Poznasz nas po śladach łez, czyli mój problem z „Czarną Kompanią” Glena Cooka


Steven Erikson powiedział o ich autorze, że w pojedynkę dokonał rewolucji na polu fantasy. Bez nich zapewne nadal tkwilibyśmy w ogranych schematach powieści o wybrańcach losu i złych czarnoksiężnikach, złaknionych władzy nad światem. Nie byłoby „Malazańskiej Księgi Poległych” i rodzimych „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”. Właściwie, nie byłoby współczesnej fantasy. Panie i Panowie, poznajcie „Kroniki Czarnej Kompanii” Glena Cooka – dowód na to, że kamień milowy gatunku nie musi być ani foremny, ani szczególnie dobrze ociosany.

Bo że „Czarna Kompania” to kamień milowy fantasy, nikt dziś nie zaprzeczy. Dziewięć niemal skandalicznie cienkich tomów zawiera historie, jakich przed 1984 rokiem w fantasy nikt nie opowiadał. Tu nie ma wygnanych książąt ani sierot obdarzonych ukrytą mocą (no, prawie nie ma). Jest za to banda zupełnie przeciętnych facetów, którzy potrafią nieźle wymachiwać mieczem – zazwyczaj dla tego, kto zapłaci najwięcej. Jeśli najwięcej zapłaci mieszkające na północy Zło, pojadą na północ i będą walczyć dla Zła. Wyrzuty sumienia? Wolne żarty. Trwa wojna, a na wojnie liczy się tylko skuteczność i lojalność wobec pracodawcy. Również cierpliwość, bo prawdziwa wojna to nie epickie bitwy, które w godzinę rozstrzygają o losach świata. To wieczne czekanie – na rozkaz, na wroga, na opadnięcie wody w rzece. Ten szczególny rodzaj podszytej niepokojem żołnierskiej nudy opisuje Cook znakomicie. Nic dziwnego, skoro sam służył w marynarce wojennej USA. No, ale prędzej czy później nadchodzi czas, kiedy trzeba zacząć działać. Wtedy, Panie i Panowie, pojawiają się problemy.

  Problem #1: Kronika

Pomysł na formę powieści miał Cook prosty i… jedyny możliwy. Nie mógł oczywiście prowadzić narracji z perspektywy bohatera zbiorowego, jakim jest Czarna Kompania. Użyczył więc głosu jednemu z jej weteranów, lekarzowi o ironicznej (chyba) ksywce Konował. Konował, korzystając z chwil żołnierskiej nudy, na bieżąco spisuje dzieje swoich braci, które po latach trafiają do nas, czytelników. A skoro mamy do czynienia z konwencją kroniki, wypada pogodzić się z jej ograniczeniami: sprawozdawczym tonem czy skrótami, które powodują zamęt u czytelnika wrzuconego w sam środek akcji. Ba, wypada nawet pogodzić się z tym strasznie rozczarowującym zakończeniem „Snów o stali”, kiedy to w krótkich, żołnierskich słowach zdaje się nam relację z wydarzeń, które w normalnej powieści stanowiłyby rozbudowany punkt kulminacyjny. Nie wymagajmy od biednego Konowała zbyt wiele! Biedak pisze, kiedy tylko może, a pisać może głównie wtedy, kiedy nie dzieje się nic ważnego. Jeśli zaakceptować tę konwencję pisania na gorąco, wydaje się naturalne, że tak zwaną „większą połowę” jednej z jego kronik zajmują opisy przemarszów wojsk i… gry w karty.

Problem w tym, że im dłużej czytamy, tym bardziej okazuje się, że najsłynniejsze w fantasy kroniki wcale kronikami nie są. Z czasem wtrącają się inni narratorzy, w tym ten wszechwiedzący, który opowiada nam, co się dzieje po drugiej stronie barykady (!). Cook nie potrafił, niestety, dotrzymać wierności obranej formie i najwyraźniej zabrakło mu pomysłu, jak wykorzystać ograniczenia perspektywy kronikarza do własnych celów. Efekt? Dziwaczna hybryda, w której suche sprawozdania Konowała łączą się z jego (?) sfabularyzowanymi fantazjami na temat tego, co robi przeciwna strona konfliktu (przynajmniej tak Gryzipiór interpretuje sceny rozgrywające się w karczmie w Jałowcu czy siedzibie Władców Cienia). Tylko dlaczego, u diabła, czytelnik ma akceptować ograniczenia konwencji, skoro sam autor bez przerwy je łamie?

