Niech żyje bal, czyli o nowym „Kopciuszku” Disneya


We współczesnej kulturze Kopciuszków jest przynajmniej dwóch. Pierwszy to sierota o złotym sercu, pokornie znosząca okrucieństwo przybranej matki. Drugi to piękność w fałszywej masce, poniżona przez inne kobiety i wywyższona przez Księcia; koszmar feministek. Gryzipiór długo kombinował, jak napisać o nowym filmie Disneya tak, by oddać sprawiedliwość znakomitej reżyserii i pięknej scenografii, a jednocześnie dobrać się do jego warstwy ideologicznej. I doszedł do wniosku, że musi po prostu napisać dwa teksty. W dzisiejszym zwalnia sztukę ze społecznej odpowiedzialności. Nie będzie więc tropienia patriarchalnych stereotypów. Będą za to zachwyty nad tym, jak wspaniale nakręcony, zagrany i wizualnie wysmakowany jest nowy „Kopciuszek”.

Od razu trzeba powiedzieć jedno: Kenneth Branagh nakręcił film bardzo odważny. Mógł przecież popłynąć z prądem do królestwa postmodernizmu, w którym trwa nieustający karnawał reinterpretacji, a każdą nową baśń opatruje się podtytułem „historia prawdziwa” (czytaj: pełna przemocy i seksu). Mógł opowiedzieć „Kopciuszka” na nowo nie tylko zgodnie z postulatami krytyki genderowej, ale i linią samego Disneya, wyznaczoną przez produkcje takie jak „Frozen” czy niedawne „Tajemnice lasu”. Mógł zrobić to wszystko i jeszcze więcej, ale wolał po prostu nakręcić remake animacji z 1950 roku. Bez ironii, bez kpiny z konwencji, za to z dosłownymi cytatami, które ucieszą każdego, kto jak Gryzipiór wychował się na dawnych baśniach Disneya. Dla tych szczęśliwców (?) seans „Kopciuszka” to nostalgiczna podróż w dzieciństwo, w którym baśń Perraulta nie raziła jeszcze naiwnością, a hasła „seksizm” nie było w słowniku. Podróż, za którą wypada podziękować. Dziękujemy, panie Branagh.

fot. Walt Disney Pictures [*]
Fabularnie nic w „Kopciuszku” nie może zaskoczyć. Dobro zostanie nagrodzone, zło ukarane, a szklany pantofelek zawsze będzie idealnie pasował na stopę bohaterki. Wszystko rozegra się zaś wśród podkolorowanych pejzaży i barokowych wnętrz królewskiego pałacu. Przerost formy nad treścią? Może, ale jaka to jest za forma! Urokliwe detale, olśniewające stroje, wiosenne kolory i pantofelki od Swarovskiego tworzą film, na który patrzy się z zachwytem, nawet jeśli balansuje on na granicy kiczu – a może właśnie dlatego. Do tego dochodzą ujęcia kręcone z nieoczywistej perspektywy (ucieczka z balu, śmierć króla) oraz wystudiowana choreografia (siostry przygotowujące się do balu), które nadają „Kopciuszkowi” teatralny szlif. To sygnał dla widza, żeby przypadkiem nie pomylił filmu aktorskiego z realistycznym – w wypadku adaptacji Branagha taki błąd może go drogo kosztować. Już za chwilę bowiem wkroczy na scenę szalona wróżka (Helena Bonham Carter – wybór oczywisty) i przy pomocy naprawdę efektownych efektów specjalnych zamieni dynię w najpiękniejszą karetę, jaką Gryzipiór kiedykolwiek widział. A za chwilę plus chwilę myszy staną się końmi, jaszczurki lokajami, gęś stangretem – a uwalany w sadzy kocmołuch wyruszy na bal życia. Kto przyłoży do tej historii cyniczną miarę realizmu, ten dobrowolnie pozbawi się radości trąba. Nie bądźcie trąba.

