Miej gorącą głowę, ale pisz na chłodno, czyli czego Gryzipiór oczekuje od autorów fantasy


Piękna, mądra i tajemnicza. Żyje we własnym świecie, miewa zwariowane pomysły, ale potrafi też trafnie skomentować rzeczywistość. Nigdy się z nią nie nudzisz. Raczej opasła, choć dostatecznie lekka, by nosić ją w plecaku. Oto ona: idealna powieść fantasy. Tak naprawdę liczy się jednak jej wnętrze – i to o wnętrzu Gryzipiór będzie dziś pisał. Będzie katalogował swoje obsesje i fascynacje, oczekiwania i pobożne (albo i nie) życzenia. Wszystko po to, by odpowiedzieć na pytanie: Czego właściwie oczekuje od fantasy?

Przede wszystkim oczekuje od fantasy, że będzie dobrą literaturą. Oczywiste? Wcale nie! Ileż to razy Gryzipiór, użaliwszy się na schematyczną fabułę czy płaskich bohaterów, słyszał od znajomych następujące słowa pocieszenia: „A czego się spodziewać po fantasy?” albo „Weź wreszcie poczytaj ambitną literaturę!”. Otóż, moi mili, fantasy może być – i bywa – literaturą ambitną. J. R. R. Tolkien, C.S. Lewis, Ursula K. Le Guin czy William Goldman z wysoce autotematyczną „Narzeczoną księcia” – nie trzeba długo szukać, by się o tym przekonać. Dlatego Gryzipiór przykłada do fantasy tę samą miarę, którą mierzy każdą inną literaturę. Oczekuje więc precyzyjnej konstrukcji, wiarygodnych bohaterów, naturalnie brzmiących dialogów, no i Pomysłu – czegoś, co odróżnia tę właśnie powieść od tysięcy innych.

Na tym jednak nie koniec. Nie wystarczy, by nasza idealna powieść była dobrą literaturą, powinna być też... dobrą fantasy. Wbrew pozorom jedno nie zawsze pociąga za sobą drugie. Na początku kwietnia Gryzipiór pisał o K. J. Parker, którego (której? – nie znamy płci autora ukrywającego się pod tym pseudonimem) „Składany nóż” to znakomita powieść, ale kiepska fantasy. Literaturze fantastycznej stawia więc Gryzipiór dodatkowe wymagania związane z konwencją gatunkową. Powiedzmy, że wymagania są cztery (jak czterech jeźdźców z Apokalipsy).

#1
Ma mieć spójny i bogaty świat wewnętrzny.

Arda, Amber, Westeros, Świat Dysku – nie ma fantasy bez własnego świata. Oczywiście ktoś może wzruszyć ramionami i zauważyć, że w ogóle nie ma literatury bez własnego świata. Taki na przykład Henry James mógł dwoić się i troić, by stworzyć w „Opowiadaniach nowojorskich” możliwie adekwatny opis miasta swego dzieciństwa, ale jego Nowy Jork zawsze pozostanie tylko (aż?) kreacją literacką, w dodatku przepuszczoną przez filtr pamięci. To, co różni światy fantasy od innych światów literatury, to brak empirycznego odpowiednika. Nieważne, jak daleko pożeglujesz, i tak nigdy nie dotrzesz do Śródziemia (tak mówią – Gryzipiór kiedyś sprawdzi). Fantasy to nic innego jak spekulacja na temat wyobrażonych światów, które znacząco różnią się od naszego – choćby obecnością magii.

Dlaczego Gryzipiór o tym pisze? Ano dlatego, że z fikcją spekulatywną jest pewien problem: jako autor nie możesz wymyślić niczego, czego wcześniej nie wiedziałeś. Dlatego światy fantasy to najczęściej iście postmodernistyczne kolaże historycznych i legendarnych krain: trochę średniowiecznej Europy, trochę nordyckiej mitologii, trochę starożytnego Rzymu, trochę wschodniej egzotyki. Gryzipiór zaś oczekuje niemożliwego – to znaczy, żeby ten kolaż był oryginalny i jednocześnie dobrze znany. Oryginalny, bo ileż można czytać o bladolicych elfach i rubasznych krasnoludach. Dobrze znany, bo fajnie jest obserwować, jak autor zbiera elementy realnie istniejących kultur i buduje z nich coś własnego.

Warunek: to „coś” musi być choć trochę znajome. Gryzipiór wciąż wyrzuca sobie, że nie dokończył „Ogrodów księżyca” – a nie dokończył dlatego, że nie sforsował bariery obcości, którą postawił przed nim ten tekst. W świecie Stevena Eriksona nie ma niczego bliskiego – niczego, o co mógłby się „zahaczyć” dopiero co przybyły czytelnik. Inaczej jest u Martina, który tradycyjnie prowadzi nas do średniowiecznej pseudo-Anglii po to, by odczarować ją na naszych oczach; inaczej też u Rogera Zelaznego, u którego bohater wygodnie traci pamięć już na początku powieści i musi poznać Amber od nowa wraz z czytelnikiem.

