Zabij chłopca (i pozwól się narodzić mężczyźnie), czyli „Gra o tron”, sezon 5, odcinek 5


Gryzipiórowi zdarzają się – niezbyt często – momenty profetyczne. Tydzień temu narzekał na fabułę „Gry o tron”, która pędzi naprzód niczym rozjuszony smok, miażdżąc co bardziej kruche wątki. Siedmiu jakby Gryzipióra wysłuchało, bo w najnowszym odcinku akcja niespodziewanie wyhamowała, robiąc miejsce dla cichego dramatu i złożonych konfliktów politycznych. Chaos poszedł precz; twórcy „Zabij chłopca” skoncentrowali się na trzech wybranych wątkach – Muru, Winterfell i Meereen – które rozwinęli za pomocą długich, długich ciągów kameralnych scen. I choć fabuła nie zaszła w tym odcinku daleko, Gryzipiór jest zadowolony: wreszcie twórcy poświęcili bohaterom George'a R. R. Martina tyle uwagi, na ile zasługują.

Dlaczego akurat Mur, Winterfell i Meereen? Zdaje się, że scenarzyści wrócili do swojej ulubionej recepty z poprzednich sezonów: weź trzy-cztery wątki i zderz je tak, by podkreślić ich – zapowiedziany w tytule – motyw przewodni. Tym motywem jest w piątym odcinku dojrzewanie: do odpowiedzialności, niezależności, władzy. „Zabij chłopca i pozwól się narodzić mężczyźnie” – radzi Jonowi maester Aemon w jednej z pierwszych scen. Zabij w sobie dziecko i pozwól się narodzić przywódcy. Okrutna to rada, ale cóż począć, skoro nadchodzi zima?

Jon okazuje się pojętnym uczniem. Zamknąwszy (na chwilę) usta politycznej opozycji, świeżo upieczony Lord Dowódca bierze się do ratowania świata. Zaczyna od Hardhome – wioski położonej daleko na Północy, w której ukryli się Dzicy zbiegli podczas bitwy o Mur. A ponieważ w Westeros umarli mają brzydki zwyczaj odwiedzać żywych jako błękitnookie zombie, Jon postanawia Dzikich ocalić – za cenę niechęci Nocnej Straży. Jak na przywódcę przystało, ma odwagę zrobić to, co musi zostać zrobione. Pytanie brzmi: czy ma też odwagę ponieść konsekwencje?

fot. HBO
Gdyby Gryzipiór mógł wykreślić stąd jedną scenę, wykreśliłby dość nienaturalną rozmowę Stannisa z Samem, którą dopisano chyba tylko po to, by wspomnieć o smoczym szkle. Reszta jest naprawdę, naprawdę dobra. Wreszcie cała akcja – od wymiany spojrzeń między Jonem a Tormundem po gwałtowną naradę Nocnej Straży – przebiega naturalnie, konsekwentnie i bez ostrych skrótów, które kilka tygodni temu pogrążyły wątek wyborów nowego Lorda Dowódcy. Każda ze stron konfliktu dostaje szansę, by przedstawić swoje racje. Zderzają się poglądy, grają osobiste sympatie i antypatie, a napięcie nie spada mimo – łagodnie mówiąc – umiarkowanego tempa akcji. Nawet niepozorna rozmowa Jona z Ollym pokazuje coś ważnego: że opuszczonemu przez najbliższych Lordowi Dowódcy wciąż zależy na braciach z Nocnej Straży (to pewnie ten zabity chłopiec wydaje ostatnie tchnienie).

A już scena, w której armia Stannisa opuszcza Czarny Zamek z determinacją konduktu żałobnego, to prawdziwy majstersztyk. Rozbrzmiewa złowróżbna muzyka; Davos nerwowo żartuje z Shireen; kamera odprowadza króla wzrokiem, jakbyśmy mieli więcej go nie zobaczyć; zagadkowy uśmiech krwawoczerwonej Melisandre budzi raczej grozę niż zaufanie. Brrr. Gryzipiór musi przyznać, że przeszedł go dreszcz podobnie jak wtedy, gdy Ned Stark opuszczał Winterfell, by już nigdy nie powrócić.

