Baśń o końcu świata, czyli „Umierająca Ziemia. Oczy Nadświata” Jacka Vance’a


Na taką powieść Gryzipiór czekał długo. Widzicie, kiedy dzisiejszy czytelnik, ze swoim nieznośnie dzisiejszym poczuciem wyczerpania literatury, sięga po klasykę fantasy, zdarza mu się przysypiać. We „Władcy Pierścieni” nudzi go obcy mu podział świata na Dobro i Zło, w „Czarnoksiężnika z Archipelagu” zbyt oczywista symbolika, a w „Elryku z Melniboné” – papierowi bohaterowie. Jack Vance, jeden z tych mniej znanych ojców założycieli gatunku, nie nudzi. Jack Vance zachwyca w „Umierającej Ziemi” wyrafinowaną dekadencją, perfekcyjnym odwzorowaniem baśniowej konwencji i barwnymi opisami, w których więcej jest magii niż w niejednym pojedynku czarodziejów.

Ziemia, nieokreślona przyszłość. Nad światem wschodzi małe, czerwone słońce – zapowiedź bliskiej zagłady. Tam, gdzie niegdyś rządziły potężne cywilizacje, żyje garstka parających się magią dziwaków. Turjan z zamku Miir na próżno stara się wyhodować sobie przyjaciela; czarnoksiężnik Mazirian dogląda nocnego ogrodu roślinno-zwierzęcych hybryd; olśniewająca urodą T’sais wędruje w poszukiwaniu piękna i miłości, których nie dostrzega jej uszkodzony mózg; młody Guyal ze Sfere udaje się do legendarnego Muzeum Człowieka, by nasycić ciekawość niepojętą w czasach umierającej Ziemi.

Ich losy spisuje Vance w konwencji baśni, której zaskakująco do twarzy w całunie melancholii. Bohaterowie są marionetkami w rękach bajarza i posłusznie odgrywają jego najbardziej szalone wizje. Zwięzłość, uproszczona psychologia i z góry założone nieprawdopodobieństwo sprawiają, że lekturę „Umierającej Ziemi” może trudno przeżyć, ale jakże łatwo się nią zachwycić! To coś jak baśnie z „Tysiąca i jednej nocy” przepisane na język fantasy i science-fiction (magii nie da się tu odróżnić od zaawansowanej technologii). Z każdej opowieści da się wywieść osobną opowieść, epizody rozrastają się w nowe, niespodziewane historie, a pozornie nieistotne postaci z czasem stają się bohaterami własnych dziejów. Tu nie ma epickiej sagi o drużynie herosów, są zaś luźno powiązane, soczyste opowiadania, przypominające migawki ze wspomnień gasnącego świata. I tylko obowiązkowego szczęśliwego zakończenia jakoś nie można się doczekać.

[*]
Vance bowiem doskonale wie, co robi. Bawi się fragmentami opowieści, rozrzuca wokół intrygujące imiona i nazwy krain, aż ze zgrozą zaczynamy rozumieć, że nigdy nie poznamy losów tego tajemniczego świata. Jego metaforą jest bank zaginionej wiedzy w Muzeum Człowieka, przechowujący „historię dziesięciu milionów miast, początki czasu i przewidywane jego końce, przyczynę istnienia i przyczynę przyczyny”. Leciwy kustosz zdołał stworzyć jedynie pobieżne streszczenie tego niemożliwego zbioru – „panoramę szerokiej i różnorodnej krainy”. Podobnie Vance karmi czytelników urywkami opowieści, budzącymi tęsknotę za utraconą pełnią. Tak podczas lektury rodzi się melancholia, wzmacniana jeszcze świadomością nieuchronnej zagłady tej nigdy niepoznanej przyszłej Ziemi.

Od czytelnika zależy, czy da się oczarować tym dekadenckim baśniom, czy raczej wróci do współczesnej, bardziej brutalnej i bardziej emocjonującej fantastyki. Nieprzekonanych przekona może to, że pomysły Vance’a nabierają mocy dzięki pięknemu językowi. „Umierająca Ziemia” przypomina, że przynajmniej z początku światy fantasy były przede wszystkim tworami językowymi. Posłuchajcie tych nazw: Pandelume, Ascolais, Chun Nieunikniony, Miejsce Szeptów, Budowniczy Snów, Iucounu Śmiejący się Czarnoksiężnik… Vance, jak Tolkien, ma rzadki dar poruszania wyobraźni jedynie za pomocą zmyślnego układu sylab. Ma też dar tworzenia opisów. Pod jego piórem – wspartym doskonałą intuicją tłumaczki – umierająca Ziemia ożywa kolorami i tajemniczymi kształtami. Oto dowód ze strony piętnastej:

W Kaiin, mieście białych murów, panowała noc i trwało jakieś święto [...]. Ulicami płynęły pijane winem tłumy, odziane w przedziwne kostiumy. Oto żeglarz z Melantyny, tu wojownik Zielonego Legionu Waldarana, tam znów ktoś ze starożytnych czasów, z zabytkowym hełmem na głowie. W niewielkim prześwicie obwieszona girlandami kurtyzana z Przybrzeża Kaczyków tańczyła do dźwięków fletu taniec czternastu jedwabnych ruchów. W cieniu balkonu barbarzyńska dziewczyna ze Wschodniej Almerii obejmowała mężczyznę o uczernionej skórze, przebranego w skórzaną uprząż deodanda z lasu. Jakże rozradowani w gorączkowej uciesze byli ci ludzie z umierającej Ziemi; jakże blisko była nieskończona noc, kiedy czerwone Słońce wreszcie zamruga i poczernieje.

