych wysiłków pedagogicznych chyba -- przynajmniej w części -- realizowalny? Nie wiem, ale byłoby to świetne wyjście. Coś w rodzaju: idę do biblioteki, pan/pani mnie zna i mi doradzi, tyle że w szkolnej ławie. Przy uogólnieniu tematów ("przyjaźń" zamiast "napisz charakterystykę Stasia").

    Zastanawiam się tak na bazie Twojej notki nad jedną rzeczą: tą obcością właśnie. Bo w sumie ja jestem człowiekiem ze wsi i dla mnie wszystkie te elementy z "Ani...", Muminków, przygód Plastusia, "Dzieci z Bullerbyn" to były rzeczy swojskie (@Moreni, przybij piątkę ;)). Czasami znane tylko z opowiadań, czasami widziane, a nieużywane, ale takie, które były swojskie. Czy to możliwe, że ta bariera nie wynika z wieku, ale ze środowiska? Bo wydaje mi się, że to jest bardzo możliwe. Kurczę, ja nawet jeszcze tarczę szkolną w I klasie miałam naszywaną na rękawie ;).

    A z kolei książek o narkotykach na przyład miałam w szkole dosyć a dosyć. To znaczy załapałam się chyba na to, żeby czytać właśnie "Dzieci z dworca ZOO", "Pamiętnik narkomanki" i inne tego typu lektury, i muszę przyznać, że chyba tym się właśnie w pewnym momencie przesyciłam (a że nauczyciele je nieustannie polecali...).

    A na marginesie: Sierotkę Marysię doceniłam, czytając ją dużo, dużo później po raz drugi. "Awantura o Basię" nadal budzi mój opór, gdyż umęczyłam się na tej książce strasznie. I do dzisiaj nie wiem do końca, dlaczego, bo nic niemal z niej nie pamiętam ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też właśnie pomyślałam, że z tymi indywidualnie dobieranymi lekturami to jest pomysł prawie niewykonalny. Nie tylko dlatego, że dzieci jest w klasie za dużo. Nie wiem, jaki klimat panuje w szkołach teraz, ale ja pamiętam jakąś ogromną presję na to, by być jak wszyscy (przejawiającą się choćby w tym, że jak wszystkie dzieci leżakują - ty też musisz, choć wcale nie masz ochoty). Gdyby na przykład troje dzieci z klasy dostało do czytania inne lektury niż reszta klasy, to byłoby prawie tak, jak by zostały napiętnowane.

      Tak, też uważam, że bariera obcości wynika głównie ze środowiska. Wiek ma tu znaczenie o tyle, o ile z czasem dziecko nabiera doświadczenia, ćwiczy wyobraźnię i coraz łatwiej mu zaakceptować istnienie czegoś, czego nie widziało na własne oczy. Pod koniec podstawówki już nie wiejskie zabawy i obyczaje były dla mnie problemem, ale raczej wyidealizowany obraz świata. Wtedy też zaczęłam czytać fantasy, która z moimi szarymi blokowiskami nie miała już zupełnie nic wspólnego.

      Hm, ja pamiętam sporo pogadanek i przedstawień teatralnych, które miały nas do brania narkotyków zniechęcić - oczywiście strasząc moralnym i fizycznym upadkiem. Może trafiłyśmy na jakiś okres wzmożonej paniki przed narkotykami w szkołach? Myślę sobie, że to chyba jedyny z tych Trudnych Tematów, który jakoś się do lektur szkolnych przebił, ale bardziej jako taki straszak niż coś, o czym można otwarcie rozmawiać.

      Fakt, Sierotka Marysia to jest wspaniały tekst, ale absolutnie nie dla dzisiejszych dzieci. Ja go w dzieciństwie nie zrozumiałam tak bardzo, że gdy przeglądałam go wiele lat później, żaden fragment nie wydał mi się choć trochę znajomy.

      Usuń
    2. Trochę tak, a trochę nie. To znaczy wydaje mi się, że presja rówieśnicza swoje, a zmiany w edukacji -- swoje. I myślę, że gdyby ograniczyć sztywne ramy projektowania edukacji czytelniczej i przy odciążeniu nauczyciela -- projekt byłby do wykonania. Inna sprawa właśnie, jakby się przyjął.

      Z tym wyidealizowanym obrazem świata to jest też trochę tak, że to wszystko nie do końca jest takie proste: to znaczy te rzeczy tam są, tyle że nie zawsze napisane wprost (mało jest książek tak -- mnie przynajmniej -- przygnębiających, jak "Wymarzony dom Ani" czy "Dolina Muminków w listopadzie" -- tyle, że to dla dziecka może być faktycznie mniej czytelne; w tym sensie niektóre z tych książek są niedziecięce, tak jak piszesz).

      Usuń
    3. Właśnie tego przyjęcia się obawiam. No, i projekt wymagałby dużej wiedzy o literaturze dziecięcej od nauczycieli, którzy przecież nie zawsze są filologami. Ale wart wypróbowania jest na pewno.

