Przychodzi wampir do dentysty, czyli „Zawód: wiedźma” Olgi Gromyko


Gryzipiór cieszył się na powieść Olgi Gromyko, bo rzadko ma okazję czytać coś spoza anglojęzycznej fantasy, a poza tym sam jest po trosze wiedźmą. Niestety (choć zgodnie z tytułem) przeżył zawód. „Zawód: wiedźma” to dowód na to, że literacki produkt masowy wygląda tak samo bez względu na to, czy przybywa zza wschodniej czy zachodniej granicy. To powieść napisana sprawnie i dowcipnie, ale pełna klisz, a przy tym tak płytka, że bez obaw można ją zabrać na plażę. Na pewno się nie utonie.

To nie żart. Właściwym adresatem powieści „Zawód: wiedźma” jest urlopowicz, który szuka lektury lekkiej, łatwej i przyjemnej. Takiego powinny uszczęśliwić niezaprzeczalne zalety prozy Gromyko: zjadliwy humor, cięte dialogi i potoczysta narracja, dzięki której kartki przewraca się szybko i bez szczególnego zaangażowania (i nie żal przerwać lektury, by zażyć morskiej kąpieli). Dlatego, choć Gryzipiór jest powieścią rozczarowany, nie wyklucza, że latem polubi ją bardziej.

Fabuła daje się streścić w jednym zdaniu. Wolha Redna, bystra studentka magii, wyrusza zbadać sprawę morderstw mieszkańców Dogewy, za które odpowiada być może nieuchwytny potwór. Przy okazji zbiera materiały do pracy zaliczeniowej na temat wampirów. Bo Dogewa to osada zamieszkana przez wampiry, jedną z tzw. rozumnych ras, wśród których są też – niespodzianka – elfy, trolle i krasnoludy. Są to jednak hasła puste, pozbawione symbolicznych znaczeń, w jakie wyposażyła je nasza kultura. Wampiry Gromyko padły ofiarą popularnej tendencji do robienia z dawnych straszydeł ludzi, tyle że lepszych, silniejszych, wytrwalszych. Krwi tacy nie piją, czosnku się nie boją, słońce też im nie zaszkodzi. Gryzipiór nie chciałby wyjść na marudnego dziada, który za jedynego słusznego wampira uznaje Draculę, ale naprawdę irytuje go, gdy postacie otrzymują od autora w prezencie nieograniczoną moc i nie muszą za nią w żaden sposób płacić. Humor polegający na zderzeniu uprzedzeń gościa z zewnątrz ze społecznością krwiopijców abstynentów też mu się nieco znudził. Co gorsza, u Gromyko ten wyidealizowany obraz wampirów podważa sens wciąż przywoływanego konfliktu rasowego. Dlaczego ludzie tak ich nienawidzą, skoro najgorsze, co ci mogą zrobić, to ukraść im krowę?

[*]
Wróćmy jednak do tytułowej wiedźmy. Wolha jest bohaterką i zarazem narratorką powieści, trochę na przekór konwencji, w której kobieta-mag gra zwykle rolę złośliwej jędzy albo pięknej i złej czarodziejki. Na tym jednak kończy się jej oryginalność. Uciekając od jednego stereotypu, Gromyko wpada w inny, co najmniej równie nieznośny. Jej bohaterka to dziewczyna wredna, wygadana, trochę roztrzepana oraz – jakżeby inaczej – ruda. Sarkazm nosi jak koronę, którą nieustannie wymachuje przed czytelnikiem. Niestety, ten typ dawno stracił dla Gryzipióra urok. Bezczelność Wolhy bardziej go drażniła niż śmieszyła, także dlatego, że była zupełnie niewiarygodna. Czego to rude dziewczę nie potrafi! Rozbójnika przestraszy, wampirzą radę przegada, władcę wrzuci do sadzawki albo wyciągnie rano z łóżka – i oczywiście nie spotka ją z tego powodu żadna przykrość. Mimo to przez 250 stron nie udaje się jej wyśledzić zagrażającego miastu potwora. Dlaczego?

Może dlatego, że w powieści Gromyko wątek fantastyczny to jedynie dodatek do fabuły z zupełnie innego gatunku. Od samego początku Wolha bardziej niż śledztwem interesuje się władcą Dogewy, przystojnym białowłosym wampirem o imieniu Len. I słusznie, bo Len to chodzący ideał: silny, mądry, dowcipny i opiekuńczy (kiedy, ach kiedy autorki powieści o wampirach uwierzą, że śledzenie ukochanych dziewcząt ma bardzo niewiele wspólnego z troskliwością?). Nic dziwnego, że Wolha woli w jego towarzystwie przeżywać tak mrożące krew w żyłach przygody jak: konna przejażdżka, naprawa wykolejonego wozu czy poszukiwanie pluskwy we włosach, któremu towarzyszy obowiązkowy pisk przerażonego dziewczęcia. Większą część powieści Gromyko wypełniają takie i podobne scenki rodzajowe. Tylko lekki, dowcipny ton sprawia, że da się jakoś ten banał przełknąć.

Nudziłam się bez niego... A czy on się przypadkiem nie nudził ze mną? Rozmowa wampira w wieku lat siedemdziesięciu trzech z adeptką w wieku lat osiemnastu może tego pierwszego co najwyżej bawić. Myśl, że władca skusił się na moją wyjątkową powierzchowność wywołała krótki gorzki uśmieszek (…). A dziś po raz pierwszy zachciało mi się zostać czarującą dziewczyną. Dlatego, że tylko czarująca dziewczyna może oderwać wampira od spraw wagi państwowej, gdy nudzi się bez niego...

W tym momencie Gryzipiór był już przekonany, że czyta nowy tom „Zmierzchu”, kiedy na kolejnej stronie nagle, niczym deus ex machina, wyskoczył Czarny Charakter. Tak po prostu, bez zachęty ze strony Wolhy, bez śledztwa, fałszywych tropów i skrupulatnie budowanego napięcia. Gryzipiór musi powiedzieć, że takie momenty są dla niego jako dla czytelnika strasznie rozczarowujące. Nagle okazuje się, że na próżno śledził intrygę i układał teorie. Bo autor sprawy nie przemyślał i po prostu rozwiązał akcję wtedy, kiedy powieść osiągnęła wymaganą objętość, skleciwszy naprędce stereotypową postać złego czarnoksiężnika z rodzaju tych, którzy podczas walki na śmierć i życie recytują swoje niegodziwe plany, a ich celem okazuje się dla odmiany nieśmiertelność.

Gryzipiór słyszał, że kolejne części przygód Wolhy W-Rednej są nieco lepsze. Może sprawdzi. Latem, pod parasolem, popijając chłodne wino koloru krwi.

  • Przekład: Marina Makarevskaya
  • Wydawca: Fabryka Słów
  • Rok wydania: 2007
  • Liczba stron: 292

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.