Gryzipiór źle też znosi fantasy, w której świat pełni funkcję służebną wobec fabuły, a opisy można policzyć na palcach jednej ręki. Lubi, kiedy kolejna Nibylandia, do której zawędruje, okazuje się mieć określony ustrój polityczny, wiarygodną gospodarkę oraz w miarę niezmienną geografię. Dlatego nie po drodze mu z Tanith Lee, Michaelem Moorcockiem czy „Siewcą wojny” Brandona Sandersona. Gryzipiór chce otworzyć książkę i się zgubić!

Oczywiście tworzenie światów metodą kolażu niesie ze sobą groźbę niespójności czy wręcz braku prawdopodobieństwa. Gryzipiór wielką miłością darzy cykl o Harrym Potterze, ale nie raz i nie dwa zastanawiał się, jak ten świat przetrwał. Enklawa dziewiętnastowiecznych obyczajów w samym środku cywilizacji XXI wieku? Zarządzana centralnie z gigantycznego Ministerstwa Magii, w którym pracuje chyba połowa angielskich czarodziejów? To zresztą problem wszystkich światów, w których magia współistnieje z technologią: jak je połączyć tak, żeby grało? Nieprzypadkowo większość autorów fantasy ucieka w pseudo-średniowieczną przeszłość. A skoro już przy magii jesteśmy...

#2
Ma być magiczna.

„Jeśli twoja powieść fantasy może się obyć bez magii, to znaczy, że nie jest powieścią fantasy” – takie mądre zdanie wyczytał kiedyś Gryzipiór w Internecie. Mimo to musi się do czegoś przyznać: jest fanem fantasy, ale nie jest fanem magii. Zbyt wiele czytał książek i zbyt wiele widział filmów, których twórcy używali magii nierozsądnie – jako efektownych sztuczek albo wytrychu otwierającego drzwi w ślepym zaułku fabuły. Tymczasem magia w fantasy, ta prawdziwa magia, jest osią konstrukcji świata – i tego właśnie Gryzipiór od niej oczekuje.

Nie widowiskowych eksplozji. Nie beztroskich zwrotów akcji, z którymi potem nie wiadomo, co zrobić (jak ten Zmieniacz Czasu, co to pozwolił Hermionie być na kilku lekcjach jednocześnie, ale nie pozwolił cofnąć śmierci pewnej postaci). Gryzipiór oczekuje, że magia będzie istniała w świecie fantasy jakby mimochodem, naturalnie, bez konieczności składania obszernych wyjaśnień (jak u Le Guin, Lewisa czy Patricii McKillip). Osobne miejsce zajmują w jego sercu te opowieści, w których magia była dawniej potężną siłą, ale potem z jakichś powodów osłabła czy wręcz zniknęła.

Uwaga: naturalność i nieuchwytność magii nie oznacza, że można ją bezkarnie mylić z cudownością. Magia to nie cud; to siła, której istnienia da się w świecie fantasy empirycznie dowieść. Dlatego musi poddać się regułom ustalonym przez autora – obecnym, choć niekoniecznie widocznym (Tolkien), czasem zaś skatalogowanym z naukową precyzją (Sanderson). Gryzipiór nie odkryje Valinoru Ameryki, jeśli zauważy, że współcześnie przeważa to drugie podejście, połączone z rozpaczliwym szukaniem oryginalności. Magia kolorów, magia burz, magia jako rzemiosło bądź nauka – to tropy z ostatnich jego lektur. Oczywiście istnieje też tendencja odwrotna: niektórzy autorzy, jak wspomniany (wspomniana?) K. J. Parker, odrzucają magię jako zbędny „element ponadnaturalny” Wtedy Gryzipiór się burzy. W świecie fantasy nie ma bowiem nic bardziej naturalnego od magii.

#3
Ma być konwencjonalna, ale też trochę szalona.

Każdy nałogowy czytelnik prędzej czy później poznaje ten ból: przeczytał w życiu tak dużo, że potrafi powiedzieć, co będzie dalej, przejrzawszy ledwie pierwszy rozdział powieści. Albo pierwszą scenę. Albo pierwsze zdanie. Niestety Gryzipiór wciąż lubi być zaskakiwany. Dlatego darzy sympatią autorów świadomych tego, jaki gatunek uprawiają i gdzie leżą tego gatunku granice. Ponieważ każde dziecko (postmodernizmu) wie, że granice są po to, żeby je przekraczać. Fantasy, która wychodzi poza ciasne ramy własnej konwencji – to właśnie to, co gryzipióry lubią najbardziej.

