Baśniologia dla opornych – część 1


Gryzipiór musi wyznać, że był ostatnio nieznośny. Chodził po znajomych i zachęcał, namawiał, zmuszał do obejrzenia nowego „Kopciuszka”. Opór, jaki przy tym napotkał, dziwił go coraz bardziej. Aż pewnego dnia Gryzipiór odkrył coś przerażającego: dorośli nie lubią baśni! Dorośli nie chcą czytać ani oglądać baśni, które – jak wiadomo – wszystkie są głupie, naiwne i kończą się małżeństwem. Gryzipiór nie wie, dlaczego dorośli tak mają (zapyta, kiedy jakiegoś spotka). Postanowił jednak napisać na ten temat tekst. Nie tyle o baśniach, ile o książkach na temat baśni, które sam kiedyś przeczytał i które zmieniły jego pogląd. A nawet – nie boimy się wielkich słów – światopogląd.

Na początek: seans psychoanalizy z Brunonem Bettelheimem, który przeniesie nas z poziomu dosłownego odczytania baśni w krainę ukrytych znaczeń. Następnie, dla oczyszczenia płuc z zaduchu rodzinnego piekiełka, przechadzka z „Dziewczynką w baśniowym lesie” Pierre'a Péju.

Bruno Bettelheim, „Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni”

„Baśnie nie uczą dzieci, że smoki istnieją (…). Baśnie uczą je, że smoki można pokonać” – te słowa G.K. Chestertona podsumowują książkę Brunona Bettelheima lepiej niż jakiekolwiek streszczenie. Zanim pobiegniecie do księgarni, powinniście wiedzieć, że jako psychiatra Bettelheim opiekował się autystycznymi dziećmi. Złośliwi wytknęli mu później, że trochę go poniosło i teorię ułożoną w klinice rozszerzył na „normalne” dzieci (jakby takie istniały). Niemniej to właśnie Bettelheim powiedział głośno, że dzieciństwo nie jest tak beztroskie, jak je malują dorośli. Wręcz przeciwnie. Świat dziecka zamieszkują lęki, samotność, złość i poczucie bezradności. Jak się uporać z tym bałaganem? Czytając baśnie, oczywiście.

[*]
Baśnie bowiem pokazują dziecku drogę do rozwiązania wewnętrznych konfliktów. Drogę dostosowaną do jego możliwości; drogę wyobraźni. Nie jest to bezpieczna ścieżka, gdyż czają się na niej smoki i złe czarownice. Z ich powodu wielu rodziców nie chce puścić dziecka do krainy fantazji, żeby nie narażać go na urazy psychiczne. Baśnie są zbyt okrutne – skarżą się – a mój synek boi się, kiedy wilk pożera Czerwonego Kapturka! I dobrze – odpowiada Bettelheim. Dziecko musi poczuć strach, by przekonać się, że może go pokonać. Musi wejść do chatki z piernika i razem z Małgosią przechytrzyć Babę Jagę, by uwolnić się od lęku (w tym wypadku – przed separacją od rodziców). Szczęśliwe zakończenie udziela mu ważnej lekcji: trudności można i trzeba pokonać, żeby stać się spełnionym człowiekiem. Lekcji, która prawdę mówiąc, przydałaby się niejednemu dorosłemu.

Osoby, które odrzucają baśnie przekazane nam przez tradycję, sądzą, że jeśli w historiach opowiadanych dzieciom mają występować potwory, winny to być potwory przyjazne. Tym samym jednak nie zauważają one potwora, którego dziecko najlepiej zna i którym najbardziej się interesuje, czując go we własnym wnętrzu lub lękając się, że go tam odkryje; potwora, którego czasem przeżywa też jako swego prześladowcę.

No dobrze, ale co cudownego i pożytecznego wynieść może z książki Bettelheima dorosły czytelnik? Po pierwsze, uczucie powrotu do dzieciństwa, którego istotą jest fantazjowanie. Dzieciństwa, z którego – wierzcie lub nie – zapomnieliście więcej niż się Wam wydaje. Przy czym u Bettelheima jest to dzieciństwo specyficzne: rządzone nieświadomym kompleksem Edypa, przechodzące nie bez komplikacji z fazy oralnej w analną... Cóż, jako psychoanalityk Bettelheim siłą rzeczy odwołuje się do efektownej, ale i rozpaczliwie naiwnej teorii Freuda (też, co ciekawe, do wspomnień Tolkiena). Na szczęście nie trzeba być guru psychoanalizy, by zrozumieć, o co tu, u diabła, chodzi. Bettelheim pisze przejrzyście, a jego książka nie teorią, a praktyką stoi. W kolejnych rozdziałach rozkłada baśnie na czynniki pierwsze, szukając ukrytych znaczeń, symboli oraz zależności między tekstem a psychiką dziecka. W efekcie to, z czego dorośli czynią zwykle zarzut (prosta fabuła, podział na dobro i zło, naiwne zakończenie), okazuje się doskonale pasować do sposobu, w jaki dziecko odczuwa świat.

