„Zmierzch” lepszy od Homera, czyli o rankingach książek fantasy


Niedawno na blogu Pyzy Wędrowniczki trwała ciekawa dyskusja o listach książek i kanonie literatury – i Gryzipiór od razu pomyślał, że przyjrzy się rankingom najlepszych książek fantasy. Gryzipiór rankingom sporo zawdzięcza. Głównie rozczarowań. Dzięki nim szybciej poznał Robin Hobb i szybciej zniechęcił się do Brandona Sandersona. Śmiał się z listy 31 najgorszych powieści fantasy i nie mógł pojąć, co właściwie samozwańczy specjaliści rozumieją pod pojęciem literatury fantastycznej. Słowem, miał z analizowania rankingów dużo radości oraz... jeszcze więcej wątpliwości. Dlaczego? Bo choć rankingi to tylko zabawa, nie jest to zabawa całkiem niewinna. Jeśli jest się nieostrożnym, można zacząć stawiać pytania o kryteria oceny światów fantasy, mechanizmy rynkowe albo nierówności społeczne, w wyniku których fantasy wygląda właśnie tak, a nie inaczej. Co Gryzipiór oczywiście natychmiast uczynił.

Fantasy jakie jest, każdy widzi?

Nie do końca. Gryzipiór ma wrażenie, że rankingi pokazują problemy z określeniem fantasy dobitniej niż niejeden artykuł naukowy. Amatorzy tej dyskusji dzielą się zwykle na dwie grupy. Jedni włączają do tego gatunku wszystko, co się da, argumentując, że ludzie zawsze snuli opowieści o zaginionych światach, herosach i magicznych pierścieniach – jedyne, co zmieniło się z wiekiem, to forma tych opowieści. Ci stawiają w rankingach „Podróże Guliwera” obok „Władcy Pierścieni” i „Odyseję” obok „Malazańskiej Księgi Poległych”. Drudzy przeciwnie – zawężają fantasy do gatunku powieści współczesnej, w której pojawiają się magia, świat wtórny, quest i tak dalej.

Jeśli o rankingi chodzi, Gryzipiór zdecydowanie wybiera podejście nr 2. Jego zdaniem poszukiwanie klasyków fantasy w każdej epoce prowadzi nie tylko do pomieszania pojęć (fantasy a fantastyka jako zabieg literacki), ale i do jawnych absurdów. Weźmy listę 100 najważniejszych książek fantasy według Cawthorna i Moorcocka: „Moby-Dick” obok „Conana Zdobywcy”, „Kolor Magii” obok „Portretu Doriana Graya”... To wszystko utwory i dobrze napisane, i ważne dla rozwoju literatury, ale wzięte jednak z kompletnie innego rejestru [1]. Za pierwszymi przemawia długa tradycja interpretacji i nawiązań, za drugimi – sympatia czytelników i rola, jaką odegrały w formowaniu gatunku. Trudno doprawdy znaleźć jakąś płaszczyznę, choćby i tematyczną, na której można by te utwory porównać.

Ale to jeszcze nic. Jak na angielskich dżentelmenów przystało, Cawthorn i Moorcock zrezygnowali z układania książek według hierarchii ważności. Nie wszyscy jednak grają tak bezpiecznie. Blogerka M.C. Burnell poszła na całego: w jej rankingu dziadek Homer przegrywa m.in. z Timem Powersem i Guyem Gavrielem Kayem. Z kolei dziennikarzom portalu FantasyBookReview.co.uk wyszło, że „Harry Potter” to książka słabsza od Dickensowskiej „Opowieści wigilijnej”. Pod jakim względem? Ilúvatar raczy wiedzieć, gdyż rzeczeni dziennikarze nie zdecydowali się swojego wyboru uzasadnić. Powstaje przykre wrażenie, jakby autorzy rankingów próbowali nobilitować fantasy za pomocą uznanej klasyki – albo jej kosztem. Gryzipiór nie zamierza oczywiście pastwić się nad konkretnymi przypadkami. Chce tylko zwrócić uwagę na absurdalność układania rankingów czegoś, czego granic nie da się nawet porządnie określić. I jeszcze na daremność tworzenia hierarchii książek, które nie mają ze sobą nic wspólnego poza mglistym „elementem fantastyki”.

