Czasami mnie Diabeł kusi, by uwierzyć w Boga, czyli „Hannibal” – sezony 1 i 2


Dziś w telewizji nie ma chyba drugiego tak kontrowersyjnego serialu jak „Hannibal”. Przekombinowany, niezrozumiały, a do tego nudny – krzyczą jego zaciekli przeciwnicy. Wizjonerski, wizualnie wysmakowany, wciągający bez reszty – odpowiadają równie zaciekli fani. Co zabawne, obie strony mają rację. „Hannibal” produkcji NBC opowiada historię luźno opartą na kultowym „Czerwonym Smoku” Thomasa Harrisa – i robi to w taki sposób, że albo od razu wyłączycie telewizor, albo klapniecie na kanapę, oniemiali z zachwytu. Zarzucić można mu bowiem wiele, ale na pewno nie brak porywającej, diabelnie spójnej wizji. W każdym razie dla Gryzipióra, uwielbiającego gotycką wyobraźnię, wieloznaczne relacje między bohaterami i narrację z pogranicza snu i jawy, był to kawał smakowitego, filmowego mięcha. Oh, wait.


Recenzja zawiera niewielkie spoilery.

Przyznacie, że ryzykowny to pomysł: przerabiać na serial kultową opowieść o kanibalu, który dla sporej części widowni już zawsze będzie miał twarz Anthony’ego Hopkinsa z klasycznego „Milczenia owiec”. Taką decyzję może uzasadnić tylko siła autorskiej wizji – wizji, której producentowi serialu, Bryanowi Fullerowi, nie brakuje. Jego pomysł był tyleż prosty, co zgodny ze współczesną modą na fanowski retelling: opowiedzieć prawdziwą historię przyjaźni Willa Grahama i Hannibala Lectera [1], przyjaźni mrocznej, perwersyjnej, fascynującej jakąś przedziwną niszcząco-wyzwalającą mocą. I udało mu się. Dość powiedzieć, że kiedy tydzień temu Gryzipiór wziął się wreszcie za książkowego „Czerwonego smoka”, srodze rozczarował się tym, jak niewiele miejsca poświęcił Harris relacji łączącej Willa i doktora Lectera. Na szczęście Fuller wypełnił te białe plamy – i to jak!


Pierwsze odcinki „Hannibala” przypominają typowy procedural – tyle że bardziej, cóż, wysmakowany. Will Graham, cudownie aspołeczny psycholog, pomaga FBI w śledztwach dotyczących różnych wesołych morderców, z których najłagodniejszy hoduje grzyby na żywcem zakopanych cukrzykach. Will ma bowiem rzadki dar wczuwania się w psychikę sprawców, co z jednej strony pomaga mu ratować ludzi, z drugiej – sprawia, że nieustannie balansuje na krawędzi obłędu. Żeby ocalić go przed upadkiem, jego szef i przyjaciel Jack Crawford wysyła go na terapię do innego współpracownika FBI, doktora psychiatry… Hannibala Lectera. W tym momencie nasz typowy procedural zmienia się w zakręcony thriller psychologiczny, w którym ważniejsze od pytania „kto zabił?” staje się pytanie „kiedy go złapią?”. Fuller doskonale wiedział, że nie zdoła ukryć przed widownią prawdziwej tożsamości Lectera, więc nawet nie próbował; widz od początku wie, kto zabija, ale nie wie, dlaczego. Wie jedynie, że ma to coś wspólnego z Willem, którego Hannibal wybrał sobie na przyjaciela i którego próbuje uwieść, jak to mówią, „przez żołądek do serca”.

