Miłosierdzie Matki, czyli „Gra o tron”, sezon 5, odcinek 10


Stało się. Piąty sezon „Gry o tron” dobiegł końca, dzięki niech będą miłosiernej Matce. Bywało nudno, bywało absurdalnie, bywało też strasznie i ponuro – i do tej ostatniej tradycji nawiązuje finałowy odcinek. Bez owijania w bawełnę: trup ściele się gęsto, giną bowiem aż cztery postaci, z których dwie są ważne, a jedna sympatyczna. Dorzućmy parę morderstw i samobójstw, a otrzymamy chyba najmroczniejszy finał w historii serialu. Efekt? Totalnie znieczulenie, przynajmniej w wypadku Gryzipióra.

Co więcej, „Miłosierdzie Matki” to udany odcinek, ale nieudany finał. Weiss i Benioff do perfekcji opanowali sztukę stosowania cliffhangerów. Po co silić się na wiarygodne zakończenie, jeśli można urwać wszystkie wątki w najbardziej emocjonującym momencie? Taki sposób pisania sprawdza się może w wypadku bestsellerów, ale nawet one muszą stanowić spójną całość. W przeciwnym razie otrzymujemy to, co w „Miłosierdziu Matki”: opowieść snutą bez celu, pełną dziur fabularnych i porzucającą bohaterów według własnego widzimisię. Co się stało z Margaery? Gdzie się podział mistrz intrygi Littlefinger? Tego, niestety, z finałowego odcinka się nie dowiemy.

Trzymajmy się więc tego, co wiemy na pewno. Na Północy topnieje śnieg, a wraz z nim szanse Stannisa na zwycięstwo. Najwyraźniej nie tylko widzom nie przypadła do gustu decyzja o spaleniu Shireen. Zdezerterowała prawie połowa armii, a Selyse malowniczo powiesiła się na gałęzi drzewa. Jakby tego było mało, obóz cichcem opuszcza Melisandre, zyskując sobie tytuł Najgorszego Sprzymierzeńca w Historii Westeros. Przestraszyła się porażki? Zrozumiała, że popełniła błąd, biorąc Stannisa za wybawiciela świata? Niestety scenarzyści nie raczyli odpowiedzieć na te pytania i nieznający książki widz ma prawo poczuć się rozczarowany. Szczególnie, że nie wie o wizjach nawiedzających czerwoną kapłankę w „Tańcu ze smokami”, bez których jej nieoczekiwany powrót na Mur wydaje się nie mieć uzasadnienia.

Z ponurą determinacją Stannisowa zgraja – bo już nie armia – maszeruje na Winterfell, nie trudząc się nawet formowaniem szyku. Jaka miła niespodzianka dla znudzonej Brienne, która od tygodni nic, tylko wypatruje sygnału od Sansy! Dziewica z Tarthu raźno rusza na spotkanie z człowiekiem, którego przysięgła zgładzić... a w tym samym momencie Sansa zapala w wieży świeczkę. Drodzy scenarzyści, w takie zbiegi okoliczności można uwierzyć wyłącznie w prawdziwym życiu; w fikcji zawsze będą robiły wrażenie wymuszonych. Mimo to Gryzipiór prędzej w nie uwierzy niż w to, że Stannis, najlepszy dowódca w Westeros, tak po prostu rozpoczął oblężenie – bez prowiantu, katapult i nawet nie siląc się na podstęp. Nic dziwnego, że Boltonowie stracili cierpliwość i zmietli resztki jego armii z powierzchni ziemi (świetne ujęcie z lotu ptaka, przy którym naprawdę można poczuć ciarki). Twórcy serialu wyjątkowo powstrzymali się od pokazania rzezi (budżet?), więc od razu przeskakujemy do fazy dobijania rannych.

