Niezachwiani, Nieugięci, Niezłomni, czyli „Gra o tron”, sezon 5, odcinek 6


Niezachwiani, Nieugięci, Niezłomni – pod tą dewizą rodu Martellów mogłoby podpisać się więcej bohaterów szóstego odcinka „Gry o tron”. Odcinka, który pod wieloma względami podobny jest do poprzedniego – tyle że lepszy. Kolejny raz zdradzony w tytule motyw przewodni łączy w jedną opowieść geograficznie odległe wątki Dorne, Królewskiej Przystani i Winterfell. Jednak tam, gdzie piąty odcinek ugrzązł w długich, kameralnych scenach, szósty przeplata dramat z akcją, a pojedynki na miecze – z pojedynkami na słowa. Gryzipiór nie bez satysfakcji donosi: „Gra o tron” wreszcie odnalazła właściwe rytm i proporcje; wreszcie magia, tajemnica, intrygi, humor i czysta makabra tworzą mieszankę, którą ogląda się z zaangażowaniem.

Na początku wracamy do Domu Czerni i Bieli, do Aryi Stark, której historia wciąż toczy się na marginesie głównego wątku. Dla scenarzysty to jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo. Błogosławieństwo, bo pozwala widowni odpocząć od politycznych intryg Westeros. Przekleństwo, bo jak utrzymać zainteresowanie widza, kiedy w opowieści prawie nic się nie dzieje? Twórcy serialu grają więc nastrojem tajemnicy: są ciemne korytarze, zamknięte drzwi, znikające ciała i budząca grozę mentorka. To dobry trop, ale idziemy nim już od drugiego odcinka i najwyższy czas, by upolować jakąś zmianę.

I zmiana dała się upolować właśnie teraz. Nasza Arya uczy się przekonująco kłamać, wykazując się jednocześnie zaskakującą dla niej empatią. Cmentarzysko ludzkich twarzy, do którego „w nagrodę” prowadzi ją Jaqen H'ghar, to scenograficzny majstersztyk: piękno i makabra w jednym, podkreślone nastrojową muzyką i przerażeniem widocznym na twarzy Maisie Williams, które niepokojąco przypomina fascynację. Gryzipiór nie śmie zgadywać, co zaplanowali scenarzyści, ale ostatnie słowa Jaqena sugerują, że niedługo zobaczymy Aryę w innej roli i w innych dekoracjach. W samą porę: jeszcze jeden taki odcinek i formuła by się wyczerpała, a tak historia młodszej Starkówny wydaje się jedną z niewielu, które scenarzyści opowiadają w naprawdę przemyślany sposób.

fot. HBO / Fanpop
Za to z pewnością nie przemyśleli scen z udziałem Tyriona, które można by puścić studentom szkoły filmowej jako przykład złego pisarstwa. Naprawdę, po co streszczać przeszłość w dialogach, skoro widzowie widzieli ją w poprzednich sezonach? Na szczęście są też dwa momenty tyleż interesujące, co nieoczekiwane. Pierwszy, w którym niezłomny rycerz ser Jorah dowiaduje się o śmierci ojca, a Iain Glen znów udowadnia, jak świetnym jest aktorem. (Dobrze byłoby też poznać źródło, z którego Tyrion otrzymał wiadomość o losie Lorda Dowódcy Mormonta – Janos Slynt nie był przecież jego szpiegiem na Murze.) I drugi moment, w którym sceptyczny jak zawsze Tyrion zastanawia się, czy Daenerys nadaje się na królową Westeros. Trafne pytanie, które w dodatku padło w odpowiednim momencie. Ciekawe, co Karzeł doradziłby Matce Smoków w sprawie spiskującej przeciw niej Harpii? Możliwe, że niedługo się dowiemy, bo Tyrion i Jorah złapali taryfę do Meereen – i to dość nagle. Tak nagle, że nie spodziewał się tego nawet montażysta, dzięki któremu łowcy niewolników pojawili się dosłownie znikąd. Cóż.