Czy mu się udaje? Kwestia interpretacji. Nie żeby Hannibalowi brakowało predyspozycji. Wcielający się w niego Mads Mikkelsen na nowo wynalazł słowo „charyzmatyczny”. Naturalna pewność siebie, przerażający spokój, uśmiech drapieżcy i kamienna twarz, zdradzająca emocje drgnięciem pojedynczego mięśnia – ta rola to majstersztyk i nie zdziwcie się, jeśli po seansie stwierdzicie, że Hannibal Mikkelsena zastąpił w waszej głowie Hannibala Hopkinsa. Jednocześnie Fuller zdołał oprzeć się pokusie uczłowieczenia swojego bohatera. Jego Lecter to samiec alfa, który ludzi porównuje do stada świń, a następnie zabija ich i zjada, by okazać dominację. To także czarujący ekscentryk, wrażliwy koneser sztuki, błyskotliwy rozmówca i psychiatra, który wydaje się… pomagać swoim pacjentom ze szczerego serca. Hannibal jest trochę jak Szatan z „Raju utraconego”; piękny i melancholijny, kieruje się własnym kodeksem moralnym i nie uznaje nad sobą żadnej władzy, a boskiej szczególnie. Kocha ludzi i jednocześnie nimi gardzi, traktując ich jak pionki w prywatnej rozgrywce z Bogiem:

HANNIBAL: Bóg też lubi zabijać. Robi to cały czas, a czyż nie stworzył nas na swoje obraz i podobieństwo? W ostatnią środę zrzucił dach kościoła na 34 wiernych, którzy śpiewali mu hymn.
WILL: Poczuł się dobrze?
HANNIBAL: Poczuł się potężny.

Koniec końców, Hannibal-Kanibal okazuje się kimś znacznie niebezpieczniejszym od psychopaty: wrażliwym i diabelnie inteligentnym Nadczłowiekiem, który podkopuje filozoficzne fundamenty naszej cywilizacji.

Nic dziwnego, że równie sceptyczny Graham będzie mu wkrótce – dosłownie – jadł z ręki. Niektórzy internauci zarzucali Fullerowi, że zrobił z tej postaci płaczliwego nieudacznika. Owszem, przez większość czasu Will wygląda jak, cóż, przeżuty. Są to jednak pozory, pod którymi kryje się być może morderca równie twardy jak nasz ulubiony kanibal. – Musisz znaleźć drogę wyjścia z mrocznych miejsc, w które posyła cię Jack – radzi mu Lecter. – Ostatnim razem, kiedy posłał mnie w mroczne miejsce, coś z niego przyniosłem – odpowiada Will i ma rację. Im bardziej wczuwa się w morderców, tym bardziej traci siebie; tego zresztą pragnie Hannibal, przekonany najwyraźniej, że aby złożyć coś w całość, trzeba to najpierw w całości zniszczyć. Hugh Dancy doskonale portretuje człowieka na skraju obłędu, przerażonego i jednocześnie zafascynowanego tym, do czego mógłby być zdolny, gdyby posunął się o krok dalej.


Równie interesująco wypada drugi plan: czarująca, rozsądna doktor Alana Bloom i cyniczna dziennikarka Freddie Lounds (w książkowym pierwowzorze obie te postaci były mężczyznami), trochę odpychający, a trochę budzący litość doktor Chilton – jedyny chyba w pełni realistyczny bohater tego serialu, i oczywiście wspaniale zagrana przez Gillian Anderson psychoterapeutka Lectera, której starannie upozowany spokój każe zgadywać, co też się w niej kryje. I tylko Laurence Fishburne nie całkiem przekonał Gryzipióra w roli Jacka Crawforda – ale nie dlatego, że gra źle, tylko dlatego, że sam Jack jest postacią, na którą scenarzyści chyba nie mieli pomysłu. Co to za szef sekcji FBI, który nie znajduje ani jednej cennej wskazówki i do końca daje się wodzić za nos mordercy-kanibalowi? Można by założyć, że wykorzystuje Willa, żeby przykryć własne nieudacznictwo, gdyby tylko cokolwiek w serialu potwierdzało tę interpretację.