Problem #2: Świat

Świat, o który walczy Czarna Kompania (raz po tej, raz po tamtej stronie), nie jest jednym z tych światów fantasy, które domagają się własnych encyklopedii. Ba, nie jest nawet światem, który domaga się własnej mapy. Ot, za górami, za lasami, były sobie dwa kontynenty: północny, który był zimny i swojski, oraz południowy, który był ciepły i pustynny – i naturalnie znajdował się pod jarzmem egzotycznej religii. Ludzie wyglądali, ale nikt nie wie jak; nosili ubranie, ale nikt nie wie jakie; mieszkali w domach, ale nikt nie wie jakich. Magia działała, ale nikt nie wie, w jaki sposób. I gdyby teleportować Czarną Kompanię do innego świata, ten sam nikt pewnie nie zauważyłby różnicy.

Nie chodzi tylko o brak opisów, całkiem zrozumiały w ramach przyjętej konwencji. Chodzi o wyjątkowo ubogi język, którym posługuje się Cook. Jego świat nie ma smaku ani zapachu. Epitety, przenośnie, porównania to najwyraźniej zbędny balast dla kompanii najemników. I wiecie co? Taki styl pisania sprawdza się może w wypadku rzeczywistych kronik wojennych, ale w utworze literackim – a fantasy szczególnie – straszliwie utrudnia immersję. Przynajmniej Gryzipiór, mimo lektury pięciu tomów, nie zdołał poczuć się jak tubylec w świecie Czarnej Kompanii. I nawet nie polubił tego świata na tyle, by żałować. 

  Problem #3: Nazwy

Łaska. Podróż. Pnącze. Szopa. Zalewacz. Spokojnie, to nie Gryzipiór bawiący się słownikiem. To Glen Cook wymyślający imiona swoich bohaterów i polscy tłumacze usiłujący je przełożyć (zadanie: wskaż jedyną wśród wymienionych kobietę). To prawda, że tradycja przyjmowania imion od nazw pospolitych jest w powieści dobrze uzasadniona – prawdziwego imienia nie należy wyjawiać nikomu, szczególnie zaś czarodziejowi – ale kto, u diabła, chciałby nazywać się Szopa albo Pnącze? Zwłaszcza, że najwyraźniej wspomniana zasada nie obowiązuje wszystkich, bo razem z Konowałem wędruje Murgen, a siostrą Wiary jest Sylith. Jeszcze większy chaos panuje w nazwach miejsc: zamek nazywa się Urok, miasteczko – Jałowiec, ale stolica Południa to Taglios, a twierdza Władców Cienia – Stormgard. Oczywiście ten brak konsekwencji nie odbiera przyjemności z lektury, powoduje jednak rodzaj czytelniczego dyskomfortu. Gryzipiór w każdym razie najchętniej zamknąłby Cooka i jego tłumaczy w jednym pokoju z zasadą decorum – może by się z nią przeprosili.

Uwaga: w tym miejscu zaczynają się duże spoilery.

Problem #4: Pani

Problem, który równie dobrze można by nazwać „Romans”, gdyż – jak wiadomo – pojawienie się w powieści kobiety, nieważne jak niezależnej, właśnie romans zwiastuje. Pani to przynajmniej z początku potężna czarodziejka i bezwzględna władczyni północnego imperium. Taki Sauron w spódnicy, u którego zaciąga się na służbę Czarna Kompania. Z czasem oczywiście dowiadujemy się o niej rzeczy, które znacznie ten obraz komplikują. Na przykład, że tylko ona może powstrzymać innego czarnoksiężnika, stokroć od niej gorszego. Albo, że dzięki jej sprytnej polityce w imperium zapanowały dyscyplina i bezpieczeństwo. Albo, że troszczy się o przekazanie prawdziwej historii, w czym pomóc ma jej kronikarz pewnej kompanii najemników.

