Zwycięstwo to bardzo smutna historia, czyli „Z mgły zrodzony” Brandona Sandersona


Z nieba sypie się popiół. Sadza, której nie można się pozbyć, powoli przykrywa ulice pełne złodziei i żebraków. W szarej ziemi lęgną się rośliny bez kwiatów, które zapomniały, czym jest słońce. Oto świat pod panowaniem Ostatniego Imperatora – dawniej bohatera, dziś nieśmiertelnego tyrana o statusie boga. Co gorsza, w czeluściach kopalni, zaułkach przeludnionych miast i w pełnych dekadenckiego przepychu pałacach kwitnie opresyjny system społeczny z podziałem na uprzywilejowaną szlachtę i niewolników skaa. Setki lat wyzysku i wyuczonej bezradności nie rokują dobrze tym, którzy chcieliby wszcząć bunt. Potrzebują kogoś, kto rzuci wyzwanie Ostatniemu Imperatorowi. Potrzebują Zrodzonego z Mgły.


Recenzja zawiera spojlery.

„Z mgły zrodzony” to – mówiąc wprost – jedna z najlepszych książek fantasy, jakie trafiły się Gryzipiórowi w ostatnich latach. Mądra, wciągająca, sprawnie napisana, a do tego po mistrzowsku wykorzystująca schematy tradycyjnej fantasy. Przyjrzyjmy się na przykład Vin, szesnastoletniej złodziejce skaa i głównej bohaterce powieści. Wszyscy znamy ten typ: sierota o ukrytej mocy, na razie poniżana przez rodzeństwo, ale wkrótce przeznaczona do wielkich czynów. Banał, który pod piórem Sandersona niespodziewanie rozwija się w interesującą, niezależną bohaterkę. Nieufna i pełna złych wspomnień, Vin przechodzi w powieści coś na kształt odwróconego dojrzewania: nie tyle traci złudzenia, ile je odzyskuje. Ocalona przez grupę honorowych rebeliantów skaa, musi wznieść się ponad własną traumatyczną przeszłość i nauczyć zaufania, przyjaźni oraz szczerości. Bardzo to mądre i ładnie napisane.

Niestety autorowi nie udało się całkowicie uniknąć tak uwielbianego przez naszą kulturę schematu Kopciuszka. Vin, kiedy ją domyć i dowartościować, okazuje się nie tylko piękna, zdolna i dowcipna, ale i obdarzona mocą dorównującą samemu Ostatniemu Imperatorowi. Błyskawicznie zdobywa sympatię każdego, kogo spotka na swojej drodze – w tym, ma się rozumieć, poznanego na balu księcia. Szczęśliwie Sanderson potrafi sprawnie, choć może niezbyt subtelnie (ileż można przypominać o doznanej przez Vin krzywdzie) wzbudzić u czytelnika współczucie i zaangażować go emocjonalnie w losy bohaterki. Gorzej niestety wypadają inne postacie kobiece – nie dość, że jest ich nieproporcjonalnie mało, to jeszcze nie wychodzą poza stereotypowe role pełnych poświęcenia żon lub oszałamiająco pięknych intrygantek.

[*]
Co innego bohaterowie męscy. O, ci są naprawdę interesujący, choć nie wszystkim autor poświęcił tyle uwagi, na ile zasługują (do nadrobienia w kolejnych tomach). Pierwsze skrzypce gra oczywiście Kelsier – duchowy przywódca rebelii skaa i tytułowy Zrodzony z Mgły. Tę tajemniczą i mocno niejednoznaczną postać konstruuje Sanderson tak, by nieustannie prowokowała czytelnika do stawiania pytań. Gdzie leży granica między szaleństwem a wielkością? Czy poświęcenie może być cyniczne? Co naprawdę kieruje człowiekiem, który postanowił obalić imperium: troska o dobro rodaków, chęć prywatnej zemsty, a może potrzeba zaspokojenia wybujałego ego?

Co najlepsze, autor nie daje na te pytania gotowej odpowiedzi, dzięki czemu lektura „Z mgły zrodzonego” upływa czytelnikowi na ciągłym snuciu domysłów. Domysły te nie dotyczą zresztą samego Kelsiera. Równie interesującym bohaterem jest sam Ostatni Imperator – pierwotnie syn kowala, który okazał się Wybrańcem i z mocy przeznaczenia zwyciężył zagrażające światu Zło. Mógł stać się kolejnym herosem tradycyjnej fantasy, ale najwyraźniej coś poszło nie tak i zamiast mądrego króla w typie Aragorna imperium otrzymało despotę. Sanderson pozwala czytelnikowi wejrzeć w psychikę przyszłego tyrana za pomocą fragmentów pamiętnika z jego młodości, ale aż do ostatnich stron powieści nie udziela jednoznacznej odpowiedzi (rozwiązanie zagadki, choć zaskakujące i bardzo pasujące do motywu przewodniego powieści, Gryzipióra trochę jednak rozczarowało).