      Do utworów, o których piszesz, nigdy nie dotarłam, zniechęcona poprzedzającymi je częściami, ale to też o czymś świadczy: że na listach lektur lądują te części cyklu, które są najbardziej "nieszkodliwe" i zgodne wyobrażeniami dorosłych na temat potrzeb dzieci.

      Usuń
    4. Muminki zawsze gorąco rekomenduję :).

      Usuń
    5. Eh, czaję się na nie od dłuższego czasu, bo bardzo lubiłam serial i dużo nowych, ciekawych rzeczy dowiedziałam się o nich na studiach. Prędzej czy później na pewno się skuszę, a zapewne nawet prędzej. ;)

      Usuń
  3. Ja osobiście lektury czytałam wszystkie, poza paroma przypadkami. W czasach podstawówkowych nawet bardzo je lubiłam, bo (wstyd się przyznać) należałam do tych durnych dzieciaków myślących, że czytając "poważne" i "mądre" książki są lepsze niż nieczytający koledzy i koleżanki.

    Zgadzam się z tym, że jednym z największych problemów z lekturami to ich "obcość" - ja na przykład pół dzieciństwa spędziłam na wsi i wszystkie te rzeczy przedstawione w "Dzieciach z Bullerbyn" czy innych takich były mi dobrze znane, ale dla dzieci wychowanych w mieście to musiał być kosmos. Zwłaszcza dla dzisiejszych, spędzających więcej czasu przy komputerze niż na dworze (i nie, to nie jest narzekanie stetryczałej staruszki, po prostu obserwuję swoją siostrę i słucham o jej rówieśnikach).

    Sięganie po książki o rzeczach mniej przyjemnych też znam, co prawda w literaturze obozowej za dzieciaka się nie zaczytywałam (to raczej teraz), ale historie narkomanów i innych ludzi z problemami regularnie wyszukiwałam w bibliotece.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przejmuj się, istnieje dużo dorosłych dzieciaków, które nadal tak myślą. ;)
      Właśnie, ile jest na listach lektur książek, które w ogóle zauważają - a co dopiero wykorzystują fabularnie - komputer, Internet i rzeczywistość wirtualną, w jakiej żyją nie tylko dzieci? Czy pozbawione tego elementu lektury pełnią jeszcze jakąś funkcję poznawczą, to znaczy czy coś w ogóle wyjaśniają dzieciom z otaczającego je świata?

      Usuń
  4. Czuję się dziwnie czytając ten wpis, bo problem "obcości" jest mi najzupełniej obcy.
    Może dlatego, że nigdy nie przyszło mi do głowy traktować fikcji jako sposobu na odreagowanie świata dookoła. Reportaż i książki naukowe- owszem. Ale fikcja to czysty eskapizm i nijak miała się do mojego życia. A raczej- mimo najlepszych chęci- miała się jak nieudolny rysunek do kuca szetlandzkiego. Próby wyobrażenia sobie, że postacie z Jeżycjady mogą żyć tak obok mnie kończyły się sromotną klęską. Więc- zostając w świecie końskich przenośni- albo stylizowane kucyki Pony, albo żywe kuce, ale nie pomiędzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie czułaś się, bo ja wiem, "pominięta" przez autorów tych książek? Wydaje mi się, że problem obcości jest trochę analogiczny do problemu reprezentacji, o którym tak często się dziś mówi. Jeśli czytasz wyłącznie o szczęśliwych dzieciach szczęśliwych rodziców, które mieszkają na szczęśliwej wsi, to zaczynasz się zastanawiać, co jest z tobą nie tak. Może nie przewidziano dla Ciebie miejsca w świecie? Dla dzieci takie kwestie są, mam wrażenie, niesłychanie ważne, dlatego byłoby wspaniale, gdyby literatura dziecięca lepiej odzwierciedlała różnorodność środowisk, poglądów i narodowości.

      Usuń
    2. Nie, nigdy nie czułam się pominięta- pewnie dlatego, że traktowałam postacie jako wytwory fantazji.
      Problem reprezentacji jest czymś zupełnie innym. Można zastanawiać się czemu autor nie nie uwzględnia kobiet, niepełnosprawnych czy Nie-Białych w kraju niejednorodnym etnicznie bo oni tworzą jakąś szerszą grupę w ramach której można dokonywać dalszej charakteryzacji. Natomiast dzieci w mojej sytuacji było w historii sztuk jedna :) I żaden pisarz nie odda tego co mnie cieszyło, ciekawiło i czego się bałam. Zresztą po co ma pisać zmyślone historie o czymś, co widzę dookoła siebie.

      Nie do końca mogę się zgodzić z "sielskością" książek- Ania ma w sobie sporą dawkę strachu przed przeszłością (i doświadcza odrzucenia. I umiera jej dziecko), Lisa z Bullerbyn idzie dwie godziny na piechotę do szkoły, składa każdy grosz na rower, bo od rodziców nie dostanie i boi się, że będzie wojna. Tatuś Muminka i Morze pokazuje jak kryzys wieku średniego pana domu wszystkim rozchrzanił życie (z Mamusią Muminka na czele).

