Taniec ze smokami, czyli „Gra o tron”, sezon 5, odcinek 9


W tym tygodniu wtorek wypadł w sobotę. Stało się tak, ponieważ po ostatnim odcinku „Gry o tron” Gryzipiór musiał ochłonąć i nabrać ironii (jak powietrza), ironii będącej – jak wiadomo – jedynym słusznym sposobem oglądania świata, a także niedobrych seriali. Ironią losu jest na przykład to, że ze wszystkich odcinków piątego sezonu najdalszy od pierwowzoru okazał się właśnie odcinek dziewiąty, zatytułowany tak, jak ostatni tom powieści George'a Martina. Co gorsza, brak w tym odcinku elementarnej logiki, umiaru i spójności charakterów. Dan Weiss i David Benioff są jak piłkarze, którzy pozbawieni kapitana, strzelają sobie samobóje. W tym tygodniu padł samobój szczególny, bo – wybaczcie niesmaczny żart – ze spalonego.

Na pierwszy ogień idzie dziś Jon Snow, który postanowił przechytrzyć logikę i zakotwiczyć flotę po niewłaściwej stronie Muru. Powodów tej błyskotliwej decyzji mogło być wiele. Najbardziej prawdopodobna wydaje się chęć ujrzenia malowniczego grymasu na twarzy strzegącego bramy Allisera Thorne'a. Ewentualnie mógł Jon zatęsknić za Innymi, którzy nie poświęcili mu w Hardhome wystarczającej uwagi – zrozumiałe, że chciał porachować się z nimi w lesie na północ od Muru. Egzotycznych pragnień Lorda Dowódcy nie zrozumieli jednak bracia z Nocnej Straży, którzy powitali go spojrzeniami zimniejszymi niż, cóż, Mur. Nawet Sam, kumpel od siedmiu boleści, zostawił Jona na sam widok marsowej miny Thorne'a, który przyszedł przekazać szokującą wiadomość: „Masz dobre serce, Jonie Snow. Zginiemy przez to”. Trudno powiedzieć, kiedy konkretnie Alliser zdecydował, że jego dowódca brata się z Dzikimi z litości, a nie z wyrachowania tudzież chęci zdrady. Damy mu jednak spokój, gdyż nie tylko on postępuje w tym odcinku tak, jakby przeszedł przyśpieszone pranie mózgu.

fot. HBO
W Dorne, na przykład, szybko się żyje, szybko rozbiera i równie szybko zmienia zdanie. Gdyby Jaime o tym wiedział, pewnie nie zgrywałby westeroskiego Jamesa Bonda, tylko wysłał list z prośbą o zwrot siostrzenicy. Doran Martell, jak się okazało, z radością spełniłby taką prośbę. Co więcej, dorzuciłby w prezencie Lannisterom swojego jedynego dziedzica – wymarzony materiał na zakładnika. No, ale pisanie listów najwyraźniej idzie Królobójcy równie kiepsko, jak odgrywanie dyplomaty. Nic nie szkodzi, bo wszystko – wyjazd Trystane'a i Myrcelli, pojednanie z Ellarią Sand – załatwi za niego książę Dorne. Przy okazji pozbawi też Jaimego roli do odegrania w fabule piątego sezonu „Gry o tron”, ale któż by się przejmował takimi drobnostkami jak ewolucja postaci? Któż by się zastanawiał, gdzie się podział wygadany ser Jaime z poprzednich sezonów (o książkowym pierwowzorze litościwie zmilczmy)? Albo dlaczego wyprawa do Dorne, zabierająca cenny ekranowy czas, kończy się banalną ugodą, która nikogo nic nie kosztuje i którą można było zawrzeć zza biurka w Królewskiej Przystani? Albo jakie metody prania mózgu zastosowali Dornijczycy, żeby osiągnąć ekspresową i zupełnie niewiarygodną przemianę Ellarii z żądnej krwi mścicielki w rozsądnie myślącą wdowę?

fot. HBO / Fanpop
No dobrze, Gryzipiór nie będzie zadawał więcej nietaktownych pytań. Szczególnie, że twórcy serialu i tak nie wierzą w wyczucie formy u swoich widzów. Co nie dziwi, jako że sami go nie mają. Braavos, w którym akcja toczyła się dotąd spójnie i interesująco, odwiedził w tym tygodniu lord Tyrell. Towarzyszył mu ser Meryn Trant, numer 3 na liście ludzi, których Arya Stark przysięgła posłać do piachu. W obliczu takiej pokusy tracą znaczenie zobowiązania wobec zabójców z Domu Czerni i Bieli. Arya rozpoznaje Tranta, Trant – Aryę. Królewski gwardzista nie robi jednak nic, by porwać zaginioną Starkównę. Nie wierzy własnym oczom? Wierzy, ale mu się nie chce? A może jest jednym z tych dobrych ludzi, którzy zawinili tym tylko, że źle wybrali przełożonego?

