Uprzejmość jest zbroją damy, albo za co kocham Sansę Stark


Jak mawia stare chińskie przysłowie, w „Grze o tron” godzisz się z przemocą albo wyłączasz telewizor. W tym tygodniu dylemat okazał się szczególnie trudny, bo twórcy serialu pokazali na ekranie gwałt – i to nie na przypadkowej ofierze, ale na Sansie Stark, jednej z najbardziej kontrowersyjnych postaci ze świata Westeros. Reakcje widzów? Od oburzenia do satysfakcji. Jeśli znajdujecie się w tej drugiej grupie, Gryzipiór ma dla was złą wiadomość: (1) jesteście bardzo niedobrymi ludźmi oraz (2) wpadliście w pułapkę zastawioną przez George'a R.R. Martina. Tworząc postać Sansy, Martin zaprogramował bowiem reakcje czytelnika tak, by przyszpilić wszystkie absurdy i patriarchalne stereotypy, z jakimi zderzają się młode kobiety. Gryzipiór zaś postanowił przyszpilić powody niechęci do Sansy – te same powody, które sprawiły, że stała się ona jego ulubioną bohaterką „Pieśni Lodu i Ognia”.

Inspiracją dla tego wpisu była dyskusja między Gryzipiórem, Jellyfish, Bajkonurkiem i Pyzą, którą znajdziecie tutaj.

Po pierwsze, Sansa jest nastolatką i zachowuje się jak nastolatka, co jak wiemy z realnego życia, jest czymś niewybaczalnym. W „Grze o tron”, pierwszym tomie sagi Martina, ma zaledwie jedenaście lat i jest córką jednego z najpotężniejszych lordów Westeros. Owszem, jest naiwna i nie zawsze potrafi właściwie ocenić ludzi (a Lannisterów, mistrzów manipulacji, to już w ogóle). Owszem, jest rozpieszczona, lubi ładne stroje i marzy o księciu z bajki, który zawiezie ją do krainy prawdziwych rycerzy, letnich ogrodów i pałaców o tysiącu okien. Nie może być inaczej. Śliczna, uprzejma i rozmiłowana w bohaterskich pieśniach Sansa ucieleśnia feudalny ideał damy stworzonej do amour courtois, dworskiej miłości. Damy, przed którą pilnie strzeże się prawdy o tym, jak źli potrafią być ludzie – i w ten sposób zatrzymuje jej rozwój na etapie dziecka. To ciekawe, jak wielu widzów i czytelników nienawidzi Sansy za to, co jest w istocie błędem jej opiekunów: septy Mordane, lady Catelyn oraz tego wspaniałego Neda Starka, który wyraźnie nie potrafi się porozumieć z dorastającą córką.

Po drugie, czytelnicy nie lubią Sansy, ponieważ tego chciał Martin. Pomyślcie, ile negatywnych stereotypów literackich poszło na uszycie tej postaci. Rozdziały „Gry o tron” poświęcone Starkównom to w istocie baśń o konflikcie między siostrami, w której Sansa odgrywa rolę tej pięknej i głupiej, a Arya – tej brzydkiej i mądrej. A ponieważ wszyscy czuliśmy się kiedyś mniej wartościowi (intrygujący paradoks), odruchowo sympatyzujemy z tą młodszą i brzydszą. Co gorsza, Sansa naprawdę jest piękna – i dobrze o tym wie. „Jest jak ta dziewczyna, której nie odważyłeś się poderwać w szkole” (cytat z forum Westeros.org). Śliczna, popularna, nieco snobistyczna, znająca swoją wartość i zainteresowana wyłącznie „dziewczęcymi” sprawami, znakomicie pasuje do tradycyjnej roli czarnego charakteru w powieści pensjonarskiej.