      Usuń
    3. No właśnie, zgadzam się z tym ostatnim akapitem, który napisała Eire: w tych książkach te elementy są, ale wcale nie na pierwszym planie, a w każdym razie nie na pierwszym planie w ogólnym odbiorze tych książek. Na przykład Ani w czasie czytania lektury nie charakteryzuje się jako dziecka straumatyzowanego, które musiało sobie wytworzyć własną rzeczywistość, żeby zachować zdrowie psychiczne -- i to dziecko dopiero po jakimś czasie dochodzi do siebie na tyle, że nie boi się odesłania do przytułku. Przy czym inne elementy tego typu da się już wyróżnić dalej -- tak jak wspominałam o "Wymarzonym domu Ani", że o Muminkach nie wspomnę ;).

      Usuń
    4. @Eire Dlatego napisałam, że jest to problem analogiczny. W "dorosłej" literaturze brakuje niepełnosprawnych czy ludzi o kolorze skóry innym niż biały, a na liście lektur dla najmłodszych brakuje (a przynajmniej brakowało wtedy) nietradycyjnych wzorców rodziny czy właśnie dzieci z dużych, miejskich blokowisk. To też rodzaj niesprawiedliwego pominięcia, przez które dziecko w jakiś sposób nietypowe może nabrać przekonania, że coś z nim nie tak.

      "I żaden pisarz nie odda tego co mnie cieszyło, ciekawiło i czego się bałam" - ale właściwie dlaczego? Mnie się wydaje, że tym się właśnie charakteryzuje dobra książka, szczególnie dziecięca: nazywa nasze uczucia i problemy, z których na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, a czytając zakrzykujemy: "Tak, właśnie tak jest!".

      @Eire i @Pyza No tak, ale Wy mówicie o wątkach, których zrozumienie chyba przerasta możliwości dziecka w tym wieku. Śmierć niemowlęcia, kryzys wieku średniego, groźba wojny to nie są sprawy, do których dziecko mogłoby się odnieść osobiście. Za mało wiedzy, za mało dojrzałości. Chyba też nie wystarczy mu empatii, by domyślić się, skąd u Ani tak wielka wyobraźnia. Ja w każdym razie nie domyśliłam się tego jako dziecko i Ania zawsze była dla mnie szalenie irytująca.

      Może zresztą problem nie tkwi w tym, o czym się pisze, tylko w tym, JAK się pisze. Na przykład obraz świata w większości lektur jest (chyba) pozytywny, to znaczy mimo okazjonalnych nieszczęść jest w tym świecie bezpiecznie, podłość zostaje ukarana, krzywda - dowartościowana, a bohaterowie zmieniają się na lepsze. W szkole czasem ktoś komuś dokuczy, ale raczej żadna lektura nie przedstawia takiej szkolnej gehenny, jaką opisuje np. Magdalena Tulli we "Włoskich szpilkach".

      Usuń
    5. ""I żaden pisarz nie odda tego co mnie cieszyło, ciekawiło i czego się bałam" - ale właściwie dlaczego? Mnie się wydaje, że tym się właśnie charakteryzuje dobra książka, szczególnie dziecięca: nazywa nasze uczucia i problemy, z których na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, a czytając zakrzykujemy: "Tak, właśnie tak jest!". "

      Movere, docere, delectare- tyle wymagałam od książki. Ale po co miałam szukać w nich siebie- nie pojmowałam wtedy i nie pojmuję nadal. Jako dziecko byłam bardzo świadoma tego, że jestem wypadkową własnych cech i czynników zewnętrznych. Moje doświadczenia nijak się miały przykładowo do koleżanek różniących się pewnymi zmiennymi- czasem były bardziej odległe niż postacie Edith Nesbit.

      Co do groźby wojny, śmierci niemowlęcia, zachowania o osób adoptowanych w późnym wieku- jak pisałam jako dziecko byłam widzem wielu rzeczy. I może te książki pomogły mi zrozumieć pewne mechanizmy, ale nadal nie oddawały złożoności świata.

      W ostatnie wakacje czytałam "Bułeczkę" dla 4-6 latków w ramach wakacji w bibliotece. I mimo, że nie było blokowisk kilkoro dzieci natychmiast zauważyło paralelę między Wandzią a ich sytuacją- jako dziecka z nieobecnymi rodzicami albo zaskoczonego pojawieniem się rodzeństwa. Mimo, że mieszkały w blokach i nie miały gosposi to były w stanie zidentyfikować uczucia.

      Co do gehenny w lekturach- we "Wspomnieniach Niebieskiego Mundurka" i tym podobnych dość jest obrazów dzieciaków prześladowanych z rożnych powodów i zazwyczaj zostawionych samym sobie (bo kto się przejmował dopóki śmiertelnie nie pobili?- to miłe wrażenie, że teraz przynajmniej rzadziej dochodzi do rękoczynów).