Karty (książki) na stół

Gryzipiór może przyjąć „Odysesję” obok – a nawet poniżej – „Tigany” pod jednym warunkiem: że autor rankingu potrafi taki wybór uzasadnić. „Bo Kay podoba mi się bardziej od Homera!” - to kryterium jasne, sensowne i zupełnie według Gryzipióra wystarczające. Przynajmniej jeśli mówimy o osobistych opiniach fanów, publicystów, niedzielnych czytelników i każdego, kto ma szczęście taką osobistą opinię mieć. Jednak gdy do układania rankingów zabierają się ludzie, którzy próbują być obiektywni, Gryzipiór oczekuje od nich w miarę przemyślanych kryteriów i intelektualnego rygoru. Tymczasem bardzo niewielu podaje powody swoich decyzji. Owszem, zarówno „Władca Pierścieni”, jak i cykl o Ziemiomorzu to kamienie milowe fantasy – ale dlaczego jeden uznajemy za cięższy od drugiego? Czy chodzi o większą popularność, ciekawszą formę, wpływ na późniejszych twórców czy może aktualność w XXI wieku?

Nie, Gryzipiór nie łudzi się, że można stworzyć Jedyny Słuszny Ranking, obiektywnie stwierdzający wartość książek autorów tak różnych, jak Tolkien i LeGuin (nie wspominając o Gaimanie czy Miéville'u). Takiego rankingu nie chciałby nawet widzieć na oczy. Chciałby natomiast widzieć nawet niedoskonałe argumenty i kryteria wyłożone wprost, a nie tak, że trzeba się ich domyślać po kolejności autorów na liście. Wtedy rankingi książek mogłyby być punktem wyjścia ciekawej merytorycznej dyskusji. A nie tylko obiektem złośliwości takich zgredów jak Gryzipiór.

Ranking prawdę ci powie

No dobrze, jeśli to nie merytoryczne kryteria stoją za rankingami książek fantasy, w takim razie co? Gryzipiórowi przychodzi tu na myśl Straszne Słowo: moda. Trendy. Popularność. Marketing. Oczywiście nie zawsze i nie wszędzie, ale chyba wystarczająco często, by uznać to za regułę.

Regułą jest na przykład umieszczanie w rankingach cykli wprawdzie popularnych, ale nieukończonych. Jasne, że czasem tak trzeba. George R. R. Martin to nie tylko znakomity autor ze sporym dorobkiem, ale i patron odnowy fantasy epickiej – i choćby z tych powodów zasługuje na miejsce w każdym rankingu, mimo że z pisaniem kolejnych tomów swego opus magnum się nie śpieszy. Ale „Kroniki Królobójcy” Patricka Rothfussa na drugim miejscu wśród 25 najlepszych książek fantasy? „Niecni Dżentelmeni” Scotta Lyncha na siódmym? To oczywiście pozycje dobre, zasługujące na wysokie miejsce wśród najciekawszej fantasy ostatnich lat, ale... no, bez przesady. Powieść aspirująca do grona najlepszych książek wszech czasów powinna choć trochę okrzepnąć, zanim będzie można ocenić jej rzeczywisty wpływ i poczytność. A już na pewno powinna mieć epilog do ostatniego tomu. Choćby w planach.

Nie chodzi tylko o popularnych autorów. Chodzi też o popularne podgatunki, motywy czy nawet formaty (głównie wielotomowe sagi). Dla tych, którzy zdążyli już otrąbić śmierć epickiej fantasy, Gryzipiór ma przykrą wiadomość: w rankingach to właśnie ten gatunek wystawił chyba najliczniejszą reprezentację. Bo już nie tylko Tolkien, Cook i LeGuin, ale i Kay, Erikson, Martin, Sanderson... Urban fantasy jest z kolei wyraźnie na cenzurowanym, a z książek dla młodszych czytelników natknąć się można najwyżej na „Opowieści z Narnii” i „Harry'ego Pottera” – a i to nie zawsze [2]. Wychodzi na to, że statystyczny amator fantastyki czyta właśnie nieukończoną sagę epickiej fantasy z politycznym zacięciem, której każdy tom liczy przynajmniej 1000 stron (a jakoś w połowie ginie twój ulubiony bohater).