Stannis, trzeba przyznać, trzyma się dzielnie i nie daje się pokonać byle rekrutom. Brienne to co innego. „Spełnij swój obowiązek” – zachęca ją przegrany król tym samym credo, które jego doprowadziło do zguby. Była strażniczka Renly'ego dramatycznie unosi miecz i... Spoczywaj w pokoju, Stannisie z rodu Baratheonów. Byłeś jedną z najciekawszych postaci „Pieśni Lodu i Ognia”. Niestety scenarzyści nie chcieli lub nie potrafili oddać ci sprawiedliwości. Nie miej im tego za złe. Spróbuj ich zrozumieć: co mieli począć z bohaterem, którego naburmuszeni widzowie okrzyknęli najgorszym ojcem w Westeros? Napisać dla niego ciekawy, nieoczywisty wątek, dzięki któremu w szóstym sezonie wstąpiłby na drogę odkupienia? Wolne żarty. Po co się męczyć, skoro można go po prostu zabić i pozbyć się kłopotu? Co więcej, ciemny lud chętnie uwierzy w istnienie kosmicznej sprawiedliwości, która w tempie ekspresowym pomściła śmierć niewinnej Shireen. Mówisz, że to sprzeczne z duchem „Pieśni Lodu i Ognia”? Ciii, może nikt nie zauważy.

fot. HBO / Watchers On the Wall
Powiedzieć teraz, że Sansa ma dość, to nic nie powiedzieć. Błyskotliwy plan Littlefingera, który strącił ją do małżeńskiego piekła, zakładał przecież ocalenie przez Stannisa. Co za rozczarowanie! Najwyższy czas wziąć sprawy w swoje ręce. Nie jest pewne, w czym pomóc ma Sansie wycieczka na mury Winterfell, ale pewnie nie zaszkodzi rozprostować kości. Szczególnie, że po drodze spotkać można Myrandę, która najwyraźniej straciła cierpliwość – wraz z rozsądkiem – i postanowiła pozbyć się rywalki. Tu powinien nastąpić ten Wielki Moment, w którym Sansa odzyskuje wolność, a Fetor znów staje się Theonem. I Moment następuje, tyle że chyba nikt nie nazwie go Wielkim. Trudno zarzucić tej scenie coś konkretnego; jest dobrze nakręcona i jeszcze lepiej zagrana. Czegoś jej jednak brakuje. Napięcia? Minimalnej choćby aktywności ze strony Sansy? Wspólny skok z wieży też nie wywołał u Gryzipióra poczucia triumfu. A szkoda, bo jeśli gdzieś było miejsce na zmianę książkowej fabuły, to właśnie tutaj. Miło byłoby zobaczyć Sansę i Theona uciekających w stronę lasu i poczuć odrobinę nadziei, której w tym odcinku rozpaczliwie brakuje.

fot. HBO / Watchers On the Wall
Na pewno nie znajdziemy jej w Braavos. Znajdziemy tam za to dwie mroczne, zaskakujące i świetnie zagrane sceny. W pierwszej dowiadujemy się, że ser Meryn jest nie tylko pedofilem, ale i sadystą, co na widzu znieczulonym poprzednimi rewelacjami nie robi już wrażenia. Zresztą na Aryi też nie. Ograbiwszy cmentarzysko twarzy w Domu Czerni i Bieli, Starkówna podszywa się pod nieletnią prostytutkę, by skreślić kolejne nazwisko ze swojej listy. Brawa dla twórców, że wreszcie wykazali się wyczuciem i nie nakręcili sceny bezwzględnego morderstwa jak sceny triumfu. Brawa dla Maisie Williams, dzięki której scena ta jest nie tylko niepokojąca (w zakrwawionej koszuli nocnej wygląda jak uciekinierka z zakładu dla obłąkanych), ale i wiarygodna. Co jest dużym osiągnięciem, gdy gra się dziecko mordujące dorosłego mężczyznę.

Oczywiście wyczyn Aryi nie mógł ujść uwadze Ludzi Bez Twarzy. „Dziewczynka odebrała niewłaściwe życie – poucza ją Jaquen, znacząco potrząsając buteleczką trucizny – a za życie można zapłacić tylko śmiercią”. I kiedy już, już wydaje się, że Arya przypłaci nieposłuszeństwo życiem, Jaquen sam zażywa truciznę. Po czym, naturalnie, okazuje się, że to wcale nie był Jaquen. Dziwne poczucie humoru mają ci Ludzie Bez Twarzy. W każdym razie Arya próbuje dociec, kto właśnie zginął, zdejmując z trupa kolejne twarze, aż w końcu trafia na własną. Brrr. „Maski są jak trucizna” – podpowiada Jaquen, kiedy przerażona Starkówna zaczyna ślepnąć. Bardzo efektownie, ale jako książkowy purysta Gryzipiór musi zwrócić uwagę na ryzykowne odejście od materiału wyjściowego. W „Pieśni Lodu i Ognia” maski robione są z twarzy zmarłych; nie da się przyjąć tożsamości kogoś, kto wciąż żyje. Jeśli „Gra o tron” dopuszcza taką możliwość, to czy w przyszłości zobaczymy Człowieka Bez Twarzy podszywającego się pod Daenerys, Tyriona albo króla Tommena?