      Usuń
    6. @Alicja, to prawda, ale (bo zawsze jest ale ;)) to jest też kwestia tego, że pewne rzeczy -- jeśli mówimy o lekturze -- można dziecku pokazać, inna kwestia z kolei to to, że sposób opisania tego wszystkiego też taki idealizujący nie jest. Pozostaje w kanonie epoki, który uczymy się rozumieć, ale w pewnym momencie staje się widoczny. Więc może taka lektura może być ciekawa nawet, jeśli się bezpośrednio od razu nie przekłada na nasze doświadczenie? Nie mówię, że wyłącznie tego typu książki czytać trzeba, o nie, ale nie twierdzę też, że w ogóle takie lektury nie mają sensu.

      Usuń
    7. @Eire Wiesz, to chyba potwierdza, że dzieci naprawdę rozwijają się w różny sposób i w różnym tempie, i że powinno się im dobierać lektury indywidualnie, zależnie od potrzeb i upodobań. Mnie na przykład nie przyszłoby do głowy szukać w opowieści nauki, choć bardzo lubiłam, gdy przemycała wiedzę o zwierzętach czy po prostu mądre przesłanie.

      Tylko chyba ani "Bułeczki" ani "Wspomnień..." nie było na liście lektur? Bo ja nie twierdzę, że cała w ogóle literatura dziecięca jest taka sama (w żadnym razie!), tylko że do omawiania w szkole wybiera się te najłagodniejsze, najbardziej odpowiadające dorosłym (a niekoniecznie dzieciom) lektury.

      @Pyza No tak, ale tu wymagasz od nauczyciela czy rodzica, że wytłumaczy dziecku pewne sprawy, w tym kontekst epoki - i że dziecko je zrozumie. To idealna sytuacja, która czasem się na pewno zdarza, ale nie zawsze. I jasne, że lektura może być ciekawa, jeśli nie przekłada się bezpośrednio na nasze doświadczenie (casus fantasy). Wydaje mi się jednak, że dziecko odbiera opowieść raczej emocjonalnie niż intelektualnie, dlatego jeśli nie znajdzie w niej absolutnie niczego bliskiego (bohatera, realiów kulturowych, uczuć), to książka go znudzi.

      Na pewno jest to kwestia proporcji; można przecież czytać dziecku na zmianę powieści sprzed wojny i te całkiem współczesne. Grunt, żeby wiedzieć, że te współczesne też istnieją i też potrafią być wartościowe, a o tym w szkole najwyraźniej często się zapomina.

      Usuń
    8. "Wspomnienia" były na bank, "Bułeczka" chyba tak.

      Problem z nowymi lekturami jest po pierwsze nieco mentalny, po drugie niestety czysto finansowy- nowe książki są zwyczajnie drogie, a nie można kazać dzieciom czytać czegoś, co nie ma w bibliotece. "Koszmarnego Karolka" od biedy można przeczytać na głos, ale przy dłuższych zaczynają się schody. Poza tym są jeszcze rodzice- Sierotki Marysi nikt czepiał się nie będzie, ale znajoma nauczycielka miała trochę skarg, że czyta dzieciom książki o indolencji rodziców (owe "Karolki").

      Usuń
    9. Hm, albo ich nie omawiałam, albo wyparłam je z pamięci. Co w sumie mnie nie dziwi, bo język "Wspomnień..." też do najłatwiejszych nie należy.

      Właśnie ten mentalny problem mnie najbardziej martwi. Kwestie finansowe można, przynajmniej w teorii, łatwo rozwiązać, ale jak przekonać rodziców, że literatura nie jest narzędziem socjalizacji, że nie ma wychować im grzecznego dziecka, tylko sprawić, że to dziecko nabierze wrażliwości i wyobraźni, i nauczy się czerpać przyjemność z czytania?

      Usuń
    10. @Alicja, zgodzę się, że przy braku jakiegoś punktu zaczepienia książka do dziecka nie trafi. Z drugiej też, kiedy mówimy o lekturze szkolnej, myślę że można się starać osiągnąć tę sytuację idealną (to znaczy: dopracować się pewnych rozwiązać, bo sytuacji idealnej się nie osiągnie, jako że jest idealna ;)). Więc zgadzamy się co do pewnej wizji tego, że taka lista lektur powinna być zróżnicowana epokowo :). Ale mam też wrażenie, że rośnie świadomość tego, że literatury dla dzieci -- i młodzieży -- jest coraz więcej i że się po nią sięga, także w szkole (choć na pewno nie w każdej).

      Usuń
    11. Zróżnicowana epokowo - jak najbardziej, ale z zastrzeżeniem, że język lektur musi być dopasowany do możliwości dziecka, co dorosłym czasami trudno ocenić.
      Tak, ja też mam wrażenie, że świadomość lekturowa rośnie, co też idzie w parze z dowartościowaniem literatury dziecięcej i młodzieżowej w ogóle. Wydaje się coraz więcej i coraz bardziej wartościowych pozycji, którym daleko do kiczowatych czytanek i nastoletnich romansideł opartych na schemacie Kopciuszka. Pozostaje kwestia mentalności niektórych rodziców, nauczycieli i urzędników, którą najwyraźniej zmienić jest trudniej niż rynek wydawniczy.