No, ale czym byliby fascynujący bohaterowie bez równie fascynującej narracji? Właśnie „narracji”, a nie fabuły, która choć ciekawa, jest właściwie dość przewidywalna. Fuller wynalazł na potrzeby tej historii przedziwny i momentami niesamowicie irytujący sposób opowiadania, którego próżno dziś szukać w telewizji (przynajmniej Gryzipiór niczego takiego nie znajduje). Nieliniowość, kilka planów czasowych, niedomknięte wątki [2], bohaterowie nieoczekiwanie powracający z zaświatów, statyczne i straszliwie przegadane sceny w domu Lectera – to najłatwiejsze z problemów, z jakimi musi się zmierzyć widz. Prawdziwe wyzwanie stanowi rozpadający się umysł Willa, który z czasem przestaje odróżniać fikcję od rzeczywistości. W efekcie nigdy nie możemy mieć pewności, czy to, co obserwujemy na ekranie, jest a) prawdą, b) halucynacją, c) prawdą wykoślawioną przez rozszalałą wyobraźnię głównego bohatera. Serio Gryzipiór miał w pewnej chwili wrażenie, że całkiem dosłownie siedzi w czyjejś głowie, nie wiedział tylko w czyjej – Willa, Hannibala, Fullera?


Ta niepewność co do statusu prezentowanego świata jest najpotężniejszym źródłem napięcia w serialu, zaraz po iskrzącej relacji łączącej głównych bohaterów. To realizm magiczny w czystej postaci, w dodatku solidnie podlany gotycką makabrą. Dlatego nie popełnijcie tego samego błędu, który spowodował lawinę negatywnych recenzji: nie patrzcie na „Hannibala” jak na serial naśladujący rzeczywistość. „Hannibal” nie naśladuje. „Hannibal” tworzy własny świat, którym włada nie logika i prawdopodobieństwo, ale siła wyobraźni. W dodatku Fuller, niechętny wyjaśnianiu czegokolwiek, zaprasza widza, by z tych pozornie nieprzystających do siebie halucynacji i skrawków prawdy ułożył własny obraz i własną interpretację. „This is my design” to nie tylko zdanie, którym Will kończy każdy empatyczny trans; to także credo scenarzysty, który chce, by widzowie napisali tę historię razem z nim.

Dla odważnych ma zachętę: śmiałą, autorską wizję, która pewnie nigdy nie trafiłaby na ekran, gdyby nie to, że broni się siłą własnej spójności. Oprócz kotletów z ludzi „Hannibal” serwuje bowiem prawdziwą ucztę dla oka. Menu obejmuje: mroczną, przytłaczającą, utrzymaną w zgaszonej kolorystyce scenografię, groteskowe wizje (ten nieszczęsny czarny jeleń!) i perwersyjnie piękne dania z kuchni Lectera, które kamera kontempluje z pornograficzną niemal fascynacją. Na deser zaś podane zostają kadry z miejsc zbrodni, wyrafinowanie okrutnych i przesadnie upozowanych, jak totem z ludzkich ciał albo samobójca, który najpierw zdarł sobie skórę z pleców, żeby zrobić skrzydła, a potem powiesił się na drewnianym rusztowaniu, zgrywając anioła (dobry przykład na to, jak bardzo serial nie troszczy się o prawdopodobieństwo, kiedy do pokazania jest coś szokującego – i symbolicznego).

fot. NBC
Co wrażliwszych może ta przeestetyzowane makabra odrzucić, Gryzipiór sugeruje jednak, żeby dali serialowi szansę. Morderstwa, które bada Will, są bowiem tak odrealnione, że z czasem przestają przerażać, a zaczynają budzić coś w rodzaju niezdrowej fascynacji („A jakie jest twoje ulubione morderstwo z »Hannibala«?”). Co więcej, ciekawsze od epatowania okrucieństwem jest to, jak historie kolejnych sprawców odzwierciedlają zmiany w psychice Willa i jego relacji z Lecterem. (Przy okazji daje o sobie znać paradoks doskonale znany fanom gier komputerowych: na ekranie mogą lać się hektolitry krwi i latać odcięte kończyny, ale o pokazaniu seksu między dwojgiem kochających się ludzi nie ma mowy).

