Hamlet ze Smoczej Wyspy, czyli „Elryk z Melniboné” Michaela Moorcocka


„Epicki Puchatek” − tak Michael Moorcock określił w 1978 roku twórczość Tolkiena i wywodzący się z niej nurt high fantasy. Opowieść z dziecinnego pokoju – kołysanka, która usypia nas słodkimi kłamstwami. Infantylna, przesadnie liryczna, nie dość agresywna, w dodatku konserwująca burżujskie wartości i dziewiętnastowieczny obraz świata. Tak gorąca polemika musiała rozpalić pragnienie oderwania się od Tolkienowskiego wzorca i znalezienia nowej formuły powieści fantasy. Sam Moorcock zaproponował taką formułę w cyklu o Elryku z Melniboné. A przynajmniej spróbował.

Gryzipiór ma na takie przypadki specjalną szufladę w swojej wyobrażonej bibliotece. Napis na jej froncie głosi: „Książki, które nieładnie się zestarzały”. Powieść Moorcocka najlepiej czytać przez pryzmat lat 70. XX wieku, w których powstała, gdyż broni się chyba tylko jako polemika z „Władcą Pierścieni” [1]. Oto dekadenckie królestwo Melniboné, zamieszkałe przez władców smoków i czarnoksiężników rozkochanych w wyrafinowanym okrucieństwie. Przemoc uświęca tu wielowiekowa tradycja, którą Moorcock – w przeciwieństwie do nostalgicznego Tolkiena – ukazuje jako źródło zniewolenia i zwyrodnienia. Tortury, kanibalizm, oddawanie czci demonom – tak zaczyna się typowy poranek na Smoczej Wyspie. Wszystko to dzieje się za przyzwoleniem mądrych i pięknych władców z dynastii Elryka. Łatwo przejrzeć ten szyfr: Melnibonéanami mogliby stać się Tolkienowscy Elfowie, gdyby w porę nie uciekli ze świata zagarniętego przez ludzi i gdyby przyszło im żyć tam, gdzie ciągłe spoglądanie wstecz przynosi słabość oraz moralną degrengoladę. Takie proste odwrócenie jest zresztą ulubionym zabiegiem Moorcocka, przez co niektóre jego pomysły wydają się grubymi nićmi szyte.

Spójrzmy na tytułowego bohatera, Elryka, któremu Gryzipiór nadał przydomek Króla, Który Za Dużo Czytał. Oczytanie bowiem według Moorcocka nieuchronnie prowadzi do „moralności”, a „moralność” – do paraliżującego przeintelektualizowania. Dlatego Elryk, zamiast rządzić, woli filozofować. Mógłby wskrzesić potęgę Smoczej Wyspy, ale jakież korzyści płyną z użycia siły? Mógłby podbić Młode Królestwa, ale czy warto używać mocy w jakiejkolwiek sprawie? Jakby tego było mało, Elryk to słabowity albinos, który żyje tylko dzięki regularnie przyjmowanym narkotykom. Prawda, że sprytnie wymyka się stereotypom bohatera fantasy? Nie jest ani mocarnym Conanem, ani prostodusznym, pełnym poświęcenia Frodem, ani niepozornym sierotą o ukrytej mocy i królewskiej genealogii. Jest Elrykiem z Melniboné! Bardziej wkurzającym niż wszystkie te stereotypy razem wzięte.

Tu jednak słabość ogarnęła go znowu i upadł na stopnie wiodące do Rubinowego Tronu. Jeszcze raz zignorował radę Cymoril, która ostrzegała go przed bratem, i Cymoril znowu była w niebezpieczeństwie. Nie jestem wart życia – przemknęła mu przez głowę ostatnia myśl.

Ponieważ Elryk znajduje się w centrum tej opowieści, Moorcock za wszelką cenę stara się zainteresować nim czytelnika. No cóż, tonący brzytwy się chwyta. Jest więc przedmowa, w której zapewnia się, że wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi nasz Hamlet z Melniboné jest bohaterem. Są nieznośnie patetyczne wstępy do rozdziałów („Czy został skazany, zanim się narodził? Skazany na to, by przez tysiące wcieleń nie zaznać nic prócz smutku i walki, samotności i żalu?”). Jest wszechwiedzący narrator, który od początku narzuca swoją perspektywę i wyraźnie sympatyzuje z Elrykiem („Albinos rozważa w myśli problemy moralne i to zajęcie różni go od znakomitej większości jego poddanych”). W rzadkich momentach, w których bladolicy król nie zachowuje się zgodnie ze swoim wyidealizowanym wizerunkiem, autor śpieszy go usprawiedliwić: „Elryk nie był okrutny; po prostu wciąż jeszcze był Melnibonéaninem. Nawet gdyby tego pragnął, nie mógł uratować więźniów nie łamiąc żadnego z praw Smoczej Wyspy”.