      Usuń
  5. I tak jeszcze z innej beczki
    Teraz zwróciłam uwagę, że opowiadanie mitów uznałaś za coś wyjątkowego- dla mnie to była norma. Podobnie jak sądy nad bohaterami, improwizowane przedstawienia przy omawianiu dramatów i omawianie nieco szerszych problemów niż charakterystyka postaci- do dzisiaj pamiętam dyskusję o hipokryzji pana Tarkowskiego przy okazji "W Pustyni i W Puszczy". I katharsis gdy przy omawianiu "Oto jest Kasia" dowiedziałam się, że autor nie musi mieć racji, że jego poglądy mogą być przestarzałe lub po prostu błędne.

    Miałam też to szczęście, że szliśmy wyklętym podręcznikiem "To Lubię", gdzie zamiast klepać dzieje po kolei każdy motyw i lektura omawiany był w szerszym ujęciu- od początku do współczesności- pojawiały się interpretacje i nawiązania, więc człowiek automatycznie czuł, że pokazują mu coś co przemawia do ludzi niezależnie od kontekstu.

    A w wypadku Ani zwracano nam uwagę na szczegóły takie jak to nieszczęsne upicie winem- Ania rozpacza bo straciła przyjaciółkę ale też dlatego, że wychowała się w domu alkoholika i wzbudziło to w niej wspomnienia.

    A poza tym małe wyznanie.
    Nie płakałam po Lampo. Ani po Karusku. Szkoda pasów, ale jeśli komuś miało mi być naprawdę żal to ludzi. Zwłaszcza Anielki (rodzice cię będą okłamywać, będziesz czuć, że życie wali się na głowę, ale nie masz na to żadnego wpływu- milutki moralik).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie to, co piszesz jest szalenie ważne, bo szkoła szkole nierówna, nauczyciele mogą być mniej lub bardziej twórczy i w efekcie to, czy zapadniemy na lekturowstręt, czy jednak nie, to w dużej mierze kwestia przypadku. Ja też korzystałam z "To lubię", tyle że moja nauczycielka polskiego nie potrafiła niestety zrobić z tym podręcznikiem nic sensownego. Nazywaliśmy go "Tego nie lubię".

      To ja na odwrót - nie ruszały mnie losy ludzi, ale niesamowicie wczuwałam się we wszystkie postacie zwierzęce. Do tej pory zresztą mogę bez problemu czytać o śmierci ludzi czy oglądać ją na ekranie, ale kiedy cierpią zwierzęta, to szlag mnie trafia. Wielka szkoda, że nie mamy w kanonie lektur "Wodnikowego Wzgórza" Richarda Adamsa. To właśnie lektura, jakiej mi brakowało: brutalna, ale mądra, do tego zawierająca w sobie wielki mit. I o zwierzętach!

      Usuń
  6. Ja tęż długo nie lubiłam czytać książek. Lektury mnie obrzydzały. Dopiero, gdy z własnej woli sięgnęłam po "Opowieści z Narnii" oraz "Eragona" przekonałam się do książek fantasy i zaczęłam czytać. Nie zmieniło to faktu, że wielu lektur nie przeczytałam nawet przed maturą z rozszerzonego polskiego, bo były nudne, beznadziejne i niedzisiejsze. Niektóre bardzo mi się podobały, jak na przykład "Mistrz i Małgorzata" czy "Ferdydurke", a były też takie, jak "Lalka" czy "Pan Tadeusz", gdzie poległam na pierwszych stronach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, to tak jak ja. Powieści fantasy długo łagodziły mój lekturowstręt, choć trudno mi w to uwierzyć dziś, gdy przypominam sobie, jak kiepskie one były. Widocznie dawały mi coś, czego nie dawały lektury omawiane w szkole. "Lalka" i "Pan Tadeusz" okazały się fascynujące dopiero na studiach, gdy nikt już nie wymagał zachwytów i znajomości szczegółów fabuły, tylko świeżego, krytycznego spojrzenia z dzisiejszej perspektywy.

      Usuń
  7. Ja mam wrażenie, że duża - a obecnie jeszcze większa - jest w tym całym czytaniu lektur osoba nauczyciela. Nie przypominam sobie, żebym miała jakieś większe problemy z czytaniem książek - pamiętam - podobnie jak Eire - że zamiast po prostu omawiać lektury według Jedynej Słusznej Linii, my w podstawówce bawiliśmy się w jakieś dramy, przedstawienia, odgrywanie scenek, przebieranki za bohaterów. Nauczycielka zabierała nas do lasu, gdzie na jakiejś polanie, wokół wielkich głazów, odgrywaliśmy "Balladynę" - to wspominam miło, chociaż ogólnie podstawówka moja była koszmarem. Przy "Małym księciu" polonistka puszczała nam piosenki, zabrała na musical. Przynajmniej na mnie to działało i starałam się czytać wszystko, łącznie z "Antkiem", zresztą lekcje o nim można by obecnie nazwać "Beka z Antka", bo rozmawialiśmy głównie o tym, dlaczego ta nowela jest anachroniczna i momentami durna :) Albo przy omawianiu "Ani z Zielonego Wzgórza" nauczycielka wspomniała mimochodem, że Ania i Antek żyli niemal w tych samych czasach, a jak inaczej wyglądało życie sieroty tutaj i za oceanem... Inna sprawa, że niektóre osoby z mojej klasy uważały takie lekcje za stratę czasu i nawet rodzice interweniowali w tej sprawie ;)