Po trzecie, Sansa występuje przeciw wszystkiemu, co w powieści Martina początkowo oceniane jest pozytywnie. Chce opuścić Północ – przedstawianą jako ostatni bastion honoru, wolności i spokoju – oraz udać się na Południe, do tej ziemi obiecanej, o której nie wie jeszcze, że zamieszkują ją fałszywi dworzanie i złudnie piękne intrygantki w rodzaju Cersei. Pragnie więc tego, co w naszym świecie jeszcze na początku XX wieku uchodziło za moralnie podejrzane: przemieszczenia się z prowincji do centrum, z cnotliwej wsi do pozornie fascynującego, a w rzeczywistości zepsutego miasta.

fot. HBO [*]
Wszystko to sprawia, że przynajmniej z początku trudno nam przyjąć perspektywę Sansy. Przywykliśmy na przykład uważać za społecznych wyrzutków Aryę i Jona, nie dostrzegając, że to Sansę jej uroda, wartości i marzenia czynią jedynym prawdziwym odmieńcem na Północy. Przywykliśmy też sądzić, że rodzina faworyzuje Sansę kosztem Aryi – Siedmiu wie dlaczego, bo jest dokładnie na odwrót! Pamiętacie, jak w „Grze o tron” Ned zatrudnił dla Sansy najlepszego nauczyciela szermierki z Braavos? Jak pozwolił jej unikać obowiązków córki Namiestnika? Jak przestrzegał ją przed intrygami królewskiego dworu? Gryzipiór też nie pamięta. Pewnie dlatego, że nic z tego się nie wydarzyło. Wszystko – przydatną edukację, wolność, uwagę ojca – otrzymała Arya. Sansę zaś obarczył Ned wyłączną odpowiedzialnością za jej konflikt z młodszą siostrą, której zresztą nasza dzielna płomiennowłosa Starkówna za nic nie chciała na siebie wziąć. Naprawdę trudno winić Sansę – bujającą w obłokach dziewczynkę, którą rodzice zostawili samą sobie – za to, że dała się zmanipulować dorosłej kobiecie i zdradziła jej plany ojca, przyczyniając się do jego krwawej śmierci. (Gryzipiór wcale nie sugeruje, że Ned nie kochał Sansy. Po prostu wyraźnie faworyzował bardziej do niego podobną Aryę).

Wprowadzanie do powieści próżnej i naiwnej bohaterki, której większość czytelników prawdopodobnie nie polubi, może wyglądać na literackie samobójstwo, ale George Martin doskonale wie, co robi. Cała ta żonglerka czytelniczymi emocjami, stereotypami i baśniowymi tropami ma jeden cel: dekonstrukcję. W kolejnych tomach/sezonach Sansa przekonuje się na własnej skórze, że baśnie, pieśni i romanse – całe narracyjne zaplecze literatury fantasy – niewiele mają wspólnego z prawdziwym życiem. Jej wyśniony Książę z Bajki okazuje się potworem w ludzkiej skórze. Jej opiekunka, Cersei, zrzuca maskę Dobrej Królowej i przeistacza się w zazdrosną Złą Macochę. Sandor Clegane (Ogar) jako baśniowa Bestia pod dotykiem Pięknej wcale nie zamienia się w przystojnego i szlachetnego księcia. Wręcz przeciwnie: z wiernego psa Lannisterów przeistacza się w samotnego wilka-wygnańca wędrującego po Dorzeczu.

Co gorsza, w tej bajce dzielni bracia nie przybędą na ratunek uwięzionej siostrze. Okrzyknięty Królem Północy Robb Stark nie pozwala wymienić Sansy na Jaimego Lannistera, który jest dla niego zbyt cennym zakładnikiem. Sansa jest więc zdana na siebie. Rozczarowana i opuszczona przez najbliższych, mogłaby rzucić się z blanków Czerwonej Twierdzy i pociągnąć Joffreya za sobą. Odrzuca jednak obowiązek rodzinnej vendetty i postanawia żyć mimo krzywd, jakie jej wyrządzono. Umiejętność obserwacji i odgadywania cudzych zamiarów pozwala jej wzorowo zdać egzamin w szkole przetrwania, jaką staje się dla niej królewski dwór. Dzięki temu jako jedyna ze Starków wychodzi żywa z piekła zgotowanego jej przez Lannisterów. Jeśli to nie jest heroizm, Gryzipiór nie wie, co nim jest.

Jeden ruch, pomyślała. Stał tam, dokładnie tam, i uśmiechał się głupkowato tymi swoimi glistowatymi ustami. Mogłabyś to zrobić, powiedziała sobie. Mogłabyś. Zrób to teraz. Nie obchodziło jej nawet, czy poleciałaby razem z nim. Ani trochę (…).
Właściwa chwila minęła. Sansa spuściła oczy.
– Dziękuję – powiedziała, kiedy skończył. Przecież była dobrą dziewczyną i zawsze pamiętała o manierach.