Podobne pytania grożą myśleniem, więc troskliwi scenarzyści śpieszą nam na ratunek. Już nie wystarczy, że Trant usiekł niegdyś ulubionego nauczyciela Aryi. Musi okazać się pedofilem, by widzowie doszczętnie go znienawidzili i broń Boże nie wpadli na to, że może Arya nie ma prawa pozbawić go życia. Na co komu etyczna dwuznaczność, kiedy można pokazać na ekranie kawałek golizny? Co gorsza, ten brak umiaru w szokowaniu widza idzie w parze z irytującą rozwlekłością. Zanim Trant dostanie to, po co przyszedł, zdąży obejrzeć trzy skąpo odziane prostytutki; Arya zaś będzie go przez cały czas obserwować, nie wypuszczając z rąk wielkiej tacy ostryg. Efekt? Scena tak długa i statyczna, że aż nieprawdopodobna (jakim cudem nie wyrzucono Aryi za drzwi?), a przez to szybko wytracająca napięcie.

fot. HBO
Jeśli wątpicie jeszcze, że twórcy serialu przedkładają szokowanie nad opowieść, następna scena Was przekona. Bez owijania w bawełnę: „Taniec ze smokami” będzie odtąd znany jako ten odcinek, w którym Stannis kazał spalić Shireen. Dobrze słyszeliście. Ten sam Stannis, który zatrzymał chorą córkę przy sobie, mimo że groziło to wybuchem epidemii. Ten sam Stannis, który przetrwał roczne oblężenie zamku, jedząc wyłącznie szczury. Ten sam Stannis, który kilka odcinków temu zapewniał o swojej ojcowskiej miłości. Kazał spalić Shireen. Dlaczego? Bo Ramsay z dwudziestoma kumplami podpalili mu zapasy żywności i konia (gdzie, na Siedmiu, byli w tym czasie wartownicy?). Gryzipiór nie ma nawet siły pisać, jak bardzo jest ta decyzja nieadekwatna i niezgodna z charakterem Stannisa. Nie bardzo też rozumie, jak poświęcenie jedynej dziedziczki miałoby pomóc ostatniemu z Baratheonów zdobyć i utrzymać Żelazny Tron, ale na co komu logika, kiedy można pokazać na ekranie palenie dzieci?

I to jak pokazać! Wyliczmy. Najpierw Davos, przeczuwając, co się święci, podaruje Shireen drewnianego jelonka, a potem odjedzie, zapomniawszy najwyraźniej, że kiedyś dzielnie i wbrew rozkazom króla uratował z takiej samej sytuacji Gendry'ego. Potem księżniczkę – która jest w tym odcinku dwa razy bardziej urocza niż zwykle – odwiedzi Stannis i będzie ględził o konieczności dokonania wyboru tak długo, aż kochająca córeczka postanowi mu pomóc. Wszystkiemu towarzyszy oczywiście całowanie czółek, przytulanie i prośby o wybaczenie w takiej ilości, by widz mógł się odpowiednio wzruszyć.

fot. HBO / Fanpop
No, a potem nadchodzi TA scena. Zszyta z klisz i bezwstydnie manipulująca uczuciami widza. Wszystko obliczone jest na efekt: drewniany jelonek w rękach Shireen; jej rozpaczliwe wołanie rodziców; nieznośnie sztuczne „nawrócenie” Selyse, która w ostatniej chwili poczuła przypływ matczynej miłości; wreszcie koszmarne wrzaski palonej dziewczynki, które Gryzipiór słyszał jeszcze długo po zakończeniu odcinka. Najgorsze jest jednak to, że twórcy serialu nawet nie próbują ukryć całej tej manipulacji. Krok po kroku realizują program „Jak zaszokować widza?”, nie znając miary i nie oglądając się na psychologiczne prawdopodobieństwo. Robią to tak skutecznie, że pod koniec sceny Gryzipiór nie czuł już ani przerażenia, ani wzruszenia – tylko obrzydzenie.

