Dar, czyli „Gra o tron”, sezon 5, odcinek 7


Gdyby piąty sezon „Gry o tron” choć trochę przypominał misterną budowlę, siódmy odcinek byłby mostem łączącym środek z końcem. To dzięki „Darowi” bohaterowie docierają w miejsca, w których zastanie ich Wielki Finał. W Królewskiej Przystani kończą się fabularne meandry, a zaczyna teatr jednego aktora (właściwie aktorki). Stannis staje przed ostatecznym dylematem, Littlefinger wyciąga z rękawa ostatniego (?) asa. I tylko kiedy na ekranie pojawia się Dorne, wciąż nie wiadomo, o co chodzi, ale przynajmniej można skoczyć do kuchni po herbatę. Są cięte dialogi, w miarę zaskakujące zwroty akcji, nieśmiała gra z oczekiwaniami widza, trochę zabawnych absurdów, a reżyser jak ognia unika statycznych scen. Nieźle, jak na początek końca.

Śnieg, złowieszczo czarne konie, szczęk mieczy, pośpieszne poprawianie uprzęży – reżyser Miguel Sapochnik rozpoczyna swój pierwszy odcinek „Gry o tron” serią krótkich, chaotycznych ujęć. Cóż znaczy dezorientacja widza, kiedy trzeba zademonstrować własny styl? Na szczęście mina Allisera Thorne'a nie pozostawia złudzeń co do tego, co się dzieje. Nachodzi zima, a Lord Dowódca Nocnej Straży rusza na Północ uratować Dzikich, którzy zbiegli do Hardhome. Gryzipiór zgadza się, że to zła decyzja, ale jak wiadomo bez złych decyzji nie ma ciekawej fabuły. Wie o tym nawet Sam, który oddaje Jonowi nóż ze smoczego szkła – ten sam, którym zabił kiedyś Innego. „Mam nadzieję, że nie będzie ci potrzebny”. Strzeż się, Jonie Snow, bo to oznacza, że będzie ci bardzo potrzebny.

Wbrew rozkazom Lorda Dowódcy, po jego odjeździe Mur należy nie do ser Allisera, ale do Sama i Goździk. To oni czuwają przy umierającym maesterze Aemonie, który bredzi o swoim bracie Jaju (ukłon w stronę czytelników sagi Martina), a następnie żegnają go razem z resztą Nocnej Straży. To mocna scena: piękna przemowa Sama, chór recytujący pożegnanie, bracia zgodnie przekazujący sobie pochodnię... i groźby ser Allisera, które bezlitośnie obnażają pozorność tej solidarności. Nocna Straż jest podzielona i nie wszyscy mają ochotę na żałobę.

Dwaj czarni bracia mają natomiast ochotę na Goździk. Czy Gryzipiór wspominał już, jak bardzo nie znosi, kiedy przemocy wobec kobiet używa się jako fabularnego wytrychu? Oto bowiem niedoszły gwałt na Goździk otwiera przed Samem drogę do utraty dziewictwa w nieznośnie stereotypowej scenie (On został ranny w Jej obronie; Ona podziękuje mu, dając mu to, na co zasłużył, chroniąc Ją). To godne osobnego wpisu, jak bardzo twórcy „Gry o tron” nie potrafią napisać wątku miłosnego bez powielania sentymentalnych klisz. Oczywiście scena niedoszłego gwałtu pokazuje też dramat Sama – mężczyzny, który nie potrafi ochronić swojej kobiety bez interwencji scenarzystów, niczym deus ex machina zsyłających mu na pomoc rozzłoszczonego wilkora. Problem w tym, że my, widzowie, wiemy o tym od pierwszego sezonu. Wiemy też o uczuciach, które łączą Sama i Goździk. Nie trzeba nam kolejnego prawie-gwałtu, byśmy uwierzyli, że ta para może pójść ze sobą do łóżka.

