Wojny, które nadejdą, czyli „Gra o tron” , sezon 5, odcinek 1


Może słyszeliście o takim niskobudżetowym, mało znanym serialu jak „Gra o tron”? No więc temu serialowi stuknął właśnie piąty sezon, co oznacza, że w każdy z dziewięciu następnych wtorków Gryzipiór będzie się z Wami dzielił wrażeniami po obejrzeniu nowego odcinka. Gryzipiór jest tej piątej serii bardzo ciekaw przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, stało się to, co nieuniknione: scenarzyści David Benioff i D. B. Weiss wyprzedzili w pisaniu George'a R. R. Martina. W wypadku wielu wątków zabrakło więc materiału wyjściowego i interesująco będzie zobaczyć, jak serial wybija się na niepodległość. Po drugie, do pracy przy piątej „Grze o tron” zaproszono nowych reżyserów, wśród nich Michaela Slovisa (od „Breaking Bad”) i Jeremy'ego Podeswę (od „Boardwalk Empire” i „Dynastii Tudorów”). Szykują się więc zmiany, a może nawet Zmiany. Pewne jest tylko jedno: W grze o tron albo wygrywasz, albo giniesz...

… a oto zasady gry. Gryzipiór nie będzie udawał, że nie czytał „Pieśni Lodu i Ognia” i że potrafi poskromić w sobie tego demona fana prozy George'a R. R. Martina, który burzy się zawsze, gdy serial wprowadza istotne zmiany. Dlatego swoje (nie)recenzje Gryzipiór będzie dzielił na dwie części. W pierwszej będzie pisał o samym serialu, w drugiej – o serialu i książce. Uwaga: w części drugiej pojawią się spoilery dotyczące niezekranizowanej jeszcze fabuły „Pieśni Lodu i Ognia”.

A teraz sza!, bo przed nami ciemny las jak z opowieści Grimmów, a w nim nastoletnia Cersei z nieco wystraszoną towarzyszką. Pierwsza scena – i pierwsza istotna zmiana. Do tej pory twórcy serialu starannie unikali powrotów do przeszłości, teraz jednak pokazali wspomnienie, w którym przyszła królowa żąda, by czarownica przepowiedziała jej przyszłość. To początek rodem z greckiej tragedii, której bohaterowie jednocześnie uciekają przed przeznaczeniem i nieświadomie się do niego zbliżają. Trudno wyobrazić sobie lepsze otwarcie piątego sezonu. Gryzipiór był bardzo zadowolony...

… a potem jakby oklapł. „Gra o tron”, zdaje się, cierpi na coś w rodzaju Syndromu Pierwszego Odcinka. Syndrom bierze się stąd, że po roku nieobecności trzeba w niecałą godzinę przypomnieć widzom bohaterów i jeszcze zawiązać nowe wątki. Problem w tym, że w wypadku tak dużej obsady skutkuje to zazwyczaj odcinkiem poszatkowanym na wiele krótkich scen; odcinkiem, któremu zwyczajnie brak werwy. Szczęśliwie w „Wojnach, które nadejdą” sceny układają się dość zgrabnie, zgodnie z zasadą, że jeśli w poprzedniej wywołano imię jakiejś postaci, pojawi się ona w następnej. Mimo to trudno pozbyć się wrażenia, że skaczemy od bohatera do bohatera – jak goście na przyjęciu pełnym dawno niewidzianych krewnych, w nieskończoność przeciągający banalne rozmowy (jak Loras z Olyverem) i marzący o smoku, który przybędzie ich uratować...

... a ponieważ jesteśmy w świecie „Gry o tron”, nie powinno nas dziwić, kiedy smok w końcu przyleci. Mimo żółwiego tempa, w „Wojnach, które nadejdą” zdarzają się mocne momenty i ciekawe pomysły realizatorskie. Jedno i drugie ma scena, w której dowiadujemy się o Synach Harpii spiskujących przeciwko Daenerys. Jest tu efektowne przejście od hucznego triumfu (obalenie posągu harpii) do cichej klęski (poderżnięcie gardła Nieskalanemu, który chyba celowo przypomina Szarego Robaka). Oj, nie będzie miała Dany w tym sezonie lekko. Nic dziwnego, że jej myśli stale krążą wokół smoków – nawet we śnie. Wkrótce zresztą schodzi do jaskini, a uwięzieni w niej (w jaskini? czy w Dany?) Rhaegal i Viserion witają się z nią nader gorąco i wylewnie. Widz sam musi rozstrzygnąć, czy to zdarzenie z jawy czy ze snu (w poprzedniej scenie widzimy przecież Dany w łóżku, a zejście do podziemi to motyw znaczący w psychoanalizie). Tak czy inaczej, wątek w Meereen zapowiada się obiecująco – o ile Weiss i Benioff nie stłumią tego wewnętrznego konfliktu Daenerys, w której pragnienie bycia sprawiedliwą i kochaną królową walczy o lepsze z temperamentem Matki Smoków.