„Umierająca Ziemia” to dopiero pierwsza część czterotomowego cyklu. Polski wydawca opublikował ją razem z tomem drugim, który stanowi ciekawy kontrapunkt. „Oczy Nadświata” to już nie tyle zbiór baśni, ile powieść łotrzykowska w odcinkach. Jej protagonistą – bo z pewnością nie bohaterem – jest Cugel Sprytny, oszust, złodziej i czarujący łajdak, zdolny sprzedać kochankę za obietnicę bezpiecznej przeprawy przez las. Mógłby być ojcem wszystkich antybohaterów… gdyby był choć trochę interesujący. Niestety Vance nie wyposażył go ani w tajemniczą przeszłość, ani w interesujący konflikt wewnętrzny, ani nawet w piętno odmienności. Ten uproszczony portret psychologiczny, w baśni konieczny, denerwuje w wypadku postaci, której towarzyszymy aż przez dwieście stron. Z czasem irytujące stają się też dialogi nieznające podziału na socjolekty arystokraty i wieśniaka. Cóż, najwyraźniej to, co sprawdza się w krótkiej baśni, nie zawsze sprawdzi się w powieści. Zadziwiające, jak zmiana formy potrafi obnażyć słabości pisarskich założeń! Na szczęście „Oczy Nadświata” bronią się wspaniałym językiem i uroczo staroświeckim poczuciem humoru.

Taką klasykę fantasy Gryzipiór kupuje w ciemno.

  • Przekład: Jolanta Pers
  • Wydawca: Solaris
  • Rok wydania: 2010 („Umierająca Ziemia” 1950, „Oczy Nadświata” 1966)
  • Liczba stron: 398

Gryzipiór trochę przespał ostatnie dwa tygodnie w blogosferze, gdyż nocami oglądał pewien bardzo straszny, bardzo ostatnio głośny serial. Recenzja wkrótce!
  1. Hm, ja właściwie mam tak samo - "Umierająca Ziemia" mnie zachwyciła językiem i sposobem snucia opowieści (choć musiałam się do tej konwencji jakiś czas przekonywać), za to "Oczy Nadświata" rozczarowały. I w sumie winię za to konwencję baśniową, ale trochę inaczej, niż Ty. Otuż głównym błędem Vance'a było osadzenie w baśniowej poetyce niebaśniowego bohatera. W baśniach mamy sporo łotrzyków, nie każdy ma interesującą przeszłość czy ciekawą tajemnicę, ale to są zawsze postacie w głębi serca dobre, które albo na końcu pokonują złego czarownika (jeśli od razu widać, że są dobre), albo ulegają wewnętrznej przemianie. Cugel nie robi żadnej z tych rzeczy, więc nie mieści się w ramach konwencji. A autor nie może skorzystać z narzędzi, które zwykle ubarwiają tego typu postacie, bo one też do konwencji nie należą... Mam nadzieję, że choć trochę pokazałam, o co mi chodzi.^^'

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to dobrze, że jest nas więcej! Zauważyłam, że większość recenzentów chwali raczej "Oczy Nadświata" jako tę bardziej spójną, bardziej interesującą część, a marudzi nad epizodyczną "Umierającą Ziemią".
      Masz rację co do nieprzystawalności (anty)bohatera i konwencji. Nie jestem tylko pewna, czy niebaśniowość Cugela wynika z tego, że nie przechodzi on wewnętrznej przemiany. Bohaterowie baśni chyba nie są szczególnie skłonni się zmieniać, raczej zmieniają swoją sytuację zewnętrzną (zdobywają królestwa, poślubiają księżniczki, przyprowadzają do domu zaginione rodzeństwo i tak dalej). Są za mało skomplikowani, za bardzo sprowadzeni do odgrywanych przez siebie ról, by móc się na serio wewnętrznie zmienić.
      Cugel jest moim zdaniem niebaśniowy dlatego, że gra rolę trickstera - gościa, który przeciwstawia się wszelkim normom i regułom. W zderzeniu z nim baśniowy świat właściwie przestaje istnieć: dobro nie zostaje nagrodzone, a zło ukarane; nie działają zasady dotrzymywania umowy i konsekwencji łamania zakazu; nie wypełnia się schemat przejścia od nieszczęścia do szczęścia. I to jest moim zdaniem genialny pomysł na bohatera. Tyle że Vance jakoś nie zdołał tego pomysłu "sprzedać", wyciągnąć z niego napięcia, interesujących konkluzji czy przewartościowań (wyciągnął tylko odrobinę humoru). Rozczarowujące!

      Usuń
  2. Dzięki za rekomendację. Miałem się wziąć za coś innego, ale może poszukam i zacznę czytać Vance'a, skoro jest taki dobry.Trochę szkoda tylko, że te tomy są takie opasłe, a obowiązki można przekładać tylko do określonego punktu w czasoproblemie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ proszę. :) 400 stron - wydaje mi się, że to dość przystępna objętość jak na dwa tomy. Jeśli czasoproblem okaże się zbyt czasoproblematyczny, zawsze możesz ograniczyć się do "Umierającej Ziemi", która ma stron 170, a mniej więcej od połowy czyta się ją bardzo szybko.

      Usuń
  3. To ja się przyznam, że nie znam tej lektury. Po przeczytaniu Twojego tekstu chyba się za nią wezmę.

    Co do klasyki fantastyki to staram się zachować zloty środek. "Władca pierścieni" nigdy mnie nie znudzi, ale to że drzemałam czytając"Czarnoksiężnika z archipelagu" nie przynosi mi wstydu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam! Naprawdę warto, przynajmniej pierwszy tom.

      O, to widzę, że nie jestem jedyna. :) Mam mieszane odczucia co do większości klasyki fantasy, ale staram się ją w miarę możliwości nadrabiać - czytanie nowszej fantasy robi się wtedy i ciekawsze, i głębsze jakby.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.