Dorastanie Sansy to przyśpieszony kurs deziluzji, kurs, który w realnym świecie przeszedł każdy z nas. Nie każdy jednak zniósł go z taką godnością i... odpornością. Pobita, upokorzona i zmuszona do małżeństwa, Sansa jakimś cudem zachowuje najlepsze cechy dziewczynki, którą kiedyś była: wrażliwość, empatię, uprzejmość i naturalną dobroć. Tu narazi się Joffreyowi, by uratować życie zapijaczonemu rycerzowi; tam zaopiekuje się wystraszonymi dwórkami podczas Bitwy na Czarnym Nurcie; gdzie indziej znowu zajmie się rozpieszczonym, chorowitym Robertem Arrynem, do którego wszyscy dawno stracili cierpliwość. To bohaterstwo w czystej postaci: mało efektowne i może przez to bardziej szlachetne. Dlatego Gryzipiór sprzeciwia się fanowskim teoriom, w których sugeruje się, że Sansa mogłaby zamordować Littlefingera, Ramsaya albo kogokolwiek innego. Sansa nie morduje. Sansa walczy tak, jak potrafią walczyć tylko kobiety: wytrwałością, urodą i dobrocią, która zapewnia jej sympatię dworu i opiekę silniejszych. I – co najlepsze – jest w tym całkowicie autentyczna.

Ależ, drogi Gryzipiórze – powie ktoś – ty wychwalasz postawę ofiary! – Wcale nie – odpowie Gryzipiór. Sansa nie jest ofiarą. Sansa pada ofiarą obłąkanego chłopca i zazdrosnej królowej, nie pozwala jednak wmówić sobie poczucia winy i niepełnowartościowości. Przeciwnie. Mimo traumy zachowuje kobiecą dumę i niezależność tego rodzaju, który nawet dziś jest dla wielu niewygodny. Pamiętacie ślub i noc poślubną, którą Sansa spędza z Tyrionem w „Nawałnicy mieczy” i drugi raz w czwartym sezonie „Gry o tron”? Oto dwa cytaty:

Nikt nie wpadł na to, by przynieść stołek, i wszyscy widzieli, że Tyrion jest półtorej stopy niższy od swej przyszłej żony (…).
Tysiąc razy marzyła o swym ślubie i zawsze wyobrażała sobie, że stojący za nią pan młody będzie wysoki i silny, że zarzuci jej na ramiona płaszcz swej opieki i pocałuje ją czule w policzek, pochylając się, by zamknąć spinkę.
Poczuła drugie szarpnięcie, tym razem bardziej zdecydowane. Nie zrobię tego. Dlaczego miałabym oszczędzać jego uczucia, kiedy nikt nie dba o moje?

Patrz na niego – powtarzała sobie Sansa. Patrz na swojego męża, na całą jego postać (…). Spróbuj dostrzec jego urodę. Wpatrywała się w skarłowaciałe nogi, guzowate, zwierzęce czoło, zielone i czarne oko, czerwony kikut nosa (…).
– Na honor Lannistera – oznajmił Krasnal – Nie tknę cię, dopóki tego nie zapragniesz.
Musiała zebrać cała odwagę, jaką w sobie miała, by spojrzeć w jego różnobarwne oczy i powiedzieć:
– A jeśli nigdy tego nie zapragnę, panie?
Jego usta wykrzywiły się nagle, jakby go spoliczkowała.

Wielu miało potem do Sansy pretensję, że postąpiła z Tyrionem tak „okrutnie”. Powinna przecież sprzymierzyć się z nim przeciwko Cersei! Powinna spełnić małżeński obowiązek, bo Tyrion jest dla niej taki „dobry” (czytaj: nie zgwałcił jej, choć jako mąż „miał do tego prawo”). Sansa ma jednak dobry powód, by odrzucić Krasnala. Po pierwsze, jest on Lannisterem pośrednio odpowiedzialnym za śmierć jej rodziny. Po drugie, jest brzydki i jej się nie podoba. Po prostu. W przytoczonych wyżej fragmentach Sansa pozwala sobie ocenić atrakcyjność męża, spojrzeć na niego tak jak mężczyźni – w tym Tyrion – odruchowo patrzą na kobiety. Problem w tym, że ten, kto patrzy, ma władzę. Trzynastoletnia (!) Sansa robi więc coś niesłychanie wywrotowego: odwraca kulturowe role mężczyzny jako podmiotu patrzącego i kobiety jako przedmiotu jego oceny. Tyrion, Sandor, Joffrey, Littlefinger, ser Dontos – żaden z nich nie zdoła potem jej sobie podporządkować, to znaczy przebić się przez zbroję, jaką zbudowała Sansa ze swej dumy, uprzejmości i cichej, acz nieugiętej kobiecej siły. I być może to jest prawdziwy powód powszechnej niechęci do tej postaci.