    Szkoda, że tak jak piszesz, obecnie gdy nauczyciele sami mają możliwość kształtować listy lektur, nie korzystają z tego, tylko uczą dzieciaki tego, czego sami nienawidzili w podstawówce. Taki paradoks.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to brzmi jak przepis na dobre zajęcia z języka polskiego, takie uczące czerpania przyjemności z czytania nawet starych, nieadekwatnych do współczesności tekstów. Strasznie smutne to, co piszesz o postawie niektórych rodziców i samych uczniów (!). Zastanawiam się, z czego ona mogła wynikać? Czy z przekonania, że szkoła powinna jednak przede wszystkim dostarczać ścisłej, możliwej do zmierzenia wiedzy? Z pragnienia, by wypaść dobrze na testach? W każdym razie mam nadzieję, że im ta interwencja nie wyszła. ;)

      Usuń
    2. Kiedy chodziłam do szkoły (ostatnia ósma klasa) dopiero zaczynała się epoka testów, mnie dręczyli głównie planami wydarzeń i rozprawkami :) Ale jestem też w stanie zrozumieć rodziców, którym dzieci płaczą, że nauczycielka każe się uczyć sztuki na pamięć tylko po to, żeby wystawić ją w lesie. Albo męczyć samotników pracą w grupach. Takie rzeczy docenia się dopiero potem.

      Usuń
    3. *Albo się nie docenia. Praca w grupie z ludźmi, których nie lubisz, może być prawdziwą męczarnią...

      Usuń
    4. No tak, masz rację. Lekcje polskiego w ogóle są dość wrażliwe na atmosferę panującą w klasie, bo jak tu się bawić tekstem albo swobodnie go interpretować, kiedy połowa klasy chichocze za plecami, a druga połowa odmawia jakiegokolwiek udziału (tak było u mnie)? W tym, co piszesz, podoba mi się bardzo przyjęta przez nauczyciela forma zabawy - najbardziej chyba naturalny sposób poznawania świata (literatury) przez dziecko. Może chwilami przedobrzył ("Balladyna" w podstawówce?), ale pomysł i intencje miał znakomite.

      Usuń
    5. Akurat "Balladyna" była normalnie na liście lektur, kiedy byłam w szóstej klasie :) Chociaż wydaje mi się, że nie cała, tylko obszerne fragmenty. W ogóle pamiętam jeszcze z tamtych czasów koleżankę, taką średnio umiejącą czytać i zbierającą same jedynki, która strasznie wczuła się w rolę Goplany, nauczyła się tekstu na pamięć, sama sobie uszyła sukienkę. Ale byli też tacy, którzy torpedowali wszystko, co nauczycielka proponowała. Nie mam pojęcia, jaka jest na to najlepsza rada...

      Swoją drogą, od tamtej pory uwielbiam "Balladynę", powinien ją zekranizować Kenneth Branagh ;)

      Usuń
    6. Totalnie powinien. <3 W sumie "Balladyna" to bardzo atrakcyjny tekst (mój ulubiony z romantyzmu do czasu studiów), tylko nie jestem pewna, jak przeciętny jedenasto- czy dwunastolatek poradziłby sobie dziś z jego zrozumieniem i nauczeniem się na pamięć. Co do opornych uczniów, ja też nie wiem, jaka jest na nich najlepsza rada. Może stosować maksymalnie różnorodne metody nauczania? Tak, żeby wykazać się mogło zarówno dziecko obdarzone talentami aktorskimi, jak i takie, które woli popisać coś w samotności.