fot. HBO
Skoro już przy tym temacie jesteśmy. Gryzipiór obawiał się, że trauma Sansy zostanie przez scenarzystów wykorzystana jako impuls do wewnętrznej przemiany Theona/Fetora. I pewnie zostanie, ale jeszcze nie dziś. Dziś widzimy zmaltretowaną Sansę (świetna charakteryzacja, świetna gra aktorska), która nie daje się złamać i postanawia uciec. Ze stanowczością przyszłej królowej przywraca Fetorowi tożsamość Theona, a następnie wysyła go do zrujnowanej wieży, by zapalił w oknie świeczkę – sygnał dla Brienne. I Fetor udaje się do wieży, tyle że nie tej, do której powinien. To kolejny mocny moment w tym odcinku: Theon przedziera się przez śnieżną zamieć, gra triumfalna muzyka, a na końcu i tak czeka Ramsay z miną psychopaty, który właśnie obdarł ze skóry szczeniaczka. Szkoda, że twórcy serialu rzadko grają z oczekiwaniami widza, bo kiedy się postarają, wychodzi im to naprawdę dobrze.

Cóż, przynajmniej Sansa już wie, że może polegać tylko na sobie. Wezwana przez męża na mury Winterfell, pilna uczennica Littlefingera próbuje sił w manipulacji. Na wszelki wypadek zgarnia po drodze coś, co wygląda jak drewniany trójramienny krzyż, a pewnie okaże się strzelbą Czechowa. Ramsay nie daje się podpuścić, zdradza za to, że dowódcą Nocnej Straży jest teraz Jon Snow – czego wkrótce pożałuje, sądząc po minie żony. Wizualnie to bardzo piękna scena; w szarobłękitnym kapturze i czarnej sukni Sansa wygląda jak pogrążona w żałobie Matka Boska. Do feministycznego przesłania jej wątku dołącza ikonografia.

Równie lodowate relacje panują w połowie drogi między Czarnym Zamkiem a Winterfell, gdzie armia Stannisa utknęła pośród śnieżnej zamieci. Nie jest dobrze: padają konie, wykruszają się najemnicy, a król nie chce słuchać rad ser Davosa. Melisandre ma jednak receptę na wszystko, a jest nią królewska krew – w tym wypadku krew uroczej Shireen. Oczywiście scenarzyści nie mogli przepuścić takiej okazji i poczęstowali nas typowym cliffhangerem. Decyzję Stannisa poznamy więc najwcześniej za tydzień. Gryzipiór ma jednak teorię: król się nie zgodzi; obrażona Mel wróci na Mur w samą porę, by uratować Jona; Stannis zdobędzie Winterfell dzięki rycerzom z Doliny przysłanym przez Littlefingera; obdarłszy ze skóry wszystkich Boltonów, Stannis uczyni lorda Baelisha Namiestnikiem Północy; Littlefinger poślubi Sansę i wszyscy będą żyli szczęśliwie, choć znając Weissa i Benioffa, niezbyt długo.

fot. HBO
Z mroźnej Północy przenosimy się do Królewskiej Przystani, w której robi się dla odmiany naprawdę gorąco. Lady Olenna nareszcie znajduje godnego partnera do słownych potyczek. Z Wielkim Wróblem przerzuca się cieszącymi ucho ripostami, aż uświadamia sobie, że popełniła błąd: przyszła na spotkanie z oszustem, którego można przekupić, a zastała człowieka, który szczerze wierzy w swoje ideały. – Was jest garstka, nas mrowie – ostrzega ją Wielki Wróbel. – A gdy mrowie przestaje się lękać garstki... – Ta scena nie tylko jest świetnie zagrana, ale i pokazuje wreszcie, kim naprawdę są wróble. Fanatykami, owszem, ale też ludźmi, którzy przyszli obalić opresyjny system w imieniu prostaczków, pozbawionych domów, rodzin i środków do życia w wojnie toczonej przez wielkich lordów. Cóż, może świat „Gry o tron” rzeczywiście kończy się w takim kształcie, w jakim go znamy. Sugerują to dziwnie niepokojące ruiny domu rozkoszy, w którym Królowa Cierni spotyka Littlefingera, który ma dla niej pewien dar. A nawet Dar.