Na tym polega większa wartość opowieści o przechytrzeniu dżina czy olbrzyma od opowieści o przechytrzeniu dorosłego. Jeśli mówi się dziecku, że potrafi przewyższyć kogoś takiego jak rodzice, sprawia to dziecku przyjemność, ale zarazem wywołuje obawę, czy osoba tak naiwna może sprawować nad nim odpowiednią pieczę. Ponieważ jednak olbrzym to postać fantastyczna, dziecko może snuć fantazje, że go przechytrza (...) – nie tracąc zarazem poczucia, że ma zapewnioną opiekę realnych osób dorosłych.

Po drugie, poglądy Bettelheima stały punktem wyjścia arcyciekawych polemik i prac współczesnych badaczy. Nie sposób dziś znaleźć książki o baśniach, w której nie byłoby przypisu do „Cudownych i pożytecznych”. Co drugi artykuł pisany w duchu feminizmu zaczyna się od podważenia tezy Bettelheima, że chłopcy i dziewczynki odbierają baśnie tak samo, a płeć bohatera nie ma znaczenia. Z kolei historycy literatury zwracają uwagę, że dawniej baśnie pisano dla dorosłych i dopiero w XIX wieku powołano do życia „baśnie dla domu i dzieci”, kierując się modą na dzieciństwo oraz folklor i fantastykę. Zasłyszane wśród ludu opowieści cenzurowano, usuwano fragmenty erotyczne lub szczególnie okrutne i dopiero tak uprzyzwoicone zbiory trafiały do druku. Mało prawdopodobne, by odzwierciedlały dziecięcą nieświadomość, jak chce tego Bettelheim.

Po trzecie, „Cudowne pożyteczne” rzucają światło na współczesną popularność retellingu, czyli opowiadania na nowo baśni z kulturowego kanonu (patrz: „Ostatnie życzenie” Sapkowskiego, filmy „Maleficent” i „Tajemnice lasu” albo „Kopciuszek” według Angeli Carter, o którym Gryzipiór pisał tutaj). Po lekturze Bettelheima staje się oczywiste, że złagodzone wersje oraz cukierkowe ekranizacje Disneya nie spełniały żadnego z doniosłych zadań baśni. Obiecywały co najwyżej oczarowanie i prostą kompensację. Nic dziwnego, że próbujemy odnaleźć baśniowe „historie prawdziwe”, mroczne i okrutne, których bohater zmaga się nie tylko ze strasznym smokiem, ale i z samym sobą.

Po czwarte wreszcie, „Cudowne i pożyteczne” to kopalnia argumentów do przytoczenia w dyskusji na temat baśni. Jeśli ktoś mówi Wam, że baśnie ukazują bezsensowne okrucieństwo – zacytujcie Bettelheima. Jeśli ktoś twierdzi, że zaszczepiają dzieciom nierealistyczne oczekiwania – zacytujcie Bettelheima. Jeśli ktoś sądzi, że... Właściwie nieważne, co sądzi – i tak zacytujcie Bettelheima, a najlepiej pożyczcie niesfornemu oponentowi egzemplarz „Cudownych i pożytecznych”.

Pierre Péju, „Dziewczynka w baśniowym lesie”

Poprzedni akapit: to nie żart. Za pomocą książki Bettelheima można wygrać każdą niemal dyskusję o baśniach (niekoniecznie waląc nią oponenta w głowę). Paradoksalnie świadczy to o jej słabości: tak wszechmocna teoria musi budzić sprzeciw. I budzi. Tym na przykład, że traktuje baśnie instrumentalnie, że zmienia je w maszynę socjalizującą, która przeobraża zalęknione, ale spontaniczne dziecko w racjonalnego dorosłego, gotowego żyć zgodnie z patriarchalną i heteroseksualną normą. Przyznajcie: nie tak pamiętacie czytane w dzieciństwie baśnie. Gdzie zachwyt? Gdzie oczarowanie? Cóż, wygląda na to, że w interpretacjach baśni z ducha psychoanalizy „pożyteczne” prawie zawsze wypiera „cudowne”.