Nie, nie chodzi o samo okrucieństwo [1]. Niech sobie będzie „Gra o tron” okrutna, w końcu książkowy pierwowzór też nie słynie z łagodności. Tyle że w „Pieśni Lodu i Ognia” okrutne są same zasady rządzące światem, w którym liczą się wpływy, pieniądze i niezbyt aktywne sumienie, a idealiści prędko giną od katowskiego miecza. Zagłębienie się w taki świat boli, bo pozbawia złudzeń. Twórcy serialu jakby tego nie zrozumieli. Zamiast opowiadać poruszające historie, serwują nam gwałty, pedofilię i ofiary z ludzi – bezmyślne okrucieństwo w hurtowych ilościach, które nie tyle porusza, ile znieczula. Przez cały odcinek Shireen z zapałem czyta „Taniec ze smokami”, ale Gryzipiór ma wątpliwości, czy Weiss i Benioff kiedykolwiek do tej książki zajrzeli.

fot. HBO
Serio. Czasem Gryzipiór podejrzewa, że czytali wyłącznie jej streszczenie – tę dziwaczną formę, która przedstawia dokładny plan wydarzeń, ale odziera je ze znaczenia. Taki los spotkał w dziewiątym odcinku pamiętną scenę ucieczki Daenerys na Drogonie. (Właśnie tak – twórcom serialu nie wystarczyło wyczucia nawet na to, by zakończyć odcinek po scenie spalenia Shireen). W „Tańcu ze smokami” dla utrzymania pokoju Daenerys poświęca własną tożsamość: jada, ubiera się i przystaje na walki gladiatorów zgodnie ze zwyczajami Meereen. Dzięki temu Synowie Harpii dają jej spokój. Jednak kiedy na arenie ląduje Drogon, przywabiony zapachem krwi, Meereeńczycy próbują go zabić. Matka Smoków nie może patrzeć na cierpienie swojego dziecka, schodzi więc na arenę i próbuje mu pomóc. Ku jej przerażeniu, smok bierze ją za obcą. Wtedy Daenerys Targaryen chwyta za bicz i kiełzna Drogona tak długo, aż ten pozwala jej się dosiąść i odlatuje. Scena jest brutalna, ale też powoduje u czytelnika swego rodzaju katharsis.

Serialowy „Taniec ze smokami” opowiada zupełnie inną historię. Tu Synowie Harpii błyskawicznie materializują się na widowni, wybucha panika, a Dany – bezradna jak dziecko (!) – wznosi oczy do nieba i przyzywa Drogona za pomocą jakiegoś tajemnego kodu, któremu na imię Imperatyw Fabularny. Smok, jak na dobrego zwierzaczka przystało, pożera wyłącznie nieprawych Meereeńczyków, a po krótkim nieporozumieniu robi słodkie oczka i pozwala się dosiąść. Dany ochoczo przystaje na propozycję. Co tam przyjaciele, którzy zostali w dole! Drogon Airlines zapewnią lot stabilny, przewidywalny i wyreżyserowany jak moment triumfu... choć na logikę rzeź niewinnych Meereeńczyków to największa do tej pory porażka Dany.

fot. HBO / Fanpop
W ogóle reżyseria pozostawia w tej scenie wiele do życzenia. Synowie Harpii zabijają nie tylko byłych niewolników, ale i meereeńskich arystokratów, którym chcą przecież przywrócić władzę. Jorah ujmuje dłoń Daenerys, choć niedawno zaraził się szarą łuszczycą, a napastnicy cierpliwie czekają, aż dramatyczny moment minie i będą mogli porachować się ze znienawidzoną królową. Choć mają przewagę liczebną, Synowie Harpii grzecznie atakują pojedynczo i grzecznie dają się zabijać Nieskalanym. I tak dalej, aż widz zdaje sobie sprawę, że ogląda coś, co miało zakończyć się hukiem, a kończy skowytem. Albo wybuchem śmiechu.

* * *

Dawno, dawno temu, gdy „Gra o tron” robiła wrażenie dobrego serialu, Gryzipiór dzielił swoje recenzje na dwie części. Część druga dotyczyła związków między serialem a jego pierwowzorem – „Pieśnią Lodu i Ognia” George'a R. R. Martina. Z okazji dziewiątego odcinka na chwilę odkurzymy ten zwyczaj. Fanów książki zelektryzowała bowiem wieść, że spalenie Shireen zgodnie jest z wydarzeniami z kolejnego tomu powieści. Ba, niektórzy użyli nawet tej wiadomości jako argumentu przemawiającego za wiarygodnością tej sceny. Gryzipiór musi zaprotestować.

