Seks, dragi i pomarańczowe spodenki, czyli „Orange Is the New Black” – sezony 1 i 2


„Więzienia są trudnym punktem wyjścia” – pod tą sentencją Stanisława Jerzego Leca amerykańska reżyserka i scenarzystka Jenji Kohan mogłaby się podpisać obiema rękami. Pierwszą dlatego, że opowieści więzienne zdążyły się już strywializować i niełatwo dopisać tej konwencji coś nowego. Drugą dlatego, że właśnie tym – trudnym punktem wyjścia – okazuje się dla jej bohaterek doświadczenie uwięzienia, które zmusza je do odkrycia niewygodnej prawdy o sobie. „Orange Is the New Black” to serial, który ma wszystko: wartką akcję, świetnych aktorów, cięte dialogi, mądre przesłanie, a do tego nietuzinkowe podejście do kwestii płci. Zapamiętajcie to ostatnie, zanim zatrzaśnie się brama więzienia, bo serial Kohan to opowieść o kobietach i – zaryzykujmy – dla kobiet. Miłego pobytu.

Chodzi nie tylko o to, że bohaterkami są prawie same kobiety i to kobiety wykluczone – więźniarki zakładu w Lichfield. Chodzi o to, że ich losy pokazuje się w ten trudny do uchwycenia kobiecy sposób, który każe szukać tego, co głęboko ukryte. W „Orange Is the New Black” (w polskim przekładzie „Nakręcana pomarańcza”, ale Gryzipiór udaje, że nie słyszał) obrazom więziennego życia towarzyszą retrospekcje przedstawiające życie bohaterek przed aresztowaniem. Na ich podstawie można – choć nie trzeba – dociekać pragnień, aspiracji i kompleksów, które ostatecznie zaprowadziły je do więzienia. Gryzipiór cieszył się ogromnie, obserwując, jak reżyserka zręcznie unika jednoznacznych ocen, a empatia i imponująca wrażliwość społeczna pozwalają jej wiarygodnie opowiadać o kobietach z różnorodnych środowisk.

„Różnorodnych” – to w tym wypadku słowo-klucz. W obiektywie Kohan więzienie staje się światem na opak, w którym kobiety, różniące się między sobą jak nigdzie indziej w telewizji, nie tylko rządzą się same, ale i stanowczo podkreślają własną rasową i seksualną odrębność. To po prostu wielki karnawał postaci, które wyrzucono z innych seriali i w ogóle z oficjalnego dyskursu. Są tu lesbijki, transseksualistki, kobiety kolorowe, młode i stare, chude i grube, brzydkie i ładne, nieśmiałe i pewne siebie – i co najważniejsze, każda z nich otrzymuje własną historię i głos, którym może o niej opowiedzieć. Bez przymusu politycznej poprawności, bez pokusy opowiadania historii uniwersalnych, która każe szukać tego, co wspólne, jednocześnie zacierając różnice, będące przecież źródłem tożsamości i siły. Wspaniałym świadectwem tej różnorodności są języki (liczba mnoga nieprzypadkowa), którymi posługują się bohaterki. Slang obok odniesień do „Alicji w Krainie Czarów”, humor obok wyzwisk, wulgaryzmy obok rymów... Każda z kobiet miesza te elementy w swój własny, niepowtarzalny, piękny sposób. A widz patrzy i nie może uwierzyć, że na jego oczach więzienie zmienia się w... przestrzeń wolności.

fot. Netflix [*]
Nie wszystkim jednak pobyt w Lichfield układa się tak – no cóż – kolorowo. Piper Chapman, główna bohaterka serialu, wkracza w ten świat jako przedstawicielka uprzywilejowanej klasy społecznej. Brak więziennego doświadczenia od razu stawia ją w pozycji Innej. Tym razem to ona, biała i wykształcona kobieta, musi się dostosować do reguł zastanej społeczności. Przy czym ekipa Jenji Kohan robi tu rzecz bardzo zmyślną: zaszczepia lęki bohaterki nam, widzom, korzystając z naszej znajomości konwencjonalnej opowieści o więzieniu (gwałty, narkotyki, nadużycia władzy – wszyscy wiemy, jak to leci). Dlatego razem z Chapman wysłuchujemy tyrad o agresywnych lesbijkach i patrzymy z lękiem na stołówkę podzieloną na strefy według koloru skóry więźniarek.

Strach bohaterki jest zresztą uzasadniony: już w pierwszym tygodniu zostaje poddana trudnej próbie. Dopiero po tym wydarzeniu konwencji staje się zadość i serial może spokojnie skręcić w stronę przezabawnej kpiny z tradycyjnej opowieści o więzieniu. Jej emblematem jest strażnik Mendeza, który łączy w sobie stereotypy nieszczęśliwego, samotnego mężczyzny i obleśnego zboczeńca z wąsikiem – oba tak przerysowane, że nie sposób brać ich serio. Oczywiście to nie znaczy, że w serialu Kohan nic nie dzieje się na poważnie. Znajdzie się w nim miejsce i na odważnie postawione problemy społeczne, i na osobiste dramaty bohaterek. A w finale nawet na Wielki Dramat.