Dróg wyjścia jest wiele. Można parodiować (Terry Pratchett), można wprowadzić nieoczywistą perspektywę (Marion Zimmer Bradley w „Mgłach Avalonu”), można łączyć fantasy z innymi gatunkami (Jim Butcher w „Aktach Harry'ego Dresdena”), można podważać wiarygodność narratora, a więc i samej opowieści (Patrick Rothfuss w „Kronikach Królobójcy”). Jednocześnie Gryzipiór chce czytać właśnie fantasy – nie kryminał, nie thriller polityczny, nie powieść historyczną. Oczekuje, że pewne wymogi konwencji zostaną spełnione. Jeśli czyta urban fantasy, to musi być miasto i wdzierający się do niego element obcy, który powoduje zamęt w życiu i poglądach bohatera. Jeśli czyta fantasy epicką, to musi być rozbudowany świat wtórny z własną mitologią oraz zagrażający temu światu konflikt.

Te fabrycznie wyprodukowane elementy układanki można jednak łączyć na wiele sposobów – zależnie od tego, jaki efekt chcemy uzyskać. I tak w epickiej fantasy ogólnoświatowy konflikt nie musi oznaczać walki obiektywnego Dobra z równie obiektywnym Złem; bohaterowie mogą być moralnie niejednoznaczni, okrutna historia może zastąpić mit [1]. Na wymagający heroizmu quest można zaś wysłać antybohatera – jak zrobił to Stephen R. Donaldson w „Kronikach Thomasa Covenanta”. Wszystkie chwyty dozwolone, dopóki traktujemy konwencję fantasy jako wyzwanie, a nie jako listę obowiązkowych schematów, które należy zastosować, by powieść dobrze się sprzedała.

Czasem, paradoksalnie, aktualizuje się gatunek poprzez powrót do korzeni. George R. R. Martin odrzucił metafizykę Tolkiena na rzecz bezlitosnych mechanizmów historii, ale zwrócił epickiej fantasy tę przejmującą melancholię „Władcy Pierścieni” (wszystko, co najlepsze, już się wydarzyło; jesteśmy ledwie cieniami naszych przodków; wokół nas ruiny i śnieg). Gryzipiór pochwala.

#4
Ma być inteligentna i wierzyć w inteligencję czytelnika.

Gryzipiór napisał, że chce czytać fantasy – nie kryminał i nie powieść historyczną. Gryzipiór uwielbia bowiem fantasy jako literaturę, która mówi do niego językiem symboli. Oczywiście każda literatura robi to w mniejszym lub większym stopniu. Jednak to właśnie fantasy, której domeną jest czysta wyobraźnia, ma tu największe pole do popisu. Mordor jako kraina przerażającej, lecz nieuniknionej industrializacji; zima i fałszywa wiosna, lód i ogień jako metafory ludzkich losów u Martina; Londyn Pod jako przestrzenny i etyczny komentarz do Londynu Nad w „Nigdziebądź” Neila Gaimana... Przykłady można mnożyć. Oczywiście urok tych i podobnych metafor polega na tym, że każdy interpretuje je we własny sposób. Gryzipiór uważa, że tak być powinno. I bardzo się gniewa, gdy...

… autorzy mają czytelnika za idiotę. Naprawdę! Gryzipiór czyta teraz „Elryka z Melniboné” Moorcocka i wzdycha, ilekroć narrator informuje, jak się czuje jego bohater i dlaczego. Jakby nie dało się tego przekazać subtelniej, poprzez nastrojowe opisy czy właśnie wprowadzenie symbolu. Ale uwaga: symbole też bywają zbyt – jak to ująć? – dosadne. To przypadek „Czarnoksiężnika z Archipelagu”, którego Gryzipiór nigdy nie polubił dlatego właśnie, że wszystko jest w nim czytelne. Cień jako ciemna strona osobowości, która wciąż nas prześladuje, mimo że się jej wyparliśmy; połączenie z Cieniem jako metaforyczne wejście w dorosłość – streszczenie przygód Geda serio brzmi jak akapit z podręcznika do psychoanalizy. Gryzipiór zaś oczekuje od autorów fantasy subtelności otwierającej pole do interpretacji. Oczekuje niuansów i niejednoznaczności, które będą go prześladować przez najbliższe tygodnie po ukończeniu lektury. Ponieważ najlepsza książka nigdy się nie kończy.

The best fantasy is written in the language of dreams. It is alive as dreams are alive, more real than real … for a moment at least … that long magic moment before we wake. – George R. R. Martin, „On Fantasy”.

Nie, Gryzipiór wcale nie wymaga, by każda powieść poraziła go jak niegdyś „Przemiana” Franza Kafki. Na co dzień wystarczy, jeśli obudzi w nim ciekawość, skłoni go do przemyśleń, zasmuci albo rozbawi. A czego Wy oczekujecie od fantasy?

[1] Jak zauważył Grzegorz Trębicki w niedawno wydanej książce pt. „Synkretyzm fantasy”. Niedługo Gryzipiór napisze o niej więcej.