Tymczasem Cersei triumfuje. Uśmiech nie znika z jej twarzy, gdy napawa się cierpieniami Margaery i gdy Tommen, zmieniwszy się na chwilę w Joffreya, postanawia wypowiedzieć wróblom krwawą wojnę. Uśmiech nie znika z jej twarzy nawet wtedy, gdy w podziemiach septu Wielki Wróbel poucza ją o zdobieniach, które należy zedrzeć, by ujrzeć prawdę. To jeden z tych satysfakcjonujących momentów, w których widz wie więcej od bohaterki i z rosnącym napięciem obserwuje zaciskające się wokół niej kleszcze. Zdradzona przez Lancela, wkrótce oskarżona o kazirodztwo i królobójstwo, Cersei raczej się z nich nie wyślizgnie. Jej wrzaski, puste groźby i szczere przerażenie przejmująco kontrastują ze sztucznym uśmiechem sprzed kilku chwil. Zamykają się ciężkie, drewniane drzwi, szczekają żelazne zasuwy. Jeśli scenarzyści chcieli zakończyć ten odcinek mocną puentą, z pewnością im się udało.

fot. HBO / Fanpop
W Dorne spędzamy tym razem dokładnie 5 minut i 1 sekundę – o 5 minut i 1 sekundę za dużo. Najpierw jest odrobina rodzinnej dramy: Jaime nie potrafi porozumieć się z dorastającą córką – o czym doskonale wiemy z poprzedniego odcinka, ale scenarzyści postanowili nam przypomnieć na wypadek, gdybyśmy wyparli z pamięci tę koszmarną scenę. Potem są lochy, śpiewający Bronn i obrażona Tyene, która podaje się za najpiękniejszą kobietę świata. Żeby to udowodnić, gotowa jest się rozebrać... albo zabić. Jak bardzo idiotyczna jest ta scena wiedzieli chyba wszyscy zaangażowani – nawet pozostałe Żmijowe Bękarcice przewracają oczami, ilekroć ktoś się w niej odezwie. Podsumujmy: nagość dla samej nagości, małostkowość kobiety przewrażliwionej na punkcie własnej urody, brak konsekwencji fabularnych, absurdalnie szybkie rozwiązanie „wątku” zatrutej rany... Albo wiecie co? Nie słuchajcie Gryzipióra. Tak naprawdę Gryzipiór narzeka, bo przegrał podczas tej sceny zakład. Nierozsądnie założył się, że jako pierwsza z Bękarcic rozbierze się Nymeria – a tu taki niespodziewany zwrot akcji.

Lepiej niż Dorne – choć niespodziewanie słabo – wypada wątek, od którego odcinek wziął swoją nazwę. Po drugiej stronie morza Jorah i jego dar dla Matki Smoków, pokonawszy nieprzyjazne reguły prawdopodobieństwa, zostają kupieni, błyskawicznie przewiezieni i wystawieni do walki na prowincjonalnej arenie w okolicy Meereen. Dziwnym zbiegiem okoliczności na arenie gości właśnie Daenerys, tradycja nakazuje bowiem, by królowa zaszczyciła swoją obecnością „kilka mniejszych walk”, zanim nastąpi otwarcie Wielkiej Areny. Bardzo wygodna to tradycja, szczególnie dla scenarzystów, którzy nie mają pojęcia, jak doprowadzić do spotkania dwóch postaci znajdujących się na przeciwległych końcach świata.

fot. HBO / Fanpop
Oczywiście dobry rycerz ser Jorah popisowo obezwładnia przeciwników i wygrywa walkę. Przegrywa tylko logika. W efekcie spotkanie Dany i Tyriona – jeden z długo wyczekiwanych momentów piątego sezonu – wypada okropnie blado. Co dalej? Gryzipiór obawia się dwóch możliwości. Po pierwsze, że cudowny umysł Tyriona w mig rozwikła zagadkę Synów Harpii, co byłoby naprawdę tanim chwytem. Po drugie, że jeśli uda się opanować sytuację w Meereen, najbardziej efektowny moment „Tańca ze smokami”, czyli ucieczka Dany na Drogonie, straci fabularne uzasadnienie. Cóż, w ciągu miesiąca się przekonamy.