Gryzipiór musi się Wam przyznać: tak do trzeciego tomu był tą wiedźmą oczarowany. Wreszcie, wreszcie znalazł w klasycznej fantasy silną i inteligentną bohaterkę z własną historią. Już miał się oświadczać, gdy nagle jego wybranka straciła moc (drobiazg), przyłączyła się do Czarnej Kompanii (niech jej będzie), po czym… zmieniła się w jedną z najbardziej pasywnych i pozbawionych charakteru postaci z romansu, o jakich Gryzipiór czytał. Inaczej nie da się nazwać krzywdy, którą wyrządził jej Cook w „Grach cienia”. W tym tomie fabuła wisi na sieci intryg utkanej przez władców Taglios, której nasz dzielny Konował nie potrafi rozplątać. Wydawałoby się, że nic prostszego jak zwrócić się o pomoc do towarzyszki, która przez kilka wieków władała najpotężniejszym imperium świata. No, ale jak tu myśleć trzeźwo, kiedy ma się na głowie znacznie ważniejszą sprawę. Seks mianowicie.

Serio przez cały czwarty tom Konował szuka okazji do przespania się z Panią (kilka razy jest tuż-tuż) i całą uwagę poświęca jej tyleż kłopotliwym, co niezrozumiałym zmianom nastroju. Co oczywiście nijak się ma do tego, jak ich relacja wyglądała w poprzednich tomach, wtedy, kiedy dało się wyczuć i troskę, i szacunek, i dystans wynikający z nierówności statusu społecznego. Najwyraźniej gdy ten status się wyrównał (Pani straciła władzę i moc), odezwały się patriarchalne schematy, które potężną niegdyś kobietę obsadziły w roli trofeum, dzięki któremu mężczyzna może udowodnić swoją męskość. Nie, Gryzipiór wcale nie przesadza. Oto rozmowa kochanków z końca powieści, tuż po tym, jak ich związek został wreszcie skonsumowany (Pani, mimo słusznego wieku i małżeństwa z największym okrutnikiem, jakiego wydała ziemia, okazała się dziewicą):

Pani ujęła mnie za rękę, zanim dosiadła swego konia i uścisnęła ją.
– Dzisiejszej nocy w Stormgardzie.
– W porządku. – Pocałowałem ją w policzek.
– Nie sądzę, bym potrafiła usiedzieć w siodle – wyszeptała. – Boli mnie.
– Przekleństwo bycia kobietą.
Dosiadłem mego rumaka.

Drodzy Panowie, kiedy rozmawiacie z ukochaną kobietą, nie bierzcie przykładu z Konowała.

Cook musiał się zorientować, jak bardzo niesamodzielną i apatyczną bohaterkę stworzył, bo cały kolejny tom napisał z perspektywy Pani. I nagle stał się cud. W „Snach o stali” bezwolna kochanka samca alfa zmieniła się w przywódczynię o żelaznej woli, zdolną obalać królestwa i tworzyć armie z powietrza. Czyż to nie wspaniałe, czego potrafi dokonać kobieta, gdy uwolnić ją spod władzy męskiego spojrzenia? Gryzipiór zgaduje, że autor chciał po prostu przedstawić bohaterkę z dwóch różnych perspektyw. I przedobrzył – stworzył dwie różne postacie.

  Problem #5: Ci źli

Mówi obiegowa opinia, że „Czarna Kompania” to jedna z pierwszych powieści fantasy, które zarzuciły tradycyjny podział na Dobro i Zło. Bulszit. Owszem, może się tak wydawać na początku, gdy bohaterowie walczą po stronie niegodziwej imperatorowej, a ich metody dalekie są od tak lubianego przez fantasy kodeksu rycerskiego. Może się tak wydawać jeszcze w tomie drugim, w którym obserwujemy moralny upadek dwóch ludzi: zadłużonego po uszy przeciętniaka i opiekuna Wybrańca, który w czynieniu tego, co słuszne, przekracza wszelkie granice.

Potem jednak okazuje się, że metafizyczne Zło nie tylko istnieje, ale i zdolne jest przybrać konkretną postać. Dominator to nieomal brat bliźniak Tolkienowskiego Saurona, tyle że nie tak mocno osadzony w mitologii świata przedstawionego. Aby go pokonać, potrzebne będą: Wybraniec, wielka bitwa i ostateczne poświęcenie, czyli wszystkie tak lubiane przez epicką fantasy klisze. Władcy Cienia reprezentują wprawdzie zło przyziemne, spragnione zemsty i władzy, są jednak tak banalni i momentami przerysowani, że nie sposób dopatrzeć się w nich choć odrobiny moralnej ambiwalencji.

