W rzeźni czasu, czyli „Włoskie szpilki” Magdaleny Tulli


Walter Benjamin pisał, że Historia rozpada się nie na opowieści, ale na obrazy. Gdybyż tylko! We „Włoskich szpilkach”, pierwszej autobiograficznej powieści Magdaleny Tulli, z Historii pozostały ledwie strzępy płótna, cudem ocalałe z pożogi Holokaustu. Bohaterka próbuje zszyć je w kompletny obraz, na którym może dostrzeże prawdę o swojej rodzinie i swojej tożsamości. Jest na tym obrazie portret dziewczynki skazanej na rolę ofiary, wyśmiewanej w szkole z powodu włoskiego nazwiska i kolorowych ubrań z zagranicy, niedopuszczalnych w szarej rzeczywistości PRL-u. Jest niepokojący profil matki, więźniarki obozu w Auschwitz, obojętnej i niepojętej. Jest także, wciąż trochę w cieniu, dorosła kobieta, porte-parole autorki, która zmaga się z odziedziczoną traumą wojny. Wojna bowiem – pisze Tulli – nigdy się nie kończy. W każdym razie nie dla każdego.

„Włoski szpilki” to powieść o postpamięci – pamięci drugiego pokolenia, dorastającego w cieniu historii, którą przeżywa jak własną, choć nie brało w niej udziału. „Wojna, jak masa upadłościowa, przechodzi na własność potomnych” – pisze Tulli językiem precyzyjnym jak skalpel wynaleziony specjalnie po to, by otwierać stare rany. Wspomnienie wojny nie może umrzeć, ale też nie da się z nim żyć. Pozostaje milczeć, zaprzeczać jego istnieniu. To właśnie milczenie matki sprawia, że bohaterka „Włoskich szpilek” aż do marca 1968 roku nie wie, kim jest. Po polskiej stronie rodziny nie pozostał nikt, kogo mogłaby zapytać. Ma tylko ten niepokojący obraz: dzieci w przedszkolu wskazują się nawzajem i krzyczą „Do spalenia!”, odgrywając podczas zabawy niewypowiedzianą traumę. Ale czyja to trauma? Moja, twoja, nasza wspólna? Bohaterka nie wie. Jak może wiedzieć, skoro nie zna nawet swojego imienia? Raz nazywa się Karoliną, a innym razem – Małgorzatą. Czasem jest po prostu „dzieckiem”. Jedynym. Jednym z milionów.

[*]
Nie, to nieprawda. Bohaterka ma przecież drugą rodzinę w Mediolanie, jakże inną od tej, którą na czas wakacji zostawia w Polsce. Rodzinę wielopokoleniową, która nie zgubiła wujków i ciotek w dymie unoszącym się nad Auschwitz. Rodzinę niedostępną jak ten fortepian, na którym bohaterce nie wolno grać, bo zostawia na nim odciski brudnych palców (!). Nic dziwnego, że Tulli zajmuje wobec tej rodziny tak ambiwalentną postawę. Z jednej strony mitologizacja, z drugiej – ironia. Zresztą jak uniknąć ironii, kiedy pisze się o tym, jak wyglądała wojna w Mediolanie: kawa na kartki i brak śmietanki, i jeszcze ci oficerowie okupacyjnej armii, którzy płacą czynsz za mieszkania wynajęte na wolnym rynku?

Tulli próbuje opowiedzieć o tym włoskim doświadczeniu, ale okazuje się to niemożliwe. Do tekstu co rusz wkradają się gorzkie uwagi, jak ta o obcych pianistach, którzy zajęli Warszawę w 1939 roku. Autorka przymierza więc różne konwencje: od baśniowej („We wzruszających, bajkowych czasach (...) żyli sobie dwaj bracia”) po konwencję przedwojennej powieści realistycznej. Żadna nie pasuje. Włoska rodzina bohaterki, a wraz z nią „tamta” połowa Europy, żyje w innym świecie, w przestronnym mieszkaniu z fortepianem, żyje romansami i wahaniami na giełdzie. W polskiej literaturze po 1945 roku nie da się o niej opowiedzieć.

Tak jak Ettore Vittorio nie nadawałby się do życia w naszym kraju (...). Nie zrozumiałby tego, co u nas oględnie nazywano rzeczywistością i w czym uczestnictwo było obowiązkowe (...). Byliśmy pewni, że tylko u nas, gdzie nie ma nadziei, życie jest prawdziwe. O beznadziei wiedzieliśmy wszystko (...). Oni też nas trochę lekceważyli, przekonani, że życie jest prawdziwe tylko na wolności.