„Hannibal” nie jest serialem dla wszystkich – to jasne. Trzeba mieć zamiłowanie do bohaterów prowadzących ze sobą psychologiczne gry, wysoką tolerancję na przemoc i sporo dobrej woli, by śledzić narracyjne wolty i wyłapywać aluzje w niekiedy (celowo) nienaturalnie brzmiących dialogach. Nie zaszkodzi też odrobina czarnego humoru i znajomość książkowego pierwowzoru, z którym serial pogrywa sobie dość śmiało (vide historia początkującej funkcjonariuszki FBI, która przypomina historię ujęcia Lectera z „Czerwonego smoka” – oprócz zakończenia, oczywiście). Jest jednak grupa zawodowa, której Gryzipiór poleciłby ten serial szczególnie: psychologowie. Jednym z ciekawszych wątków „Hannibala” jest problem relacji między terapeutą a pacjentem (czy też, jak to się dziś mówi, klientem), problem władzy, zaufania, odpowiedzialności i granicy, za którą czai się przyjaźń – a także uzależnienie. Do czego posunie się zakochany psychiatra, by uratować przed ciemnością swojego najdroższego pacjenta? Oto pytanie, na które „Hannibal” wciąż nie odpowiedział. I lepiej przygotujmy się na dzień, w którym odpowie. Jak bowiem głosi ludowa mądrość, kochanego ciała nigdy dość.

Smacznego.


[1] Oczywiście słowo „przyjaźń” nie oddaje nawet połowy tego, co się dzieje między Willem i Lecterem. Jest tu i fascynacja, i miłość, i nienawiść, i wyczuwalne napięcie erotyczne, a wszystko to tak pogmatwane i zmienne, że po długich mękach twórczych Gryzipiór zdecydował się jednak na „przyjaźń”. Swoją drogą „Hannibal” to kolejny znakomity serial, który reinterpretuje historię z kulturowego kanonu na sposób queerowy. Myśl, że ten trend mógłby się utrzymać, a nawet zdobyć większą popularność, raduje Gryzipiórowe serce.
[2] Jednego tylko wątku Gryzipiór nie kupuje: choroby żony Crawforda, Belli. Serio, jeśli już wprowadzamy temat tak ciężkiej wagi jak nowotwór, to powinniśmy poświęcić mu odpowiednio dużo uwagi i czasu. Albo chociaż znaleźć w sobie na tyle wyczucia, by nie traktować go jak przerywnika – albo pretekstu do popchnięcia akcji do przodu.

Sentencję w tytule pożyczył Gryzipiór od niezrównanego Stanisława Jerzego Leca. Gify oczywiście z Tumblra.


  • Koncepcja: Bryan Fuller
  • Produkcja: USA
  • Premiera: kwiecień 2013
  • Emisja: NBC
  • Liczba odcinków: 26

PS Gryzipiór nie odniósł się do sezonu trzeciego, gdyż jak dotąd nic z niego nie zrozumiał. Jeśli zrozumie, napisze osobną recenzję.
  1. Hannibal nie będzie nigdy moim ulubionym serialem, ale obejrzałam dwa sezony z rosnącą fascynacją, bo to co zrobili twórcy, wymyka się w ogóle pojęciu serialu i nawet pojęciu filmu w odcinkach - to jedno z tych dzieł, gdy ktoś zdolny dostał do ręki takie zabawki, jakie chciał (no dobrze, oprócz jednej - praw do postaci agentki Starling ;)) i zrobił z nich użytek, nie przejmując się takimi kwestiami jak "a czy ktoś to w ogóle będzie oglądał". Twórcy płynnie przechodzą od procedurala do filmowości, od realizmu do fantazji, od makabry do humoru albo czułości. A aktorzy im w tym sekundują - to niesamowite, jak świetnie gra taki Dancy, którego kojarzyłam wcześniej głównie z komedii romantycznych. No i na hasło Hannibal zaczęła mi się pojawiać twarz Mikkelsena zamiast twarzy Hopkinsa - dziwna rzecz. Chociaż moim faworytem i tak pozostaje "typowy Frederick", czyli doktor Chilton, a jego miny na przyjęciu u Hannibala w którymś odcinku to majstersztyk ;)