fot. HBO / Fanpop
Niespodziewanie wracamy do Dorne. Wiecie, to zabawne: ten serial jest chwilami tak niedobry, że Gryzipiór skłonny był uwierzyć we wszystko, w tym w pośpieszną i niewiarygodną przemianę Ellarii. Wierzył w nią nawet wtedy, gdy podejrzanie ciemnousta panna Sand złożyła długi, pożegnalny pocałunek na wargach Myrcelli. Wierzył wtedy, gdy Jaime pojednał się z córką w sympatycznej i nawet nieźle napisanej rozmowie. No, a potem z ust blond księżniczki popłynęła krew i Gryzipiór wierzyć przestał. Cóż za wspaniałe zaskoczenie: dowiedzieć się, że wbrew pozorom cała ta dziwaczna wyprawa do Dorne miała fabularny sens... choć chyba niewspółmierny do czasu, jaki jej poświęcono.

Spoczywaj w pokoju, Myrcello z rodu Baratheonów (oficjalnie) i Lannisterów (nieoficjalnie). Ledwie cię znaliśmy, ale w swojej różowej sukience byłaś niczym miniaturowe słoneczko wschodzące nad ciemną, jałową ziemią „Gry o tron”. Jeśli chcesz zapytać o drogiego ci Trystane'a, odpowiem, że nie mam pojęcia – na miejscu Jaimego nadziałabym jego głowę na szczyt masztu. Albo i nie. Jeśli książę przeżyje, będzie cennym zakładnikiem w wojnie Lannisterów z Martellami, która zajmie pewnie sporą część następnego sezonu.

fot. HBO / Fanpop
Tymczasem po drugiej stronie morza Tyrion, Daario, Jorah i Szary Robak spierają się, kto ma większe... prawo do ratowania królowej. Nie bardzo wiadomo, jak z oblężonej areny dostali się do sali tronowej, ale któż by się przejmował takimi szczegółami? Zwłaszcza, że na horyzoncie rysuje się wątek bohaterskiej wyprawy na ratunek pięknej dziewczynie, którą porwał straszny smok. Tyrion, któremu natura poskąpiła fizjonomii bohatera, zostaje w mieście, by opanować groźbę wojny domowej. Pomoże mu w tym... Varys, który swoim zwyczajem pojawił się znikąd. Jeśli naprawdę ma w Meereen tylu szpiegów, dlaczego nie ujawnił się wcześniej, by ostrzec Dany przed atakiem Synów Harpii?

Może uznał, że królowa musi zhardzieć. Po obejrzeniu finałowego odcinka Gryzipiór skłonny jest się zgodzić. Drogon Airlines musiały najwyraźniej przymusowo lądować pośrodku morza traw, a w Daenerys obudził się instynkt macierzyński. „Moje biedactwo”, „Bardzo cierpisz?”, „Czy mógłbyś zabrać mnie do Meereen?”, „Nie mamy co jeść, mógłbyś przynajmniej upolować coś na kolację”... Nic dziwnego, że Drogon woli się zdrzemnąć, niż dłużej słuchać, jak mamusia trajkoce do niego jak do nierozgarniętego nastolatka. Zniecierpliwiona Dany samotnie wyrusza w drogę powrotną, co okazuje się oczywiście Bardzo Złym Pomysłem. Roztaczająca się wokół trawiasta równina potrafi bowiem niespodziewanie wypluć z siebie cały dothracki khalasar.