fot. Netflix [*]
Wróćmy jednak do Chapman, która tymczasem przeszła bolesną inicjację w więzienne życie. Teraz zakład w Lichfield okazuje się dla niej przede wszystkim miejscem, w którym nic się nie ukryje. Wspólne są boksy i prysznice, brakuje nawet drzwi do toalety. Ktoś w kącie uprawia seks. Jak na ironię, tak ekstremalne odarcie z prywatności sprawia, że i bohaterka przestaje się ukrywać. Zdemaskowanie fizjologii w jakiś przewrotny sposób pociąga za sobą zdemaskowanie duszy. Wkrótce Piper zrzuca maskę „tej lepszej” i zaczyna rozmawiać z więźniarkami, uświadomiwszy sobie, że wcześniejsze lęki były efektem jej własnych uprzedzeń. I że tak naprawdę niczym się nie różni od reszty kryminalistek. Brawa należą się Taylor Schilling w roli Chapman, która angażuje w tę przemianę całą siebie, grając najpierw przygarbioną, jąkającą się dziewczynę, która pragnie tylko stać się niewidzialna, a potem pewną siebie kobietę, z uniesioną głową przemierzającą więzienne korytarze.

Probierzem zmian zachodzących w głównej bohaterce jest jej związek z Larrym. Związek, który z początku wydaje się idealny jak z poradnika. Są w nim kompromisy, wzajemne zrozumienie, pozytywne myślenie oraz... brak autentyczności. Pół biedy, gdyby Piper i Larry udawali kogoś, kim nie są, by sobie nawzajem zaimponować. Każde z nich gra jednak przede wszystkim przed sobą. Ona próbuje zapomnieć o dawnej sobie, która kiedyś przemycała narkotyki; on opowiada bajkową historię o miłości na odległość i nie chce dostrzec, że wykorzystuje dramat narzeczonej jako dźwignię w karierze. Idealny związek pęka w szwach, robiąc miejsce dla Tej Trzeciej, czyli Alex Vause, byłej dziewczyny Piper. Relacje tych trojga układają się w gorzką opowieść o niszcząco-wyzwalającej mocy szczerości. Uwięziona w miłosnym trójkącie Chapman coraz gwałtowniej zbliża się do prawdy o sobie, a jej odkrycie to chyba najbardziej szokujący moment pierwszego sezonu.

fot. Netflix [*]
Zmaganie się z jego konsekwencjami – to zaś przewodni temat drugiej serii. Przybita i pozbawiona złudzeń Chapman wraca do Lichfield po nową tożsamość. Ponownie reżyserka robi rzecz bardzo sprytną, to znaczy zderza życie swojej bohaterki w więzieniu i poza nim, stawiając pytanie o to, w którym z nich jest więcej wolności. Przy okazji dostaje się białej klasie średniej i wywodzącej się z niej rodzinie Chapman, która wymaga od dziewczyny trzymania się zasad i jednocześnie czyni ich łamanie atrakcyjnym. Widzimy, jak krewni – co tam krewni, rodzice! – odrzucają Piper Kryminalistkę na rzecz zaprojektowanej przez siebie Piper Idealnej. Reżyserka nie ma w tej kwestii złudzeń. Przestępca jakby z automatu staje się dla zdrowej części społeczeństwa kimś innym, kimś wykluczonym. Kimś czarnym, to znaczy pomarańczowym. Czasem – jak w wypadku Chapman – z korzyścią dla siebie.

To nie wszystko. Sezon drugi jeszcze mocniej skręca w stronę polifonicznej opowieści o kobietach. Wiele bohaterek, które do tej pory tylko towarzyszyły Chapman, wybija się na plan pierwszy. Nic dziwnego, że motywem przewodnim tej serii jest rywalizacja, która przybiera chwilami naprawdę brutalną formę. W końcu te kobiety nie siedzą w więzieniu bez powodu (mimo że dawno o tym zapomnieliśmy, przyjmując ich punkt widzenia). Pozbawione złudzeń, nawykłe do ciemnych interesów, kierują się własnym systemem wartości, który prędzej czy później wchodzi z kolizję z systemem wartości strażników, innych więźniarek – a także, co najciekawsze, samego widza.

Gryzipiór nic więcej nie zdradzi, bo nie chce psuć Wam zabawy, chociaż o „Orange Is the New Black” mógłby pisać jeszcze długo. Nie tylko dlatego, że serial Kohan błyskawicznie stał się jednym z jego ulubionych, ale też dlatego, że jest niezwykle gęsty. Gęsty od wątków, problemów, postaci (prócz więźniarek są równie ciekawi i różnorodni strażnicy) oraz znakomitych, słodko-gorzkich rozwiązań fabularnych (czy wspominałam już o zakończeniu drugiego sezonu?). Gryzipiór nie zdziwi się, jeśli kiedyś ktoś mądrzejszy od niego poświęci temu serialowi rozprawę naukową. Tymczasem będzie niecierpliwie czekał na sezon trzeci. Wam zaś życzy miłego pobytu w zakładzie w Lichfield. Szybko z niego nie wyjdziecie.

  • Koncepcja: Jenji Kohan
  • Premiera: lipiec 2013
  • Emisja: Netflix
  • Liczba odcinków: 26

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.