Zderzenie tych dwóch światów – włoskiego i peerelowskiego – z których żaden nie jest prawdziwy, tylko pogłębia problem bohaterki z określeniem własnej tożsamości. Sama rzeczywistość staje się podejrzana. Nie wiadomo nawet, gdzie rozgrywa się akcja powieści  po takim doświadczeniu granicznym, jakim jest wojna, wszystko staje się umowne („Mówimy o dużym mieście, zniszczonym mniej niż inne (...). Niech to będzie Łódź”). Łódź czy Warszawa – to nie ma znaczenia, bo wszystko i tak zbudowano z tektury. W 1939 roku spłonęły stare dekoracje, zza których wyjrzała pustka, socrealizm zaś ustawił na ich miejscu nowe fasady, które przykryły – i ukryły – wojenną traumę. Skoro nic nie jest trwałe – zastanawia się bohaterka „Włoskich szpilek” – po co budować? Przecież kto nie ma przeszłości, nie ma też przyszłości! Ta niewiara w jutro prowadzi ją ku depresji. Przy czym depresja jest tu nie tylko chorobą, ale i sposobem patrzenia na świat przez pomniejszające szkło przeszłości, które oddala i pozbawia realności wszystko, na co się spojrzy.

Potrzeba czasu – powie ktoś życzliwy. Tyle że w powieści Tulli czas, rozumiany jako kategoria porządkująca świat, przestaje istnieć. Rozdziały, akapity, a nawet pojedyncze zdania rozrywają go na strzępy. Przeszłość, poćwiartowana na obrazy, zalewa przyszłość i teraźniejszość. A wtedy zaczynają się dziać rzeczy straszne. W opowiadaniu pt. „Bronek” czas zaczyna nagle biec do tyłu, w zawrotnym tempie narzuconym przez chorą na Alzheimera matkę. Koniec wojny staje się jej początkiem, początek zaś otwiera drzwi do przedwojennej utopii, w której nareszcie pojawia się pełna, prawdziwa rodzina. Bohaterka, towarzysząca matce w chorobie, zostaje wrzucona w tę przeszłość wbrew woli – jak zresztą całe jej pokolenie. Matka nieświadomie nadaje jej tożsamość kolejnych zamordowanych w Auschwitz kuzynek (o tym, że ma córkę, zapomniała w pierwszej kolejności). „Nie przywieźli mnie do obozu! – protestuje bohaterka – Sama mnie tam wtrąciła [matka – przyp. G.], mimochodem, jakby przez nieuwagę, i nie było jej z tego powodu ani trochę przykro”. To przejmujący wyrzut dziecka, które nie dorosło do wiedzy, jaką go obarczono. Dziecka, które padło ofiarą własnej matki, tak jak matka padła ofiarą hitlerowców.

Oto dlaczego żyję tylko na pół gwizdka, w każdej minucie wątpiąc w grunt pod nogami, chmury, trawę i wszystko inne. Stąd skrywana niechęć do planowania na dłuższą metę. Stąd ironia – ostatnia deska ratunku. Stąd nieufność wobec rzeczywistości, która – co może się okazać w najmniej oczekiwanym momencie – przy pozorach solidności zrobiona jest z łatwopalnej tektury.

Ta niemal nieprzyzwoicie cienka powieść podzielona jest na siedem opowiadań, spisanych przeważnie w pierwszej osobie. Czy jeszcze komuś kojarzy się ta forma ze stenogramami z przesłuchań? Bohaterka, choć niczym nie zawiniła, spowiada się jak oskarżony na procesie. Z trudności z nauką pisania, z kolorowych ubrań – podarunków od włoskiej rodziny, wreszcie z pragnienia bycia kochaną przez matkę, w której krematoria Auschwitz wypaliły wszelkie uczucia. To masochistyczne w istocie oskarżanie siebie ma na celu zatarcie statusu niewinnej ofiary. Nie ma bowiem nic gorszego niż bycie niewinną ofiarą. Gdyby tylko hitlerowcy potraktowali Żydów jak równych przeciwników! Gdyby Żydzi naprawdę czymś zawinili, gdyby dało się wytoczyć im proces! Wtedy nie byłoby anonimowych tłumów i poczucia, że twoje życie zależy od kaprysu jakiegoś melomana w mundurze. To już lepiej dziedziczyć po katach, gdyż „najcięższa wina wydaje się lżejsza od takiej kasetki bez kluczyka”, którą jest przemilczana trauma niewinnych ofiar.