Gryzipiór z kolei nie spodziewał się, że z przyjemnością będzie patrzył na to, co się dzieje w Królewskiej Przystani. Ten wątek jest w piątym sezonie wyjątkowo nierówny, ale duet Cogman-Podeswa poradził sobie z nim całkiem dobrze. Najpierw na ratunek pojmanemu przez wróble Lorasowi przybywa jego babka, lady Olenna, wygadana i pewna siebie jak zawsze. Pamiętacie, jak w poprzednim sezonie zaplanowała morderstwo króla? No, to teraz ta niezłomna nestorka Tyrellów łudzi się – a widz razem z nią – że wystarczy zdecydowanie wkroczyć do akcji, by uratować przed Lannisterami drugie ze swoich wnucząt. Nic z tego! Tym razem na ciernie Królowej Cierni nie daje się złapać ani Cersei, ani Wielki Wróbel, który zarządza przesłuchanie Lorasa. To świetna scena, w której znaczenia nabierają pozornie nieistotne momenty z poprzednich odcinków, co dla widza – no, przynajmniej dla Gryzipióra – okazuje się bardzo satysfakcjonujące. Najbardziej cieszy to, jak bezradny Tommen pozwala wróblom zawlec swoją królową do lochów. Cóż, jedną z zasad gry o tron jest ironia losu. Margaery i lady Olenna wyeliminowały okrutnego Joffreya, muszą więc polegać na tchórzu.

fot. HBO / Fanpop
Dorne, ach, Dorne. Czym zawiniliśmy, żeby oglądać cię co tydzień? Książę Trystane wkłada różowy kwiatek w złociste włosy Myrcelli, Myrcella – nie wiedzieć czemu przybrana w rodowe barwy Martellów – martwi się, że książę z bajki jej nie kocha, a Gryzipiór zastanawia się, o co tu, u diabła, chodzi. To „Gra o tron” czy któraś z dawnych produkcji Disneya, której twórcy uparli się wykorzystać wszystkie sentymentalne klisze? Bo w książce George'a Martina żadne szlachetnie urodzone dziecię nie łudzi się, że weźmie ślub z miłości (ostatnim razem, gdy ktoś próbował, upadały dynastie i ludzie płonęli żywcem). Dlaczego książę Doran miałby chronić tę „piękną parę” – to przechodzi Gryzipiórowe pojęcie.

Podobnych kwiatków jest niestety więcej. Niezachwiani, Nieugięci, Niezłomni... a także Nieostrożni i Nierozgarnięci. Jak inaczej określić Żmijowe Bękarcice, które postanowiły porwać Myrcellę w środku dnia? Z ogrodów strzeżonych przez książęcą gwardię? Na oczach Trystane'a, niewygodnego świadka, którego nie wolno im uciszyć? Jak wytłumaczyć to, że na ten sam pomysł, w tym samym momencie wpadł Jaime, który nie starł nawet krwi z uniformu skradzionego dornijskim żołnierzom? „Lubię improwizować” – zapewnia nas Królobójca. Twórcy serialu najwyraźniej też to lubią. Jedyne, co ratuje ten niedorzeczny wątek, to nieźle nakręcony pojedynek; szkoda, że towarzyszy mu tak dużo gadania.

Najgorsze jest jednak to, że planowane porwanie Myrcelli – któremu scenarzyści poświęcili tak dużo czasu – kończy się jedną wielką klapą. Tak Jaimie, jak Ellaria Sand, niczego nie osiągnęli; ośmieszyli się tylko. Teraz o ich losie zdecyduje Doran Martell, ale jak mamy się tym przejąć, skoro księcia pokazano nam jako wyrozumiałego, pokojowo nastawionego człowieka? Co gorsza, Gryzipiórowi trudno sobie wyobrazić taki zwrot akcji, który uzasadniłby te wszystkie absurdy. Trystane i Myrcella uciekną za Wąskie Morze, by żyć długo i szczęśliwie? Książę Doran odeśle głowę Jaimego do maestera Qyburna, który pod królewskim zamkiem pichci już swojego potwora Frankensteina?

fot. HBO / Fanpop
Żarty na bok, bo czas udać się na najsmutniejszy ślub świata. Sansa Stark i Ramsay Bolton – wokół tej pary narosło tyle spekulacji i napięcia, że Gryzipiór zwątpił, czy twórcy serialu im podołają. Podołali. Mamy tu tylko trzy sceny, ale za to przeciągnięte do granic psychicznej wytrzymałości widza. Zaczyna się od Sansy w kąpieli, nagiej i symbolicznie bezbronnej, a jednak dość silnej, by nie dać się zastraszyć Myrandzie. Ta scena stanowi chyba klucz do zrozumienia postawy płomiennowłosej Starkówny. Sansa dowiaduje się, jakim potworem jest Ramsay, lecz nie ucieka. Nie zapala też w oknie świecy, by wezwać na pomoc Brienne. Przyjmuje na siebie rolę ofiary, zdecydowana znieść obecne cierpienia, by w przyszłości dokonać zemsty. Bardzo, bardzo daleko jej do żyjącego złudzeniami podlotka z prowincji, który odjechał kiedyś na Południe, by poślubić złotowłosego księcia. Nawet jej ślub okazuje się okrutną parodią: żałobne stroje, pogrzebowy nastrój, świece i stare drzewa, które powoli przykrywa śnieg... Po chwili Sansa wejdzie do krypty – komnaty małżeńskiej – w której zostanie pogrzebana żywcem: zgwałcona.