Koniec końców, „Czarna Kompania” okazuje się konwencjonalną fantasy opowiedzianą z niekonwencjonalnej perspektywy.

* * *

Gryzipiór nie chciałby zniechęcać Was do lektury „Czarnej Kompanii”. Jeśli dobrze poszukać, znajdą się w niej i rozważania nad odhumanizowaną wojną, w której walczą profesjonaliści pozbawieni kompasu moralnego, i interesujący bohaterowie, i ekscentryczne pomysły (latające wieloryby), a nawet wartka akcja, choć nie zawsze („Białą Różę” i „Sny o stali” przeczytacie w jedną noc, ale strzeżcie się tomów ze słowem „cień” w tytule). No, i czytanie klasyki gatunku ma tę zaletę, że przyjemnie potem podpatrywać, jak współcześni autorzy odcinają się – lub kurczowo trzymają – własnych korzeni. A trzeba przyznać, że „Czarna Kompania” wypuściła tych korzeni niemało. Steven Erikson, George R. R. Martin, Joe Abercrombie, Richard Morgan – każdy z tych autorów zredefiniował gatunek fantasy właśnie na fundamentach ułożonych przez Glena Cooka. Może więc dobrze się stało, że fundamenty te nie były tak równe i foremne, jak można by sobie tego życzyć.

PS Jeśli mimo starań Gryzipióra wciąż macie zamiar przeczytać „Czarną Kompanię”, koniecznie wybierzcie nowe, poprawione wydanie. Wydanie pierwsze jest jednym z najgorzej przetłumaczonych, jakie Gryzipiór kiedykolwiek widział (o okładkach litościwie zmilczmy).

U góry: fragment okładki nowego wydania „Kronik Czarnej Kompanii” wydawnictwa REBIS. Źródło.
  1. Wybrałaś sobie dzisiaj do opisania akurat przedmiot moich czytelniczych wyrzutów sumienia. Wiedziona niezrozumiałym impulsem, kupiłam sobie lata temu śliczne wydanie tegoż dzieła - grubaśne i pachnące empikiem. Niestety przeczytałam może ze 100 stron i z głośnym hukiem rzuciłam do kąta. Powodem było mniej więcej to co opisujesz, pogmatwane imiona, jeszcze dziwniejsza narracja, mało wyraźny świat. Niestety książka wciąż zajmuje mi miejsce na półce i kiedy koło niej przechodzę zawsze mówię sobie, że jednak dokończę.

    Chyba byłam wtedy trochę za młoda. Jednym słowem jest w "Kronikach..." coś porywającego, tylko autor jakby utrudniał czytelnikowi do tego dostęp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie. Pomysł przedni, komentarz do świata realnego wciąż aktualny, ale forma irytująca strasznie. Patrząc po komentarzach w Internecie, to sporo czytelników miało problem właśnie z początkiem pierwszego tomu. Ja czytałam go dawno, ale wciąż pamiętam dezorientację, jaką wywołało we mnie wrzucenie w sam środek akcji. Cook był chyba święcie przekonany, że właśnie tak należy rozpoczynać powieści fantasy - od środka i niczego nie wyjaśniając - i powtórzył to jeszcze dwukrotnie w kolejnych tomach. (Przeszło mu dopiero w Księgach Południa, które moim zdaniem są w ogóle lepiej napisane, ale co z tego, skoro strasznie wolno się rozkręcają).

      Na szczęście z czasem wszystko zaczyna się układać w spójną całość, a wtedy pierwsza część "Czarnej Kompanii" robi się naprawdę wciągająca. Myślę, że warto ją przeczytać głównie z powodu tego, jak wielu późniejszych autorów się do niej odwołuje. Na własnej skórze przekonałam się, że lektura "Czarnej Kompanii" naprawdę potrafi zmienić percepcję takich utworów jak "Malazańska Księga Poległych".

      Usuń
  2. Jak to możliwe, że dopiero teraz odkryłam tego bloga? Świetnie się czyta, z większością stuprocentowo się zgadzam (wpis o Sansie moje dokładnie moje odczucia, ubrane jedynie w znacznie ładniejszy język), na pewno zostanę na dłużej. :)

    Co do samego cyklu, uświadomiłaś mi tą recenzją, że czytałam jakiś jego kawałek, chyba nawet ze dwa tomy. Ledwie majaczy mi to w pamięci, ale tak dziwnych nazw własnych nie zapomina się łatwo. Mimo że całość brzmi dość problematycznie, to chyba jednak skuszę się na zapoznanie z całą serią - w końcu klasyka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z zachwytu aż mi się słowa namnożyły, pięknie.