  • Reżyseria: Miguel Sapochnik
  • Scenariusz: David Benioff & D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 24 maja 2015



  1. Scena z Bronnem wyglądała jakby scenarzyści dostali prikaz z góry - słuchajcie, odcinek jest za krótki, dopiszcie coś. Nieważny sens, ważne żeby nie wpływało na fabułę i żeby były cycki. I tak zrobili ;-) I w ogóle mam wrażenie, że scenarzyści strasznie gnają do przodu, wyprzedzając książkę - chociaż przecież materiału spokojnie starczyłoby na kolejny sezon. Tyrion z Daenerys spotkał się w tempie iście ekspresowym. A, i czy wspominałam już coś o Młodym Gryfie, a raczej jego braku? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Młody Gryf? Kto to taki? :}
      Święta racja z tym gnaniem do przodu. Podróżując do Daenerys, Tyrion tak zagiął czas i przestrzeń, że nie zdążył na własną przemianę wewnętrzną, która w "Tańcu ze smokami" jest jednym z kluczowych wątków. Scenarzyści kompletnie przegapili to, że dla wielkiego lorda z Westeros doświadczenie niewoli to nie jest coś, co można ot, tak z siebie zrzucić. Ojcobójstwo też go już szczególnie nie obchodzi. Nie wiem, może ktoś z HBO wykalkulował, że opłacą się jeszcze tylko dwa sezony "Gry o tron" i stąd ten pośpiech?

      Usuń
    2. Otóż to, mimo tego że Tyrion ogólnie nie miał w życiu lekko, to jednak był przyzwyczajonym do wygód arystokratą. Niewola zmusiła go do przewartościowania wszystkiego (tym bardziej że to jednak nie ten sam rodzaj niewoli co po pojmaniu przez Catelyn Stark), tymczasem tutaj bez żadnej refleksji godzi się z losem, a jego historia to przygoda awanturnika - podobnie zresztą z Jorahem Mormontem. Niby też fajnie, ale zabrakło choćby jednej sceny, która by pokazała tę zmianę w Tyrionie.

      Usuń
  2. Też mi się nie podobała scena w lochach z Bronnem. Była dość absurdalna i niepotrzebna. Podobnie zresztą próby ratowania córki Cersei. Skoro dziewczyna - wbrew temu, że próbowano ją tam zabić - jest szczęśliwa, to szczerze mam nadzieję, że chociaż jedna postać w tym serialu będzie względnie zadowolona ze swojego życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie zadowolona z życia, aż ktoś ją zamorduje na jej własnym weselu. :P Na razie Myrcella przypomina mi trochę Sansę z pierwszego sezonu, święcie przekonaną, że znalazła swojego Księcia z Bajki. Co jest... dziwne, wszak Cersei to nie Catelyn i nie Ned Stark, więc trudno uwierzyć, że jej córka jest aż tak ślepa na polityczne konsekwencje swojej postawy.

      Usuń
    2. Ostatnio były AŻ dwa wesela bez śmierci! Jak dla mnie to sukces! :P
      Trochę przypomina mi ją swoją naiwnością mam jednak wrażenie, że Trystane i Joffrey trochę się od siebie różnią. Z drugiej zaś strony Cersei bardzo dbała o swoje dzieci, a więc nie zdziwiłabym się, jakby Myrcella była taka naiwna ze względu na to, że matka roztaczała dookoła niej opiekę.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.