[*]
Książka francuskiego filozofa Pierre'a Péju jest właśnie próbą odzyskania tego, co w baśniach cudowne. Tu nie ma jedynych słusznych interpretacji. Jest za to swobodna wędrówka w gąszczu motywów i nawiązań, którą autor dokumentuje w błyskotliwych miniesejach. Jeden z nich poświęca Bettelheimowi, którego metodę nazywa nie kluczem, lecz wytrychem do zrozumienia baśni, pozwalającym obejść te miejsca, które są w nich nieokreślone i wieloznaczne. Charakterystyczne, że o ile niekwestionowanym patronem „Cudownych i pożytecznych” jest Freud, o tyle Péju szuka inspiracji u Gastona Bachelarda, filozofa znanego z teorii wyobraźni.

Jeśli baśnie można nazwać dziecinnymi, to dlatego, że odsłaniają w każdym z nas tę przestrzeń marzenia, której labirynt pokazał Gaston Bachelard. Baśń jest okazją do marzenia, a marzenie to nieustanny przepływ obrazów, które zawsze będą się wymykać pochwyceniu w sieci i ujęciu w stadia. Dać się zauroczyć baśniom to marzyć o dzieciństwie. I nawet dzieci mają potrzebę marzyć o dzieciństwie!

Uciekając od ograniczeń psychoanalizy, Péju trafia do baśniowego lasu, po którym błąka się tytułowa Dziewczynka. To swego rodzaju figura dziecięctwa, której wcieleniami są Złotowłosa i Królewna Śnieżka. Nie chłopiec, od urodzenia poddany patriarchalnym naciskom, i jeszcze nie kobieta w roli żony i matki. Zraniona, wyklęta, wypędzona przez zazdrosną macochę, Dziewczynka chroni się w lesie, z dala od tradycyjnych ról i terroru piękności. Jej siłą jest nieuchwytność, odwaga do przygody i naturalna zażyłość z tym, co nieznane, szczególnie z czarownicami. W lesie jest u siebie, w lesie jest sobą. Kryje się w każdym z nas i to do niej mówią baśnie, kiedy je czytamy czy oglądamy. Sęk w tym, by odnaleźć tę Dziewczynkę w sobie i pozwolić jej na zabawę z elfami.

Nieuchwytny duch Dziewczynki przenika całą tę książkę, co ma jedną przykrą konsekwencję. Mianowicie nie da się jej streścić, chyba że przytaczając interpretacje Péju, zresztą bardzo oryginalne i poparte ogromną erudycją. Dlatego Gryzipiór nie zdradzi nic więcej. No, może tylko tyle, że będzie się mówić o baśniach nie tylko braci Grimm, ale i niemieckich romantyków: Ludwiga Tiecka, Clemensa Brentano i oczywiście E.T.A. Hoffmana. Że autora fascynuje świat przyrody, szczególnie w zbliżeniu ze światem człowieka, które powołuje do życia niepokojące hybrydy: dzieci-zwierzęta, dzieci-rośliny, dzieci-minerały. I że, koniec końców, mała Śnieżka okaże się odważniejsza od Edypa.

Opowiedziałem swój sen, wyznałem, że kocham szumiący las baśni, pogrążony w uśpieniu zamek, ścieżkę biegnącą przez wrzosowisko, którą idzie odwrócona plecami staruszka; a potem ktoś usiłuje mi objawić, co to wszystko znaczy... Słucham tego kogoś, rozumiem go, ale niejasno czuję, ile tracę.

Tak oto kończy się pierwsza część „Baśniologii dla opornych”. W następnych odcinkach: Pullmana baśnie dla dorosłych, Sapkowskiego postmodernistyczne zabawy z konwencją oraz jeszcze jedna książka, której tytułu Gryzipiór na razie nie zdradzi.

Nimfę wodną na ilustracji w nagłówku wyczarowała Helen Jacobs [*].
  1. Po pierwsze - cudny wpis, czekam na kolejne! I jam jest tym dorosłym, co uwielbia baśnie :).