      Za to przy okazji pozwolę sobie zwrócić uwagę, że troszkę popsuł się jeden link w "Nierecenzjach" - ten do wpisu o Liebster Awards konkretnie.

      Usuń
    2. Cieszę się, że Ci się podoba! Dziękuję za miłe słowa i zapraszam. :)

      Oj, tak, nazwy są dziwne i co gorsza, nie bardzo przystają do wzniosłej fabuły o ratowaniu świata. Polecam pierwszą część cyklu (Księgi Północy), która jest może gorzej napisana, ale moim zdaniem ma ciekawszą fabułę i podejmuje ciekawsze problemy.

      A, i dziękuję za czujność - link w "Nierecenzjach" naprawiony.

      Usuń
  3. Mam wrażenie (acz nie do końca jasne, czytałam z dziesięć lat temu, jak nie więcej), że gdzieś po połowie cyklu Glen zaczyna odkrywać przymiotniki. I nawet przysłówki! I postaci kobiece też mu zaczęły jakoś iść (zwłaszcza, że w pewnym momencie facetów wykosiło i jak sami bohaterowie stwierdzają, gros składu to babki, jeden dzieciak i staruch z nadmocami). Ale środek wypada przez najsłabiej, dychawicznie jakoś, jakby autor stał w rozkroku miedzy jedną opcją i druga i sam nie wiedział, gdzie chce iść. Pamiętam,że byłam fanem głównie dwóch ostatnich tomów, nawet chyba tłumaczenie się poprawiło pod koniec :). W "części północnej" podobało mi się, jak skończyła Wybranka (i że te mroczne i pełne poświęcenia chłopy dostały za swoje; osobiście nie cierpię tego typu postaci i kibicuję autorom, którzy nie każą mi nad nimi płakać rzewnymi łzami). W "części południowej" natomiast podobało mi się, mityczny cel wyprawy okazał się tym, czym był od początku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to dobrze wróży na przyszłość. Księgi Południa tak mnie rozczarowały, że odpuściłam sobie na razie ostatnie cztery tomy cyklu. To pewnie był ten dychawiczny środek, o którym piszesz.

      Tak, też mi się podobało to, co się stało z Pupilką. Znaczy z jednej strony było to dość przewidywalne (utrata mocy przez Wybrańca warunkiem pokonania Zła), ale z drugiej strony Cook sprytnie zagrał tu sobie z oczekiwaniami czytelnika (Zło zwyciężone nie przez Wybrańca, ale przez inne Zło). No, i sama Pupilka jest ciekawą postacią. Żałuję, że Cook nie zdecydował się choć jeden tom napisać z jej perspektywy. Pewnie nie chciał wpaść w typowy dla fantasy schemat powieści o Wybrańcu i jego zmaganiach z Nieuchronnym Przeznaczeniem.

      Usuń
  4. Przepraszam, że tak przyszłam i spamuję komentarzami. ^^ Pozwoliłam sobie nominować Cię do Liebster Awards - wiem, że już raz brałaś udział, ale jeśli kiedyś będziesz miała ochotę to powtórzyć, to zapraszam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ nie przepraszaj! Dziękuję za nominację i na pewno odpowiem, jak tylko przyjdą mi do głowy jakieś mądre odpowiedzi. ;)

      Usuń
  5. Przez ile lat toczy się historia pierwszego zbiorczego tomu Kronik? Bo mam wrażenie że bohaterowie w Białej Róży to stare dziadki :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Co do okładek, to chciałbym powiedzieć że mimo tego, że powstały one pewnie dla innych książek, to wciąż mają pewien oldschoolowy charakter i czar moim zdaniem i podobają mi się bardziej niż te w nowym wydaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest. Obiektywnie nie są ładne, ale miło się na nie patrzy, gdy akurat melancholia w sercu. Nie mówiąc już o tym, że te stare wydania jednak nieco lepiej leżą w dłoni niż te nowe, wielkie :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.