Synowie Harpii, czyli „Gra o tron”, sezon 5, odcinek 4


Stało się: „Gra o tron” na dobre rozeszła się z książkowym pierwowzorem. Z dziesięciorga bohaterów tylko Jon, Stannis i Arya podążają jeszcze drogą wytyczoną w „Pieśni Lodu i Ognia” przez George'a R. R. Martina (a przynajmniej jej poboczem). Oczywiście pozostali nie skręcili ze swoich ścieżek nagle. Rozstanie serialu z książką przebiegało powoli i w „Synach Harpii” scenarzyści po prostu dodali gazu – po czym wpadli w poślizg. Owszem, są w nowym odcinku solidne sceny akcji, nieźle nakręcone pojedynki i porządnie zagrany melodramat. Problemem staje się natomiast sama opowieść, która wędruje w coraz dziwniejsze regiony.

Jednym z tych regionów jest Dorne. Po krótkiej acz obiecującej wizycie w cudnych Wodnych Ogrodach, twórcy serialu uparli się pokazać nam jak najwięcej piasku. Zanim jednak śladem Bronna i Jaime'ego zejdziemy na plażę, by przez 10 minut podziwiać dornijskie wydmy, czeka nas Poważna Rozmowa. Bronn – podobnie jak widz – kwestionuje sens planu Królobójcy, właściciela jednej z najbardziej rozpoznawalnych twarzy w Westeros, który zamierza jedną ręką odbić Myrcellę z łap wstrętnych Dornijczyków. Szaleństwo? Raczej poczucie winy, co domorosły psychoanalityk Bronn natychmiast potwierdza. Dość tani to chwyt, kiedy o motywacji bohaterów dowiadujemy się z dialogów. Gryzipiór w ogóle wolałby, by na tym etapie historii Jaime był postacią bardziej samodzielną, bardziej zdolną oprzeć się kaprysom Cersei (jak w książce). Na razie Królobójca zdaje się testować swoje możliwości, pojedynkując się z pechowymi zwiadowcami – i jeden tylko Ojciec na Górze wie, co wyniknie z tej dornijskiej eskapady.

(Nawiasem mówiąc, Gryzipiór cieszy się z tej wzmianki o Tarthu, czyli ojczyźnie Brienne. Jaime i Brienne to para bohaterów, którzy są dla siebie jak odbicia w krzywym zwierciadle. Dobrze, że scenarzyści o tym nie zapomnieli, mimo że z jakiegoś powodu poprowadzili te postaci na przeciwległe krańce świata).

fot. HBO / Fanpop
Umiejętność walki może się zresztą Jaimemu rychło przydać, bo oto na scenę wkraczają Żmijowe Bękarcice. W okrojonym składzie, pod przywództwem Ellarii Sand, planują zamordować córkę Cersei Myrcellę, aby pomścić księcia Oberyna. Co po pierwsze, nie ma sensu (księżniczka jest najcenniejszym zakładnikiem, jakiego mogłyby sobie wymarzyć), a po drugie, stawia je w naprawdę niekorzystnym świetle – i nie chodzi o zbyt ostre dornijskie słońce. Widzicie, Gryzipiór pokochał książkową i serialową „Grę o tron” między innymi za to, że nie ma w niej oczywistych sympatii i antypatii; bohaterowie żyją i umierają w szarej strefie między Dobrem a Złem. Tymczasem Ellaria i jej bezmyślne okrucieństwo jednoznacznie przynależą do tego drugiego. Nie mści się przecież śmierci dorosłego mężczyzny, który zginął w dobrowolnie podjętym pojedynku, zabijając niewinną dziewczynkę. Nie sprowadza się też zawikłanego konfliktu racji i charakterów, który pokazuje książkowy pierwowzór, do banalnej żądzy zemsty. Kolejny raz w „Grze o tron” skalpel, który miał przyciąć fabułę do formatu serialu, omsknął się i uszkodził delikatną tkankę opowieści. Pozostaje mieć nadzieję, że mimo poważnych obrażeń, pacjent przeżyje.

Jeśli zaś chodzi o same Żmijowe Bękarcice, to owszem – wyglądają i zachowują się jak ucieleśnienie nocnych fantazji nastoletniego miłośnika „Xeny”. Gryzipiór raczej nie spodziewa się, by twórcy serialu potraktowali to nieco groteskowe trio z przymrużeniem oka albo jako pretekst do sparodiowania konwencji. Jedyne pytanie brzmi: która z nich rozbierze się pierwsza?