Elryk staje się interesujący dopiero w chwili, w której włącza się w konflikt sił rządzących Kosmosem. Powodowany – jakżeby inaczej – miłością do – jakżeby inaczej – pięknej Cymoril, wzywa na pomoc Ariocha, jednego z Władców Chaosu, i zawiera z nim faustyczny pakt. W ten sposób Elryk, inaczej niż tradycyjni herosi fantasy, staje się antybohaterem, sługą niszczycielskiej potęgi. Tyle że Chaosu nie da się u Moorcocka jednoznacznie utożsamić ze Złem. Jest on po prostu przeciwieństwem Ładu, z którym toczy odwieczną walkę. Złem prawdziwym jest zniewolenie, z którym Elryk walczy, przeciwstawiając się kolejno tradycjom Melniboné, zamiarom Ariocha i własnemu przeznaczeniu, które w jego świecie jest siłą jak najbardziej realną. Wtedy bladolicy król rzeczywiście staje się bohaterem, a opowieść o nim urasta do rangi greckiej tragedii...

...po czym spada na pysk. Przykro to mówić, ale „Elryk z Melniboné” to powieść w najlepszym wypadku źle przetłumaczona, w najgorszym – źle napisana. Problemem jest nawet sam język: toporny i jednocześnie pretensjonalny, w dodatku pełen irytujących powtórzeń („To ona jedna sprawiła, że płakał. To dzięki niej z jego purpurowych oczu płynęły łzy”). Moorcock po prostu nie potrafi opowiadać subtelnie. Dialogi pisze drętwe i nienaturalne, psychikę Elryka wykłada czytelnikowi jak na tacy. Jego postaci drugoplanowe to pozbawieni osobowości statyści, usłużnie grający role Złego Czarnoksiężnika, Wiernego Przyjaciela czy Damy w Opałach (co zbliża nieco „Elryka z Melniboné” do baśni, zapewne wbrew intencjom autora). Rażą też siermiężne sceny, w których karykaturalny czarny charakter oświadcza przed całym dworem, że to on powinien być królem (!), a potem mamrocząc pod nosem streszcza swoje niegodziwe plany. Cóż, są rzeczy na niebie i ziemi, o których się filozofom nie śniło. A dobrym pisarzom to już na pewno.

Po chwili milczenia Dyvim Tvar odezwał się znowu:
– Czy wiesz, Elryku, że mam dwóch synów?
– Nigdy o nich nie wspominałeś.
– Ich matkami są moje dawne nałożnice.
– Cieszę się ze względu na ciebie.
– Są wspaniałymi Melnibonéanami.

Jak na ironię Moorcock – mimo że bardzo starał się odciąć od Tolkienowskiego wzorca – najwyraźniej inspiracji szukał w podobnych źródłach. W rezultacie ideologiczną polemikę uatrakcyjnia ten sam średniowieczny sztafaż co u Profesora z Oksfordu. Znajdą się tu i smoki, i magiczne zwierciadła, i miecze obdarzone wolną wolą, i zaczerpnięte z mitologii ryty przejścia, polegające na zstąpieniu do wnętrza ziemi (a właściwie jej wnętrzności). Może z tego powodu polemiczne ostrze prozy Moorcocka przez lata jakby stępiało i na Gryzipiórze nie wywarło już wrażenia.

A może po prostu przyzwyczailiśmy się do gier z konwencją high fantasy? W istocie dałoby się chyba spisać dzieje tego gatunku jako opowieść o nieustannym zmaganiu się z dziedzictwem Tolkiena. Wśród współczesnych autorów dłużnikami Moorcocka są między innymi China Miéville, Richard Morgan i George R.R. Martin (jego Targaryenowie to w prostej linii spadkobiercy białowłosych i fioletowookich jeźdźców smoków z Melniboné). Jeśli więc macie ochotę lepiej poznać historię fantasy, pędźcie do biblioteki po „Elryka z Melniboné”. Jeśli zaś chcecie po prostu czytać dobrą literaturę – na litość Ariocha, trzymajcie się od tej książki z daleka.