(Niestety, w ostatnim odcinku „Gry o tron” zbroję tę zerwał – dosłownie – z Sansy Ramsay, pokazując widzom, że w Westeros kobieta nie może zrobić nic, by ochronić się przed męską agresją. Nie jest to przekaz, jaki chciałby odebrać Gryzipiór, ale cóż zrobić).

fot. HBO [*]
Uwielbiam Sansę, bo jest najbardziej nieoczywistą bohaterką „Pieśni Lodu i Ognia”. Bo wbrew światu, który ceni same „męskie” wartości, pozostaje wrażliwa i uprzejma – i z tej pozornej słabości czyni swoją siłę. Bo przeczy patriarchalnym stereotypom, zgodnie z którymi kobieta w fantasy może być jedynie damą w opałach albo wojowniczą chłopczycą. Uwielbiam Sansę, bo niechęć do jej postaci mówi coś ważnego o tym, jak w realnym świecie patrzymy na młode kobiety, które nie podporządkowują się i pozostają sobą – na złość rozczarowaniom, które nieustannie je spotykają.
  1. Nic dodać, nic ująć. Mam wrażenie, że o wiele łatwiej jest napisać postać kobiety w męskiej roli, dać jej do ręki miecz albo pistolet (takie zawsze budzą sympatię czytelników płci obojga), niż właśnie postać wtłoczoną w rolę "typowo kobiecą" - damy/matki/żony. Bo to zawsze budzi jakiś bunt (uprzedmiotowienie!) czy pogardę. Tymczasem u Martina to właśnie Sansa była bliższą mi postacią, to jej kibicowałam, a nie na przykład Daenerys. Bo jako jedna z nielicznych bohaterów odczuwa taki normalny strach, który każe jej milczeć, gdy powinna się odezwać, który sprawia że biernie poddaje się losowi - jak zapewne zrobiłoby 90% czytelników na jej miejscu :) No i że mimo wszystko, jak zauważyłaś, nie przestaje być sobą, jak przestali być Arya, Catelyn, Bran czy Jon.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to. Większość czytelników patrzy na Sansę z tej męskocentrycznej perspektywy, która domaga się od bohatera siły fizycznej, widocznej odwagi i ciągłej obecności na pierwszym planie, a negatywnie ocenia takie tradycyjnie kobiece cechy, jak uprzejmość czy opiekuńczość. Kobiety z kolei mogą nie lubić Sansy dlatego, że pozornie ucieleśnia ona stereotyp "kobiecej kobiety", a to spory nietakt dla tego odłamu feminizmu, który chciałby zatrzeć wszelkie różnice między kobietami a mężczyznami. Nawiasem mówiąc, z tego samego powodu wiele negatywnych opinii zebrała lady Catelyn.

      Nie zgodzę się tylko z tym, że Sansa biernie poddaje się losowi. Owszem, sprawia czasami takie wrażenie, ale nawet jeśli się poddaje, robi to z własnej woli. Jak w tej scenie z Joffreyem na blankach Czerwonej Twierdzy: może skoczyć, ale tego nie robi. Mimo że w przeciwieństwie do Jona czy Brana nie dysponuje nadprzyrodzoną mocą, która mogłaby ją ochronić. Nie ma nawet swojej wilczycy.

      Usuń
    2. Chociaż się nie zgadzasz, to mam wrażenie, że obie mówimy o podobnej sprawie, tylko inaczej nazwanej - owszem, Sansa jest, patrząc z zewnątrz, bierna: nie skoczy, nie zamorduje, nie otruje, nie krzyknie nawet. Ale można powiedzieć, jakkolwiek to nie zabrzmi, że jest bierna na własnych warunkach - bo łatwo jest w durny sposób zginąć (zwłaszcza u Martina ;-)), ale trudniej w mądry sposób, wbrew wszystkiemu, żyć.