Idealną książkę fantasy na grafice u góry wyczarował li.pan39. Źródło.
  1. Zawsze jak czytam któryś z Twoich problemowych wpisów, to sobie robię na boku notatki, żeby o niczym nie zapomnieć ;). Ale do rzeczy: jak najbardziej się zgadzam, że nie ma co rozważać, czy fantasy to jest literatura pełno-, półpełno- czy ćwierćpełnoprawna. Przykładnie różnej miary do literatury, jakby to nazwać, "gatunkowej"? jest moim zdaniem anachronizmem i wynika z upartego dzielenia kultur na "niższe", "wyższe" i inne.

    Natomiast czasami się jednak nie zgadzam z tym, co piszesz ;). Na przykład tutaj: "nie ma fantasy bez własnego świata". Wydaje mi się, że jednak jest. Raz, że jak sama piszesz, wiele powieści i tak używa naszego świata jako ramy odniesień (wiadomo, jak się walczy na miecze, jak zachowuje się koń i co to jest liripipe, i tak dalej), a dwa, że istnieją fantasy wykorzystujące nasz świat jako swój i na nim nadbudowane dosłownie: urban fantasy na przykład.

    "Gryzipiór źle też znosi fantasy, w której świat pełni funkcję służebną wobec fabuły" - o tak, tu się rozumiemy :). Nie lubię też, kiedy jest to wersja zmodyfikowana na zasadzie: "taki miałem świetny pomysł na świat, ale tylko pomysł, nic więcej tam nie ma, ale za to pościgi, walki i romanse, że hej!" Trochę jakby się bohaterowie dziali na tle gobelinu ;).

    "Gryzipiór oczekuje, że magia będzie istniała w świecie fantasy jakby mimochodem, naturalnie, bez konieczności składania obszernych wyjaśnień " - no tak, ale wtedy istnieje zagrożenie, że ona się zwyczajnie nie będzie kleić. U McKillip się nie klei. Natomiast u Pratchetta (który notabene nie tylko parodiował ;)), gdzie te wyjaśnienia są, ale właśnie mimochodem: klei się. Także chyba wszystko jest kwestią proporcji.

    Przy czym wydaje mi się, że nawet jeśli fantasy skręca w kierunku innego gatunku: tego kryminału czy powieści historycznej, to nie ma w tym nic złego, niech rozpycha szuflady, ile się da. To się wszystko (nie?) mieści w konwencji i myślę, że to akurat dobrze.

    I jeszcze jedna kwestia tylko, bo jakiś monstrualny ten komentarz mi tu wychodzi (przepraszam!), to znaczy ten "Czarnoksiężnik...". Mam wrażenie, że on się nam teraz może wydawać oczywisty: ale to dlatego, że LeGuin wprowadziła i rozwinęła pewne tropy (też antropologiczne, a nie tylko psychoanalityczne), które potem sobie zaczęły żyć własnym życiem. Tak sądzę, w każdym razie :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam Twoje monstrualne komentarze, więc nie przepraszaj! Poza tym mogę potem pisać jeszcze bardziej monstrualne odpowiedzi. ;) No, to po kolei:

      Prawda, że autorzy fantasy używają naszego świata jako ramy odniesień (inaczej byśmy się z nimi nie zrozumieli). Ale to tylko rama. Wewnątrz znajduje się obraz, który jest wprawdzie kolażem mitów, legend i wyobrażeń o dawnych cywilizacjach, ale tworzy mimo to spójny świat. Świat, który nie istnieje poza stronami książki - "własny świat", jak to dość nieostro ujęłam. Oczywiście jego istnienie / nieistnienie jest kwestią umowy między autorem a czytelnikiem, której pierwszy paragraf brzmi: "Zmyślony świat, który przedstawia powieść, obie strony zobowiązują się traktować podczas lektury tak, jakby istniał naprawdę, tj. niezależnie od "naszego" świata".

      Jeśli zaś chodzi o urban fantasy, albo niektóre utwory Gaimana, to czasem się zastanawiam, czy to nie jest jednak osobny gatunek. Jakaś odmiana fantastyki, ale nie fantasy. Coś, co nie tworzy światów wtórnych, ale właśnie buduje sensy dzięki łączeniu naszego świata ze światem - z braku lepszego określenia - nadprzyrodzonym. Co Ty na to?

      Teraz w sprawie magii. Prawda, że to kwestia proporcji - nie chcemy przecież, by magia zmieniła się nam w przygodną cudowność rodem z baśni. Dla mnie ideałem jest (znowu!) cykl Martina, gdzie czuć obecność jakiejś nieznanej, acz niezwykle ważnej dla świata magii (która wzniosła Mur i zawiaduje żywiołami/porami roku), jednak bohaterowie nie mają do niej bezpośredniego dostępu. Ale Pratchett też mnie przekonuje. McKillip... też, bo u niej po prostu wszystko jest zagadką: i tożsamość bohaterów, i działanie świata. To trzeba czytać jak mit, wtedy jakoś się klei. Nie przekonuje mnie natomiast pretensjonalna, quasi-naukowa magia u Sandersona. Magia, w której nie ma magii; magia-technologia.