Ach, i jest to powieść napisana przez białego mężczyznę biegle posługującego się językiem angielskim. Bo ta niewinna zabawa, jaką są rankingi książek, ma też swoją ciemną stronę: utrwala nierówności społeczne i polityczną dominację określonych grup. Na liście portalu BestFantasyBooks.com spośród 25 pozycji tylko cztery napisały kobiety; żadnej nie trzeba było tłumaczyć na język angielski.

Osobną sprawą są rankingi, w których bierze się pod uwagę głosy czytelników – rankingi, w których słowo „najlepszy” oznacza po prostu „ten, który najbardziej mi się podobał”. A przynajmniej tak się Gryzipiórowi wydaje, bo nie umie wymyślić żadnego obiektywnego powodu, dla którego „Imię wiatru” Rothfussa miałoby być lepsze od „Władcy Pierścieni” (mimo że sam fanem Tolkiena nie jest). Dzięki tej programowej stronniczości rankingi czytelnicze są ciekawym świadectwem tego, co „się czyta”. Co z nich wynika? Ano Tolkien wciąż trzyma się mocno, LeGuin została w tyle, a „Koło Czasu” z niezrozumiałych powodów wciąż się kręci. W cenie są polityczne intrygi (Martin, Sanderson, Hobb) i moralnie niejednoznaczni bohaterowie (Cook, Abercrombie). Widać też, że czytelnicy doceniają powieści łączące gatunki i/lub pogrywające sobie z konwencją fantasy („Pieśń Lodu i Ognia”, „Kroniki Królobójcy”, „Akta Harry'ego Dresdena”). Byle nie za bardzo – na podbój świata China Miéville i cały nurt new weird musi chyba poczekać.

Najlepsze są złe książki

Na koniec słówko o ulubionym rankingu Gryzipióra, czyli liście 31 najgorszych książek fantasy według portalu BestFantasyBooks.com. Jeśli pomyśleliście właśnie o Stephanie Meyer i Christopherze Paolinim – czeka Was spore zaskoczenie. Owszem, ich też tam znajdziecie, ale nie tak wysoko, jak się spodziewacie. Najwyraźniej w pisaniu złych książek biją ich na głowę m.in. Terry Goodkind, David Eddings oraz Orson Scott Card z cyklem o Alvinie Stwórcy – autorzy, którzy zwykle błyszczą na listach kanonicznych powieści fantasy. Swoich hejterów mają też Rothfuss, Sanderson i sam Tolkien, którego „Władca Pierścieni” zajął na liście czytelników zaszczytne dziewiąte miejsce wśród najgorszej fantasy ever. Czy to nie piękne, że ta sama powieść może być jednocześnie najlepszą i najgorszą powieścią, jaką napisano w danym gatunku? Jeśli to nie jest znak naszych czasów, naprawdę nie wiem, co nim jest.

(Gryzipiór starał się ilustrować post okładkami książek, o których pisał. Absolutnie nie jest to prywatny ranking Gryzipióra. Ani trochę).