Aktorzy i scenarzyści od dłuższego czasu zapowiadali, że w serialu pojawi się jakaś „straszna scena”, ale to, co zaplanowali dla Sansy, jest czymś nawet gorszym. Pamiętacie Krwawe Gody, podczas których Freyowie wykończyli Roba i Catelyn, łamiąc prawo gościnności? Gwałt na Sansie jest traumatyczny dla widza z tego samego powodu. W obu wypadkach ginie nadzieja, którą tak troskliwie pielęgnowały w nas baśnie: nadzieja na to, że przemoc nie daje władzy absolutnej, a dobre serce jest stokroć ważniejsze od brutalnej agresji. Otóż nie jest, nie w Westeros. Tyle że my, widzowie, wiemy to co najmniej od momentu, w którym spadła głowa Eddarda Starka. Zatem pytanie brzmi: po co scenarzystom ta „straszna scena”?

Wiecie, gwałt nie jest motywem, który można z czystym sumieniem wykorzystać jako fabularny ozdobnik. Niepokój Gryzipióra wzbudził sam koniec sceny, w której kamera opuszcza Sansę, by skoncentrować się na roniącym łzy Theonie. Zaraz, zaraz – pomyślał Gryzipiór – to w końcu ją krzywdzą, czy jego? Bo jeśli okaże się, że twórcy umieścili w serialu gwałt na kobiecie tylko po to, by dać pretekst do przemiany wewnętrznej mężczyzny, Gryzipiór będzie bardzo, ale to bardzo zły. Zresztą po tych wydarzeniach znacznie bardziej interesują go losy Sansy – jedynej w tym odcinku bohaterki, która była naprawdę niezachwiana, nieugięta, niezłomna.

fot. HBO / Fanpop


  • Reżyseria: Jeremy Podeswa
  • Scenariusz: Bryan Cogman
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 17 maja 2015


  Następny odcinek
  1. Przed chwilą nadrabiałam piąty oraz szósty odcinek. Szczerze powiedziawszy mnie bardzo intryguje wątek Aryi, głównie dlatego, że jest prawdopodobnie jedną z nielicznych osób w tym serialu, które naprawdę lubię. Dlatego nie nudzi mnie perspektywa tego, że właściwie nic nadzwyczajnego się tam nie dzieje. I tak jestem ciekawa jej dalszych losów.
    I faktycznie, prawdopodobnie nie jestem jedyna, bardzo zszokowała mnie scena gwałtu na Sansie. Do tej pory nic mnie tak nie ruszyło w tym serialu, jak to. Wydaje mi się, że był to gorsze od najgorszego morderstwa do jakiego doszło na przestrzeni ostatnich pięciu sezonów. Nie przepadam za Sansą, ale jednak to sprawiło, że było mi jej strasznie żal, tym bardziej, że słyszałam iż takiej sceny w ogóle nie ma w książce :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już wyjaśniam: moje podejście do wątku Aryi jest prawdopodobnie skażone znajomością cyklu Martina, przez co nie tyle czekam, co się wydarzy, ile zastanawiam się "jak oni to zrobią?". Może dlatego czuję... no, nie nudę, ale lekkie zniecierpliwienie, chęć małej choćby zmiany.

      O, na pewno nie jesteś jedyna! Ta scena miała nas zszokować i dobrze wypełniła swoje zadanie. Tu i ówdzie padły nawet deklaracje, że więcej serialu oglądać się nie będzie. Mnie najbardziej niepokoi, co będzie dalej. Umieszczenie sceny gwałtu w serialu rozrywkowym to dość śliska sprawa i jeśli twórcy nie przeprowadzą tego z wyczuciem, mogą polec.
      (Właściwie w książce jest podobna scena, ale nie bierze w niej "udziału" Sansa, co oczywiście nie jest bez znaczenia - trudniej znieść widok krzywdy wyrządzanej bohaterce, z którą jesteśmy zżyci od ponad 5 lat).