    A po drugie: sama mam problem z tą psychoanalizą u Bettelheima, ale prawdą jest, że można ją jednak jakoś z jego książki wykroić i zostaje wiele fascynujących myśli (a co do Peju - ja lubię tych fenomenologicznych badaczy, ale nie mogę się zawsze po lekturze oprzeć wrażeniu, że tam jest piękna forma i nie tak dużo treści znowu; dokładnie tak samo mam z Bachelardem). Natomiast chciałam zgłosić uwagę do tego zdania o Disneyu - ten baśnie są najbardziej ułagodzone nie tyle w nadawaniu, co w odbiorze (to znaczy intencje autorskie sobie, a odbiór sobie - cała machina marketingowa wokół nich i tak dalej). Przecież tam są straszne momenty (Urszula i te jej mureny? Skaza śpiewający na skale z hienami? koty syjamskie z "Zakochanego kundla"?) i one wchodzą do świadomości - tylko że jak się te baśnie omawia, to się mówi coś w rodzaju "piękna opowieść o synowskiej miłości" i tak dalej. Ale te elementy w filmach jak najbardziej są.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Wciąż nie tracę nadziei, że jest nas więcej. :)

      Wiesz, że jakoś nigdy nie myślałam o Peju jako o fenomenologu? Dla mnie to autor osobny, taki indywidualista, który nie próbuje ani stworzyć, ani trzymać się spójnej metody interpretacji. Nawet nie wiem, czy nazwałabym go "badaczem". Myślę, że akurat w jego wypadku forma stanowi treść (paradoks?). Te jego poetyckie fragmenty, błyskotliwy język i oryginalne skojarzenia tworzą we mnie, jako w czytelniku, pewien obraz osobistej więzi z baśniami, o której opowiada (chyba) ta książka. Nie da się tego opisać, trzeba odczuć.

      Trafne spostrzeżenie w sprawie Disneya (którego zresztą bardzo lubię). To, w jaki sposób się mówi o jego adaptacjach baśni, na pewno rzutuje na ich odbiór. Przynajmniej przez dorosłych, bo w wypadku dzieci nigdy nie można mieć pewności. Tyle że te klisze w rodzaju "piękna opowieść o synowskiej miłości" też nie pojawiły się bez powodu. Disney naprawdę łagodzi baśnie, choć może nie aż tak, jak się przyjęło mówić. Tu wytnie jakiś brutalny a znaczący fragment (obcinanie pięt w "Kopciuszku"), tam zmieni zakończenie na szczęśliwe ("Mała syrenka") i w ogóle wybiera do adaptacji te baśnie, które nie są szczególnie mroczne. Jest też kwestia oprawy wizualnej: te łagodne linie, te nasycone kolory, te postaci o twarzach dzieci. Pamiętam, jakim wstrząsającym i jednocześnie zachwycającym przeżyciem było dla mnie odkrycie w późnej podstawówce filmów Hayao Miyazakiego z "Księżniczką Mononoke" na czele, w których kreska nie jest tak przesłodzona, leje się krew i fruwają obcięte głowy - a mimo to filmy te nie tracą nic ze swej baśniowości. Wręcz zyskują chyba większą moc.

      Usuń
  2. Na studiach pisałam pracę magisterską o literaturze dziecięcej (konkretnie o powieści Doroty Terakowskiej). Kiedy mówiłam komukolwiek, o czym piszę, natrafiałam na zakłopotane spojrzenia, uśmieszki, że już nie wspomnę o tym, że nikogo nie interesowało, co konkretnie piszę. Rzucałam więc jakiś mądry cytat z Bettelheima albo "Zatopionego królestwa" i rozmówca się uspokajał, że jednak nie zwariowałam i nie piszę bajek, tylko porządną pracę naukową ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja piszę o fantasy i o gender, więc znam ten ból. ;) Ale jestem dobrej myśli, bo czuję, że nastawienie do owej "literatury niepoważnej" się zmienia. W ciągu ostatnich 5 lat wyszły co najmniej 3 niezłe syntezy dotyczące fantasy, baśniowy retelling trzyma się świetnie w kinie i w literaturze, a i pod szyldem literatury dziecięcej wydaje się ostatnio książki i kontrowersyjne, i interesujące artystycznie (choćby duetu Gro Dahle i Svein Nyhus). A im więcej tej literatury w przestrzeni publicznej czy w dyskursie naukowym, tym większe zainteresowanie wszystkich, nie tylko specjalistów. Trochę idealistycznie lubię sobie myśleć, że i blogerzy mają w tym zasługę - a mogą mieć jeszcze większą. :)

      Usuń
  3. Baśnie? Jestem za. Chętnie (po)czytam. Najlepsze jednak są te, które nie kończą się dobrze. :P

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.