fot. Helen Sloan / HBO
Niestety, inne wątki nie doczekały się takiego wejścia smoka, na jakie zasługiwały. Najbardziej ucierpiała chyba historia wróbli – biedaków, którzy stracili dorobek życia w Wojnie Pięciu Królów i teraz masowo ściągają do Królewskiej Przystani. Czym się kierują? Dlaczego są tacy ważni? W pierwszym odcinku nie znajdziemy niestety odpowiedzi na te pytania. Znajdziemy za to Lancela (pamiętacie jeszcze, kim jest Lancel?) w stroju wróbla-pokutnika, który postanowił zostać fanatykiem Siedmiu. To wątek osobisty, w porządku, ale gdzie kontekst? Gryzipiórowi zabrakło tu jakiegoś szerszego tła; może kilku ujęć zniszczonych wiosek, które pokazałyby, że wróble nie wzięli się znikąd, że przyszli z samego serca wojny toczonej przez lordów, którzy mają poddanych za nic. I jeszcze że są czymś więcej niż wytrychem, który nadaje bieg wydarzeniom w Królewskiej Przystani.

* * *

(Tu zaczyna się ta część, w której Gryzipiór porównuje serial z książką.) Gryzipiór musi przyznać, że trochę boi się tej nagłej niezależności scenarzystów. Chyba nie wierzy, że zwolnieni z obowiązku wierności oryginałowi będą potrafili opowiadać tak dobrze, jak robi to George R. R. Martin. Co więcej, „Uczta dla wron” i „Taniec ze smokami” to dość niewdzięczny materiał do adaptacji: nie tak emocjonujący jak „Gra o tron” i z pewnością nie tak efektowny jak „Nawałnica mieczy”. To raczej drobiazgowy portret władzy i władców (Jona, Dany, Cersei), który aż prosi się o kameralne sceny i koncentrację na postaciach – a przede wszystkim o subtelne podejście. Problem w tym, że subtelność najwyraźniej nie jest mocną stroną Weissa i Benioffa. Już w pierwszym odcinku Melisandre wypytuje Jona, czy spał kiedyś z kobietą, a Varys wykłada karty na stół, zdradzając swoje plany i motywy. Dlaczego pozbawiać te postaci tak kluczowej dla nich aury tajemnicy? Gryzipiór nie rozumie.

fot. Helen Sloan / HBO
Dziwne, ale Gryzipiór popiera Zmianę, którą wprowadza pierwszy odcinek. Mowa oczywiście o śmierci Mance'a Raydera, którego obecność nieznośnie skomplikowałaby już i tak skomplikowany wątek w Winterfell. Gryzipiór musi wyznać, że nigdy nie polubił serialowego Króla Za Murem. Raz, że jest postacią zupełnie inną – prostszą – niż w książce, a dwa, że Ciarán Hinds chyba nie całkiem odnalazł się w tej roli (choć to aktor znakomity, co udowodnił choćby w „Rzymie”). Gryzipiór jest natomiast zaniepokojony nieobecnością Illyria w Pentos. Wygląda na to, że straciliśmy wątek Gryfa i Młodego Gryfa wraz z małą konspiracją rodu Blackfyre'ów Targaryenów. Co tam, przynajmniej nikt się nie pogubi. Wiecie, Gryzipiór ma wrażenie, że Weiss i Benioff zrobili sobie z tej mitycznej Konieczności Uproszczenia Fabuły takiego bożka, którego cudowna moc uświęca wszystkie chwile, w których idą na łatwiznę.