Niemniej to właśnie dzięki fragmentom pamiętnika, szeptem wspominanym legendom oraz przemyconym tu i ówdzie uwagom o zniszczonych religiach zaczynamy podejrzewać, że królestwo Ostatniego Imperatora nie zawsze było tak ponure i homogeniczne kulturowo jak teraz. Krzywdy wyrządzane obecnie skaa przez ich panów mają najwyraźniej przyczyny w dalekiej przeszłości, co przydaje wagi głównemu konfliktowi w powieści. Jak głęboko sięgają te przyczyny? Tego z pierwszego tomu „Z mgły zrodzonego” się nie dowiemy. Sanderson najwyraźniej wziął sobie do serca słowa Napoleona o tym, że historia to uzgodniony zestaw kłamstw. Prawdziwe dzieje świata Vin i spółka odkrywają powoli, z trudem zdzierając kolejne warstwy fałszu i popiołu. „Zawsze jest kolejna tajemnica” – to ulubione motto Kelsiera przyświeca też konstrukcji całej powieści, która jest jak manna z nieba dla czytelnika zafascynowanego dziwnymi mechanizmami historii.

W ogóle Sanderson jest autorem, który – jeśli zechce – potrafi zrobić użytek ze swojego znakomitego warsztatu. Tu nie ma zbędnych scen, a dłużyzny można policzyć na palcach jednej ręki, co ucieszy pewnie tych, którzy wlekli się niedawno „Drogą królów”. Są za to nieźle pomyślane zwroty akcji, przejrzysta (ale nie banalna) intryga oraz żywe i dowcipne dialogi, w których od czasu do czasu błyśnie jakaś warta podkreślenia myśl. Cały ten jazz wystarcza na szczęście, by przykryć pewien niedostatek fabuły, mianowicie: uproszczenie konfliktu niewolników i arystokracji. Że sympatia autora leży po stronie ciemiężonych – to akurat łatwo zrozumieć, ale dlaczego ci pierwsi muszą być koniecznie dobrzy, a ci drudzy koniecznie źli? Nie wiem, może Amerykanie mają zupełnie inne wyobrażenie o rewolucji niż Europejczycy, ale chyba nie aż tak, by z czystym sumieniem przedstawiać szlachetnych rebeliantów walczących z tchórzliwą, zdeprawowaną szlachtą i przemilczać bezmyślne okrucieństwo, jakie w przeszłości często takim walkom towarzyszyło. A może jednak? „Z mgły zrodzony” to dopiero pierwszy tom trylogii, dlatego Gryzipiór wstrzymuje się z oceną, ale liczy na to, że rewolucja skaa według autora tak przecież zainteresowanego historią okaże się czymś więcej niż triumfalnym zwycięstwem dobrych niewolników nad złymi panami. I że nie wystarczy posadzić na tronie młodego, niedoświadczonego idealistę, by nad nią zapanować.

Na koniec słówko o magii – dla porządku, albowiem słynne systemy magiczne Sandersona do Gryzipióra nie przemawiają ani trochę. Tym razem nośnikami mocy są metale, które należy połknąć i spalić, by wywołać określony efekt (cyna wyostrza zmysły, mosiądz rozpala uczucia, żelazo przyciąga najbliższe metale i tak dalej). Każdy metal ma swoje miejsce w hierarchii i nosi tak inspirujące nazwy jak „zewnętrzny umysłowy metal przyciągający” czy „wewnętrzny fizyczny metal odpychający”. Ci, którzy potrafią spalać metale, nazywani są Allomantami albo – bogowie wiedzą dlaczego – Mglistymi. I co? I nic. Ten szczegółowy i starannie przemyślany system rodem z gry komputerowej nie ma w sobie żadnej głębi, żadnego mistycznego związku ze światem, żadnej… magii. Sanderson jak zwykle próbuje przydać mu wzniosłości za pomocą wyrazów zaczynających się od wielkich liter – jak zwykle z marnym skutkiem. Plusy? Jeśli kiedykolwiek powstanie film na podstawie powieści, pojedynki Allomantów „latających” dzięki odpychaniu się od rzucanych monet będą wyglądały naprawdę efektownie.

Gryzipiór chętnie by się na taki film wybrał – i przyznaje to ze zdziwieniem. Swego czasu Brandon Sanderson tak bardzo go rozgniewał powieścią „Siewca wojny”, że Gryzipiór przysiągł więcej nie sięgnąć po żadne jego dzieło. Przysięgi – jak widać – nie dotrzymał. I całe szczęście, bo mimo kilku niedociągnięć „Z mgły zrodzony” to naprawdę znakomita książka z wiarygodnymi bohaterami i cudownie dekadenckim światem. Jeśli kolejne tomy utrzymają poziom, może będziemy mieli nową „Pieśń Lodu i Ognia”. Najlepiej w pakiecie z nową „Grą o tron”.