      Usuń
  8. U mnie wstręt do tekstów (zarówno czytania, jak i pisania) pojawił się na dobre dopiero w czasie studiów, czyli chyba w najgorszym momencie. Przyczyn było całkiem sporo i sam nie wiem, które były dominujące - jedną z nich na pewno było niechciejstwo pospolite, czyli czytelniczy grzech ciężki, dla którego nie ma słusznego usprawiedliwienia.
    Ale w okresie szkolnym i przedszkolnym bardzo rzadko się zdarzało, żebym nie przeczytał lektury. Jeszcze rzadziej - gdy czytałem lekturę z przymusu i bez grama przyjemności. Nie byłem szczególnie wybrednym czytelnikiem i zazwyczaj łykałem wszystko jak pelikan, skupiając się na tym, co mi szczególnie w danej pozycji przypadło do gustu. Liczba nieciekawych lektur drastycznie zwiększyła się w liceum, bo doszło sporo poezji, która w ogóle mi nie imponowała. Przy czym byli to głównie awangardyści i nowocześni - zdecydowanie bardziej wolałem trzymających się zgrabnego rytmu i rymu romantyków, nawet jeśli mocno ojczyznowali, niż eksperymenty ze "sztuką dla sztuki". Do tej pory uważam, że napisanie dobrej ballady to imponujący wyczyn.
    Zawsze miałem też podejście podobne do tego, o czym pisała Eire, przy czym głównie chodziło o przyjemność i wzruszenie. Wydaje mi się, że nauka poprzez lekturę przychodzi stosunkowo późno, bo dopiero wtedy, gdy jest się bardzo świadomym czytającym - nie licząc, rzecz jasna, bardzo dosłownych przekazów "science" typu: a) nie jedz muchomorów, o ile nie jesteś smokiem*, b) diplodoki łykały kamienie, żeby poprawić sobie trawienie itd.
    Nigdy nie szukałem książek, które miałyby być dla mnie "swojskie" pod względem opisanych w nich realiów. Od "tak właśnie jest!" wolałem beztroskie i trochę naiwne "ach, gdyby tylko tak było!". Nigdy też nie chciałem wchodzić w skórę literackich postaci, co najwyżej wyobrażałem sobie, co bym zrobił, gdybym im towarzyszył. Jedyną postacią, co do której pomyślałem sobie, że trochę przypomina mnie samego był Maciek Łańko z powieści Bahdaja - ale tylko ze względu na podobne upodobania lekturowo-podróżnicze.
    A mity są super i szkoda, że tak mało ich w programie. Trochę najpopularniejszych motywów z Homera i nieco Parandowskiego, który w porównaniu z np. Tadeuszem Zielińskim** jest strasznie suchym i oszczędnym opowiadaczem. No i to sama Grecja, a o Egiptu, Skandynawii, Brytanii czy Ameryk jest tyle, że prawie się ich nie zauważa.

    *"Sceny z życia smoków".
    **"Starożytność bajeczna".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, mnie się wydaje, że w szkole w ogóle omawia się za dużo poezji, która jest jednak trudniejsza w odbiorze i interpretacji niż proza. Nie wiem, z czego wynika taka nadwyżka. Może z tego nieco już archaicznego przekonania, że poezja jest najwyższą formą uprawiania literatury? Może z tradycji stawiania na piedestale naszych narodowych wieszczów?

      Myślę, że to zależy, jaka nauka. Literatura dla dzieci, zwłaszcza ta starsza, pełna jest przecież morałów, wzorców do naśladowania i zwykłego straszenia (ten nieszczęsny Jachowicz!), które mają uczyć "prawidłowego" zachowania się. Nie wiem, czy dzieci odczytują takie przekazy świadomie (pewnie zależy, które dzieci i które przekazy), ale na pewno je zapamiętują. Myślę sobie, że część mojego sprzeciwu wobec Ani Shirley i podobnych bohaterek wynikała właśnie z tego, że podświadomie brałam je za wzory, z którymi się nie zgadzałam.

      Racja, uparliśmy się na tę mitologię grecką, bo traktujemy ją jako źródło naszej cywilizacji, a przecież mity skandynawskie czy nawet słowiańskie są równie ważne. Zastanawiam się tylko, czy nie wynika to też częściowo z dostępności tych tekstów. "Mitologię" Parandowskiego przeczyta każdy, ale pozostałe mitologie nie doczekały się chyba równie popularnego zbioru przeznaczonego dla przeciętnego, nieobeznanego z tematem czytelnika.

      Usuń
  9. Ja z miasta, ale "Dzieci z Bullerbyn" oraz "Anię" uwielbiałam i nadal mam do tych książek spory sentyment. W czwartej klasie przeczytałam nawet wszystkie powieści Lucy Maud Montgomery [a miłość do XIX w. pozostała mi do dzisiaj]. Ale wiele książek z podstawówki do niej po prostu się nie nadawało. Ja sama traumatycznie wspominam "Robinsona Cruzoe", a gdy w gimnazjum usłyszałam, że niektórzy z moich kolegów mieli "Bajki robotów" jako lekturę w podstawówce, to mnie krew zalała, bo pozycję tę uwielbiam, ale te 6 lat temu w ogóle bym jej nie zrozumiała...

    Ale lektury z zasady lubiłam i mimo że czasem się nieco pomęczę, to doceniam ich rolę. Dużo gorsze efekty daje słaby nauczyciel. Moja polonistka stwierdziła, że wspomnianego "Robinsona" NIEWARTO doczytywać do końca, wystarczy do momentu, gdy go odnaleziono [a zakończenie było całkiem "spoko"]. Tak samo w podstawówce z poezji przerabialiśmy, nawet w szóstej klasie, jedynie jakieś głupie wierszyki, bo polonistka poezji nie lubiła. I jak tu można mówić o wychowywaniu nowego pokolenia czytelników?!

    miedzysklejonymikartkami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedyne, cudowne, wspaniałe "Bajki robotów" w podstawówce? Odważnie. Coś mi mówi, że wylądowały na liście lektur tylko dlatego, że nazywają się "bajkami". Dobry sposób, żeby na długo zniechęcić uczniów do autora. Na szczęście z tego, co wiem, od 2008 roku w podstawówce można omawiać tylko utwory należące do literatury dziecięcej, więc "Bajki robotów" już by nie przeszły. A może jednak?

