Kto mieczem wojuje, ten potrzebuje terapii, czyli „Stal nie przemija” Richarda Morgana


Czy czytając „Władcę Pierścieni”, zastanawialiście się kiedyś, co się stało z weteranami wojny z Sauronem? Cieszą się spokojnym życiem czy w tajemnicy tęsknią do bitewnej gorączki? Oswoili wspomnienia czy w ich koszmarach wciąż jeszcze płoną ognie Mordoru? Richard Morgan postanowił to sprawdzić w powieści „Stal nie przemija”, w której sprytnie pożenił fantasy epicką i bohaterską, nie pozostał jednak wierny żadnej z nich. Wolał bowiem napisać gorzką powieść psychologiczną. Jej bohaterowie to kombatanci wojny z jaszczurami – rasą obcą i odrażającą jak orkowie – którzy na różne sposoby (nie) radzą sobie z życiem w cywilu. Życiem, w którym wroga się nie zabija, lecz zawiera się z nim podejrzane układy, Dobro i Zło to puste slogany, a każda próba powrotu do normalności budzi ze snu wojenne demony.

Ringil Eskiath, na przykład, zaszył się w wiosce na końcu świata, obrósł w tłuszcz i stał się żywym pomnikiem dawnych czasów. Za garść monet opowie, jak to na wojence było, albo wyśle matkę przyjaciela z powrotem do grobu, w którym ta jakoś nie chce spocząć (nie pozwalają na to trupodręcze – jeden z kilku interesujących gatunków potworów wymyślonych przez Morgana). Pierwsze sceny sugerują, że oto narodził się kolejny wiedźmin. Nie dajcie się jednak nabrać. W przeciwieństwie do Geralta z Rivii, Ringil ma rodzinę, i to wysoko postawioną. Na prośbę matki, której zresztą nie cierpi, wraca do rodzinnego Trelayne, gdzie spodziewa się odnaleźć zaginioną kuzynkę. Zamiast niej znajduje jednak upiory przeszłości. Ringil jest bowiem odmieńcem, ale nie takim, którego obdarowano wyjątkową mocą. Raczej takim, który w świecie społecznego ostracyzmu, hipokryzji i jedynej słusznej religii otwarcie mówi o sobie „pedał”. Co, jeśli się zastanowić, jest dla gatunku fantasy małą rewolucją.

Nie chodzi tylko o język, który u Morgana rzeczywiście bywa dosadny, a niekiedy nawet wulgarny. Chodzi o bezkompromisowość, z jaką Morgan przedstawił seksualność głównego bohatera. Gryzipiór przypomina sobie kilka romansów między postaciami tej samej płci, które rozegrały się na marginesach powieści fantasy i które autorzy starali się na różne sposoby uwznioślić albo chociaż złagodzić. Związki homoseksualne bywały więc skandalizującą ciekawostką (Ciri i Mistle u Andrzeja Sapkowskiego), wpisywane w sentymentalny schemat jedynej prawdziwej miłości (Loras i Renly u George'a Martina) albo czujnie wyhamowywane na etapie platonicznej przyjaźni (Damien i Tarrant u Celii Friedman). Richard Morgan podszedł do sprawy zupełnie inaczej. Jego Ringil to typ aktywny, któremu nieobcy jest smak przygodnego seksu i który wprost przyznaje, że „lubi obciągać mężczyznom”.

Autor nie używa jednak orientacji swojego bohatera jako pretekstu do zamieszczania opisów namiętnych zbliżeń – tych jest w powieści zaskakująco mało. Seksualność Ringila ma znaczenie o tyle, że czyni go społecznym wyrzutkiem, skłóconym z rodziną i szczególnie wyczulonym na hipokryzję. Dla kogoś takiego udział w wojnie oznacza ucieczkę do prostszego, bardziej autentycznego świata, w którym przeciwnika wystarczy mocno ciąć mieczem. Niestety koterie z Trelayne to nie wrogie jaszczury i szukając kuzynki, Ringil narusza delikatną równowagę polityczno-przestępczego półświatka. Tu zadrze ze strażą, ratując przed pobiciem pijanego weterana, tam obrazi syna najwyższego sędziego. Na domiar złego rodzinne miasto to dla niego psychiczna pułapka. Przeszłość przyćmiewa tu teraźniejszość, a na każdym rogu czają się wspomnienia z dzieciństwa. Takie naprawdę traumatyczne.

