Hardhome, czyli „Gra o tron”, sezon 5, odcinek 8


Hardhome: fort na końcu świata, do którego zmierza właśnie Jon Snow, by uratować Dzikich, zanim nadejdzie zima – a z nią Biali Wędrowcy. Cóż, tytuł nie pozostawia wątpliwości co do tego, kto będzie w tym odcinku najważniejszy. Fabularne uprzywilejowanie misji Nocnej Straży musiało odbić się na reszcie wątków, w których chodzi raczej o podtrzymanie napięcia, niż o wyjaśnienie czegokolwiek – nie mówiąc już o rozwinięciu akcji. W efekcie powstał najdziwniejszy odcinek piątej serii, w którym żadne wydarzenie nie przynosi istotnej zmiany, a dialogi dodatkowo podsuwają nam to, co od dawna wiemy. Ciekawostka: ogląda się to naprawdę dobrze. Gryzipiór uznaje więc, że twórcy serialu po prostu postanowili zaczerpnąć tchu przed Wielkim Finałem, i bierze się do recenzowania.

Zaczynamy tam, gdzie poprzednio skończyliśmy, czyli od spotkania Dany z Tyrionem, którego Gryzipiór wyczekiwał – i obawiał się – od początku piątej serii. Teraz mógł wreszcie odetchnąć z ulgą, widać bowiem, że scenarzyści dwoją się i troją, by wiarygodnie sportretować tę parę. Nie ma mowy o natychmiastowym rozwiązaniu wszystkich problemów. Są za to celne argumenty, cięte riposty i kawał dobrej roboty ze strony Emilii Clarke i Petera Dinklage'a. Oczywiście dwie sceny, upchnięte w odcinku koncentrującym się na zupełnie innym wątku, to za mało, by ocenić, czy twórcy rzeczywiście mają na ten duet pomysł. Na razie jest więc potencjał – i to spory.

Najpierw odwiedzamy salę tronową, w której Tyrion aplikuje na stanowisko królewskiego doradcy. Rozmowa kwalifikacyjna przebiega wzorcowo, to znaczy są kwieciste pochlebstwa, wytykanie błędów przyszłemu pracodawcy i groźby zabicia natrętnego kandydata (niekoniecznie w tej kolejności). Zręcznie, trzeba przyznać, zamienia Tyrion rolę więźnia na rolę tajemniczego, acz intrygującego sprzymierzeńca, pozbywając się jednocześnie rywala. Biedny Jorah! Nie dość, że pozostało mu kilka miesięcy życia, to jeszcze jego niedoszła dziewczyna znowu dała mu kosza, nie wysłuchawszy go nawet. Nie ma rady: trzeba sprzedać się z powrotem w niewolę i ponieść chwalebną śmierć na arenie. (Choć mały cynik, który zamieszkuje głowę Gryzipióra, podpowiada, że honorowy rycerz Jorah planuje w akcie zemsty zarazić Meereeńczyków szarą łuszczycą. Oby się mylił ten mały cynik, bo byłby to jeszcze gorszy chwyt od tego, którym wyeliminowali scenarzyści ser Barristana).

fot. HBO / Fanpop
Czas na drugi etap rekrutacji: rozmowę sam na sam z Matką Smoków. Ta scena jest co najmniej równie dobra, jak poprzednia, Gryzipióra zaskoczyła jednak niespójność w poglądach Daenerys. Nasza khaleesi zdaje się nie dostrzegać, że z jednej strony pragnie podboju Westeros, z drugiej – robi wszystko, by zadomowić się w Meereen (wliczając poparty małżeństwem sojusz z miejscową arystokracją). Nie zachwyciły też Gryzipióra chełpliwe pogróżki, w zamyśle mające chyba pokazać siłę Daenerys, w praktyce wypadające okropnie sztucznie. Co niby zamierza nasza Matka Smoków zrobić po „strzaskaniu koła” reprezentującego stosunki społeczne w Westeros? Wprowadzić demokrację?