      Usuń
    2. No tak, mój tata co prawda ma w domu Sagę Pieśni Lodu i Ognia, ale jakoś nigdy nie miałam okazji po nią sięgnąć. Cóż, mam nadzieję, że w związku z tym szybko znajdzie się ta "mała zmiana", której oczekujesz :D
      Też czytałam o tych deklaracjach ludzi, którzy nie będą oglądać już więcej GoT. Czy tak zrobią? Ciężko powiedzieć. Mogą na razie tak pisać, ale za tydzień obejrzą siódmy odcinek.
      I racja, mimo wszystko ten temat musi być poruszony z rozwagą i mam nadzieję, że tak też zrobią twórcy. Wydaje mi się, że Sansa nie jest jakoś szczególnie lubianą postacią, choć od jakiegoś czasu przeszła zmianę i stała się bardziej "przystępna". A mimo to zobaczenie takiej sceny było naprawdę drastyczne, przynajmniej dla mnie, osoby, która średnio na jeża przepada za Sansą.

      Usuń
    3. O, mogę się założyć, że obejrzą siódmy odcinek i nawet kolejne. ;) Chyba niełatwo przestać oglądać w takim momencie. Nafaszerowane baśniami dzieci, które wciąż w nas siedzą, będą się domagały sprawiedliwości, znaczy kary dla Ramsaya, która spotka go pewnie dopiero na końcu sezonu. (Albo i nie. W końcu "Gra o tron" nie z tego słynie, że spełnia pragnienia widzów.)

      Taak, ja też mam wrażenie, że wielu widzów - i czytelników - Sansy nie lubi. Ciągle się zastanawiam dlaczego. Czy chodzi tylko o tę nieprzystępność, czy może raczej o to, że Sansa nie jest typową bohaterką fantasy? Że jest niedorzecznie wręcz uprzejma, że potrafi ulec i zachowywać pozory, gdy nie ma innego wyjścia, że jej wewnętrzna siła rzadko manifestuje się na zewnątrz? Pewnego dnia to rozgryzę.

      Usuń
    4. Jeszcze nie oglądałam, ale ciężko było nie dowiedzieć się, co się wydarzyło ;-) Wypowiem się jednak, bo akurat jestem w tej mniejszości, która Sansę lubi. Bo postępuje jak normalny człowiek, czyli jest naiwna, zastanawia się czy jak coś powie to kogoś nie urazi, nie umie się sprzeciwić, boi się, nie bierze losu za rogi tylko biernie mu się poddaje, nie ma w niej żadnego heroizmu i ogólnie gdyby nie pomoc innych, to zginęłaby w drugim sezonie. I obawiam się, że na jej miejscu byłabym tak samo naiwna i bezwolna. Mogę sobie tylko marzyć, że byłabym jak Arya ;-)

      Usuń
    5. Słuchajcie, a nie jest trochę tak (powiedziała Pyza, która serialu nie ogląda i przeczytała w całości tylko dwa pierwsze tomy, ale nie bijcie), że za Sansą ciągnie się jej zachowanie z "Gry..." (w sensie z samego początku opowieści), gdzie pośrednio to jej naiwność spowodowała, że Ned wylądował na szafocie? Bo jednak ta naiwność Sansy tam była właściwie uporem, ciągniętym z zaślepieniem: "ładny książę, jak ładny to nie zły, będę dobrą księżniczką i będę robiła, co mówią". Postać ewoluuje, ale część czytelników/widzów może nie zapominać.

      A o tym, co się działo w tym odcinku chyba w ogóle nie da się nie dowiedzieć; przy czym widziałam już opinie od "nic się nie stało, właściwie nic nie pokazali jak na HBO" po "ale jak tak można" -- gdzie myślę, że właśnie pojawia się pytanie o to, gdzie leży ta granica, kiedy coś jest drastyczne (to znaczy ile trzeba w ogóle pokazać, a ile zasugerować w aspektach innych niż wizualny). Ale to taka opinia zupełnego laika w świecie serialu :).