Zewsząd dobiegały chichoty. Szeptano plotki o tym, jak ciało Ringila zareagowało na gwałt. Zdarzało się to dosyć często i kadeci akademii przywykli do tego widoku, ale w zestawieniu z pogłoskami o preferencjach Ringila jego gotowość obrosła legendą. Żałuj, że go nie widziałeś, mruczeli, kiedy Ringil kuśtykał po drugiej stronie dziedzińca. Widać było, kurwa, że mu się to podoba (...). Ani razu nie krzyknął.
To akurat była prawda. Nie krzyknął ani razu.

Nie, Ringil nie ma łatwego życia, a Morganowi dodatkowo udaje się sprawić, że wcale nie czujemy do niego sympatii. Ten pyskaty i pełen pretensji rębajło zdaje się podświadomie prowokować kolejną wojnę, która wyzwoli go z „normalnego” życia. To niejednoznaczny bohater o złożonej psychice, odmieniec i zarazem doskonałe wcielenie świata, który go odrzucił. Gryzipiór jest nim zachwycony.

Nie jest natomiast zachwycony dwojgiem pozostałych bohaterów, których sporego potencjału Morgan na razie nie wykorzystał (do nadrobienia w kolejnych tomach). Egar i Archeth to postaci żywcem wyjęte z opowieści o superbohaterach albo heroicznej fantasy spod znaku Conana. Ten pierwszy jest zresztą barbarzyńcą, przywódcą klanu, który z wojny przywiózł świadomość, że można żyć inaczej niż nakazuje tradycja jego ludu. A potem utopił tę świadomość w spermie i narkotykach, czym zasłużył sobie na nienawiść własnego szamana. Czarnoskóra superwojowniczka Archeth to z kolei wariacja na temat Tolkienowskiej Arweny – ostatnia przedstawicielka doskonalszej od ludzi rasy. Tyle że Arwena miała ukochanego Aragorna, a Archeth ma cynicznego, choć niepozbawionego uczuć cesarza, któremu służy jako doradczyni. Poczucie winy nie pozwala jej przymknąć oczu na nie całkiem sprawiedliwy powojenny ład, którego jest współtwórczynią. Co gorsza, jej odurzony narkotykami umysł zamieszkują duchy dawnych przyjaciół i kochanków, którzy odchodząc ze świata ludzi, najwyraźniej nie mogli zabrać jej ze sobą.

[*]
Słabość kreacji Egara i Archeth wynika chyba z tego, że z powodu geograficznego oddalenia ich historie długo biegną obok głównego wątku Ringila i są od niego mniej angażujące. Dopiero kiedy niezależnie rozwijane intrygi doprowadzą ich w to samo miejsce, cała trójka może się spotkać. Niestety dzieje się to za szybko i jakoś chaotycznie: opisując ich wspólne „przygody” Morgan zmienia perspektywę bardzo często, nawet w połowie sceny, jakby nie mógł się zdecydować, który z bohaterów jest w danym momencie ważniejszy. Trochę to psuje tę pomysłową przecież kompozycję, ale Gryzipiórowi i tak najbardziej przeszkadzała drugoplanowość postaci Egara i Archeth, którzy na końcu powieści po prostu rozeszli się w swoje strony, w nosie mając zainteresowanie czytelnika.

Gryzipiór celowo rozpisuje się o bohaterach, a milczy na temat fabuły. „Stal nie przemija” to naprawdę jest powieść psychologiczna, choć o uczuciach mówi się w niej mało. Po prostu ważniejsze od pytania „Czy Ringil odnajdzie kuzynkę?” jest pytanie „Dlaczego Ringil jest taki jaki jest?” i „Dlaczego postępuje tak, a nie inaczej?”. Morgan planuje zresztą trylogię, nic więc dziwnego, że pierwsza jej część przedstawia bardziej świat i bohaterów niż porywającą intrygę. Jest jednak nadzieja, że z tego sprawnie zbudowanego suspensu narodzi się nietuzinkowa fabuła, wiele bowiem wskazuje na to, że mamy do czynienia z myleniem tropów, ukrytymi podróżami w czasie i ciekawą koncepcją wieloświata. Warto też wspomnieć o magii, która u Morgana niepokojąco przypomina fantazje pacjentów Freuda i często łączy się z lękami seksualnymi – jak w tej dziwacznej scenie, w której szyja martwej prostytutki zaczyna nagle wydłużać się niczym ciało żmii. Albo w tej, w której jeden z bohaterów spotyka w nocy wilczycę idącą na tylnych łapach.