  • Cykl: Ostatnie Imperium
  • Przekład: Aleksandra Jagiełowicz
  • Wydawca: MAG
  • Rok wydania: 2015 (2006)
  • Liczba stron: 669
  1. Wszyscy wokół wychwalają tę książkę, a to już trzecie pozytywna recenzja, jaką czytałam w ciągu tygodnia. Chyba naprawdę będę musiała po nią sięgnąć - wcześniej odrzuciła mnie nieco okładka i opis brzmiący jak takie typowe, mało oryginalne fantasy o jakichś Wybrańcach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę mówiąc, to JEST typowe, mało oryginalne fantasy o jakichś Wybrańcach. ;) Tyle że zostało bardzo inteligentnie i wciągająco napisane, ma też znakomity klimat i dających się lubić bohaterów. Także, no, polecam jako zaskakujący dowód na to, że schematy fabularne nie są takie złe, jeśli autor traktuje je nie jako obowiązek, ale jako wyzwanie.

      Usuń
  2. Heh, dla mnie "Z mgły zrodzony" to w ogóle książka o jednej kobiecie (wszystkie inne są tylko wspomniane i albo w chwili rozpoczęcia akcji są od dawna martwe, albo rychło będą). co ciekawe, Sanderson potrafi pisać ciekawe i różnorodne kobiety, ale najwyraźniej tylko jedną na powieść (moje doświadczenia z całkiem przyjemnym "Elantris" na to wskazują).

    Uwaga, spoilery.

    Dla mnie też rozwiązanie zagadki bohatera, który zmienił się w tyrana było w pewnym sensie rozczarowujące. Bo zbyt łatwe rozwiązanie sobie autor wybrał. Z drugiej strony, nieszczególnie przemawia do mnie to, ze facet, który uważał, że jego lud jest najlepszy na świecie i powinien żelaznym buciorem przydepnąć kark każdemu innemu, nagle dąży do wyniszczenia tegoż tylko ze strachu o własny tyłek. Ale może jeszcze co nieco się wyjaśni w tej kwestii.

    I też bym chętnie obejrzała te pojedynki na kinowym ekranie.;) Poza tym, to idealna powieść do ekranizacji - rewolucja jest, romans z bogatym szlachcicem, a więc pretekst do pokazania książęcego przepychu i ładnych kiecek jest, spektakularne sceny walk są, młoda bohaterka jest, główna rola dla hollywoodzkiej gwiazdy 40+ jest... Aż dziwne, że trailerów jeszcze nie ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje doświadczenie z "Siewcą wojny" wskazuje na to, że Sanderson w ogóle nie potrafi pisać kobiet, więc nawet Vin pozytywnie mnie zaskoczyła. Rzecz w tym, że nic w świecie "Z mgły zrodzonego" nie wskazuje, by kobiety były w jakiś sposób dyskryminowane, więc dziwi mnie ich niewielka liczba wśród bohaterów powieści. Może w kolejnych tomach pojawi się ich więcej?

      Masz rację co do rozwiązania zagadki Ostatniego Imperatora. Zbyt łatwe, zbyt mało logiczne, by mogło być prawdziwe - ale z drugiej strony czy istnieje alternatywa? Jedyne, co mi się podobało, to ta zdrada, która ładnie wpisuje się w tak ważną w powieści problematykę zaufania.

      Podobno Sanderson raz już sprzedał prawa do ekranizacji, ale licencja wygasła w 2014 roku. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego MTV rzuciło się na marną podobno "Shannarę", kiedy wokół tyle świetnych powieści jakby pisanych pod ekranizację, a "Z mgły zrodzony" jest chyba najlepszą z nich. Może coś się ruszy, kiedy skończy się "Gra o tron" (kiedyś się skończy, prawda?), zostawiając na lodzie kilka milionów widzów złaknionych kolejnego wysokobudżetowego serialu fantasy.

      Usuń
    2. Nie no, w "Elantris" napisał - całą jedną. Ale sympatyczna z niej babka. Może "Siewca wojny" to wypadek przy pracy?

      Ja w sumie obstawiałam, że Imperator te tysiąc lat temu wcale Głębi nie pokonał, tylko ona cwanie zajęła jego ciało i upozorowała własną śmierć.;) Choć w sumie nie jestem do końca pewna, czy to byłoby ciekawsze rozwiązanie.

      Sanderson niezbyt nadaje się na nowy hit HBO - za mało w nim gołych bab i nie za bardzo jest je gdzie wcisnąć.;> I w sumie widziałabym go jako pełnometrażówkę, ale z drugiej strony brak konieczności pokazywania budżetożernych, wygenerowanych w CGI kreatur robi z niego niezłego kandydata na serial fantasy.