      Usuń
    6. Ja za Sansą nie przepadałam przede wszystkim na samym początku serialu. Była wtedy bardzo... Upierdliwa. Z czasem zaczęłam ją szanować, ale w dalszym ciągu nie należy do moich ulubionych postaci (a i tak jest ich w tym serialu mało).
      Moja nafaszerowana baśniami część wierzy w to, że Ramsay pewnego dnia zawiśnie :P

      Usuń
    7. @aHa, lepiej bym tego nie ujęła. :) Chociaż z tym heroizmem to chyba bardziej skomplikowane jest. Pamiętam taką scenę z pierwszego tomu, w której Joffrey prowadzi Sansę na mury zamku, gdzie zatknięte są głowy jej ojca i jeszcze kilku jej domowników. Sansa spogląda w przepaść i zastanawia się, czy jeśli skoczy, zdoła pociągnąć Joffreya za sobą. Po czym odwraca się i odchodzi. Fakt, że decyduje się odłożyć zemstę i żyć mimo krzywdy, jaka ją spotkała, jest moim zdaniem dowodem heroizmu. Takiego cichego i mało efektownego, ale jednak heroizmu. No, a potem - mimo że spotykają ją same rozczarowania i upokorzenia - nie traci swojej wrażliwości, empatii i tej wrodzonej dobroci, która każe jej zaopiekować się nieznośnym, odpychającym Robertem Arrynem. (W przeciwieństwie do Aryi, która z sympatycznej w sumie dziewczyny staje się bezwzględną uczennicą skrytobójcy). Dla mnie to heroizm w czystej postaci.

      @Pyza, absolutnie tak jest. :) Co więcej, na negatywną ocenę Sansy wpływa też chyba to, jak stanowczo Martin przeciwstawił ją Aryi, wpisując dodatkowo ich relację w bajkowy konflikt siostry brzydkiej, ale mądrej, z siostrą piękną, ale głupią i próżną. Oczywiście sympatię czytelników od razu zyskuje ta "gorsza", czyli Arya, a Sansę dodatkowo pogrąża jej ślepa miłość do Joffreya-potwora.

      Prawda, granica jest cienka. Mnie, szczerze mówiąc, zaskoczyło to, jak mało nagości było w tej scenie. W końcu nie byłby to pierwszy raz, gdy w "Grze o tron" nagość łączyłaby się z przemocą. Tyle że dla bardzo wielu ludzi nagość = przyjemność, a z pewnością nie jest to uczucie, które widz powinien czuć, kiedy na ekranie pokazuje się gwałt. Więc dobrze, że kamera szybko uciekła od głównych aktorów tego przedstawienia. Szkoda tylko, że w zamian zatrzymała się na biednym, płaczącym Theonie, jakby to jemu działa się krzywda. (Okej, my ze świata realnego wiemy, że ktoś, kto obserwuje gwałt, może doznać takiej samej traumy jak ofiara, ale w tym konkretnym momencie Sansa była jednak ważniejszą bohaterką).

      @Jellyfish, moja nafaszerowana baśniami część też w to wierzy. ;) Widzowie chyba zjedliby ten serial, gdyby Ramsay nie zawisł. Choć osobiście wolałabym, żeby obdarto go ze skóry. Niech żyje ironia losu!

      Usuń
    8. Obejrzałam. Ogólnie po tym odcinku muszę chyba cofnąć wszystko, co napisałam we wpisie u siebie na blogu, bo przestały mi się podobać zmiany wprowadzane przez scenarzystów. Wszystkie. I nie chodzi nawet o scenę gwałtu, która i tak była wyjątkowo niedopowiedziana, jak na ten serial, (no i poprzedziła ją scena w wannie, która nieco zmieniła całą wymowę - co nie znaczy że ta scena i cały wątek były potrzebne). Chodzi mi o całą resztą. Wątek Dorne i Martellów to jakieś nieporozumienie, bardzo trafnie to wszystko opisałaś. I jeśli Trystane ma zastąpić Quentyna to chyba utnę sobie jakąś kończynę na znak żałoby. Scena z procesem Lorasa świetna, ale ciekawa jestem jak twórcy poprowadzą to dalej i czy będzie jak w książce, czyli Cersei wyśle Lorasa do szturmu (no i jakiego szturmu, bo chyba jedyna wojna to w serialu ta w okolicach Winterfell :P) czy np. uwidzi im się, żeby go po drodze zamordować. A Tyrion i Mormont i pojawiający się znikąd handlarze niewolników... powtarzam się, ale gdzie do cholery jest Młody Gryf? ;-) No i Arya... nie wiem, czy sam Martin wie, co się z nią stanie, ale jej wątek przestał budzić we mnie jakiekolwiek emocje.