Wyszła z ciemności, wiatru i rozchwianych traw. Światło wstęgi przebiło chmury i dotknęło jej.
Wyszczerzona, z wywieszonym jęzorem, z białymi, ostrymi kłami i ślepiami, balansując na łapach nieprzeznaczonych do chodzenia w wyprostowanej pozycji, od stóp do głów spowita w ciało wilka (…).
Nie odezwała się. Wicher wył w jej imieniu.

Oczywiście Ringil i jego przyjaciele nie zostaliby tak poturbowani przez życie, gdyby nie stworzony przez Morgana świat – jeden z najmroczniejszych światów fantasy, jakie odwiedził Gryzipiór. Powszechny cynizm, niewolnictwo, publiczne egzekucje, religijny fanatyzm, masowe wysiedlenia, konszachty polityków z przestępcami, a do tego obcy, bezlitośni bogowie, którzy niepokojąco przypominają demony – w pesymizmie Morgan bije na głowę i Stevena Eriksona, i George'a R.R. Martina. Nawet przyroda ma dla ludzi jedynie okrutne pustynie, zdradliwe bagna i mroźne stepy Północy, po których grasują spiczastogłowe ghoule. Tu nie walczy się w imię abstrakcyjnego Dobra, lecz o przetrwanie i o to, by pozostać przyzwoitym człowiekiem. Ufać można jedynie własnej moralnej intuicji i własnemu mieczowi, który – wbrew utopijnej wizji jednego z bohaterów – niewielkie ma szanse spocząć w szklanej gablocie muzeum broni. Stal jest bowiem wieczna. Stal nie przemija.

„Stal nie przemija” to nie jest powieść dla każdego. Trzeba lubić bohaterów o złożonej psychice, nie bać się obrazów przemocy i uważnie śledzić akcję, która przynajmniej na początku rozwija się dość wolno. Czuć w niej jednak powiew świeżości, który pewnego dnia – jeśli Morgan otworzy drzwi wystarczająco szeroko – może zmieni się w wiatr odnowy w literaturze fantasy. Gryzipiór będzie odtąd niecierpliwie sprawdzał barometr.

  • Przekład: Przemysław Bieliński
  • Wydawca: ISA
  • Rok wydania: 2011 (2008)
  • Liczba stron: 398
  1. Zaintrygowało mnie, tym bardziej że dawno już nie sięgałam po fantasy. Za to odpowiadając na pytania z początku, o weteranach wojny z Sauronem, tej z Władcy Pierścieni właśnie, pisał Kirył Jeskow w "Ostatnim władcy pierścienia". Tylko że bohaterami uczynił "tych złych", pokonanych - orków i tak dalej ;) Mimo pewnych zastrzeżeń również polecam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam, szczególnie jeśli lubisz fantasy, ale znudziły ci się jej klasyczne schematy. :)

      Słyszałam o "Ostatnim Władcy...", ale nie miałam okazji sięgnąć. Trochę się boję takiej pustej krytyki, po której widać, że jej autor "Władcy Pierścieni" nie zrozumiał - a robienie z orków bohaterów na taką krytykę mi wygląda. No, ale skoro polecasz, lepiej to sprawdzę. :)

      Usuń
    2. Ja tę powieść (ale od razu zaznaczę, że czytałam tylko pierwszy tom) odebrałam bardziej jako zabawę konwencją niż krytykę "Władcy pierścieni", takie "Wicked" w świecie Śródziemia :)

      Usuń
    3. Pytanie, jaki cel ma ta zabawa. Chodzi o czystą rozrywkę, ujawnienie ukrytych założeń utworu Tolkiena czy prostą krytykę? Muszę to sprawdzić, narobiłaś mi apetytu. :)

      Usuń
  2. Zaintrygował mnie opis książki więc wklepałem w wyszukiwarkę tytuł i... wszystko jasne, autor cyklu Takeshi Kovacs :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... cyklu, który mam nadzieję kiedyś przeczytać i zrecenzować. Słyszałam o nim same dobre opinie, szczególnie o pierwszym tomie. :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.