Niemcy najpierw wygrali, potem przegrali. Rosjanie na odwrót, przegrali najpierw, a wygrali potem. Nasz kraj przegrał i najpierw, i potem. Siedząc nad nieco przypaloną mleczną zupą z makaronem, pełną wstrętnych kożuchów, musieliśmy łyknąć i to.

Nic dziwnego, że bohaterka wcześnie wciela się w rolę ofiary. Wyssała ją przecież z mlekiem matki. Dzieciństwo, które wielu z nas wspomina jako raj utracony, we „Włoskich szpilkach” okazuje się piekłem, z którego wciąż wydobywają się krematoryjne dymy. Po pierwsze, jest w nim szary, nierzeczywisty PRL z odrapanymi klatkami schodowymi, po których nadal snuje się upiór antysemityzmu. Po drugie, jest szkolna gehenna, przez krótką pędzą dziewczynkę nietolerujący inności rówieśnicy i obojętni nauczyciele. Pozornie nie ma tu wielkiej traumy: ot, ktoś się zaśmiał, ktoś zamknął ją w szafie, ktoś inny bił zeszytem po głowie. Głupie żarty, prawda? Tulli przejmująco pokazuje, jak takie drobne, codzienne upokorzenia odzierają dziecko z poczucia własnej wartości. Dopiero jako dorosła kobieta znajduje sposób, by sobie z nimi poradzić. Dystansuje się – trochę jak matka zmagająca się z obozową traumą.

Prowadziłam samotne życie i nie liczyłam na żadną łaskę, a mimo to każdemu byłam coś winna. Musiałam płacić za (...) awantury z trzaskaniem drzwiami w cudzych domach, za to, że nie wystarcza do pierwszego i za Jałtę. Kto się nie umie bronić, płaci za wszystko. A kto płaci za wszystko, nie może liczyć na wdzięczność.

Jednak w przeciwieństwie do matki, córka nie zgadza się rozstać z uczuciami. W opowiadaniu „Klucz” co rusz zmienia perspektywę. Raz jest bezradnym dzieckiem, raz dorosłą kobietą w żałobie po swoim dzieciństwie, raz wciela się w rolę opiekuńczej matki i opowiada, co by zrobiła, gdyby spotkała „ją” – siebie sprzed lat. To metoda znana z terapii dorosłych zmagających się z dziecięcą traumą: wyobraź sobie siebie jako dziecko i daj mu to, czego tak bardzo mu brakowało. Załóż rękawiczki na jego zmarznięte ręce, przegoń prześladowców z podwórka i zapewnij, że „wszystko będzie dobrze”. Dopiero wtedy dorosła już kobieta znajdzie siłę, by zmierzyć się z pokoleniową traumą i przegnać chmurę czarnego dymu, której obraz powraca obsesyjnie w zamykającej zbiór „Ucieczce lisów”.

Urodziłam się, kiedy było dawno po wszystkim, i dlatego moje pragnienia i starania, jeden czy drugi akt desperackiej odwagi, romanse, porody i rozwody obracają się w fakty bez znaczenia. Nie chcę na to pozwolić. Mam prawo do własnego losu, jak inni (...). Tylko połowa mojej rodziny płynie w tej chmurze, myślę z gniewem. Tylko połowa. Druga połowa żyje przecież z lekkim sercem w pięknym świecie z leksykonu Palazziego.

Ze względu na temat „Włoskie szpilki” chciałoby się umieścić w nurcie literatury rozliczeniowej. To błąd. Tulli nikogo nie oskarża i w ogóle niechętnie używa etnicznych etykietek. Ta mocna, bolesna powieść opowiada nie o narodach, nie o ludziach, ale o jednej kobiecie, która walczy o prawo do własnego, niezależnego istnienia. Temu służy zderzenie zbiorowej traumy wojennej z osobistą traumą dzieciństwa. Można być innym, można czuć na sobie ciężar historii, można nawet zostać przybitym do przeszłości jak wieko do trumny. Najważniejsze, by nie dać sobie odebrać głosu.

  • Wydawca: Wydawnictwo Nisza
  • Rok wydania: 2011
  • Liczba stron: 143

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.