      Usuń
    9. A wiesz, że to by miało sens? Trystane-Quentyn za karę wysłany do Meereen, by pertraktował z Daenerys? Mógłby jej przy okazji dostarczyć flotę, dzięki której nasza Matka Smoków zdołałaby może dotrzeć do Westeros przed końcem siódmego sezonu.

      Nie sądzę, by Loras wybierał się gdziekolwiek po tym, jak uwięzili go wróble... Stawiam na to, że będzie obrońcą Margaery podczas pojedynku mającego rozstrzygnąć o jej winie. Czy zginie? Mam nadzieję, że nie, bo wciąż wierzę, że pewnego dnia twórcy rzekną nam o tym bohaterze coś więcej niż to, że jest gejem.

      Młody Gryf to jest już chyba tylko w marzeniach ściętej głowy. :'(

      Myślę, że Martin dobrze wie, dokąd zmierza Arya. Jej wątek zawsze wydawał mi się bardzo... konkretny, z braku lepszego słowa. Widać w tej postaci wiarygodną, zaplanowaną przemianę wewnętrzną. Pytanie tylko, czy twórcy serialu wiedzą to, co wie Martin, i czy mają ochotę się tego trzymać. ;) Bo z tym to u nich różnie.

      Usuń
    10. No i właśnie tego nie rozumiem. Trystane-Quentyn, no ok, jakoś przełknę, o ile sam wątek się pojawi (w sumie kogo obchodzi jak ma na imię bohater Gry o Tron, i tak zaraz zginie :P). Ale przecież Loras miał w książce wątek całkiem "filmowy" i na tyle skrótowo opisany, że fajny do rozwinięcia w scenariuszu. A do tego dramatyczny, wszak jego główną cechą w książce była uroda, nie orientacja seksualna, no i wiadomo co mu się z tą urodą stało. Ale ten wątek jest jeszcze całkiem logiczny w porównaniu z tym, co scenarzyści zafundowali Jaimiemu. Albo Brienne - jeśli tak zatrzymamy się w galopie i zastanowimy, to wątek tej postaci jest całkiem bez sensu. Trochę kojarzy mi się to z wątkiem Tauriel w ekranizacji "Hobbita" - wepchnąć jakiś wątek, ale tak, żeby nie miał ani trochę wpływu na fabułę.

      I też wierzę w Martina, że wie, jak to wszystko się skończy ;-)

      Usuń
    11. Czytałam kiedyś fanowską teorię, z której wynikało, że wiadomość o ranach Lorasa może być ściemą przygotowaną przez Tyrellów po to, by Loras mógł zaskoczyć Lannisterów podczas pojedynku rozstrzygającego o winie Margaery. Ale nie wiem. Wydaje mi się, że to nie jest na tyle istotna fabularnie postać, by wprowadzać dla niej osobny wątek. Tym bardziej, że scenarzyści i tak już dwoją się i troją, żeby upchnąć jak najwięcej materiału w wątkach głównych postaci (z czego wynikają między innymi te nieznośne skróty).

      Z Brienne to w ogóle jest problem, także w książce. Jej wątek zajmuje jakąś absurdalną liczbę stron w "Uczcie dla wron", mimo że prawie nic się w nim nie dzieje. Tak sobie myślę, że scenarzyści przyprowadzili Brienne w pobliże Winterfell wcale nie po to, by uratowała Sansę, ale by rozprawiła się ze Stannisem (albo raczej Stannis z nią). Chociaż... mnie będzie przykro, jeśli Brienne zginie. To niebanalna postać i warto dać jej konkretny, odpowiednio dramatyczny wątek z wiarygodną przemianą wewnętrzną. Pytanie, czy stać na to scenarzystów, skoro najwyraźniej poległ tu sam Martin.

      Usuń
  2. Ktora czesc ksiazki powinam przeczytac aby poznac dalsze losy po 5 sezonie?? Wiem wiem powinam czytac od poczatku ale nie moge sie juz doczekac

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, że musiałaby to być część szósta, której jeszcze nie wydano (a najwyraźniej też nie napisano). W piątym sezonie "Gra o tron" zrównała się fabułą z książkami i teraz nikt poza gronem wybrańców nie wie, co będzie dalej.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.