fot. Walt Disney Pictures [*]
Brytyjskiemu reżyserowi udała się więc rzecz nieprawdopodobna: w upiększaniu baśni przebił samego Disneya. Oczywiście ma to określone – niezbyt zresztą piękne – konsekwencje. Chodzi o to, że wszystko, czego nie dało się ładnie pokazać, musiało opuścić kadr. W krainie wiecznej wiosny nie ma przecież miejsca na żałobę po śmierci rodziców. Nie ma nawet miejsca na pokazanie mozolnej pracy Kopciuszka. O wybieraniu maku z popiołu lepiej zapomnieć – cierpienia, jakich doznaje bohaterka z rąk Macochy, muszą być koniecznie fotogeniczne. Drwiny, poniżenie, podarcie sukienki – oto najgorsze, co się może zdarzyć. Z jednej strony to dobrze, bo trochę łatwiej uwierzyć, że nieskażona fizyczną pracą sierota zachowuje urodę i pogodę ducha. Z drugiej strony...

Cóż, powiedzmy, że Kopciuszek AD 2015 wciąż nie jest postacią, której dałoby się zarzucić wielowymiarowość. Przez cały seans Gryzipiór czekał, aż tupnie nogą, trzaśnie drzwiami albo zrobi cokolwiek, by okazać złość – i udowodnić, że jest czymś więcej niż lalką grającą w ładnym przedstawieniu. Czekał oczywiście na próżno. Grająca główną rolę Lily James świetnie odnalazła się w konwencji Disneyowskiej baśni, w której dorosłe dziewczynki wciąż rozdziawiają usta, ale zrobiła niewiele, by pokazać ludzką stronę swojej bohaterki. Szkoda, bo taki papierowy Kopciuszek, zawsze ładny, uprzejmy i cierpiący (?) w milczeniu, stwarza jednak dystans, przez który trudniej się zaangażować w jego losy.

Ludzką stronę pokazał za to Książę, którego sprowadza się zwykle do roli milczącego fetysza panien na wydaniu. Tylko specjalista od adaptacji Szekspira mógł wpaść na pomysł, by pogłębić psychikę tego bohatera za pomocą jego relacji z ojcem – i był to strzał w dziesiątkę, Nigdzie chyba grający Księcia Richard Madden nie wypada tak przekonująco jak w scenie śmierci starego króla. Jeśli dorzucimy do tego niewymuszoną powagę, wiarę w dobro, poczucie humoru i olśniewająco biały uśmiech, otrzymamy pełnoprawnego bohatera, którego Kopciuszek może pokochać za coś więcej niż tylko za to, że jest następcą tronu. Co więcej, w tej wersji Kopciuszek i Książę mają szansę – krótką, ale jednak – poznać się przed balem. Drobne nieporozumienie na chwilę czyni ich równymi sobie, dzięki czemu ich uczucie rozwija się bardziej naturalnie. O ile w ogóle jest coś naturalnego w miłości od pierwszego wejrzenia.

fot. Walt Disney Pictures [*]
Gryzipiór ma natomiast spore wątpliwości co do Cate Blanchett w roli złej Macochy. Nie zrozumcie go źle. Gryzipiór kocha aktorkę całym sercem i był jej grą – jak zwykle zresztą – urzeczony. Problem w tym, że być może w ogóle nie powinno jej tam być. Blanchett jest urodzoną damą i jakoś nie wydała się Gryzipiórowi wiarygodna w roli prowincjonalnej intrygantki o wulgarnym śmiechu. Jej szlachetna uroda i powściągliwy sposób bycia nijak nie przystaje do opryskliwych, karykaturalnych córek, z którymi powinna przecież tworzyć zgodne złowieszcze trio.

Jednocześnie to właśnie za sprawą Blanchett w filmie Branagha zaczyna coś pękać. Aktorka tej klasy nie potrzebuje słów, by oddać niuanse psychiki kobiety po przejściach – niezależnie od tego, czy zapisano je w scenariuszu, czy nie. Rozczarowanie życiem, zniecierpliwienie głupotą córek, świadomość bycia niekochaną przez ojca Kopciuszka – to wszystko czai się tuż pod powierzchnią, w twarzy i gestach Macochy. Nic dziwnego, że w jej życiu dobry i niewinny Kopciuszek staje się swego rodzaju skandalem, który trzeba ukryć, choćby i pod warstwą sadzy. Dodajmy do tego scenę, w której Macocha ma wreszcie szansę opowiedzieć własną baśń („i żyła długo i nieszczęśliwie”), a zobaczymy, jak utopia Disneya rozpada się pod naporem gorzkiego realizmu. Najwyraźniej opowiadając baśnie w XXI wieku, od pewnych aktualizacji po prostu nie da się uciec. I dobrze, bo inaczej kultura byłaby strasznie nudnym miejscem.