W teorii scena ta nie odbiega od książkowego pierwowzoru; w praktyce okazuje się czymś zupełnie innym. W „Pieśni Lodu i Ognia” Dany długo wędruje po Morzu Traw; majaczy, rozmawia z umarłymi, powoli odzyskuje swoją „smoczą” tożsamość. Khalasar zaskakuje ją, kiedy razem z Drogonem pożywia się surowym mięsem (!). Efekt, jaki wywiera na jeźdźcach dorosły smok, nie jest bez znaczenia. Dzięki niemu buduje Martin wyraźne nawiązanie do sceny z pierwszego tomu/sezonu, w której Dothrakowie porzucili Dany, uznawszy ją za słabą przywódczynię. Niestety, w serialu ze spotkania z khalasarem zrobił się ledwie kolejny efektowny zwrot akcji. Daenerys w niebezpieczeństwie! Czy dzielny rycerz Jorah i wesołek Daario zdążą ją uratować? Bo właśnie czekania na ratunek oczekujemy od kobiety, którą nazywają Matką Smoków, prawda?

fot. HBO / Watchers On the Wall
Na drugim brzegu morza inna królowa nie czeka już na nic. Zrezygnowana i stęskniona za synem, Cersei przyznaje się do cudzołóstwa (ale nie do kazirodztwa) i zgadza przyjąć miłosierdzie Matki. Nie wie jeszcze, że miłosierdzie Matki obejmuje: przymusowe i przypominające biczowanie mycie ciała, brutalne ścięcie włosów i przemarsz nago ulicami Królewskiej Przystani. To najlepsza scena tego odcinka, może nawet całego sezonu. Poruszająca, wiarygodna, znakomicie zagrana przez Lenę Headey, która bezbłędnie portretuje poniżoną kobietę ukrywającą się pod maską zimnej pogardy. Owszem, kamera dokładnie przygląda się jej nagości, jest to jednak nagość, jakiej w „Grze o tron” jeszcze nie było: nieatrakcyjna, upokarzająca i wystawiona na (nie)łaskę prymitywnego tłumu. Gryzipiór przyznaje, że gdy Cersei wreszcie – wreszcie! – schroniła się za bramą królewskiej twierdzy i dowiedziała o możliwości zemsty, poczuł przyjemny dreszcz oczekiwania. Jednocześnie zrobiło mu się trochę smutno, bo zobaczył, jak dobrym serialem mogłaby być „Gra o tron”, gdyby trzymała się książkowego pierwowzoru i zamiast palić dzieci, częściej sięgała po ten subtelniejszy rodzaj okrucieństwa.

No, ale kończy się miejsce, a piąty sezon nie obędzie się bez Jona zgrywającego Juliusza Cezara. Wiecie, gdyby Gryzipiór nie czytał książki, pewnie byłby z tej sceny zadowolony. Zbyt zszokowany, by myśleć, wybaczyłby twórcom potknięcia tak techniczne (statyczność), jak fabularne (gdzie, na Siedmiu, podział się Duch?). Rzecz w tym, że Gryzipiór książkę czytał i powie tyle: ta scena nie dorasta oryginałowi do pięt. Po pierwsze, twórcy serialu bardzo skrócili i spłycili wątek Jona; w „Pieśni Lodu i Ognia” Nocna Straż ma przecież więcej niż jeden dobry powód, by usunąć swojego dowódcę. Nie chodzi tylko o bratanie się z Dzikimi, ale i o zaangażowanie Nocnej Straży w konflikt z Boltonami. Po drugie, w książce scena ta przypomina jazdę na emocjonalnej kolejce górskiej: strach niespodziewanie przeradza się w triumf, triumf – w miażdżącą klęskę. Po trzecie wreszcie, zabójstwo Jona to nie tyle lincz, ile chaotyczny pucz zorganizowany przez jego najbliższych przyjaciół – nie przez zdeklarowanego wroga, Allisera Thorne'a. Gryzipiór może tylko przypuszczać, że twórcom zabrakło środków, by oddać tej scenie sprawiedliwość. Gdyby sam miał wybierać, prędzej skreśliłby ze scenariusza kosztowną bitwę w Hardhome, niż pozwolił, by jedna z najważniejszych postaci serialu zginęła w tak rozczarowujący sposób.

Spoczywaj w spokoju, Jonie Snow... dopóki możesz. Bo założę się, że pewna czerwona kapłanka ma co do ciebie wielkie plany.

fot. HBO / Fanpop


  • Reżyseria: David Nutter
  • Scenariusz: David Benioff & D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 14 czerwca 2015

PS Nowy layout!