      Ja wręcz uwielbiam, kiedy fantasy skręca w kierunku innego gatunku, szczególnie powieści historycznej. Czasem jednak skręca tak bardzo, że... traci rzeczoną fantasy z oczu. Nagle okazuje się, że czytam romans, który tym tylko różni się od "zwykłej" niefantastycznej literatury, że rozgrywa się w magiczno-średniowiecznych dekoracjach. Wtedy się burzę.

      Jeśli zaś o "Czarnoksiężnika z Archipelagu" chodzi, to masz 100% racji... jako obiektywny historyk literatury fantastycznej. ;) Natomiast jako subiektywny czytelnik, który w dodatku poznał trochę pomysły Junga, Gryzipiór odebrał pierwszy tom Ziemiomorza jako powieść pisaną pod tezę. Zgrabną wprawdzie, ale jednak tezę. Co oczywiście nie ujmuje jej wartości - napisane to jest wspaniale.

      Usuń
    2. A to dobrze, nie będę się krępowała ;).

      W większości kwestii się w takim razie zgadzamy, dziękuję za wyjaśnienia :). To jest ciekawy trop z tym urban fantasy, tylko że ja mam tu problem taki, że o ile idea mi się podoba, o tyle nie wiem, czy trzeba tworzyć nową odmianę -- przynajmniej nazewniczo. Bo jeśli w ogóle przyjmiemy, że fantasy jako takie jest po prostu pewną strategią opisu rzeczywistości (tak jak piszesz: z magią i całym dobrodziejstwem inwentarza), to urban fantasy się i na to łapie. Natomiast tu jest taki problem, że przecież łapie się jak najbardziej też na ten świat fantastyczny, który wypełniają mity, dziejące się, było nie było, w "naszym" świecie, gdzie się ostała nadprzyrodzoność. To tak ładnie w listach ujął Tolkien :).

      I to ta magia Tolkiena jest chyba najmniej nachalna. Przecież nawet Istari nie są tak naprawdę czarodziejami. No i myśl, żeby McKillip traktować jako mit do mnie trafia, tylko że znowu: to jest napisane dość średnio, bo ci bohaterowie tak, za przeproszeniem, łażą bez celu... Mnie to denerwuje, nic na to nie poradzę, te powieści o Mistrzu Zagadek są po prostu źle skomponowane, takie mam wrażenie.

      Usuń
    3. Nie krępuj. :)

      Coś mi nie gra w tej koncepcji fantasy jako strategii opisu rzeczywistości. Szczególnie słowo "rzeczywistość" (bo przecież te światy wtórne), no i "strategia opisu" kojarzy się z czymś działającym na poziomie języka lub kompozycji, które są w fantasy bardzo różnorodne.

      Grzegorz Trębicki - ten, do którego się odwołuję w przypisie - używa terminu "fantasy świata wtórnego" w opozycji do tej odmiany fantasy, która używa "naszego" świata (urban fantasy i pokrewne). Wygląda to na dobry pomysł (znaczy w badaniach literackich; marketingowo jest do niczego).

      Tak, Tolkien "zrobił" magię bardzo dobrą: subtelną, odpowiednio tajemniczą i świetnie wpisaną w mitologię świata. Nie wierzę, że o nim nie wspomniałam, dzięki za uzupełnienie. :)

      Też nie przepadam za "Mistrzem Zagadek z Hed". Plan McKillip polegał chyba na tym, żeby i czytelnika wrobić w rozwiązywanie zagadek (konkretnie Wielkiej Zagadki dotyczącej prawdziwej tożsamości i przeznaczenia bohaterów). Dlatego wyjaśnienie fabuły otrzymujemy na samym końcu, jak w zagadce. I moim zdaniem był to plan znakomity, tyle że nie na trzy tomy. Gdzieś w połowie drugiego ten chaos i pozorna bezcelowość stają się nieznośne.

      Usuń
    4. Z jednej strony jakoś ta koncepcja "światów wtórnych" mnie urzeka, z drugiej mam z nią mały problem (wtórny leży jakoś za blisko pasożytniczego), stąd zrobiłam tę wyprawę na poletko strategii :). Chodziło mi raczej o to, że fantasy jest takim sposobem opowiadania, w którym nadprzyrodzone jest elementem naturalnym i nie trzeba w nie wierzyć, po prostu się wie, że ono jest. Jestem swoją drogą ciekawa tej książki Trębickiego, bo nie do końca chwytam tę metodę, także czekam na wrażenia z lektury!