Ranking rankingów

  • Wszystko na stronie BestFantasyBooks.com. Rozsądne argumenty, absurdalna ilość list („najlepsze fantasy dla kobiet” – serio?) i kontrowersyjne wybory, które można krytykować od zmierzchu do świtu. Ideał.
  • 1000 powieści, które każdy powinien przeczytać według dziennika „The Guardian” (kategoria: fantasy i science fiction). Lista książek fantasy, na której prawie nie ma książek fantasy. Jest za to Kafka, Vonnegut, Eco i Italo Calvino.
  • 100 najlepszych książek fantasy według portalu ThisRecording.com. Ranking odważny, zacierający granice między gatunkami. Gdyby to hasło było marketingowo choć trochę nośne, Gryzipiór powiedziałby, że to ranking fikcji spekulatywnej.
  • 25 najlepszych książek fantasy na portalu IGN.com. Jeden z niewielu rankingów na serio uwzględniających powieści dla młodszych czytelników.
  • 100 najlepszych książek fantasy według dziennikarzy portalu BestFantasyBookReview.co.uk. Interesujące wybory („Księga Cmentarna” Gaimana i „Przystań Wiatrów” duetu Martin-Tuttle), ale linki do Amazona to jednak trochę irytują.
  • 100 najlepszych książek fantasy według Jamesa Cawthorna i Michaela Moorcocka.
  • 100 najlepszych książek fantasy i science-fiction według czytelników portalu Npr.org.
  • Rankingi czytelnicze na GoodReads.com. Bo czemu nie.

[1] Gryzipiór nie cierpi podziału na literaturę wysoką i popularną, ale uważa, że zatarcie granic między nimi to jednak dowcip ostatnich 100 lat. Od końca wieku XVIII podział ten podważano z wielkim zaangażowaniem – właśnie dlatego, że trzymał się tak dobrze.
[2] Nieobecność tzw. young adult fantasy w amerykańskich i angielskich rankingach trochę Gryzipióra dziwi. Szczególnie w kontekście niedawnej debaty o dorosłych z rzekomo niedopuszczalną przyjemnością czytających powieści dla nastolatków.
  1. Patrz, jakbyśmy się dzisiaj zmówiły, ja z tego samego punktu wyjścia wyszłam przy pisaniu dzisiejszej notki ;-).

    Co do tych nieukończonych cykli w rankingach - moim zdaniem tu nie tyle powinno paść straszne słowo "trend" ;-), ile raczej, hm, moglibyśmy się zastanowić nad tym, że często te cykle - pisane od x lat i nie wiadomo, czy z szansami na zakończenie - dały początek jakimś tendencjom w pisaniu. I do tego nawet nie muszą krzepnąć - jeśli wyznaczyły pewną drogę, jeśli widać ich ślady u innych twórców, to jednak są tymi kamieniami, może nie milowymi, ale jednak (sama piszesz, że GRRM odnowił epickie fantasy, no więc właśnie).

    No i co się epickiej fantasy tyczy: pogłoski o jej śmierci były bardzo przesadzone, zresztą mam wrażenie, że milkną i ich głosiciele cichną coraz bardziej, więc nie powiedziałabym, że to jest wiodący głos dzisiaj.

    I cieszę się, że zwróciłaś uwagę na te nierówności płci - dziwi mnie to nieustająco, bo jest tyle doskonałych pisarek fantasy, które się jakoś nie przebijają (to samo z nie-białymi pisarkami fantasy, a przecież i takie są, i to często bardzo dobre!).

    I jeszcze na zakończenie powiem, że też się rozczarowałam Sandersonem :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? ;) I dobrze, bo te listy, kanony i rankingi to jednak mówią o społecznym odbiorze literatury więcej niż niejedno opracowanie naukowe.

      No właśnie, tylko o ile Martin biedzi się nad swoim cyklem już 10 lat, a w międzyczasie napisał sporo innych rzeczy, o tyle taki Rothfuss czy Lynch to wciąż dobrze się zapowiadające świeżaki z jednym nieukończonym cyklem na koncie. Ich miejsce widzę raczej w rankingu, powiedzmy, 50 najciekawszych książek fantasy ostatniej dekady. W rankingu najlepszej fantasy wszech czasów - jeszcze nie. Jeśli się w nim pojawiają, to chyba właśnie dlatego, że są poczytni, znaczy modni.