      Usuń
    3. To jednak się zgadzam. ;) Przypomniało mi się, że fajnie tę bierność-niebierność pokazuje jej książkowy ślub z Tyrionem, na którym Sansa NIE klęka, by ułatwić Krasnalowi zapięcie mężowskiego płaszcza. Paradoksalnie jej bierność okazuje się wyraźnym sprzeciwem wobec całej sytuacji. Nadal nie mogę wybaczyć twórcom serialu, że w swojej wersji kazali Sansie klęknąć!

      Usuń
  2. Już ostatnio pisałam, że za nią nie przepadam. Jednak po tym poście musiałam chwilę się zastanowić. Czy faktycznie powinnam mieć w stosunku do niej tak mieszane uczucia? Niby niezwykle irytowała mnie w pierwszym sezonie, ale uderzyła we mnie scena z zeszłotygodniowego odcinka Gry o tron. Nie sądzę, aby Sansa miała zostać moją faworytką. Kiedy czytałam kolejne zdania tego, co napisałaś, zaczynałam patrzeć bardziej przychylnym okiem na jej postać, jednak dalej nie zostanie moją ulubienicą. Po prostu nie jestem w stanie tak bardzo się do niej przekonać, aby poczuć do niej ogromną sympatię. Po tym, gdy odeszła od swoich zachowań z pierwszego sezonu zaczęłam darzyć ją zainteresowaniem i szacunkiem, ale dalej to nie jest to. Może kiedyś się to zmieni, wiedz, że twój post i tak sprawił iż zaczęłam się wahać. I dzięki niemu bardziej doceniłam Sansę! :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę! (I tak oto Gryzipióra plan dominacji nad światem wszedł w fazę pierwszą.) A na poważnie, to nie chcę nikogo zmuszać do polubienia Sansy. Myślę, że nasze sympatie i antypatie do bohaterów literackich zależą głównie od stopnia, w jakim się z nimi utożsamiamy. Ja akurat utożsamiam się z Sansą bardzo, bo mam podobne do niej doświadczenia (oczywiście w wersji light). No, i wydaje mi się, że Sansa w książce to trochę inna Sansa niż ta, którą widzimy w serialu. Ciekawsza, bardziej niejednoznaczna, a jednocześnie jakby bardziej dziecinna. Prawdę mówiąc, aż do piątego sezonu miałam wrażenie, że twórcy serialu w ogóle nie rozumieją jej postaci. Teraz wreszcie się, hm, popisali.

      Usuń
    2. Dominacja nad światem? Skojarzyłaś mi się z takim kreskówkowym złym bohaterem, który zaciera ręce i planuje, jak przejąć kontrolę nad całym światem!
      Zapewne masz rację, są postacie (w serialach, książkach, filmach), które po prostu kocham, uwielbiam i normalnie nic tylko ich ołtarzyki sobie budować w pokoju. I możliwe, że to ze względu na podobną płaszczyznę porozumienia z postacią. Sansa do mnie tak bardzo nie przemówiła, ale dzięki tobie i tak udało m się ją jakby bardziej... Zaakceptować? Zrozumieć? W każdym razie pojawiły się we mnie cieplejsze odczucia w stosunku do niej.

      Usuń
    3. Nie zapominaj o demonicznym śmiechu i złowieszczym podkręcaniu wąsa. (Którego nie mam, ale to tylko kwestia czasu.)
      Bardzo mi miło. :) Lubię tak czasem przyjrzeć się postaci, która nie wzbudza powszechnej sympatii, bo zwykle okazuje się, że jest albo źle napisana, albo niewygodna dla naszych czytelniczych i społecznych przyzwyczajeń. Po obejrzeniu najnowszego odcinka coś czuję, że następna na dywaniku wyląduje Cersei.

      Usuń
    4. Co do Cersei, to jak mam być szczera jest jedną z moich ulubionych postaci. Bardzo ją lubię mimo że można ją opisać różnymi bardzo nieprzyjemnymi epitetami. I są one jak najbardziej trafne, ale mimo to wydaje mi się, że była bardzo zraniona przez całe swoje życie i po prostu stara się utrzymać na powierzchni, jak najdłużej będzie to możliwe. I zawsze bardzo mi imponowała jej miłość do swoich dzieci, to, że była takim przykładem matki, która ceni ich dobro ponad wszystko. Może i momentami bywa to trochę spaczoną manipulacją, ale mimo wszystko cenię ją za to. I szczerze byłam zdziwiona, kiedy i ją zamknęli w tym więzieniu, ciekawi mnie, co będzie dalej, bo nie wierzę, że Cersei się ukorzy i stanie milutka i bogobojna. Bardzo by wtedy straciła na swojej osobie.