      Usuń
    5. A, bo to są światy pasożytnicze. Niby osobne, ale naprawdę zbudowane z elementów jednego, "naszego" świata. Okej, teraz rozumiem i się zgadzam. Wrażenia z lektury na pewno opiszę, pewnie przy okazji następnego wpisu problemowego (taka mała reklama, a co!).

      Usuń
  2. O, nareszcie skomentuję jakiś wpis, zanim uznam, że już za późno.:D

    Sama kiedyś popełniłam notkę w trzech częściach o tym, co dobre fantasy powinno mieć. Moja lista nieco się różniła od Twojej (bo mi na przykład to, że powieść jest niemagiczna, tudzież magia jest mocno marginalizowana kompletnie mi nie przeszkadza), ale i pod tą mogę się podpisać. No bo tak:

    - świat przedstawiony to podstawa. Niestety, w polskiej fantastyce ze świeca szukać uniwersum z krwi i kości, po którym widać, ze istniało wcześniej i będzie istnieć po zakończeniu akcji powieści. Z drugiej strony istnieją światy tak pięknie skonstruowane, że fabuła kompletnie przestaje się liczyć i czytam tylko po to, żeby autor mógł mi pokazać jeszcze większy kawałek (takim światem jest dla mnie uniwersum powieści Naomi Novik, ale to akurat nominalnie nie jest fantasy).

    - w punkcie drugim trochę się nie zgadzamy, jak już wcześniej wspomniałam, a trochę tak, bo z akapitem o rozwiązywaniu niezręczności fabularnych magią wyciągnięta prosto z miejsca, gdzie słońce nie dochodzi, nie można się nie zgodzić. Za to chciałabym zapyta, co sądzisz o światach, w których magia owszem, istnieje, ale jest tylko kolejnym rzemiosłem (i służy na przykład do hodowania lepszych odmian roślin czy produkcji świecących gatunków wina).

    - do punktu trzeciego nie mam nic do dodania, bo mam identycznie.:)

    -a punkt czwarty... no cóż, tutaj już nawet nie mówienia inteligentnym językiem symboli wymagam (choć, oczywiście, jest to bardzo fajne), tylko zwykłego reaserchu. Bo są autorzy, którzy wychodzą z założenia, że nie ważne, jaką głupotę napiszą, czytelnicy i tak to łykną. taka arogancja doprowadza mnie do pasji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ komentuj, kiedy chcesz. :) Na rozmowę o książkach piszę się zawsze!

      - Rzeczywiście, nie pamiętam, żeby zachwyciło mnie jakieś polskie uniwersum fantasy (ale z drugiej strony ja do polskiej fantastyki pochodzę jak pies do jeża, więc może dlatego). Najbliżej był chyba świat Grzędowicza z "Pana Lodowego Ogrodu", no i Brzezińskiej z "Opowieści głębokich jak niebo" zapowiadał się nieźle. Do Naomi Novik muszę zatem koniecznie zajrzeć - brzmi jak coś, co chcę przeczytać. :)

      - Co sądzę o powieściach, w których magia jest tylko rzemiosłem? Cóż... łyknę, o ile magia jest dobrze przedstawiona i pasuje do świata. Naprawdę nie cierpię tylko autorów, którzy przez trzy strony z naukową precyzją opisują działanie magicznego kręgu (takie hard science-fiction w przebraniu). Wszystko wtedy we mnie krzyczy: "Nie po to tu jestem!".

      - Racja. Choć ja akurat bardzo szczegółowego researchu nie wymagam: autor powinien wiedzieć, jak zakłada się siodło albo walczy na miecze, ale już realia jego świata niekoniecznie muszą idealnie oddawać te z konkretnej epoki historycznej. No, i zdarza się, że tego researchu jest z kolei za dużo: czytam powieść fantasy, a tu nagle dowiaduję się, że bohater zawiązał linę na "węzeł francuski"...

      Usuń
    2. * Oczywiście miałam na myśli "Wody głębokie jak niebo". -.-'

      Usuń
    3. Mam nadzieję, że ten komęć będzie dodany prawidłowo.

      Z nowszych polskich uniwersów (też rzadko sięgam, bo poza czytadłami w stylu fabrycznym polscy autorzy niewiele oferują) polecam cykl Roberta Wegnera o Meekhanie. Kawał porządnej roboty, jak dotąd cztery opasłe, ale nie przegadane tomy, interesujący, ciągle rozwijający się świat i świetni bohaterowie.:) No i Annę Kańtoch polecam, ale ona akurat wypada lepiej w sztafażu sci-fi.Co do Novik, ostrzegam, że mogę być nieobiektywna, bo to autorka moich ulubionych smoków.

      Hm, miałam na myśli raczej światy takie, jak ten z cyklu Scotta Lyncha o Niecnych Dżentelmenach (polecam, jeśli się lubi tricksterów). Znaczy niby jakaś magia gdzieś jest, z całymi tymi potężnymi magami, ale na ich usługi stać tylko najbogatszych arystokratów. Za to na co dzień używa się magii (alchemii konkretnie) do zadań takich jak na przykład produkcja świecącego wina czy innych fantazyjnych gadżetów. Ot, taka magia nasza codzienna, tyle w niej niezwykłości, co w krześle.