  1. Czuję się doinformowana. Ale jak to właściwie jest z tymi postaciami, które zginęły? Czy te śmierci są częściami finalnego cliffhangera, czy faktycznie rozstajemy się z nimi na zawsze? No i jak to jest w końcu z tą Sansą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No więc tak:
      - Zanim Brienne zdążyła zadać Stannisowi ostateczny cios, nastąpiło zaciemnienie ekranu. Z tego powodu niektórzy twierdzą, że go oszczędziła, ale ja nie odniosłam takiego wrażenia. Reżyser potwierdził śmierć króla, choć oczywiście nie musimy mu wierzyć. Na pocieszenie: w książce Stannis żyje i ma się dobrze. Przynajmniej na razie.
      - Myrcella zginęła na pewno, chyba że Jaime albo ktoś z załogi statku nosi przy sobie wielofunkcyjne antidotum na każdą okazję.
      - Jon mógł równie dobrze zginąć, jak przeżyć - nie ma to znaczenia, bo Melisandre i tak go uratuje. Tak w książce, jak w filmie, pokazano już wcześniej czerwonych kapłanów ożywiających ludzi. Jon jest najważniejszą postacią "Pieśni Lodu i Ognia" i moim zdaniem zakończenie jego wątku w tym miejscu nie miałoby sensu, chyba że scenarzyści całkiem odeszli od pierwowzoru.

      Jeśli zaś chodzi o Sansę, to przeżyła na pewno, mimo że upadek z murów Winterfell wyglądał groźnie. To prawda, że nie widzimy, jak podnosi się z ziemi, ale (1) jej odpowiedniczka w książce przeżyła identyczny upadek i (2) jak w wypadku Jona, zakończenie jej wątku w tym miejscu nie miałoby najmniejszego sensu.

      Usuń
    2. Okej, czyli mamy trochę taką sytuację, jaka się w każdym fandomie zdarza, spod znaku "ale czy na pewno zginął?". Mnie chyba najbardziej w tej sytuacji frapuje, jaki będzie stosunek książki do serialu i czy faktycznie GRRM zdradził scenarzystom, co będzie, ale nie powiedział jak, więc nastrzelali faux pas. Co by jakoś grało z tym, jak w ogóle rozrzuca swoje tajemnicze "wiem, ale nie powiem" i "będę zmieniał, jak się ktoś domyśli", co mnie tak denerwuje ;).

      Usuń
    3. Gorzej, gdyby rzucał zupełnie nietajemnicze "wiem i powiem wszystko, psując wam całą frajdę z czytania". ;) Prawdę mówiąc, ostatnio mam wrażenie, że Martin dystansuje się od serialu. Trudno się dziwić, skoro nie ma już na niego wpływu. W piątym sezonie nie napisał nawet scenariusza do jednego wybranego odcinka, co czynił tradycyjnie.

      Czy książka zmieni się pod wpływem serialu? Nie wiem, ale nie mogę się doczekać, żeby się przekonać. Szczerze? Wolałabym, żeby się nie zmieniała, żeby Martin trzymał się tej linii, którą wytyczył w poprzednich tomach. Jak pokazała "Uczta dla wron" i "Taniec ze smokami", przesadne kombinowanie nie jest jego mocną stroną.

      Usuń
    4. Nie, no jasne. Ale wiesz, o co mi chodzi :). Ciekawa jestem powodów tego dystansu: tarcia wewnętrzne? Czy może coś w rodzaju "domyślili się! Nie ma co, muszę wymyślić nowe zakręty fabuły! Za dużo podpowiadają!" ;).

      Ach, i zapomniałabym: bardzo ładny nowy layout!

      Usuń
    5. Nie mam pojęcia. Chciałabym wierzyć, że poróżniły ich kwestie, powiedzmy, ideologiczne. W końcu serial tak bardzo odbiegł od ducha "Pieśni Lodu i Ognia", że w każdą niedzielę sezonu Martin musi chyba siedzieć przez telewizorem i zgrzytać zębami. Na jego miejscu poważnie bym się zastanawiała, czy podpisywać się nazwiskiem pod czymś tak niedobrym. Może chce też uniknąć niewygodnych pytań o związek serialu z książką.