No, ale pozostawmy na boku polityczne niuanse tak, jak robią to Ludzie Bez Twarzy. Przed nami prawdopodobnie najfajniej zmontowana sekwencja w piątym sezonie „ Gry o tron”. Oto Arya, przyjąwszy tożsamość handlarki Lanny (dlaczego nie Cat z Kanałów jak w książce?), opowiada Jaqenowi swój fikcyjny życiorys. W tym czasie obraz skacze między słonecznymi, pełnymi życia ulicami Braavos a posępną komnatą Domu Czerni i Bieli. Ten montaż cudnie oddaje grę w podwójną – potrójną? – tożsamość, którą prowadzi Arya. Na ulicy jest Lanną, w „domu” – Nikim, wewnątrz zaś pozostaje córką Starków, o czym wiedzą wszyscy... z wyjątkiem jej samej.

fot. HBO / Fanpop
Przez „Hardhome” przekradają się – nie da się tego inaczej określić – jeszcze dwa wątki: Cersei i Sansy. Sponiewieraną Królową Matkę odwiedzamy w celi bliźniaczo podobnej do tej, w której poprzednio widzieliśmy Margaery (ironia losu najlepszym przyjacielem reżysera). Sprytnie, trzeba przyznać, zostało to rozegrane: teoretycznie wiemy, że Cersei ponosi zasłużoną karę, w praktyce jednak jej troska o syna i okrucieństwo antypatycznej septy sprawiają, że mimowolnie stajemy po jej stronie. Sansę z kolei widzimy w jej nowym, drapieżnym wcieleniu, w konfrontacji z Theonem – sorry, z Fetorem – który zgodnie z własną, zakręconą logiką upiera się, że zdradził Starkównę po to, by ją ratować. Cóż, ta rozmowa musiała się odbyć – scenariusz wymagał najwyraźniej, by Sansa poznała prawdę o Branie i Rickonie – Gryzipiór wybacza więc twórcom serialu, że znów raczą nas informacją, którą od dawna znamy. Nie wybaczy im natomiast, jeśli Ramsay zginie z ręki Stannisa bądź Melisandre (do czego najwyraźniej się wręcz pali), nie zaznawszy wpierw zemsty z rąk Sansy.

Na zakończenie tej części odcinka przenosimy się na Mur, gdzie Sam znowu – znowu! – tłumaczy nam, dlaczego Jon musiał popłynąć do tytułowego Hardhome. Wszystko po to, by można było zrobić efektowne cięcie do...

fot. HBO
… Jona płynącego do tytułowego Hardhome. Tak, Gryzipiór też był zaskoczony. Szczególnie starannością, z jaką twórcy serialu wznieśli powieściowy fort, a ekipa od efektów specjalnych umieściła go w niepokojącym krajobrazie dalekiej Północy. Oczywiście można się czepiać, choćby jednakowych, futrzanych strojów, przez które Dzicy wyglądają jak eskadra syberyjskich komandosów (mimo że wywodzą się rzekomo z wielu różnorodnych plemion). Nie psuje to wrażenia, jakie wywiera nieprzyjazne, skaliste wybrzeże, majaczące w oddali góry i złowróżbna, szaro-błękitna aura, zwiastująca nadejście śnieżnej burzy. Nie ma rady: to, w czego zbudowanie włożono tyle wysiłku, musi runąć.

Dziw, że nie runęło, kiedy Nocna Straż ujawniła swoją strategię negocjacji, przewidującą między innymi spuszczenie łomotu Lordowi Kości (pamiętacie jeszcze, kto zacz?) i przyznanie się do zabicia Mance'a Rydera. Widać Dzicy mają własne standardy, jeśli chodzi o zachowanie się gości. Jon może więc spokojnie wygłosić banalną mowę o łączeniu sił przeciwko wspólnemu wrogowi, a Dzicy mogą grzecznie podzielić się na tych, którzy są „za” i „przeciw”. Nie żeby scenarzyści zamierzali bawić się w etyczne subtelności; przeciw Jonowi występuje odstręczający Thenn o aparycji kibola, popiera go zaś niebrzydka, błękitnooka Karsi (?), której wystarczy jak każdej kobiecie wspomnieć o dzieciach, by natychmiast zapomniała o sobie i swoich przodkach. Widać Weiss i Benioff musieli się upewnić, że serce widza wciąż należy do Jona. Pal licho te wszystkie stereotypy.

