National Theatre Live: „Myszy i ludzie”, „Wyspa skarbów”, „John”


Od kiedy Gryzipiór trochę z przypadku trafił na „Frankensteina”, obiecał sobie, że nie przegapi żadnego seansu z oferty National Theatre Live, czyli platformy transmitującej do zagranicznych kin przedstawienia z brytyjskich teatrów. Jak dotąd nie żałuje. W pierwszym kwartale tego roku załapał się na trzy bardzo różne spektakle: dość tradycyjną, ale świetnie zagraną adaptację „Myszy i ludzi”, awangardowego „Johna” oraz realizatorsko perfekcyjną „Wyspę skarbów”, dzięki której Gryzipiór został na dwie godziny piratem. Wrażenia poniżej.

„Myszy i ludzie”, reż. Anna D. Shapiro


W 1937 roku John Steinbeck napisał powieść społecznego protestu o robotnikach sezonowych, przemierzających Stany w czasie Wielkiego Kryzysu. W 2014 roku Anna D. Shapiro postanowiła wydobyć z niej bardziej uniwersalne znaczenia i przeniosła na scenę opowieść o potrzebie kontaktu z innymi ludźmi. Jej bohaterowie to ofiary mitu self-made mana. Samotni, bezdomni i pełni goryczy, głośno marzą o niezależności i kawałku własnej ziemi, wiedząc, że prawdopodobnie nigdy jej nie zdobędą. W ten dość beznadziejny świat wkracza para przyjaciół: spryciarz George i Lennie, upośledzony wielkolud o ponadprzeciętnej sile i wrażliwości dziecka. Gryzipiór więcej zdradzał nie będzie – ot, tylko tyle, że przekraczać się będzie bariery między ludźmi i że to będzie bolało. Że naiwne marzenie Lenniego o własnej farmie zarazi innych bohaterów amerykańskim snem. I że będzie to jeden z tych snów, które łatwo przechodzą w koszmar.

Gryzipiór przyzna, że miał po seansie mieszane odczucia. „Myszy i ludzie” w wersji Shapiro to adaptacja bardzo zachowawcza, pozbawiona realizacyjnych fajerwerków i wierna oryginałowi niemal słowo w słowo. Dwuipółgodzinny spektakl składa się zaledwie z kilku scen rozgrywających się w tych samych dekoracjach, przez co chwilami staje się nieznośnie statyczny – i męczący. Na szczęście duet James Franco i Chris O'Dowd daje tak znakomity popis gry aktorskiej, że niełatwo się rozproszyć. Gryzipiór cieszy się też z rehabilitacji postaci żony Curleya – naiwnej kobiety żyjącej mrzonkami o karierze aktorskiej, którą mężczyźni odpychają, posądzając o kokieteryjność i chęć zdrady męża. W wersji Shapiro ta w sumie przeciętna dziewczyna staje się bohaterką własnej historii o samotności i wykluczeniu, zdaniem Gryzipióra równie poruszającej jak historia przyjaźni George'a i Lenniego.

(Gryzipiór wciąż zastanawia się nad jedną kwestią. Na początku spektaklu miał wrażenie, że aktorzy mówią bardzo śpiewnie, wpadając chwilami w melorecytację. Wyglądało to na ciekawy zabieg uwspółcześniający, ale później ślad po nim zaginął i Gryzipiór do tej pory zastanawia się, czy mu się nie przesłyszało).

„Wyspa skarbów”, adaptacja Bryony Lavery


Adaptacja powieści Roberta Louisa Stevensona, tym razem dość mocno odbiegająca od pierwowzoru, dzięki czemu potrafi zaskoczyć nawet widza nieźle obeznanego z materiałem wyjściowym. Oczywiście wciąż są piraci, wyprawa w poszukiwaniu skarbu i papuga domagająca się talarów. Realizatorsko „Wyspa skarbów” to spektakl znakomity, tak nastrojowy i spójny, że Gryzipiór nie miał problemu z zawieszeniem niewiary. Do tego poczuł przyjemne ukłucie nostalgii. Mechaniczne ptaki, sztuczki iluzjonisty, plejada komicznych piratów w cudacznych strojach, piosenki naturalnie wplecione między dialogi, imponujący trzypiętrowy przekrój statku na scenie – wszystko to sprawiło, że bawił się w kinie świetnie, wspominając własne dziecięce wyprawy do warszawskiego teatru „Bajka”. Prawda, że humor nie zawsze trafiał w jego gust, ale tak to już bywa z produkcjami dla młodszego odbiorcy.

Jedna tylko rzecz wprawiła Gryzipióra w zdumienie: niezwykle realistycznie – właściwie obrzydliwie – pokazana rana brzucha jednego z bohaterów. To obraz, który przyplątał się z innej konwencji i nijak nie przystaje do spektaklu jawnie nawiązującego do poetyki kreskówek (patrz: przezabawna scena z beczką prochu).