fot. HBO
Którakolwiek to zrobi, i tak nie dorówna Melisandre. Drogie koleżanki: jeśli zostaniecie kiedyś aktorkami i nie będziecie miały nic przeciwko rozbieraniu się na ekranie, nie opowiadajcie o tym w wywiadach! Jeśli to zrobicie, będziecie jak Carice van Houten rozbierane zawsze, kiedy znajdzie się ku temu okazja (a nawet kiedy się nie znajdzie). Scenę, w której Melisandre uwodzi Jona w najprymitywniejszy ze znanych sposobów, można jeszcze od biedy wytłumaczyć. Czerwona kapłanka wybiera się na wojnę, może więc zamierza począć kolejny cień, który zabije lorda Boltona jak niegdyś Renly'ego? Gryzipiór ma nadzieję, że na tym się skończy; naprawdę nie chce widzieć miłosnej czy nawet erotycznej więzi między Melisandre a Jonem, która stałaby się przyczyną złamania jego ślubów (przecież ledwie dwa odcinki temu z powodu tychże ślubów odmówił przyjęcia Winterfell – czy przygodny seks naprawdę więcej dla niego znaczy niż rodowe dziedzictwo?).

Na szczęście w tym odcinku Mur jest też tłem dla znacznie lepszej i naprawdę poruszającej sceny. Mowa oczywiście o rozmowie Stannisa z córką, która (córka) martwi się, że ojciec się jej wstydzi. Otóż Stannis nie tylko się nie wstydzi, ale i nie boi się tego powiedzieć w może nieco patetycznej, ale jakże wyjątkowej dla niego przemowie. Kameralna scena, surowe dekoracje i dwoje znakomitych aktorów, którzy po tylu sezonach wciąż potrafią skraść dla siebie cały odcinek – a jednak „Gra o tron” nadal potrafi zaskoczyć! Gryzipiór ma do tego niemiłe przeczucie, że uroczej Shireen wkrótce przydarzy się coś okropnego. Jakieś małe spalenie na stosie, na przykład.

fot. HBO / Fanpop
Coś okropnego z pewnością przydarzyło się już Sansie. Jej opiekun i mentor, podobno przebiegły lord Baelish, postanowił ją przebiegle... zostawić. Samą. W zamku pełnym Boltonów. W towarzystwie Ramsaya, który lubi zdzierać z ludzi skórę (ale tylko wtedy, kiedy znudzi mu się polowanie na nich z psami). Gryzipiór bardzo chciałby wiedzieć o co tutaj chodzi, ponieważ nawet przez chwilę nie uwierzył w plan Littlefingera (nie ma szans, żeby Stannis mianował Sansę Namiestniczką Północy – prędzej wyda ją za któregoś ze swoich rycerzy, żeby rządził w jego imieniu), a tym bardziej w jego zapewnienia (Ramsay zakochany w Sansie? wolne żarty). Wygląda na to, że twórcy serialu albo stracili kontakt z rzeczywistością, albo szykują dla nas coś bardzo cwanego, bardzo szokującego i zapewne bardzo nagiego. Gryzipiór nie wie, której z tych możliwości obawia się bardziej.

Obawia się też o los Cersei i całego wątku w Królewskiej Przystani. Nie zrozumcie go źle. Te sceny są świetnie zagrane i świetnie nakręcone (wyczyny wróbli), ale na litość Siedmiu, jakie to jest grubymi nićmi szyte! Margaery wkłada i zdejmuje maskę słodkiej żony tak ostentacyjnie, że naprawdę trudno wciąż wierzyć w zaślepienie Tommena. Cersei z kolei gotowa jest powołać dla Wielkiego Wróbla armię, choć nic o nim nie wie. Co więcej, świadomie naraża syna na niebezpieczeństwo, posyłając go do wróbli, co nie bardzo przystaje do jej wizerunku nieudolnej wprawdzie, ale opiekuńczej matki. Oczywiście w książce Cersei postępuje podobnie, ale jej nielogiczne, szkodliwe decyzje uwiarygodnia narastająca paranoja. Bez tego psychologicznego uzasadnienia trudno wytłumaczyć manewry Królowej Matki, która ze sprytnej, cudownie próżnej i zgorzkniałej lwicy zmienia się w bezmyślne kociątko.

fot. HBO / Fanpop
Na koniec zaglądamy do skąpanego w świetle zachodzącego słońca Meereen. Gryzipiór spodziewał się, że po gwałtownych wydarzeniach z drugiego odcinka nadejdzie czas zmian i rozliczeń. Nic z tego. Daenerys wciąż spogląda smutno na swoje zbuntowane miasto i wciąż nie chce słuchać Hizdahra, który namawia ją na otwarcie areny walk. Widać uliczne rozruchy to za mało; trzeba sztucznie podbić stawkę, zabijając jedną z sympatyczniejszych postaci serialu, żeby widz pojął powagę sytuacji. Gryzipiór strasznie jest tym manewrem scenarzystów zawiedziony. Żal mu też ser Barristana, na którego postać Weiss i Benioff chyba od początku nie mieli pomysłu. Pozostaje mieć nadzieję, że jego śmierć nie pójdzie na marne i akcja w Meeren naprawdę ruszy do przodu.