Po pierwsze, w książce Stannis wyrusza na Winterfell sam, zostawiszy Shireen i Melisandre na Murze, ergo nie może złożyć córki w ofierze, chyba że nauczy się teleportacji. Po drugie, spora część jego armii wciąż wierzy w Siedmiu albo w Starych Bogów, więc spalenie dziedziczki Baratheonów wywołałoby lawinę dezercji. Po trzecie wreszcie, Stannis nie jest marionetką w rękach Melisandre i z reguły nie pali ludzi na stosie, chyba że okazali się zdrajcami. Jeśli w książce Shireen rzeczywiście zginie, dojdzie do tego w innych okolicznościach i z innych powodów niż w serialu. Może Melisandre złoży ją w ofierze bez wiedzy króla? Może Stannis na własne oczy zobaczy potęgę Innych i postanowi poświęcić jedno dziecko, by ocalić tysiące innych?

Zabawne, że oba te rozwiązania można było zastosować w serialu, gdyby scenarzyści dbali jeszcze o spójność charakterów i prawdopodobieństwo wydarzeń, a nie tylko o szokowanie widzów. Czy nie rozumieją, że paląc bohaterki, igrają z ogniem? Ile kobiet musi zostać skrzywdzonych [2], zanim widzowie powiedzą „dość”? Gryzipiór w każdym razie ogłasza: szóstego sezonu „Gry o tron” oglądał nie będzie.

[1] W recenzji szóstego odcinka Gryzipiór nawet bronił sceny gwałtu na Sansie, ponieważ ma ona fabularny sens, a bohaterowie postępują zgodnie z charakterem. Czyli jest dokładnym przeciwieństwem sceny, w której Stannis rozkazuje spalić Shireen.
[2] Dziwnym trafem w piątym sezonie „Gry o tron” to, co najokrutniejsze, przytrafia się wyłącznie kobietom. Na razie mamy na liście gwałt, pedofilię, spalenie na stosie i niedoszłe zabójstwa, a przed nami jeszcze jeden odcinek, w którym Siedmiu wie, co się wydarzy.


  • Reżyseria: David Nutter
  • Scenariusz: David Benioff & D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 7 czerwca 2015


  Następny odcinek
  1. Powiem ci, że od kiedy obejrzałam dziewiąty odcinek, to regularnie zaglądałam do ciebie na bloga, oczekując na recenzję. Szczerze powiedziawszy mnie również zaczyna już nużyć ten serial, a gdy słyszę o rozbieżnościach między serią TV, a książką, to tym bardziej mam dość.
    Słyszałam, że dzieje się tak po to, aby skłonić ludzi do czytania książek i stąd ten motyw imaginowania niektórych scen. Moim zdaniem zabieg nie do końca słuszny, bo niektórych ludzi może zrazić serial, a wtedy nie będą już mieli kompletnie ochoty na czytanie książek - i wcale im się nie będę dziwić. Ja mam ochotę mimo wszystko przeczytać tą serię, ale faktycznie do serialu coraz bardziej się zrażam ><

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też zaglądałam, ale jakoś recenzja nie chciała się pojawić. :/
      Ciekawa teoria, tylko nie wiem, kogo palenie dzieci miałoby skłonić do przeczytania książki? Sadystę chyba? Też sądzę, że większość widzów piąty sezon prędzej zrazi niż zachęci do czytania.
      Jeśli masz ochotę, koniecznie sięgnij po pierwowzór. Martin ma świetny warsztat i znakomicie buduje bohaterów. Nie epatuje okrucieństwem, raczej pokazuje świat, z którego zdrapano lukier złudzeń i bajkowych happy endów. I co najważniejsze, jest w tym nieporównywalnie subtelniejszy i ciekawszy niż twórcy serialu. Polecam z całego serca. :)

      Usuń
    2. Też wydaje mi się, że to raczej nie skłoni ludzi do czytania, ale podobno taki był zamysł - czy to prawda? Nie wiem, ale pogłoska na pewno.
      Mam teraz najdłuższe wakacje życia i część książek Martina w domu (należą do mojego taty), więc chyba się skuszę po tym, jak już poradzę sobie z przeczytaniem tych książek, które mam u siebie na półce :)