      Usuń
    5. Ja mam z Cersei problem, bo bardzo ją lubię za to, o czym wspomniałaś, ale nie mogę znieść jej głupoty. Moje współczucie dla niej kończy się w chwili, w której przyzwala na tę hecę z wróblami tylko po to, by zniszczyć Tyrellów, którzy są jej politycznie i ekonomicznie niezbędni. Serial zresztą znacznie złagodził jej charakter; książkowa Cersei nie tylko popada w paranoję, ale i wykazuje się bezmyślnym okrucieństwem. Ciekawe, że pod wieloma względami jest przeciwieństwem Sansy: rozczarowana życiem, staje się zgorzkniała i małostkowa, nie cofa się przed morderstwem, żałuje, że urodziła się kobietą i próbuje zająć miejsce, które w feudalnym społeczeństwie należy do mężczyzny. Może dlatego przytrafiło jej się to, co w ostatnim odcinku.

      Usuń
    6. Tak, też mi się wydaje, że to, co zrobiła z Wróblami jest trochę... Nie na rękę. Mam jednak nadzieję, że wyjdzie z tego cało.

      Usuń
  3. Bardzo dobry tekst! Dodałabym jeszcze, że Sansa to jest trochę alter ego takiego naszego horyzontu czytelniczego: to znaczy ona faktycznie widzi te Martinowskie postaci przez filtr ich archetypów -- Cersei jako złotowłosej królowej, Joffreya jako księcia z baśni i tak dalej. Ale że to GRRM to wiadomo, jak się to musi poodwracać. Może za to też można ją znielubić -- no bo my dostajemy zapasik informacji, ona jako postać -- nie, więc wydaje nam się z tego powodu bardziej naiwna, niż jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :) Świetnie to ujęłaś. Za pomocą Sansy Martin dekonstruuje baśniowe schematy, które dziwnym trafem są też schematami myślenia dorastających kobiet. Bolesne, ale prawdziwe. Może to kolejny powód niechęci do Sansy: jest zbyt prawdziwa, zbyt blisko jej do realnego świata, od którego uciekamy w literacką fantazję.

      Usuń
  4. Z czystego przypadku trafiłam na ten wpis i myślę, że zacznę częściej wpadać na bloga. :) Ujmujesz w tej notce dokładnie wszystkie moje odczucia do Sansy. Na początku gardziłam tą bohaterką, przyznaję szczerze, ale w miarę rozwoju wydarzeń zaczęłam ją szanować. Wielu moich znajomych mówi otwarcie, że postać Sansy w GoT to jakaś porażka i argumentują to tym, że Aria jest od niej młodsza, a jej wątek rozwinął się całkiem inaczej, że A. z wydarzeniami, jakie miały miejsce poradziła sobie hmmm... "lepiej"? Przynajmniej w porównaniu do S., która została na dworze, zwykle ma niewiele do powiedzenia i jest pionkiem, od którego nic nie zależy. Pewnie można powiedzieć, że Sansa jest bardziej bierna niż Aria, ale z drugiej strony, jak tu wymagać od nastolatki, żeby radziła sobie z największymi manipulatorami, jakich GoT widział?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszam! :) Tak, moi znajomi też uważają, że Arya poradziła sobie lepiej od Sansy. Co mnie trochę niepokoi, bo nauka rzemiosła u profesjonalnego zabójcy to nie do końca to, co określiłabym słowem "lepiej". ;) Arya jest młodsza i dlatego trauma, jakiej doświadczyła w Królewskiej Przystani, wywraca jej świat i moralność do góry nogami. Sansa, jak sądzę, miała silniejszą i mocniej ugruntowaną osobowość, dlatego potrafiła zachować najlepsze cechy swojego charakteru. Owszem, bywa bierna, ale ta bierność ocaliła jej życie. Całkiem niezłe osiągnięcie jak na bohaterkę "Gry o tron".