      Mnie akurat węzły francuskie nie przeszkadzają, bo fantasy zawsze traktuję jako "przekład" z oryginalnego języka (czyli takiego, którym posługują się w akurat opisywanym neverlandzie). W takim ujęciu, jeśli mają tam węzeł taki, jak nasz francuski, to czemu by nie użyć tej nazwy? Inna rzecz, że czasem takie wyrażenie nieumiejętnie użyte psuje klimat. Ale poza tym podzielam Twój stosunek do nadmiernej ilości reaserchu. Jeśli ktoś tak bardzo chce się pochwalić swoją znajomością broni palnej, że tylko w tym celu tworzy marną fabułkę, to jest to trochę przegięcie.

      Usuń
    4. Brzmi obiecująco! Na Annę Kańtoch, przyznam, czaję się od dawna - polecasz może konkretną powieść?

      Zdecydowanie wolę, kiedy magia nie odgrywa w powieści dużej roli, niż kiedy robi się z niej pseudonaukę. Samego Lyncha bardzo lubię, bo ma ciekawych bohaterów, wciągającą historię i zaskakująco jak na debiutanta dobry warsztat. Przy takich atutach magia w zasadzie nie jest mu potrzebna. ;) Serio, to nie jest opowieść ani o magii, ani o magach, ani o ratowaniu świata za pomocą magii i ja to akceptuję (dawniej to się nazywało low fantasy - okropna, okropna nazwa). Niech sobie produkuje świecące wino. Nie wymagam, żeby magia była wzniosła i niepojęta, jak na przykład u Tolkiena. Wystarczy, jeśli jest nienachalną, acz integralną częścią świata, a nie ozdobnikiem czy też nadużywanym wytrychem fabularnym. Ideałem jest dla mnie "Pieśń Lodu i Ognia" Martina, ale i książki Lyncha mi się podobają jako trochę mniej magiczny gatunek fantasy.

      Bardzo przemawia do mnie ta koncepcja przekładu. Ale kiedy już podbiję świat i będę miała wyłączność na wydawanie fantastyki, "węzły francuskie" będę skreślać bez litości - klimat ponad wszystko. ;)

      Usuń
  3. Przywiódł mnie karnawał na "Pierogach Pruskich" i mam nadzieję, że zostanę na dłużej :) Ja oczekuję od fantasy dwóch rzeczy pozornie ze sobą sprzecznych. Po pierwsze, oczekuję że nie będzie kolejnym "Władcą pierścieni" - za dużo jest powieści i monstrualnych sag, które zamiast tworzyć własne światy, rasy, reguły, wpisują się w te Tolkienowskie i uważają, że tak jest fajnie. Dlatego np. nie lubię Pierumowa, który uznał że po co ma się wysilać, Tolkien już wszystko wymyślił, bohaterowie moga nosić zbroje z mithrilu. Co innego, kiedy ktoś wykorzystuje ten sztafaż w celach pastiszu, parodii czy polemiki (Jeskow, Sapkowski, Pratchett).
    I z drugiej strony oczekuję dokładnie przeciwnej rzeczy - żeby książka okazała się "Władcą pierścieni". Powieścią, która wbije mnie w fotel, zachwyci bogactwem świata i wyobraźni, tak jak w wieku lat piętnastu zachwyciłam się trylogią Tolkiena ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam taką nadzieję! Podobnie jak Ty, chcę mieć w fantasy wymieszane w słusznych proporcjach to, co znane, i to, co nowe; chcę czuć, że autor konwencję poznał, przemyślał i postanowił dopisać jej coś własnego. No, i wbijanie w fotel też jest ważne, w końcu fantasy to nic innego jak jedna wielka apoteoza wyobraźni.

      Pierumowa skreśliłam od razu, choć może jest w tym jego ostentacyjnym kopiowaniu coś przewrotnego, takie "Ja wam pokażę, co znaczy literatura wyczerpania!". A może tylko próbuję przydać jego prozie sensu. ;) Bo masz rację, że Tolkien był - i chyba wciąż jest - najbardziej wpływowym pisarzem fantasy i historię tego gatunku można traktować jako dzieje polemiki z "Władcą Pierścieni". Do wymienionych przez Ciebie pisarzy polemizujących dorzuciłabym jeszcze Ursulę Le Guin i Michaela Moorcocka. Sztafaż podobny jak u Tolkiena, ale ideologia zupełnie różna.

      Usuń
  4. Dbry wieczór!