[1] Poprawiony i uwspółcześniony esej Moorcocka pt. „Epic Pooh” możecie przeczytać tutaj.

  • Przekład: W. T. K.
  • Wydawca: Amber
  • Data wydania: 1994 (1972)
  • Liczba stron: 181

Smok w nagłówku przyleciał z portalu 7-themes.com.
  1. Wezmę sobie do serca ostatnie zdanie :). Ale tak w ogóle, to bardzo dobra recenzja! Już czuję, że główny bohater należy do kategorii "typ, którego przeciwnikom się kibicuje", a mnie z zasady denerwują takie książki (i niech sobie będzie antybohaterem -- myślę, że można nim być na kilka sposobów, a samo odwrócenie schematu nie powinno być wartością nadrzędną).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :) Właśnie to wysilone i dość mechaniczne odwracanie schematów wydaje mi się największą słabością prozy Moorcocka. Cała jego powieść zbudowana jest na prostym zaprzeczaniu Tolkienowskim wzorcom. Fajnie, ale gdzie wkład własny? A kiedy wreszcie majaczą na horyzoncie oryginalne koncepcje, autor skutecznie przykrywa je kiepskim pisarstwem. Naprawdę nie wiem, dlaczego tak wielu autorów fantasy wymienia "Elryka" jako swoją inspirację. Sentyment, wysoka pozycja autora na zachodnim rynku? Faktyczna rewolucyjność tego cyklu, której dziś już nie dostrzegamy? Myślę, że sięgnę po dalsze tomy, żeby się przekonać... kiedy już zapomnę, jak bardzo źle to jest napisane. ;)

      Usuń
  2. Ogólnie: częstym błędem jest zaczynanie Elryka od Elryk z Melnibogi. Faktycznie jest on prequelem serii, a nie pierwszym tomem.

    Faktycznie oryginalny cykl stanowiły teksty zawarte w tomach Sniące Miasto, Kronika Czarnego Miecza i Zwiastun Burzy. Są one nawiasem mówiąc trochę lepsze. Jak Fidel Castro przy Stalinie.

    Potem Moorcock zaczął pisać prequele i crossovery z innymi swoimi cyklami tworząc chaos.

    Ogólnie rzecz biorąc: o ile czytając ten blog widzę, że mamy totalnie odmienne gusta (np. ja ubóstwiam Tanith Lee i Czarną Kompanię) to pod tym wpisem podpisałbym się obydwoma rękoma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to wredny podstęp! Muszę w takim razie kiedyś sięgnąć po któryś z tych oryginalnych tekstów. Podobno zresztą cykl o Elryku zyskuje sporo głębi, gdy przeczytać go w całości, ale obawiam się, że aż tak wytrwała nie jestem.

      A, i muszę natychmiast zdementować: bardzo lubię "Czarną Kompanię", po prostu nie uważam jej za szczególnie dobrze napisaną. ;)

      Usuń
    2. Nie wiem, czy zyskuje tej głębi...

      Z całą pewnością opowiadanie są niezłe, przy czym niestety wyłącznie w kategorii "popłuczyny po Conanie" czy mówiąc grzeczniej: "dyskusja z Conanem".

      Ogólnie rzecz biorąc Elryk to coś, co ja czasem nazywam "popkulturą pre-telewizyjną" lub "proto-popkulturą". Celowany jest do tej samej grupy, do której wymierzone są seriale typu Xeny czy innego Herkulesa. Przy czym realizowany był w czasach, gdy jeszcze nie było telewizorów, kaset wideo ani youtube, tak więc rozrywkę czerpało się albo czytając komiksy, albo krótkie, pisane prostym językiem opowiadania publikowane w pęczkach po 20-30 w wychodzących co miesiąc magazynach.

      Ważny jest o tyle, że bardzo wielu twórców się na nim wychowywało. Potrafił też dorobić sobie niezłą ideologię do swoich dzieł.