      Dziękuję! Starałam się, żeby był wygodniejszy i bardziej przejrzysty niż poprzedni. Mam nadzieję, że się udało. :)

      Usuń
  2. Mam jakieś przeczucie, że szanowny Stannis wcale nie zginął. Wydaje mi się, że jednak Brienne w ostatniej chwili się zawahała i jednak nie skróciła go o głowę. I jeżeli to przypuszczenie jest słuszne, to straci w moich oczach.
    Scena ze skokiem z wieży przyprawiła mnie o napad śmiechu. Nic im zapewne nie będzie po tym upadku. W ogóle Theon nagle się nawrócił i nagle pomaga Sansie, choć wcześniej nie był w stanie zapalić świeczki? Wcześniej był tak przerażony, a tu nagle święty.
    Jeżeli chodzi o scenę na statku, to od kiedy doszło do tego pocałunku byłam przekonana, że ją otruła. Po prostu to wiedziałam i tylko czekałam na ten moment, aż to wyjdzie na jaw. I gdy w końcu doszło do bardzo przyjemnej sceny "zjednania" ojca z córką, dziewczyna umiera.
    Scena z Cersei była straszna. Było mi jej tak strasznie żal! Nie spodziewałam się, że aż tak ta scena na mnie wpłynie. Naprawdę była dobrze zrobiona i mam nadzieję, że cały ten przeklęty zakon pójdzie w cholerę.
    A gdy Jon Snow umarł... A przynajmniej "umarł", bo też już czytałam, że jednak wróci do życia. Jednak w momencie w którym wykrwawiał się na śniegu skakałam z radości - jakkolwiek sadystycznie to brzmi. Nigdy nie lubiłam Jona, zawsze mnie wkurzał, irytował i ogólnie doprowadzał do szewskiej pasji. Mam osobistą listę osób, które powinny zginąć w tym serialu i Jon Snow był jedną z nich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, nie wiem. Brienne nie sprawia na mnie wrażenia osoby skłonnej litować się nad mordercą jej ukochanego króla. Z jednej strony to zaciemnienie ekranu wydaje się podejrzane, z drugiej - co jeszcze Stannis mógłby osiągnąć w tym serialu? Jego żołnierze zdezerterowali albo wykrwawiają się pod Winterfell, Shireen nie żyje, Melisandre go opuściła. Jakie więzy łączą go jeszcze z Westeros?

      Postać Theona niestety sporo straciła przez to, że nie mamy dostępu do jej myśli. Fakt, w serialu jego przemiana następuje dość nieoczekiwanie, ale nie sprawiła na mnie wrażenia niewiarygodnej. Od jakichś 2-3 odcinków wyglądało na to, że coś tam się w jego głowie dzieje.

      Tak się właśnie zastanawiałam, co powiesz o scenie z Cersei. :) Bardzo się cieszę, że twórcom udało się oddać jej sprawiedliwość - to naprawdę jedna z lepszych scen tak w książce, jak w serialu.

      Bardzo jestem ciekawa tej listy! Na mojej chwilowo wszystkie pozycje zajmuje Ramsay. Serio, nie mogę uwierzyć, że drań przeżył ten sezon. -.-'

      Usuń
    2. Co do Stannisa, to niby racja. Możliwe, że już nic nie może zdziałać, a jednak to zaciemnienie ekranu mnie zastanawia. Widziałam na tyle dużo seriali, aby taki zabieg wywoływał u mnie niepewność. Może przeżyje po to, aby zginąć z ręki kogoś innego...?
      Coś mu się działo, a jednak wydawało mi się to odrobinę zbyt nagłe. Może jakbym się bardziej przyjrzała, to faktycznie nie byłoby to aż tak niespodziewane.
      Jest faktycznie bardzo dobrze zrobiona, ale jednocześnie bardzo, ale to bardzo pogrywała sobie z moimi uczuciami.
      Cóż, ta lista składa się z osób, których nienawidzę i które po prostu mnie irytują. Bardzo pobieżnie są to: Ramsay, Daenerys, Melisandre, cały przeklęty Zakon, Theon też mnie irytuje, Ellaria i jej córki... Hm, możliwe, że ktoś jeszcze, ale nie umiem sobie przypomnieć. W gruncie rzeczy większości postaci nie lubię albo mnie irytuje. ><
      A co do Ramsaya, to dranie jego pokroju trzymają się najdłużej.