Ewakuacja Dzikich przebiega nad podziw sprawnie, co oznacza, że zaraz nastąpi katastrofa. I rzeczywiście: jak w każdej porządnej opowieści grozy, psy zaczynają szczekać, a za chwilę nadchodzi śnieżna zamieć. Bitwa, która wkrótce się rozegra, imponuje rozmachem, ale też denerwuje przewidywalnością i momentami chaotycznym montażem. Wierny tej reżyserskiej wizji, Gryzipiór wyjątkowo spisał wrażenia w punktach:

1. George R. R. Martin napisał pierwowzór „Gry o tron” jako fantasy, jednak jego Inni to istoty rodem z horroru: obce, niezrozumiałe i przerażająco potężne. Nie sposób nawiązać z nimi kontaktu, można co najwyżej uciekać jak najdalej. Twórcy serialu uczłowieczyli nieco Innych (dali im przywódcę i twarze zdolne wyrażać emocje), przez co upodobnili ich do bardziej typowych antagonistów. W „Hardhome” wrócili jednak do poetyki horroru – z dziećmi-zombie o beznamiętnym spojrzeniu i hordami trupów z niewyjaśnionych powodów rzucającymi się w przepaść – dzięki czemu dało się odczuć ten rodzaj grozy, jaki towarzyszy Innym w powieści Martina. Gryzipiór pochwala.

fot. HBO / Fanpop
2. Mimo to Gryzipiór dawno nie poczuł tak wielkiej różnicy między książką a serialem. Ta pierwsza z żelazną konsekwencją pokazuje pesymistyczny obraz świata, w którym nie ma miejsca na hollywoodzkie bohaterstwo, a bezinteresownie udzielona pomoc najczęściej oznacza śmierć (patrz: odwrót Nocnej Straży w „Nawałnicy mieczy”). Gdyby w książce Jon udał się do Hardhome, w momencie ataku porzuciłby Dzikich, którzy zostali na wybrzeżu, i ratował tych, którzy zdążyli się zaokrętować. To zresztą sugeruje mu Karsi, która nie bez podstaw obawia się, że bez Jona Nocna Straż nie przepuści Dzikich przez Mur. W serialu Jon może jednak rzucić się w wir najcięższej walki, prawie sam powstrzymać szarżę na bramę, zwyciężyć Innego i jako ostatni opuścić Hardhome w dogodnie czekającej na niego łodzi. Jasne, że coś takiego ogląda się o wiele przyjemniej, ale czy naprawdę o to chodzi?

3. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale podczas bitwy o Hardhome bardzo fajnie zmienia się dźwięk. Na przykład wyłącza się, kiedy Jon pada ogłuszony na ziemię, a kiedy odzyskuje przytomność, nieznośnie głośno rozbrzmiewa szczęk mieczy. Mała rzecz, a cieszy.

4. Biedny Thenn! Nie dość, że kazano mu grać czarny charakter, to jeszcze zmuszono go, by połączył siły z Jonem, zmienił poglądy na sojusz z Nocną Strażą, a następnie odkupił śmiercią własną głupotę. Okropnie wymagające są te klisze fabularne.

5. Najwyraźniej serialowi Inni nie lubią valyriańskiej stali tak bardzo, jak smoczego szkła. Ciekawe, ilu widzów pamiętało, z czego zrobiony jest miecz Jona?

6. Karsi, którą Gryzipiór typował na nową narzeczoną Jona, okazała się dobra i mądra, więc oczywiście zginęła. „Gro o tron”, kiedy uśmiercisz wreszcie kogoś, kto na to zasługuje? (Podpowiedź: Ramsay będzie w sam raz.)

A jak Wam się podobała bitwa lodu i ognia w Hardhome?