Musi też przyznać, że choć zwykle nie cieszą go zmiany wprowadzone przez scenarzystów, podoba mu się pomysł na wyprawę Jona do Hardhome. Po pierwsze, będzie więcej akcji (Gryzipiór jest płytki i lubi, kiedy jest dużo akcji). Po drugie, jeśli znów dojdzie do potyczki z Innymi, widzowie przypomną sobie, jak wielkie niebezpieczeństwo grozi Westeros. Po trzecie wreszcie, jeśli serialowego Jona spotka to samo, co spotkało go w książce, wspólne doświadczenia uwiarygodnią niespodziewaną lojalność Dzikich.

fot. HBO / Fanpop
No, ale dajmy spokój Północy i przenieśmy się gdzieś, gdzie jest cieplej. Powiedzmy, że do Meereen. Gryzipiór nadal gniewa się na scenarzystów za niepotrzebną śmierć ser Barristana. Tani to był chwyt, ale przynajmniej spełnił swoją funkcję: podbił stawkę w grze o zaangażowanie widza i dostarczył Daenerys pretekstu do zmiany poglądów. W książce Matka Smoków cały czas tkwi w potrzasku, w który złapały ją meereeńskie koterie; w serialu niespodziewanie przejmuje inicjatywę i zapewnia sobie przewagę nad starożytnymi rodami – oczywiście we własnym, płomiennym stylu. To kolejna dziś zmiana na plus, przynajmniej według Gryzipióra, którego bierność bohaterów zawsze denerwuje. Zdecydowanie woli tę Daenerys, która poświęca własne szczęście i proponuje – choć może lepiej powiedzieć „rozkazuje” – Hizdahrowi małżeństwo mające na stałe związać ją z Meereen. Tu nie ma słabych scen.

Są za to sceny niepotrzebne, ale o nich za chwilę, bo Gryzipiór musi się jeszcze podzielić wątpliwościami co do interpretacji postaci Daenerys, zaprezentowanej przez Emilię Clarke. Chodzi o sceny, w których Matka Smoków okazuje bezwzględność – sceny, które Clarke gra z kamienną twarzą i odczuwalną niepewnością. Można pomyśleć, że Dany wkłada maskę, by ukryć własną słabość! A przecież dla obdarzonej ognistym temperamentem Matki Smoków bezwzględność to nie maska – to druga twarz. Okrucieństwo i współczucie powinny przychodzić jej równie naturalnie... prawda?

Skoro już bawimy się w wykreślanie, z wątku Meereen Gryzipiór usunąłby sceny z udziałem Missandei i Szarego Robaka. To prawda, że ich romans ładnie kontrastuje ze zdroworozsądkowym małżeństwem Dany. Problem w tym, że rozwija się na marginesie opowieści i nic nowego do niej nie wnosi. Co gorsza, jak każdy romans w „Grze o tron”, łatwo powiela sentymentalne klisze. „Umierając, bałem się tylko, że już nigdy cię nie zobaczę”. Serio? To nie da się wyznać miłości inaczej niż za pomocą literacko-filmowych frazesów?

fot. HBO
Cóż, przynajmniej Sansie nic podobnego nie grozi, dopóki pozostaje zakładniczką – przepraszam: narzeczoną – Ramsaya Boltona. Jej wątek wypełnia większą część odcinka i niestety obnaża słabość opowiadania za pomocą łańcucha kameralnych scen – słabość objawiającą się wtedy, kiedy scenarzyści łączą naraz zbyt wiele ogniw. Przysięga Brienne, zazdrość Myrandy, pożałowania godny Fetor i Sansa rozpoznająca w nim mordercę swoich braci, lord Bolton, który ma szczerze dosyć własnego bękarta, i jeszcze Ramsay trzęsący portkami na myśl o wydziedziczeniu... Każdemu z tych wątków poświęca się równie dużo uwagi, co z jednej strony zapowiada złożony dramat nienawiści i zemsty, z drugiej – trochę męczy. Za dużo tych scen w jednym miejscu, ot co.