      Usuń
    3. Właśnie fakt, że ten zabieg zaciemnienia ekranu jest tak nagminnie wykorzystywany, sprawia, że mam wątpliwości. Jeśli jednak Stannis przeżyje, mam nadzieję, że Melisandre bardzo, ale to bardzo tego pożałuje.

      Cóż uczyniła Ci Daenerys, że znalazła się w takim towarzystwie? ;) Ja tę postać bardzo lubię, o ile oczywiście zachowuje się jak królowa i Matka Smoków, a nie jak bezbronna dziewczynka.

      Usuń
    4. Właśnie... Nie zrobiła nic konkretnego - to absurdalne w tym układzie jej nie lubić. Po prostu mnie irytowała od początku swoimi zachowaniami, a tym, że zamknęła smoki to tylko dolała oliwy do ognia. W tamtym momencie zaczęłam nią szczerze pogardzać.

      Usuń
    5. Myślę, że wcale nie przyszło jej to łatwo. Dany w ogóle ma przechlapane, bo z jednej strony pragnie być dobrą, sprawiedliwą i kochaną władczynią, a z drugiej strony jedyne, co jej wychodzi, to podbój kolejnych miast, strach i zniszczenie. Ciekawie będzie zobaczyć, którą z tych skrajności wzmocni w niej pojawienie się Tyriona. No, i co poczną z takim władcą lordowie z Westeros...

      Usuń
  3. Umm, na mojej liście tez wszystkie pozycje zajmuje Ramsay - to najbardziej odrażająca postać w całym cyklu. Ja bym tylko chciała, żeby ktoś mi wytłumaczył, czemu w ekranizacji pomija sie zupełnie Taniec ze smokami jak mowa o kolejnym sezonie. Co do cholery stało sie z tymi watkami, które w ogóle nie zostały uwzględnione, jak wątek Brana? Mówi sie, ze 5 sezon jest na podstawie Uczty dla wron, ale przecież "smierć" Jona Snow to finałowa scena Tańca, a nie Uczty dla wron. I daje ja w cudzysłowiu, bo nigdy nie wierzyłam, ze Martin naprawdę zabił Jona. No, ale w sumie teraz mi wszystko jedno, bo serial mnie tak zniesmaczył, ze nie mam ochoty czytać tez kolejnej części ksiazki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli się nie mylę, z wątkiem Brana z "Tańca..." uporał się już czwarty sezon. Masz rację, że zostało trochę materiału do zekranizowania (Greyjoyowie, może Młody Gryf), ale większość serialowych wątków wyprzedziła już to, co napisał Martin. Dlatego przyjmuje się, że szósty sezon będzie solowym popisem Weissa i Benioffa. Co jest trochę śmieszne, a trochę straszne.

      Mam nadzieję, że do czasu wydania "Winds of Winter" zmienisz zdanie! Biedny Martin nie jest winny psikusów scenarzystów, a jego seria to wciąż solidna porcja niezłej literatury.

      Usuń
  4. A to im szybko zeszło. Serio, miałam wrażenie, że kumulacja jak w totolotku albo w tych powieściach radiowych z "Ciotki Julii i skryby" (statek zatonął przy nabrzeżu i razem z nim zatonęła cła załoga, pasażerowie oraz wszyscy zebrani w porcie...). Mnie się zdaje, że taka seryjność to jednak wypłaszcza emocje, bo zanim się człowiek pozbiera po jednym zgonie, to zaraz następny leci, a przy trzecim, to co najwyżej można się zastawiać, czy herbata zaparzy się przed kolejnym, czy lepiej poczekać na napisy końcowe.
    I widać scenarzyści zarazili się od Martina tą szkodliwą ideą "umarł czy nie umarł, ha, nie powiem". Po czym na końcu okazuje się, że jednak nie umarł, bo tego i owego, kocopały różne. Ach, chciałby człowiek wrócić do czasów, gdy bohaterom ścinano łeb i sprawa była jasna. No i pytanie za sto punktów: o co chodziło w tej "Sansie w Winterfell"? Jakiś istotny zakręt fabuły, budowania charakteru postaci, przygotowanie pod przewrotkę?