    Za to trzeci sezon... yyy... no dobrze, więc nie tylko ja nic z niego nie rozumiem. Mam wrażenie, że twórcy tak zatracili się w formie, że zapomnieli o treści, albo że robią serial dla najbardziej hermetycznego fandomu, który zrozumie wszystkie nawiązania. Ja niestety jestem zwykłym widzem, który oprócz zachwycania sie pięknymi zdjęciami potrzebuje też nieco w miarę zrozumiałej akcji ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam bardzo podobne odczucia. "Hannibala" nie tyle polubiłam, ile zaczęłam podziwiać za siłę i bezkompromisowość autorskiej wizji Fullera (i za świetną grę aktorską oczywiście). Ciekawe, że identyczny stosunek mam do postaci Lectera - zero sympatii, mnóstwo podziwu i fascynacji. Tylko raz - w finale drugiego sezonu - Hannibal wzbudził moje współczucie i było to uczucie dość wstrząsające. Świetnie napisany, świetnie zagrany moment.

      Mnie się wydaje, że w trzecim sezonie Fuller w ogóle zrezygnował z opowiadania historii na rzecz symbolicznej wiwisekcji stanu psychicznego bohaterów. Serio nie zdziwiłabym się, gdyby na końcu okazało się, że wszystko jest snem/fantazją Willa dochodzącego do siebie po finale drugiego sezonu. Albo reinterpretacją/kontynuacją pierwszego i drugiego sezonu, której dokonuje Hannibal w swoim pałacu umysłu. Albo i jednym, i drugim. Taka metaopowieść... którą, mam nadzieję, przywoła do porządku pojawienie się Czerwonego Smoka. :)

      Usuń
    2. Tylko nie to, tylko niech się to nie okaże snem :) Kiedy byłam w podstawówce i pisaliśmy wypracowania na ocenę, zawsze wybierałam "temat wolny" i zawsze brakowało mi czasu, urywałam więc historię w dowolnym momencie i dopisywałam "i nagle obudziła się. Okazało się, że to był tylko sen.". Dlatego teraz nie trawię takich rozwiązań, bo gdzieś tam podświadomie uważam je za najbardziej oczywiste i wymagające najmniej twórczej pracy ;) Co oczywiście jest niesprawiedliwe w stosunku do twórców, ale nic na to nie poradzę :)

      Usuń
    3. Coś w tym jest... Ale akurat w "Hannibalu" takie rozwiązanie chyba by nie bolało, wydaje się całkiem zgodne z tą zakręconą konwencją. Na pocieszenie: zwiastun drugiej połowy serialu wyemitowany podczas Comic Conu wygląda bardzo zacnie. Może jednak doczekamy się sensu w tym sezonie. ;)

      Usuń
  2. Pierwszy sezon uważam za obłędny. Od razu się w niego wciągnęłam i zakochałam. Przy drugim zastanawiałam się "O co chodzi do cholery?". Zaczęli kombinować i jak dla mnie zrobili to za bardzo. Za trzeci sezon jeszcze się nie wzięłam i w sumie nie wiem czy to zrobię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, pierwszy sezon to mistrzostwo. Ale jeśli zirytował Cię sezon drugi, to obawiam się, że trzeci tylko pogłębi ten stan - szczególnie pierwsza połowa z przeskokami w czasie, dziwaczną fabułą i zatartą granicą między tym, co realne, a tym, co się dzieje w umysłach bohaterów (a może to też jest realne? Albo nawet bardziej realne? Hm...).

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.