      Usuń
    3. Prawdę mówiąc, po lekturze tej jednej powieści nie jestem pewna co do tego podobieństwa do Conana. Ton wydaje się podobny, ale sam Elryk to przecież antyteza naszego ulubionego barbarzyńcy: słaby, chorowity, przeintelektualizowany produkt nadmiernie wyrafinowanej cywilizacji. Poza tym Moorcock usiłuje nadać jego losom tragiczny wymiar, wprowadza odwieczną walkę Ładu i Chaosu, które są równie złe w tym sensie, że dominacja jednego z nich prowadzi do stagnacji lub zniewolenia (to teza z opracowania "W cieniu Białego Drzewa" Tomasza Majkowskiego, który fajnie pokazuje, jak bardzo polemiczny względem dominującego nurtu fantasy jest cykl o Elryku). Mam wrażenie, że Moorcock miał trochę większe ambicje niż uważasz, tylko że zupełnie mu nie wyszło - był po prostu kiepskim pisarzem i tu się mam wrażenie zgadzamy. :)

      Usuń
    4. Dokładnie. Cały pomysł na Elryka jest taki, żeby bohater ten był takim anty-Conanem.

      Conan jest człowiekiem niszczącym niedobitki złowrogich ras, które ongiś władały ziemią. Elryk wywodzi się z takiej rasy. Conan jest okazem zdrowia, Elryk żyje tylko dzięki lekom i energii dusz pożeranych przez Zwiastuna Burzy. Conan wygrywa dzięki własnym umiejętnością i sile charakteru, Elryk jest pętakiem wygrywającym dzięki magicznemu mieczowi. Conan jest barbarzyńcom w świecie zepsutych cywilizacji, Elryk pochodzi z zepsutej cywilizacji, a przemierza świat barbarzyńców. Conan wygrywa mieczem przeciwko czarom, Elryk czarami przeciwko mieczom. Bogiem patronackim jest pasywny Crom, do którego nie wznosi się modłów, bogiem Elryka: nadmiernie aktywny Arioch. Conanowi pisane jest zdobyć tron, Elrykowi go utracić. Conan wybija się wszędzie swą ponadprzeciętnością, jest wielki i sam. Elryk: z racji swego niepozbierania. Conan miał masę przypadkowych kochanek, Elryk przez znaczną część historii jest żigolakiem podstażałej królowej.Obaj kochali naprawdę dwa razy, przy czym drugi związek Conana był udany, a pierwszy skończył się tragicznie, a w wypadku Elryka: pierwszy skończył się źle, drugi gorzej. Wymieniać można tak długo.

      Główną ideą Moorcocka było po prostu wziąć Conana i wywrócić go na nice.

      Co do postaci tragicznej: czy mogę spoilerować?

      Usuń
  3. Elryk jedzie przeżywać prygody jako najemnik do Młodych Królestw i poznaje wielu przyjaciół. W tym czasie Yrkon (niespodzianka) przejmuje tron.i bierze Cymmoril za zakładniczkę.

    (Sniące Miasto, chronologicznie pierwsze napisane opowiadanie): Elryk wraca do domu prowadząc flotę barbarzyńców. Pokonuje armię Yrkona, jego sojusznicy grabią miasto i mordują większość Melinbdończyków. On jednak zajmuje się ratowaniem swojej wybranki serca. Zabija Yrkona, jednak nienasycony jeszcze Zwiastun Burzy morduje też Cymmoril. Niepocieszony stratą bohater odpływa do Młodszych Królestw wraz ze swą flotą. W drodze powrotnej atakują ich niedobitki Melinbdończyków na smokach. Ratując się przed niechybną śmiercią Elryk wzywa na pomoc wiatr i ucieka zostawiając flotę na pastwę losu. Wszyscy jego przyjaciele nie żyją.

    (Pozostałe opka ze zbioru Sniące Miasto i Kronika Czarnego Miecza): Elryk jeździ sobie po świecie, gdzie nikt go nie lubi. Melimbdończycy, bo ich wymordował, ludzie, bo poprowadził na śmierć najlepszych z nich, ale sam ocalał. Poznaje Moongluma, swojego kumpla. Zostaje królewskim gachem i rozpoczyna prywatną wojenkę z królewskim wice-gachem czarnoksięznikiem (nie pamiętam już, jak mieli na imię), dociera też do Tellanorn. Zwiastun Burzy zabija przypadkowe osoby na prawo i lewo. W końcu jednak Elryk odbija z opresji księżniczkę Zarozinię, a następnie rządzi u jej boku jej ojczyzną.