    Natomiast co do samej książki: jak słusznie ktoś zauważył, gdyby Martin dziś pisał "Grę" składałaby się ona minimum z trzech tomów. Wystarczy porównać w jakim tempie podróżowali Ned i Catelyn, a jakim tempie wlecze się Tyrion czy Sam. Acz przynajmniej autor oszczędził nam opisów uczuć i emocji, targających duszami na rozdrożu dróg.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Egzekucja Neda Starka robiła wrażenie piorunujące, śmierć Robba i Catelyn na weselu też była szokiem, a teraz? Wszyscy wiemy, jak to leci. Chociaż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że te śmierci byłyby bardziej poruszające, gdyby (1) zostały lepiej nakręcone i (2) czuło się, że naprawdę coś zmieniają, że gra toczyła się o dużą stawkę, a tu nagle ktoś umarł, wywróciwszy wpierw stół do góry nogami.

      Sama chciałabym wiedzieć, o co chodziło w "Sansie w Winterfell". Przypuszczam, że trzeba było po prostu przenieść ją w bardziej niebezpieczne miejsce, żeby fabuła poszła do przodu (w książce Sansa przez chyba cały tom siedzi w Dolinie Arrynów i niewiele robi). Moim zdaniem scenarzyści popełnili błąd, że nie powiedzieli w ostatnim odcinku, na czym naprawdę polegał plan Littlefingera. Ja mam teraz wrażenie takiego braku konsekwencji: był plan, ale wszyscy o nim zapomnieli, a przedstawiony jako geniusz intrygi opiekun zapadł się pod ziemię. Ale co tam oczekiwania widzów, lepiej zakończmy wątek tak, że nie wiadomo nawet, czy bohaterowie przeżyli!

      Pierwotnie to cały ten cykl miał mieć trzy tomy. ;) Między pierwszym a drugim (chyba) miał być przeskok czasowy, żeby bohaterowie zdążyli dorosnąć. Tyle że Martin spróbował to napisać, uznał, że mu nie wyszło, i dorzucił kolejne tomy, których akcja dzieje się w tzw. międzyczasie. Stąd "Uczta dla wron" i "Taniec ze smokami". Teraz uzupełnianie przeskoku czasowego się skończyło i wracamy do oryginalnej fabuły, więc są szanse na radykalne skrócenie czasu podróży. ;)

      Usuń
  5. Mnie ten odcinek ani grzał, ani ziębił, jakiś dreszcz emocji poczułam jedynie na scenie z Cersei. Za to najbardziej zirytowała mnie jedna scena - odjazdu Sama. W książce miała ona poważne uzasadnienie fabularne, Sam odjeżdżał, żeby chronić przed Melisandre dziecko i Aemona, do tego decyzja Jona o podmianie dzieci (w ogóle to chyba sam Jon odesłał go z Muru?), poruszający wątek Goździk... Tutaj Aemon nie żyje (zresztą czerwona kapłanka chyba w ogóle o nim zapomniała), drugiego dziecka nie ma, a Sam odjeżdża, bo chce sobie w spokoju poczytać książki i uprawiać waniliowy seks z Goździk. Wychodzi z niego egoista wymyślający pretekst do ucieczki przed Dzikimi i ślubami.

    Muszę też przyznać, że przy scenie z Daenerys zaczęłam się zastanawiać "zaraz, czy to tu pojawi się jednorożec"? Jednak Wiedźmin zostaje w podświadomości ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie! Nie napisałam o odjeździe Sama. Też mi ta scena nieprzyjemnie zazgrzytała. Jasne, Sam wielokrotnie powtarzał, że jest tchórzem, ale Jon nigdy mu nie pozwalał być nim długo. W dodatku scenarzystom umknął chyba najważniejszy powód wyjazdu Sama, czyli zebranie materiałów dotyczących Innych, zimy, smoczego szkła i całego tego bałaganu. A szkoda, bo po Hardhome miałoby to sens. Z drugiej strony cieszę się, że w serialu pojawi się Stare Miasto i Cytadela - nie sądziłam, że scenarzyści poświęcą Samowi tyle czasu i uwagi.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.