      Usuń
    3. Tak właśnie podejrzewam. Inaczej nie umiem sobie wytłumaczyć, jak autor "Z mgły zrodzonego" dwa lata później mógł napisać jedną z najgorszych książek fantasy, jakie zdarzyło mi się czytać.

      A wiesz, że podejrzewałam coś podobnego? To znaczy nie, że Głębia go opanowała, tylko że się z nią złączył, bo inaczej pokonać się jej nie dało, a potem ona odmieniła jego charakter. Cóż, przynajmniej Sandersonowi udało się nas zaskoczyć... Mnie chyba najbardziej podobałoby się, gdyby Ostatni Imperator okazał się po prostu bohaterem zdeprawowanym przez absolutną władzę. Mało to efektowne wytłumaczenie, ale chyba najbardziej autentyczne.

      HBO przynajmniej nie cofnęłoby się przed pokazaniem okrucieństwa rewolucji, szczególnie jeśli w grę wchodziłoby palenie dzieci. :} Chociaż z drugiej strony ta stacja powinna otrzymać dożywotni zakaz na ekranizację fantasy. Hm, trudna decyzja. Biorąc pod uwagę, że "Z mgły zrodzony" jest częścią trylogii oraz całej serii książek osadzonych w jednym świecie, to wolałabym chyba zobaczyć kilkusezonowy serial.

      Usuń
  3. Po pierwsze: zachwyca mnie okładka. Już to przyciągnęło moje spojrzenie jeszcze przed wydaniem tej serii. Od tej pory poluję na tą książkę, ale nie byłam pewna czy na pewno mi się spodoba. Po twojej recenzji już wiem, że muszę ją kupić :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę! Mam nadzieję, że potem podzielisz się wrażeniami. :)

      Usuń
  4. Znowu trafiasz idealnie w moje gusta! Ta seria to moje tegoroczne odkrycie, zarwałam z nią dwie noce a jestem stateczną panią dobijającą do trzydziestkt!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ja też zarwałam noc (wprawdzie na razie tylko z jednym tomem, ale na drugi już się czaję w bibliotece). Jeśli kolejne części okażą się tak samo dobre, to chyba trzeba będzie stworzyć na blogu nową kategorię. ;)

      Usuń
  5. Hm, a mnie odrzuciła właśnie ta stereotypowa postać głównej bohaterki i cały ten motyw wybrańca i porzuciłam książkę po jakichś 50 stronach. Ale skoro mówisz, że dalej jest lepiej, to może do niej wrócę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam! Powieści Sandersona mają to do siebie, że rozwijają się bardzo powoli, ale akurat "Z mgły zrodzony" wart jest tego, żeby się trochę pomęczyć. Niestety Vin wraz z upływem czasu nie staje się mniej stereotypowa, ale wydaje mi się, że gdy skoncentrować się na innych wątkach, można na to przymknąć oko ;)

      Usuń
  6. Ehh, gdyby to była powieść Martina rzekłbym do was "my sweet summer children". Historia w I tomie i w ogóle niektóre wyjawione tajemnice to dopiero wierzchołek góry lodowej. Należy przeczytać całą trylogię, żeby wyrobić sobie pełnoprawne zdanie na jej temat. Daję słowo, że do czasu ostatecznego zakończenia wszystko stanie się jasne (a jeśli nie to będzie wina nieuważnego czytania). Wiele rzeczy jeszcze was zaskoczy np. dotyczących Ostatniego Imperatora, a do końca nie będziecie pewni kto ostatecznie zostanie wybrańcem ;) Sanderson operuje znanymi motywami, ale całkowicie inaczej je wykorzystuje.

    OdpowiedzUsuń
  7. "Z nieba sypie się popiół. Sadza, której nie można się pozbyć, powoli przykrywa ulice pełne złodziei i żebraków. W szarej ziemi lęgną się rośliny bez kwiatów, które zapomniały, czym jest słońce. Oto świat pod panowaniem Ostatniego Imperatora – dawniej bohatera, dziś nieśmiertelnego tyrana o statusie boga. Co gorsza, w czeluściach kopalni, zaułkach przeludnionych miast i w pełnych dekadenckiego przepychu pałacach kwitnie opresyjny system społeczny z podziałem na uprzywilejowaną szlachtę i niewolników skaa. Setki lat wyzysku i wyuczonej bezradności nie rokują dobrze tym, którzy chcieliby wszcząć bunt. Potrzebują kogoś, kto rzuci wyzwanie Ostatniemu Imperatorowi. Potrzebują Zrodzonego z Mgły."

    To brzmi zupełnie jak Morrowind.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.