Pozostaje jeszcze sprawa przepowiedni, z której wycięto dwa ważne fragmenty: pierwszy o „młodszym bracie”, który ma sprowadzić na Cersei zgubę, i drugi, w którym Melara chce wiedzieć, czy wyjdzie za Jaimego. Tym akurat Gryzipiór nie martwi się ani trochę. Scena u wiedźmy wygląda na przerwaną, jest więc bardzo prawdopodobne, że wróci – może w ostatnim odcinku, żeby spiąć klamrą piąty sezon? A jeśli przyjaciółka Cersei słowem nie wspomni o przyszłym Królobójcy, tym lepiej. Sugestia, że kilkunastoletnia dziewczynka mogła zamordować rywalkę, zawsze wydawała się Gryzipiórowi trochę okropna.

A jak Wam się podobał pierwszy odcinek?


  • Reżyseria: Michael Slovis
  • Scenariusz: David Benioff & D. B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 12 kwietnia 2015


  1. Ja tylko chciałam powiedzieć, że "GoT" nie oglądam ani fanką książek nie jestem, ale bardzo mi się tekst podobał, będę czytała ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło! A co do tego, że nie oglądasz i fanką nie jesteś – wyzwanie przyjęte. ;)

      Usuń
    2. Super :D (to znaczy wiesz, u mnie z "GoT" jest tak, że czytałam - dwa tomy, potem resztę wyrywkowo, ale wiem, co i jak, po prostu mnie podejście GRRM denerwuje, mam wrażenie, że on tak strasznie nie chce, żeby fani przejrzeli jego intrygę, że mota się i jak tylko na forum jakimś wypatrzy, że ktoś wpadł na rozwiązanie, to poświęca je razem z logiką i pisze co innego - i w ten sposób owszem, tworzy coś interesującego, bo "GoT" działa trochę jak historia, linie narracyjne nie są proste, ważni bohaterowie giną z niczego nic i tak dalej, ale ja nic nie poradzę, że mnie takie podejście denerwuje; i to "nie powiem nikomu, jak się kończy, ha!" też). Także czekam z niecierpliwością :)!

      Usuń
    3. Fakt, że w pierwszym tomie Martin był mniej ostrożny i poupychał w nim dość oczywiste wskazówki dotyczące największych tajemnic "Pieśni Lodu i Ognia" (na przykład tego, kim są rodzice Jona). Potem nie był już tak wylewny, stąd może wrażenie zamotania. Ale żeby poświęcał logikę na korzyść ciągłego zaskakiwania czytelników? Nie wydaje mi się. Nawet te pozornie nieoczekiwane śmierci bohaterów z czegoś przecież wynikają: z przesadnie honorowego postępowania albo niewłaściwego doboru sojuszników. Myślę, że wrażenie chaosu wynika z dwóch rzeczy: (1) rzeczywiście nadmiernej liczby bohaterów i (2) objętości całej sagi, która powoduje, że jeśli coś pojawia się dopiero w 4. czy 5. tomie (Dorne, Młody Gryf), to wydaje się, że znalazło się w niej przypadkiem i tylko po to, by namotać jeszcze bardziej.

      Zresztą co tam fabuła. Ja uwielbiam Martina za nieoczywiste, pogłębione psychologicznie postaci (także kobiece), brak złudzeń co do ludzkiej natury, świetne wykorzystanie symboli (zima, lato, rok fałszywej wiosny) i tę szczególną, Tolkienowską z ducha melancholię (wszystko, co najlepsze, już się zdarzyło; jesteśmy ledwie cieniami naszych przodków; wokół nas ruiny i śnieg).

      Usuń
    4. Trochę mnie to przekonuje, a trochę nie. Weszłabym w polemikę, ale się boję, że wtedy nie będzie osobnego wpisu zachęcająco-przekonującego nie zachęconych i nie przekonanych! Także powiem tylko, że liczba bohaterów nie jest według mnie problemem - Martin całkiem sprawnie się między nimi przełącza (wyłączam ostatnie tomy z tym pisaniem tego samego z różnych perspektyw, to mnie zdenerwowało, bo miałam wrażenie, że nie przynosi tyle, ile chyba według autorskich intencji miało, a stwarza takie nieprzyjemne - przynajmniej dla mnie - wrażenie rozmiłowania się za bardzo we własnym uniwersum). Uwaga o melancholii - w punkt :).

      Usuń
    5. Właśnie mnie chodzi o te ostatnie tomy, w których wielu bohaterów drugoplanowych niezasłużenie awansowało na pierwszy plan (choćby Brienne, którą bardzo lubię, ale jej historia naprawdę nie wymagała aż tylu rozdziałów). Na szczęście to problem przejściowy, bo znając Martina, większość tych postaci nie dożyje epilogu następnego tomu. ;)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.