Wielki Wróbel, czyli „Gra o tron”, sezon 5, odcinek 3


Panie i Panowie, mamy akcję! Po dwóch przeciętnych, wprowadzających odcinkach „Gra o tron” nabiera rozmachu. Margaery wypowiada Cersei zimną wojnę; Sansa poznaje (kolejnego) męża; Jon pokazuje, że jest Starkiem we wszystkim prócz nazwiska; Tyrion pije jak smok (ha) i gada jeszcze więcej; a tytułowy Wielki Wróbel okazuje się jastrzębiem. Oczywiście są też momenty słabsze, które Gryzipiór radośnie wypunktuje. Jak zwykle recenzja składa się z dwóch części: pierwsza dotyczy samego serialu, druga – serialu jako adaptacji cyklu George'a R. R. Martina.

Zaczynamy mniej więcej tam, gdzie skończyliśmy, to znaczy w Domu Czerni i Bieli. W zeszłym tygodniu Gryzipiór nie napisał o Aryi wiele, bo o czym tu pisać? Tak, Braavos wygląda pięknie (choć trochę za bardzo przypomina Dubrovnik Królewską Przystań). Tak, Maisie Williams jest jak zwykle znakomita, a numer z maską – przedni. W tym tygodniu zaglądamy do wnętrza zagadkowej świątyni, które jest odpowiednio ponure, mroczne i... to właściwie wszystko, bo na razie twórcy sprytnie bawią się nastrojem tajemnicy, który zbudowali wokół Domu. Gryzipiór zaś cieszy się z powrotu Jaqena H'ghara. Znajoma twarz zawsze bardziej angażuje w opowieść, a jeśli jeszcze jest to twarz niebrzydka – czego chcieć więcej?

No, może Cersei. Gryzipiór zawsze chce więcej Cersei, szczególnie tak niezadowolonej, jak podczas ślubu Tommena. Zgodnie z typową dla „Gry o tron” logiką skojarzeń szybko przeskakujemy do nocy poślubnej, podczas której Margaery podejmuje walkę o władzę duszę swego nowego męża. Gryzipiór nie wyciąłby z tej sceny ani jednego zdania; Natalie Dormer jak zwykle fantastycznie portretuje bystrą, uroczą i złudnie kruchą Margaery. Młoda królowa to odsłania, to zasłania ciało, kusi, wabi i zalotnie rozplątuje włosy, świadoma wrażenia, jakie wywiera na niedoświadczonym mężu. Cersei, do której wracamy w kolejnej scenie, robi coś wręcz odwrotnego. Kurczowo trzyma się ramienia Tommena, świadoma tego, że syn się jej wymyka – a wraz z nim władza, prestiż, znaczenie. Dwie krótkie sceny, a ile sprytnie przekazanych informacji!

Ale to nie koniec, bo przecież dwie rywalki prędzej czy później muszą się spotkać. Ogród, słońce, chichoczące dziewczęta – to mogłaby być idylla, gdyby nie fałszywe zapewnienia Cersei i pozornie niewinne złośliwości Margaery. (W ogóle dialogi w tym odcinku są znacznie żywsze i ciekawsze niż w poprzednich – jeden Ojciec na Górze wie dlaczego, bo scenarzyści ci sami). Solidna scena, znakomita puenta: Cersei (dosłownie) opuszcza estradę w towarzystwie strażników, żegnana grą werbli i coraz głośniejszym śmiechem towarzyszek Margaery. Taką „Grę o tron” Gryzipiór lubi.

fot. HBO
Nie jest natomiast pewien, czy podoba mu się kierunek, w którym zmierza Sansa. Jej ślub z Ramsayem to jeden z niewielu wątków, nad którym łamią sobie głowę zarówno ci, którzy oglądają jedynie serial, jak i długoletni czytelnicy książek Martina. Trudno uwierzyć, że Littlefinger mógłby wydać ukochaną Sansę na pastwę największego okrutnika w Siedmiu Królestwach. W dodatku jej małżeństwo z Tyrionem – mające dać Lannisterom „klucz do Północy” – unieważniono podejrzanie szybko, mimo że lord Baelish najwyraźniej wciąż robi interesy z Cersei. Dziura fabularna? Czy część chytrego planu? Za wcześnie, by wyrokować.