      Usuń
  2. Mam ogromny margines akceptacji, ale to co zrobili z Shireen po prostu mnie rozwaliło (ujmując to cenzuralnie). Delikatnie rzecz ujmując przegięli. Serial jednak nadal będze miał rzesze fanów, sama fanką pozostanę. Jestem ciekawa jak teraz dojdą do tego punktu, który wieńczy na ten moment książki. Scena w której Dany odlatuje wywołała u mnie salwę śmiechu, Najsłabszy montaż jaki widziałam. Zgodnie z memami, chyba bitwa za murem pochłonęła całe fundusze sezonu. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właśnie nie jestem pewna, jak to z tymi fanami będzie. Jasne, że spory budżet i wciąż dobre aktorstwo zatrzymają przed telewizorami wielu widzów. Mam jednak wrażenie, że powoli wykruszają się ci starzy, najbardziej zaangażowani fani, dla których serial jest (był?) przede wszystkim adaptacją książki. A jeśli twórcy nie przestaną ignorować logiki wydarzeń i epatować bezmyślnym okrucieństwem, mogą też zrazić resztę fanów.
      Też mnie ubawiła ta ucieczka Dany. 100 zombiaków mniej i można by zrobić porządnego smoka. 150 zombiaków mniej i można by nawet dorzucić wilkora...

      Usuń
  3. Po całkiem niezłym, chociaż BARDZO odległym od książki odcinku z zombiakami dostajemy takie coś... bardzo się zgadzam z Twoją recenzją, bo ja już nie mam słów, żeby wyrazić, jak bardzo każde zdarzenie w tym odcinku było bez sensu. A już spalenie Shireen to w ogóle, nie miało praktycznie żadnego uzasadnienia fabularnego, niby była jakaś rozmowa z Melisandre jakiś czas temu ale tak mało umocowana w fabule, że podejrzewam że większość widzów nie zwróciła na nią uwagi.

    Dwa ostatnie tomy sagi nie trzymały poziomu, ale zawierały zdarzenia, które wręcz idealnie nadawały się na wątki serialu. Dlaczego pominięto wątek wyprawy Sama do Braavos, "spotkania" z Aryą, dlaczego Melisandre nie zwróciła uwagi na to, że za Murem kryje się Targaryen? Po co wikłać Jaime'a w zupełnie bezsensowną wyprawę do Dorne? Naprawdę, twórcy mogli chociaż oprzeć się na książce, a nie wymyślać fanfiki. Świetnie to wyszło w poprzednim sezonie w przypadku rozszerzenia wątku Oberyna czy Lady Olenny, tutaj praktycznie nie było żadnego bohatera, który zawłaszczyłby dla siebie sezon, bo wszyscy zostali sprowadzeni do roli kukieł - jak siostry z Dorne - albo w ogóle ich nie ma (tak długi komentarz, a jeszcze ani razu nie wspomniałam o Gryfie ;-)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Może chwyciła ich ambicja? Może chcą dorównać Martinowi? Albo chociaż pokazać, że są niezależnymi twórcami? Chyba tylko tak można wytłumaczyć wycinanie całych wątków i wprowadzanie zmian, które wcale nie są koniecznie.
      Masz rację, że poprawianie Martina wychodzi im tylko wtedy, kiedy dają większą rolę do odegrania drugoplanowym bohaterom (Margaery!), ale nie jestem pewna, ile pochwał należy się tu scenarzystom, a ile aktorom.
      Co do wyprawy Sama: możliwe, że odbędzie się w następnym sezonie. Wieść niesie, że twórcy szukają teraz nowych lokacji do filmowania, w tym miasta, które może okazać się Starym Miastem. Kto wie, może po drodze Sam spotka Gryfa? Dla scenarzystów taki fabularny wygibas to przecież bułka z masłem!

      Usuń
  4. No to ja należę do tych fanów, którzy mówią "basta". Przez cały 5 sezon ze zdumieniem co chwile stwierdzalam "ale tego nie było w książce" (i jeszcze kłóciłam sie nt z koleżanka), ale ta scena z Shereen to było faktycznie przegięcie. Nie wspomnę o zakończeniu sezonu (pewnie 6 sezon będzie miksem Tańca ze smokami z kolejna częścią). Po co ta cała bezsensowna przemoc?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie żebyśmy dyskutowały, po co w serialu ta cała bezsensowna przemoc. ;) Serio, mam wrażenie, że to wszystko dla rozgłosu, choć nie lubię przypisywać ludziom tak niskich pobudek. Też nie jestem zachwycona zmianami wprowadzonymi do fabuły książki, ale część z nich rozumiem. Sceny z Shireen nie rozumiem. A zakończenie sezonu dziwnie mnie nie poruszyło - może się znieczuliłam (na przemoc? na nieudolność scenarzystów?). I nawet nie śmiem przypuszczać, co nam zaserwują w szóstym sezonie - podobnie jak Ty, mówię "basta".

      Usuń
  5. Mam mieszane uczucia co do tego sezonu ale jednego nie można pominąć. Otóż D&D jasno powiedzieli, że pomysł spalenia Shireen nie wyszedł od nich tylko od samego Martina.

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.