      Całe szczęście, bo ja epicką fantasy gorącą miłością darzę. Ale faktem jest, że jakoś w latach 80. zaczęła zjadać własny ogon i dopiero widmo "śmierci" zmusiło autorów do przyznania, że zżynanie z Tolkiena jednak nie wystarczy. Może warto im od czasu do czasu zarzucić tezą o śmierci gatunku, żeby się nam znowu nie rozleniwili. ;)

      Mnie też to dziwi, na przykład wciąż nie mogę uwierzyć, że w żadnym - żadnym! - rankingu nie znalazłam ani Patricii McKillip, ani Tanith Lee. Ani nawet Marion Zimmer Bradley (której nie cierpię, ale "Mgły Avalonu" to jednak ważna książka, która powinna nieźle się wpisywać w dzisiejsze rewizjonistyczne gusta - czyżby przepadła dlatego, że o kobietach?). Dobrze, że są chociaż Rowling i Le Guin. Od czegoś ten podbój świata trzeba zacząć.

      Usuń
    2. No tak, tylko że to też jest tak, że na przykład Lynch pokazał dwie rzeczy: że debiutant może napisać dojrzałe, przemyślane dzieło (no, chociaż pierwszy tom ;-)) i że w kwestii urban fantasy łotrzykowskiej jeszcze nie wszystko wymyślono. Dlatego myślę, że to się tak winduje. Natomiast Rothfuss, Abercrombie, Sanderson - to wszystko są "cudowne dzieci" teraźniejszej fantastyki i w sumie dobrze, że się o nich mówi, przynajmniej coś się dzieje. Ale tak, trafna jest ta uwaga odnośnie umieszczania ich raczej póki co w dekadzie. Tylko że no właśnie: jestem za ich obecnością w takich rankingach, bo w ten sposób te różne kanony młodnieją i otwierają się na nowe dzieła :-).

      To, że nie ma McKillip (jakkolwiek za nią osobiście nie przepadam), Lee czy Bradley jest dziwne. Zwłaszcza że wydawało się, że LeGuin przewietrzy trochę fantastyczny świat WASP-ów, ale jak widać, jeszcze nie do końca.

      Usuń
    3. Masz rację co do przewietrzania kanonu. (Choć ja bym wolała, żeby wiatr wiał tam trochę z innej strony ;).) Pytanie tylko, czy ranking najlepszej fantasy to jest to samo co kanon? Oraz: czy autorzy rankingów aspirują do tworzenia nowego kanonu? Bo mnie się wydaje, że co ranking, to inny cel. "The Guardian" wyraźnie próbuje włączyć fantasy do literatury światowej, z kolei BestFantasyBooks.com stara się wyłapywać najnowsze trendy. Lynch czy Rothfuss mogliby się znaleźć w takim odnowionym kanonie choćby z tego powodu, że dzięki swojej popularności na pewno wpływają na kierunek drogi, którą idzie współczesna fantasy. Ale czy są na tyle dobrzy, żeby uznać ich za autorów najlepszych, najoryginalniejszych, najbardziej inspirujących książek w tym gatunku? Tego nie jestem pewna.

      Usuń
    4. To prawda, że nie każdy ranking pretenduje do bycia kanonem, ale jednak w przypadku literatury nowej trudno mówić o kanonie jako o czymś trwałym i już ustalonym - w sumie to raczej wypadkowa rankingów właśnie i kilku innych czynników (krytyki literackiej na przykład). Tak sobie dumam.

      Usuń
    5. To może rankingi jako kanon-w-trakcie-tworzenia? Taki zbiór propozycji? To by jakoś dodawało im sensu i wyznaczało całkiem ciekawą rolę do odegrania.

      Usuń
    6. Podoba mi się ta intuicja! Ale chyba jeszcze jednak trzeba by było tutaj rozróżnić rankingi i rankingi - tzn. chyba trzeba by było wziąć pod uwagę te "opiniotwórcze", a wyłączyć czysto fanowskie? Chociaż z drugiej strony to by skutkowało tym Homerem i Swiftem. Nie wiem do końca, jak z tego wybrnąć, ale pomysł jest super.

      Usuń
    7. Nie, właśnie te fanowskie też! Fani chyba szybciej od krytyków orientują się, co w trawie piszczy, a poza tym mają większy potencjał, jeśli chodzi o podważanie oficjalnego kanonu.

      Widzisz, teraz muszę napisać ten wpis od nowa. :(

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.