Gryzipiór powie na razie tyle, że podoba mu się sposób, w jaki prowadzony jest ten wątek. Histeria Sansy, najwyraźniej nie całkiem przygotowanej na spotkanie z przeszłością – i przyszłością; gra pozorów między Littlefingerem, Ramsayem i lordem Boltonem; milczący jak dotąd Theon, który snuje po Winterfell niczym duch, a na koniec stara służąca zapewniająca Sansę, że „Północ pamięta” (dziwnie poruszający moment). To może być jeden z najlepszych wątków tego sezonu. Gryzipiór cieszy się nawet ze zmian, które przeprowadzili twórcy; cięcia fabularno-personalne choć raz wydają się uzasadnione.

fot. HBO
Gryzipiór podziela natomiast irytację Wielkiego Septona, którego fanatyczni wróble wyciągnęli prosto z burdelu. Jakby spośród siedmiu grzechów głównych w Westeros znano jedynie rozwiązłość. Jakby najwyższy kapłan nie mógł być chciwy, leniwy albo żarłoczny. No, ale gdyby się tylko objadał, nie można by pokazać nagich młodych kobiet wtedy, kiedy widz wciąż ma przed oczami odciętą głowę (która w poprzedniej scenie spadła z karku Janosa Slynta). Wiadomo: nic nie łączy się z przemocą lepiej niż seks – przynajmniej w telewizji. Na szczęście szybko wracamy do politycznych intryg i sprytnie skontrastowanych scen. Wielki Septon przychodzi na skargę do Cersei, ale to Cersei musi udać się do Wielkiego Wróbla, by się z nim rozmówić. Hierarchia władzy zostaje ustalona, choć Jej Wysokość zdaje się tego nie dostrzegać. Ciąg dalszy nastąpi – tego możemy być pewni.

* * *

Gryzipiór przyznaje: coraz trudniej mu traktować „Grę o tron” jako adaptację. Nowe wątki i radykalne zmiany – choćby w wątku Tyriona, który na drodze do Smoczej Królowej zgubił nie tylko Młodego Gryfa, ale i Penny – sprawiają, że porównywanie serialu i książki powoli traci sens. Gryzipiór nie zdziwi się, jeśli pewnego dnia popełni recenzję odcinka, która będzie miała tylko jedną część. Nie będzie to jednak TA recenzja. W „Wielkim Wróblu” mamy jeszcze scenę żywcem wyjętą z „Tańca ze smokami”, scenę, która swego czasu bardzo Gryzipióra poruszyła. Mowa oczywiście o egzekucji Janosa Slynta.

Co tym razem przeoczyli scenarzyści? Otóż w książce Jon najpierw rozkazuje Slynta powiesić; dopiero po chwili przypomina sobie o starym zwyczaju Starków, zgodnie z którym ten, kto wydał wyrok, powinien go wykonać. I Jon ten wyrok wykonuje, przezwyciężając wahanie i własną słabość. Krótko mówiąc, dojrzewa. To swego rodzaju ryt przejścia: zabijając Slynta, książkowy Jon zabija w sobie chłopca i staje się mężczyzną. Jon filmowy z kolei postępuje jak postać już ukształtowana. Nie waha się, nie wątpi, nie popełnia błędów. Gryzipiór rozumie, że na podobne subtelności nie ma w serialu czasu. Nie, właściwie nie rozumie. Dlaczego ze wszystkich scen ucięto akurat tę, która tak cudnie pokazuje moment wkroczenia bohatera w dorosłość?


  • Reżyseria: Mark Mylod
  • Scenariusz: David Benioff & D. B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 26 kwietnia 2015



  1. Mnie się trochę marzy, żeby wątek Sansy został połączony z wątkiem Alys Karstark (nie że pamiętałam to imię, musiałam sprawdzić na wikipedii ;-)), żeby uciekła na Mur i spotkała Jona. Ale to by już było kompletnie wbrew Martinowi, który stara się jak może, żeby bohaterowie nie spotykali się wzajemnie ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, że o tym nie pomyślałam? Ale wtedy Jon nie miałby kogo ratować w Winterfell i nie byłoby tej (nie)sławnej sceny z końca "Tańca ze smokami". A nie uwierzę, że Weiss i Benioff dobrowolnie zrezygnowaliby z tak mocnej puenty 5. sezonu. Myślę, że Sansa będzie się raczej trzymała roli książkowej Jeyne Poole, tyle że okaże się silniejsza, bardziej samodzielna (na coś te nauki Littlefingera muszą się przydać) i w końcu odzyska Północ dla Starków. Potem może nią rządzić na spółkę z Jonem. ;)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.