    Nie będę pisał o tym, z czym się zgadzam i co mi się podoba w tym wpisie, bo za dużo tego i pewnie bym powtarzał po którym z przedmówców/przedmówczyń. Poza tym, mój przesadnie rozwinięty grzech główny, który zyskał już oddzielną świadomość i teraz przedstawia się jako "Leńwiatan", stanowczo zabrania mi pisania długich postów.
    Skupię się więc na problemie służebności świata w stosunku do fabuły - nie jestem pewien, czy rozumiem o co chodzi, ale wydaje mi się, że w przypadku T.Lee celem nie było stworzenie dobrej "fantasy", tylko po prostu dobrej opowieści, a ta może się obejść bez wiarygodnego i ogarniętego świata wtórnego. Podejrzewam, że w przypadku tej i wielu innych pisarzy wbicie się w konwencję gatunkową to najmniejsze ze zmartwień. Podejrzewam też, że wielu "kanonizowanych" pisarzy fantasy nawet nie próbowało pretendować do tego miana... ku zgryzocie tych, którzy spodziewając się dobrej, bogatej fantazjany nacięli się na, powiedzmy, retelling baśni.
    Taki jest też casus Lee, która celuje raczej w wyprodukowanie czegoś dobrego warsztatowo (piękny język!) i z fajnym pomysłem, niż w sumienne konstruowanie świata. A poza tym, nierozbudowanie, fragmentaryczne światy też mogą być cennym elementem opowieści.
    Słowo na koniec: na obecną chwilę w stosunku do fantasy mam tylko jedno wymaganie: ma mnie zauroczyć lub zaciekawić. Tak jak każda inna literatura.

    Szanowna Blogmistrzyni, poproszę o recenzję jakiejś książki czy czegoś, co znam - może Beagle, Cook, Lewis? Może "Las ożywionego mitu"? Albo przygody pana Kwadrata z krainy płaszczaków (tego jeszcze nie znam, ale przeczytam, jeśli pojawi się wpis)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jednak widzę tu całkiem długi post. Czyżby Leńwiatan nieopatrznie przysnął podczas jego pisania?
      Ależ ja nie twierdzę, że Tanith Lee nie tworzy dobrej opowieści! Twierdzę, że nie tworzy szczególnie dobrej fantasy ("dobrej" = "takiej, jaką ja uważam za dobrą"). Dla mnie fantasy jest przede wszystkim opowieścią o innym świecie, dlatego nie lubię utworów, w których fabuła i bohaterowie mają bardzo luźny związek ze światem i właściwie nic by nie stracili, gdyby przenieść ich do powieści realistycznej. Lubię za to autorów świadomie bawiących się gatunkiem. Takich, którzy wpisują się w konwencję po to, by za chwilę się z niej wypisać. Dlatego upieram się, że pisarze powinni jednak przejmować się konwencją gatunku, który uprawiają - choćby po to, by się jej z wdziękiem wymknąć.
      Celne to Twoje spostrzeżenie odnośnie do ludzi, którzy spodziewają się Fantazjany. Ja coraz bardziej przekonuję się do pomysłu Grzegorza Trębickiego, żeby oddzielić fantasy świata wtórnego od innych pokrewnych gatunków, na które nie ma jeszcze przyjętej nazwy. Bo to jednak trochę dziwaczne i niesprawiedliwe: zestawiać ze sobą na przykład Martina, Lee i Gaimana. Tych autorów chyba jednak więcej dzieli, niż łączy. Choć oczywiście to, co ich łączy, łączy ich na najbardziej fundamentalnym poziomie.
      Masz rację, że nierozbudowane, fragmentaryczne światy też bywają wartościowe. Taki jest świat "Umierającej Ziemi" Vance'a, który nie ma chyba nawet stałej geografii, mimo to wywiera ogromny wpływ na fabułę i bohaterów. Ale w moim doświadczeniu czytelniczym to raczej wyjątek.

      Melduję, że Cook i Lewis są (nieustająco) w czytaniu i kiedyś się pewnie przeczytają, a Beagle i "Las" cierpliwie czekają na swoją kolej. Kraina płaszczaków brzmi kusząco, ale znając moje uwielbienie dla pozycji horyzontalnej, nie wiem, czy zdołam z tej krainy wrócić.

      Usuń
  5. Tolkien słaby jest. Ssssssłaby, naprawdę. Z dużej chmury mały deszcz. Czarno biali i nudni bohaterowie. Cegła dla dzieci o tysiącu stron. Hobbit to był chudy przynajmniej. Ale gryzipiórska lista interesująca i rekomendacje. Pozdrowić

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozdrowić :) Mnie się wydaje, że z twórczością Tolkiena to jest tak, że niekiedy ciekawsze jest w niej to, czego w niej nie ma, niż to, co w niej jest. Tolkien rzeczywiście nie rozwodzi się nad psychiką bohaterów, ale dzięki temu podejrzliwy czytelnik ma ogromne pole do zabawy (co zresztą fajnie wykorzystują twórcy fanfiction). Inna sprawa, że dziś fantasy pisze się już bardzo inaczej.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.