  • Reżyseria: Miguel Sapochnik
  • Scenariusz: David Benioff & D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 31 maja 2015



  1. Mnie tylko intrygowała jedna rzecz przy tej walce w Hardhome, czy czasem Jon nie został ranny? A nawet jeżeli nie, to i tak rzygał krwią. A zaraz potem biegał bardzo szybko, jak na sponiewieraną osobę, która chwilę wcześniej nie umiała się za bardzo podnieść z ziemi. To chyba najbardziej we mnie uderzyło w całym odcinku i wywołało pewną zgryźliwość.
    Jeżeli chodzi o Cersei, to bardzo jej współczuję i mam nadzieję, że jednak uda się jej wydostać z lochów zanim straci swoją godność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, bo na czas bitwy Jon został superbohaterem i coś tak banalnego jak krwotok wewnętrzny nie może go zatrzymać. ;) Znaczy pewnie da się to wytłumaczyć jakoś rozsądniej, na przykład że nie mógł się podnieść, bo był zbyt oszołomiony (potem mu przeszło), a krwią pluł dlatego, że podczas upadku przygryzł sobie język. Oczywiście twórcy serialu sprawili, że wyglądało to o wiele poważniej.
      Sądząc po tytułach nadchodzących odcinków, los Cersei rozstrzygnie się dopiero w ostatnim. Będę jej kibicować, ale to w końcu "Gra o tron". Tu albo wygrywasz, albo giniesz.

      Usuń
    2. Nie zdziwiłabym się gdyby jednak chodziło to, że stał się po prostu superbohaterem :P No cóż, logiczne wytłumaczenie faktycznie znalazłaś, ale dalej, w trakcie serialu przekonana za bardzo nie byłam.
      Mam jednak nadzieję, że wygra.

      Usuń
    3. Myślę, że to kwestia sposobu, w jaki nakręcono tę bitwę. Widać, że twórcy chcieli wycisnąć z niej maksimum epickości, stąd też postać superbohatera Jona wydaje się na miejscu. :)

      Usuń
  2. Chyba po raz pierwszy od początku sezonu miałam taką autentyczną frajdę z oglądania odcinka - zmiany względem książki przestały mi przeszkadzać, tylko wgapiałam się w ekran, gdzie szalały zombiaki. Może twórcy trochę przegięli, bo niektórzy nieumarli mieli napęd naprawdę atomowy, no i łódź czekająca na Jona była dość mało przekonująca (naprawdę nie rzuciło się na nią pięćdziesięciu spanikowanych Dzikich?). Ciekawi mnie też, czy w związku ze wzmianką o nich pojawią się Bran i Rickon. Pewnie nie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę! Ja oglądałam ten odcinek z przyjemnością wprawdzie, ale i z rosnącym dystansem. Bitwa, owszem, fajna. Zombiaki? Super. Tyle że wszystko to jakieś puste, powielone i bardzo dalekie od ducha "Pieśni Lodu i Ognia". Może w kolejnych odcinkach stanie się coś, co wzbogaci ten wątek?
      Na Brana we własnej osobie raczej nie mamy co liczyć, bo aktor miał w tym sezonie przerwę, ale zawsze może pojawić się jako trójoka wrona tudzież gadające czardrzewo. ;)

      Usuń
    2. Fakt, że od ducha dalekie, a bliżej tym zombiakom było do jakiegoś "Jestem legendą" :) Tym bardziej że podczas czytania książki wyobrażałam sobie Innych jako istoty raczej świadome, niż jako bezrozumną masę umarlaków. Tym bardziej że ktoś nimi dowodzi i ma w tym jakiś cel. Ale same sceny walki no i te dzieci zombie były odpowiednio straszne ;)

      Usuń
    3. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że Innymi nazywają się tylko ci eleganccy panowie o niebieskich oczach i cerze jak po nieudanej dermabrazji. A zombiaki to po prostu zombiaki, jakoś tam ożywione dzięki mocy Innych.
      Mnie z kolei książkowi Inni kojarzą się z czymś w rodzaju... żywiołaków zimy? Myślałam, że są jakby wcieleniem najmroczniejszych sił natury, czymś, czego w żaden sposób nie da się powstrzymać. Dlatego ciągle nie mogę się przyzwyczaić do tych uczłowieczonych Innych z serialu, którzy mają najwyraźniej i hierarchię, i jakiś niejasny, acz z pewnością niegodziwy cel.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.