      Tak, masz rację - dobry nauczyciel wybroni każdą lekturę, ale słaby może na długo zaszczepić wstręt do czytania. Niestety tu już potrzebne by były głębokie zmiany w systemie kształcenia i w mentalności, które oczywiście postępują, ale powoli.

      A "Robinson" powinien na stałe zniknąć z listy lektur. Bez dyskusji.

      Usuń
  10. Oj, znam to. Choć przez psa o zapędach podróżniczych przebrnąć było naprawdę ciężko. Za to do teraz jestem wielką fanką przygód Stasia i Nel. Tak, ciężko się czyta, a opisy nudzą potwornie. Sienkiewicz lubi pisać książki na jedno kopyto i - niestety - cztery trafiły do listy lektur. Ale mimo wszystko naprawdę polubiłam głównych bohaterów - szczególnie Stasia - i to oni mnie trzymali przy książce.Ta książka aż prosi się o kogoś, kto przełoży to na współczesny. Znacznie gorszy problem miałam z Ligia i Winicjuszem - przegrałam tę bitwę.
    Na całe szczęście mój wstręt nie trwał długo. Bo już w klasie V na horyzoncie pojawiła się dwójka świetnych nauczycieli, choć jeden z nich uczył nas zaledwie dwa miesiące - potem pracował w bibliotece. Rzucili w kąt większość książek z listy i często czytaliśmy książki, których kontynuacje były dopiero w drukarni. Oczywiści raz a jakiś czas zawiało nudą, ale była rzadkość. Oni z nami rozmawiali, prowadzili dyskusję. I w tej klasie okazało się, że mimo najlepszych ocen z matmy tak naprawdę mam zapędy humanistyczne. Matma stała się nudna, a ja z przyjaciółką zaczęłam spędzać wszystkie przerwy na czytaniu książek, pisaniu własnych opowiadań i wzajemnym recenzowaniu ich. Zdarzało się, że pomagali nauczyciele. Hah, piórem, które wygrałam w klasie VI, piszę do dziś.
    W gimnazjum - chwała Bogu - trafiłam na najlepszą nauczycielkę wszechczasów. Rozumie nasze problemy, prowadzimy długie dyskusje i to często na problemy, które tykają się "niewygodnych" tematów. Uczy nas myśleć twórczo i argumentować swoje zdanie. Z nią żadna lekcja nie jest nudna. Teraz matmę i chemię, zastępują mi polski i historia... do moich ocen z przedmiotów przyrodniczych - z wyjątkowo okropnymi nauczycielkami - lepiej się nie przyznawać.
    Więc sądzę, że tak naprawdę wiele zależy od nauczyciela. Bo znam takich, którzy mimo tego, że przedmiot jest nudny, potrafi mówić z pasją.
    Innym przykładem może być, że do klasy szóstej żyłam w przekonaniu, że nie mam za grosz talentu plastycznego - o czym nauczycielka mnie z wielką zawziętością przekonywała. Ale znajoma namówiła mnie żeby iść z nią na dodatkowe zajęcia z rysowania. Okazało się, że to jest to, w czym naprawdę jestem dobra. Tylko trzeba było to we mnie odblokować.
    Sądzę że takich osób jak ja jest znacznie więcej. Tylko szkoła często oducza nas kreatywnego myślenia, a nauczyciele zabijają inność i talenty. Więc nie wszyscy mają szanse rozwinąć skrzydła. Dobrze zostało napisane, że uczniowie potrzebują często więcej podejścia indywidualnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, Sienkiewicz. Pamiętam, że poległam na "Krzyżakach", potem przebrnęłam przez "Potop", ale głównie, przyznaję się, dla języka. Generalnie wolę tego autora w niehistorycznym wydaniu, np. w "Bez dogmatu", którą gorąco polecam - to powieść niesłychanie irytująca, za to bardzo różna od reszty dokonań autora.
      Zazdroszczę szkoły i nauczycieli! I jednocześnie się cieszę, bo wygląda na to, że i Tobie, i wielu innym udało się przynajmniej raz trafić w szkole na fajnych nauczycieli. Mamy nawet nieco podobne doświadczenia, bo i mnie przekonywano w szkole, że nie mam talentu, tyle że do języka polskiego :P I masz rację, że wiele - jeśli nie wszystko - zależy od nauczyciela. Tyle się mówi o liście lektur i o metodach egzaminowania, a wygląda na to, że trzeba by jednak zacząć od reformy edukacji... nauczycieli.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.