Możliwe zresztą, że taki był zamiar twórców: pokazać nam coś, po czym gołym okiem widać, że niedługo wybuchnie. A że wybuchnie, to słychać w dialogach, choćby w świetnej, przedłużanej do granic wytrzymałości scenie „rodzinnej” kolacji (Walda Frey: „Musi ci być ciężko w obcym miejscu”, Sansa: „To mój dom. Obcy są tylko jego mieszkańcy”). Gryzipiór musi też pochwalić twórców za zainteresowanie Ramsayem, który w książce jest ledwie potworem w ludzkiej skórze, w serialu zaś zyskuje coś na kształt osobowości. (Mimo wszystko Gryzipiór nadal nie rozumie, o co chodzi Littlefingerowi. Ale któż by zrozumiał?)

fot. HBO / Fanpop
Panie i Panowie, dochodzimy – przepraszam: dopływamy – do ostatniej sceny, w której jak zawsze komiczny Tyrion i jak zawsze komicznie niewzruszony Jorah wiosłują przez zrujnowaną Valyrię. Ktoś tu solidnie namieszał w historii i geografii świata „Pieśni Lodu i Ognia”. Gryzipiór miał nawet napisać coś złośliwego, ale prawda jest taka, że z wrażenia aż zaniemówił. Czego jak czego, ale budżetu „Gra o tron” nie marnuje i stać ją nawet na pocztówkę ze Śródziemia. Płyniemy więc przez puszczę zieloną niczym świeże dolary, mijamy malownicze ruiny pałaców, patrzymy na posępne burzowe niebo, którym władali niegdyś smoczy jeźdźcy... No, pięknie jest po prostu. Przynajmniej dopóki nie dopadną naszych bohaterów kamienni ludzie zarażeni szarą łuszczycą. Tak, tak – wątek, który wydawało się już, że zniknął z serialu razem z Gryfem, niespodziewanie wrócił dzięki Jorahowi. Wygląda na to, że szara łuszczyca zastąpi zarazę dziesiątkującą Meereeńczyków, choć Gryzipiór przypuszcza raczej, że biedny Jorah zawiezie ją do Westeros, gdzie wyrządzi jeszcze większe szkody.

Wiecie, „Zabij chłopca” mógłby być najlepszym odcinkiem tego sezonu, gdyby nie był... odcinkiem piątym. Kameralne sceny, nastrojowe krajobrazy, dociekanie psychologicznych pobudek to świetna sprawa, ale jesteśmy na półmetku i Gryzipiór oczekiwałby już jakiegoś zwrotu akcji. Nie doczeka się go chyba za tydzień, bo sądząc po wyemitowanym przez HBO teaserze, szósty odcinek będzie bardzo podobny. Zdaje się, że przetestowana w poprzednich sezonach formuła, umieszczająca przełomowe wydarzenia zawsze w odcinku dziewiątym, nie całkiem sprawdza się w wypadku tej fabuły. Czas pokaże. Na razie więc Gryzipiór zabija w sobie krytyka i pozwala się narodzić fanowi, z zachwytem błądzącemu w valyriańskiej mgle.


  • Reżyseria: Jeremy Podeswa
  • Scenariusz: Bryan Cogman
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 10 maja 2015



  1. No dobra, to ja teraz już w ogóle nie mam pojęcia gdzie popłyną scenarzyści razem z Tyrionem i Mormontem ;-) A odcinek był taki... solidny. Dobre, dynamiczne, przemyślane dialogi, dobre aktorstwo (kurcze, nawet Kit Harrington jako Lord Dowódca zaczął mi się podobać), ładnie nakręcone sceny. Bez jakichś fajerwerków czy mięsa (nawet sceny z popieleniem ludzi przez smoki były takie... czyste), ale i bez wrażenia nudy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tylko jedna rozebrana dziewczyna! Doprawdy nie wiem, jak szefowie HBO to przepuścili. ;) Zgadzam się co do Haringtona. Wcześniej jako Jon nie robił na mnie wrażenia, teraz zaczyna naprawdę nieźle grać. Też się zastanawiam nad Tyrionem i biednym Mormontem. Czy jak w książce złapią ich łowcy niewolników? Powinni, bo ta przemiana z karła-lorda w karła-błazna wydaje się ważna dla rozwoju postaci. Ale kto ich tam wie, tych scenarzystów?

      Usuń
    2. Spokojnie, odrobią sobie współczynnik nagości, gdy akcja przeniesie się do Dorne i Królewskiej Przystani ;-)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.