Najbardziej jednak zaimponowała Gryzipiórowi decyzja o zmianie płci głównego bohatera. W XXI wieku na wyspę skarbów płynie nie chłopak, a dzielna i rezolutna dziewczyna („Dziewczyny też potrzebują przygody!” – oświadcza). Pełni też funkcję narratora, dzięki czemu łatwo przyjąć jej perspektywę zdarzeń – perspektywę, w której morsko-lądowa przygoda okazuje się przyśpieszonym kursem dorastania, zakończonym odkryciem, że dorośli nie są wcale tak silni i godni zaufania, jak się wydawało. No, może oprócz pana doktora Liveseya, który w tej wersji również zmienił płeć i stał się panią doktor Livesey (niestety tłumacz sprawę pokpił i w napisach pani doktor co i rusz była nazywana „doktórką”). W ten sposób dwie najbardziej kompetentne osoby na pokładzie „Hispanioli” okazały się kobietami.

To ważny gest – szczególnie, że mówimy o klasyce powieści przygodowej, od początku kierowanej do chłopców (choć nikt nie nazywał jej „powieścią dla chłopców”, w przeciwieństwie do popularnej „powieści dla dziewcząt”). W końcu dla każdego dziecka – bez względu na płeć – przychodzi ten moment, kiedy chce ono zostać piratem. (Gryzipiór wie, bo do niego przyszedł jakoś w zeszłym roku.) „Wyspa skarbów” oczywiście żadnego marzenia nie spełni, ale dzięki niej można przynajmniej prześnić je jeszcze raz.

„John”, reż. Lloyd Newson


John, lat 52, dorosłe dziecko dysfunkcyjnej rodziny, były narkoman, obecnie stały bywalec sauny dla gejów. John, czyli konkretny, realnie istniejący człowiek, ale również odpowiednik naszego Jana Kowalskiego, czyli tak naprawdę każdy. Jego biografia to główny wątek sztuki opartej na wywiadach z klientami wspomnianej sauny, w której reżyser Lloyd Newson próbuje zrekonstruować męskie spojrzenie na miłość i seks. Gryzipiór zachwycony był już samym pomysłem – na fali feminizmu wiele się o tych sprawach pisze z perspektywy kobiet, ale nie mężczyzn – jednak realizacja przeszła jego oczekiwania. Dość powiedzieć, że ze wszystkich przedstawień NTL, które obejrzał w tym roku, „John” jest jego ulubionym.

Sprawa podstawowa: „John” to spektakl DV8 Physical Theatre, co oznacza, że opowiada się w nim nie tylko słowem, ale i ciałem. Przy czym słowo „taniec”, które przewija się w polskich zapowiedziach, nie oddaje tego, co się dzieje na scenie. Lepiej powiedzieć, że w przedstawieniu Newsona ruch tworzy osobną i pełną metafor narrację. A jeszcze lepiej iść do kina i zobaczyć, jak o domowym piekle swojego bohatera Hannes Langolf opowiada ciałem poruszającym się jak zepsuta lalka. Gryzipiór dawno nie widział czegoś równie... no cóż, poruszającego.

Fascynujące, jak bardzo autentyczny i zarazem teatralny jest „John”. Aktorzy mówią językiem ludzi, którzy byli pierwowzorami ich postaci, przechadzają się i opierają o ściany, tworząc perfekcyjną iluzję poufałej rozmowy. Jednak przestrzeń ich nie ogranicza: swobodnie przemieszczają się po obrotowej scenie, wskazując kolejne zatrzymane w czasie kadry ze swojego życia. To teatr wspomnień, w którym John-reżyser próbuje zrozumieć bolesne wydarzenia ze swojej przeszłości i nadać im sens. I nie jest w tym sam. Mniej więcej w połowie sztuki następuje ostre (zdaniem Gryzipióra zbyt ostre) cięcie, po którym opowieść koncentruje się już nie na jednym człowieku, ale na grupie właścicieli i klientów sauny dla gejów. Pojawia się pytanie: czego mężczyźni szukają w owych „saunianych” relacjach: seksu, miłości, czegoś innego? Jakie uczucia i motywacje stoją za tym, co o sobie mówią? Niedaleko stąd do pytań o sam akt opowiadania swojej biografii – akt, który dzięki obecności uważnego słuchacza niesie ze sobą obietnicę odkupienia.
  1. Widziałam tylko "Myszy i ludzi" i kurcze, nawet bez realizacyjnych fajerwerków sztuka na mnie podziałała. Na takim najprostszym, ludzkim poziomie. Do tego stopnia, że łzy mi się w oczach pojawiły na ostatniej scenie. Statyczność mi nie przeszkadzała, wręcz przeciwnie, miałam wrażenie że może na scenie nie dzieje się dużo, ale w mojej głowie - aż nadto. Czytałam książkę Steinbecka kilka lat temu i zapamiętałam ją zupełnie inaczej, dlatego ciekawie było tamte odczucia porównać z odczuciami ze spektaklu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę! Ja z kolei przeczytałam książkę +/- tydzień przed obejrzeniem sztuki i to musiało wpłynąć na mój odbiór. To znaczy nie zdążyłam jeszcze poważnie przemyśleć i zaakceptować treści książki, a już nałożyłam na to wersję pani Shapiro. Nadmiar dobrego? Chyba tak, bo sztukę odebrałam chłodno, choć realizacyjnie trudno jej cokolwiek zarzucić. (Ciekawe, że zupełnie odwrotna sytuacja przytrafiła mi się podczas seansu "The Crucible" z The Old Vic, ale tam ogromną rolę odegrała właśnie niekonwencjonalna realizacja.) Cóż, nie od dziś wiadomo, że czytanie bywa niebezpieczne.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.