    (Zwiastun Burzy) Nagle okazuje się, że siły Chaosu podbijają w tym czasie świat. By zmusić do walki po swej stronie Elryka Arioch uprowadza Zarozinię. Zrozpaczony Elryk z Moonglumem wyruszają w pościg. Po drodze dowiadują się, że chaos jest złośliwy i najlepiej zrobią tocząc wojnę z Chaosem. Tak więc się biją. Elryk wygrywa wszystkie bitwy, ale wojnę przegrywa. Z powodu niezgody pada kontynent za kontynentem. W końcu nasz bohater zdobywa Tarczę Chaosu i za jej pomocą wygrywa bitwę z nieprzyjacielem i odbija Zarozinę.

    Ta jednak okazuje się zmieniona w wielkiego robaka i błaga swego męża, by ją dobił. Ten przeszywa ją Zwiastunem Burzy, który zjada jej duszę.

    Elryk jest smutny, ale dowiaduje się o cudownym rogu, po który musi udać się do świata eposów rycerskich. Zdobywa Róg Przeznaczenia w grobie Rolanda i trafia do swojego świata. Wspierany przez Smoczych Jeźdźców Melnibdone rusza do ostatniej bitwy.

    Elryk gra na Rogu Przeznaczenia i do walki stają Władcy Prawa. Wszystkie smoki i wszyscy Melnibdone giną, bogowie Prawa i Ładu zabijają się nawzajem, a świat zostaje zniszczony. Jedynymi żywymi są Moonglum i Elryk. Ten ostatni musi raz jeszcze zadąć w róg, by doprowadzić do narodzenia nowego świata. Jest jednak konający ze zmęczenia. Tak więc Moonglum każe mu się zabić, Zwiastun Burzy zjada jego duszę i daje siły Elrykowi na dokonanie aktu stworzenia.

    Elryk gra w róg i przez chwilę wydaje się, że wszystko jest w porządku. Wówczas Zwiastun Burzy ożywa w jego rękach i buntuje się. Zabija naszego bohatera i zjada jego duszę, a następnie ucieka, by stać się zaczynem nowego Zła w nowym świecie.

    Amen.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie, to fajne z tego byłoby anime.

      Usuń
    2. Dziękuję, czuję się ostrzeżona. ;) Chociaż ta wycieczka do świata eposów rycerskich brzmi ciekawie. Znając skłonności polemiczne Moorcocka, podejrzewam, że nie oparł się pokusie dorzucenia kilka złośliwości dotyczących Rolanda i spółki.

      Fakt, anime byłoby interesujące. Albo w ogóle jakaś solidna ekranizacja, bo mam wrażenie, że świat Elryka sporo by zyskał, gdyby przepuścić go przez umysł kogoś o wyobraźni większej niż miał Moorcock. Zdaje się, że na podstawie cyklu powstawały komiksy? Ten ostatni zebrał nawet niezłe recenzje. Zastanawiam się, czy po niego nie sięgnąć, bo faktycznie zmiana medium może tej fabule tylko pomóc. Największą wadą "Elryka z Melniboné" był jak dla mnie ten koszmarny sposób opowiadania: język, styl, konstrukcja scen, charakteryzacja - no, praktycznie to wszystko, co trzeba choć trochę zmienić, kiedy przekładamy powieść na "obrazki".

      Usuń
    3. Na podstawie Elryka powstała cała masa komiksów, z czego chyba pierwsze jeszcze w latach 70-tych. Niestety ani jednego nie miałem w rękach, choć widziałem w necie screeny kilku. Kolega twierdzi, że ten ostatni, wydany w Polsce (Rubinowy Tron zdaje się) jest bardzo dobry.

      Co do drugiego akapitu to muszę się zgodzić. Mam dokładnie to samo. Momenrami ten cykl jest niezrozumiały. Pytanie brzmi czy jest to zasługą przekładu, czy marnych umiejętności autora.

      Usuń
    4. Myślę, że w tym wypadku wina leży po stronie autora, bo tłumacz może oczywiście popsuć język powieści, ale kiedy czarny charakter wyjawia swoje niecne plany w obecności całego dworu, nie ponosząc żadnych konsekwencji, to już kwestia złego warsztatu.
      Z recenzji wynika, że kontynuacja "Rubinowego Tronu" jest jeszcze lepsza. Zdaje się, że czas dać Elrykowi drugą szansę. ;)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.