      Usuń
  5. Sanse jest trudno lubić, bo jest po prostu głupia - przynajmniej w pierwszej części sagi - i nie trzeba tu dorabiać genderowych schematów. Jasne, może ją tłumaczyć to, ze jest nastolatką. Tyle, że nastolatkami są tez Robb, Jon, Dany, a Arya jest dzieckiem - i żadne z nich nie jest tak naiwne, jak Sansa. Potem rzecz jasna życie uczy ją rozumu i leczy z tej naiwności. Sansa po prostu odstaje od innych bohaterów PLiO - kiedy ona jest na poziomie naszych realnych nastolatek, jest normalna jak na swój wiek, pozostali są jakimiś superbohaterami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... i dlatego tak ją lubię! To w ogóle zadziwiająca sytuacja, kiedy nie lubimy jakiejś postaci, bo jest ZBYT rzeczywista, zbyt "normalna". Ale. Nie mogę się zgodzić co do tego, że Sansa jest głupia. W pierwszym tomie jest przeraźliwie naiwna, to fakt, ale też nikt jej nie przygotował na to, co zastanie w Królewskiej Przystani. (Więcej - nikt nawet nie próbował uświadomić jej, jakim draniem naprawdę jest Joffrey, choć wiedzieli o tym wszyscy. Ciekawe dlaczego). Później? Doskonale wie, jak się zachować na dworze króla-łajdaka i przeżyć, potrafi rozmawiać z ludźmi i zaskarbić sobie ich sympatię, umie powstrzymać emocje, okazać dobroć odrzuconym. Moim zdaniem to świadczy o mądrości, choć oczywiście Sansa ma na razie zbyt mały wpływ na wydarzenia, by tę mądrość w pełni wykorzystać.

      Usuń
  6. Bardzo dobry artykuł. Twój manifest w obronie Sansy ma logiczne uzasadnienie i celną argumentację.

    Oglądając serial łatwo zapomnieć ile dziewczynka ma lat. Wydaje się tam prawie dorosła, przez co widz stawia jej poprzeczkę nieco zbyt wysoko. Gdyby wybrano do roli młodszą aktorkę, publika pewnie inaczej by zareagowała. Nie jestem miłośniczką Sansy, ale też zbytnio mi ona nie przeszkadza. Jestem ciekawa czy Martin pozwoli jej przeżyć swoją powieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. :)

      Myślę, że Sansa ma największą ze wszystkich bohaterów szansę przeżyć książkowe pomysły Martina. Jej postać nic by nie zyskała poprzez śmierć: ani odkupienia, ani udowodniania swoich racji, nawet poważnego zwrotu w fabule by nie wywołała. Za serial niestety ręczyć nie mogę. ;)

      Co do aktorki, to kiedy ruszyły castingi do "Gry o tron", miała 14 lat i była nieomal filigranową blondynką. Teraz ma 1,75 m wzrostu i rzeczywiście trudno zobaczyć w niej nastolatkę. Chyba też z tego powodu twórcy serialu zrobili z niej postać znacznie dojrzalszą i mroczniejszą niż w ta, którą jest książce.

      Usuń
  7. Bardzo podoba mi sie ten wpis! I w ogóle właśnie zaczynam czytac Twój blog wstecznie, zachęcona wpisem o kobiecej fantasy.
    Też lubię Sansę! Choć lubię też Aryę i Dany - ale i naczej.
    Lubię też Jona, ale obawiam się, że aktor, w sumie niby przecież sympatyczny, ale grający z pewną irytującą monotonią, mógł tę postać zepsuć.
    W ogóle po Twoim streszczeniu finału s5 doszłam do wniosku, że może jednak bezpieczniej będzie pozostać tylko przy trzech pierwszych :/

    cranberry

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło! :) Ja też lubię Aryę i Dany "inaczej". One są pod wieloma względami (nie wszystkimi - mówimy przecież o Martinie ;)) typowymi bohaterkami fantasy, podczas gdy Sansa jest moim zdaniem unikalna. Na palcach jednej ręki mogę policzyć postaci, z którymi udało mi się zżyć równie mocno. Myślę też, że bardzo wiele kobiet przechodzi drogę podobną do drogi Sansy - nie zawsze z równie dobrym skutkiem, niestety.
      Fakt, rola Jona nie została najszczęśliwiej obsadzona, ale w ostatnim sezonie Harington jakby się wyrobił. W kilku scenach jest naprawdę niezły. Tym niemniej piątego sezonu nie polecam. ;) Warto za to zobaczyć sezon czwarty, ale najlepiej po przeczytaniu książki (zwłaszcza finał!).

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.