Są na to szanse, bo Tyrion nagina czas i przestrzeń, by dotrzeć do Daenerys w dogodnym fabularnie momencie. I dobrze. Sceny z jego udziałem zawsze trzymają poziom (choć sam Tyrion coraz rzadziej trzyma pion), a dialogi są zwykle żywe i rzeczywiście zabawne. Szkoda, że straciliśmy z oczu Varysa, ale wygnaniec Jorah też może okazać się godnym partnerem w słownych potyczkach. Gryzipiórowi bardzo podobała się scena otwierająca odcinek: pomysłowa, dowcipna i w ciągu minuty dająca niezłe wyobrażenie o tym, jakim człowiekiem jest Jorah Mormont.

Mimo to „Synowie Harpii” bardziej Gryzipióra zdezorientowali, niż zachwycili; właściwie nie zachwycili go wcale. Oby twórcy mieli w zanadrzu jakiś sprytny plan! Inaczej czeka nas sezon pełen fabularnych niespójności, nieuzasadnionego okrucieństwa i nieprawdopodobnych psychologicznie postaci. Sezon, w którym – co najgorsze – brak autentycznych emocji.


  • Reżyseria: Mark Mylod
  • Scenariusz: Dave Hill
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 3 maja 2015


  Następny odcinek
  1. Ja też się trochę obawiam, co będzie dalej, bo scenarzyści postępują dziwnie. Trochę jakby uznali, że albo wszyscy przeczytali książkę, albo widzowie już tak bardzo zżyli się z postaciami, że można im poświęcić dwie minuty i każdy pojmie ich złożone motywacje. Pół biedy, kiedy motywacje są takie same jak w książce, ale kiedy są inne - patrz wątek porwania Myrcelli i cały wątek Dorne - to rzeczywiście załatwiają sprawę dialogami, które kłócą się ze wszystkim, co było wcześniej, ale jakoś te motywacje uzasadniają. To samo z Sansą i Boltonami. Kiedy niby uznano, że grzeczna Sansa stała się poskromicielką faceta obdzierającego ludzi ze skóry? Praktycznie poza strojem i dojrzalszym wyglądem nie dokonała się w niej żadna wielka przemiana i ja na miejscu Littlefingera nie byłabym taka pewna, że dziewczyna dożyje do jego powrotu.

    A tłum postaci z Dorne nie podobał mi się już w książce - chyba najmniej ciekawy wątek w ostatnich tomach, podobnie jak przygody Aryi w Braavos sprawiający wrażenie, że autorowi w pewnym momencie przyszedł pomysł na fajną krainę i postanowił wysłać tam bohaterów, ale już nad sensem wątku postanowił zastanowić się potem. Jedyny plus to fajnie napisany Oberyn Martell, którego wątku jestem najbardziej ciekawa, tylko pytanie czy w ogóle pojawi się w tym sezonie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się. Moim zdaniem scenarzyści popełniają teraz największy z pisarskich błędów: dostosowują decyzje i motywacje bohaterów do fabuły, mimo że w dobrze napisanym scenariuszu to fabuła powinna wynikać z decyzji i motywacji bohaterów. Efekt? Coraz bardziej papierowe postaci, takie jak Jaime, który znalazł się w Dorne chyba tylko dlatego, że scenarzyści musieli go wyprowadzić z Królewskiej Przystani, by odpowiednio rozegrać wątek Cersei. Nieładnie, nieładnie!

      Też nie przepadam za książkowym Dorne. Mimo to jego, hm, nieokreśloność wydawała mi się szansą dla scenarzystów. Mogli ten wątek ciekawie rozwinąć i za pomocą tej nowej krainy i tych nowych bohaterów trochę odświeżyć serial, któremu stuknął już piąty sezon. Natomiast na pojawienie się Oberyna bym nie liczyła, jako że od poprzedniego sezonu niestety nie żyje. ;) Pewnie miałaś na myśli Quentyna?

      Usuń
    2. Tfu, tfu, jasne że Quentyna... A że śmierć Oberyna wyparłam z pamięci, to inna sprawa ;-)

      Usuń
    3. Nie tylko Ty. ;) Obawiam się jednak, że Quentyn ma takie same szanse na pojawienie się w piątym sezonie jak Oberyn. Jego wątek jest w książce mocno związany z wątkiem Młodego Gryfa, więc skoro nie mamy jednego, to i drugiego raczej nie należy się spodziewać. Istnieje cień szansy, że rolę Quentyna przejmie Trystane Martell (widzieliśmy go przez chwilę w Wodnych Ogrodach), ale... nie robię sobie wielkich nadziei. :(

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.