  • Reżyseria: Kenneth Branagh
  • Scenariusz: Chris Weitz
  • Premiera: marzec 2015

Na marginesie: Czy tylko Gryzipiórowi tak bardzo nie podobał się wyświetlany przed „Kopciuszkiem” minifilm „Frozen Forever”?
  1. Chętnie obejrzę. Chociażby z czystego uwielbienia Disney'a. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam. Dla wielbicieli Disneya to film wymarzony. :)

      Usuń
  2. Bardziej niż recenzja zainteresowało mnie (co nie oznacza bynajmniej, iż recenzja nie jest ciekawa i rzeczowa; w istocie taka właśnie się wydaje) stwierdzenie dotyczące "Into the Woods". Sugerujesz, jeśli dobrze odebrałem Twoje słowa, że produkcja nawiązuje do genderyzmu, a sama, co wynika ze zdania, masz o niej raczej niepochlebną opinię. Czy faktycznie jest tak jak piszę? Jeśli tak, to z czego wynikają Twoje odczucia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę mówiąc, nie mam opinii o "Into the Woods", bo nie obejrzałam filmu w całości (musicale to, no cóż, nie moja bajka). Jednak z tego, co zaobserwowałam, przedstawione tam wersje baśni zmierzają w podobną stronę, co interpretacje feministek (np. Angeli Carter). Przede wszystkim dowartościowują bohaterki kobiece, podobnie zresztą jak ostatnie produkcje Disneya z "Krainą Lodu" na czele. Mamy w "Into the Woods" aktywną, samodzielną Żonę Piekarza, asertywnego Czerwonego Kapturka czy Kopciuszka, który ucieka z balu niepewny, czy chce poślubić księcia. Czy to świadome nawiązania do genderowych reinterpretacji baśni? Nie wiem, ale ryzykownie byłoby zakładać, że twórcy takiego filmu zrobili coś przypadkiem.

      Usuń
    2. Chciałem dodać komentarz, wywaliło mi okienko, bo nie byłem zalogowany. Zanim więc, w wielkiej wściekłości nakreślę raz jeszcze te same słowa, polecam z całego serca: zainstaluj sobie na blogu Disqusa.

      Jeśli chodzi o Twoją interpretację, to nie mogę się z nią zgodzić, więcej, wydaje mi się ona zupełnie błędna. Myślę, że wynika to z faktu, iż może nie widziałaś drugiej części filmu, to jest nie prześledziłaś akcji od chwili, kiedy Las się zmienił.

      O ile sam nie przepadam za musicalami (przynajmniej nie tymi, w których prawie każdy dialog jest śpiewany), o tyle Into the Woods trafiło do mnie właśnie dlatego, iż stanowiło produkcję zdecydowanie dojrzalszą, niż większość tego, co proponuje Disney, dlatego nie mogę się również zgodzić z tym, iż jest wyznacznikiem ich linii wydawniczej. Zresztą, Zwierz trafnie zauważyła na blogu, że próba reklamowania tego filmu jako kolejnej sztandarowej produkcji dla całej rodziny okazał się być koszmarnym nieporozumieniem...

      Usuń
    3. Miałam Disqusa, ale niestety nie znalazłam w nim opcji zamieszczania anonimowych komentarzy, co jest kłopotliwe dla osób, które nie korzystają z portali społecznościowych.

      To nie interpretacja, raczej przypuszczenie. To, co piszesz, brzmi interesująco; może jednak skuszę się na dokończenie filmu.

      Nie sugeruję, że "Into the Woods" jest wyznacznikiem całej linii wydawniczej Disneya. Oglądam za mało jego filmów, by mieć tak kategoryczną opinię. Tym niemniej nurt reinterpretacji baśni jest u Disneya silny. Czasem te nowe wersje idą z duchem feminizmu ("Frozen", "Alicja w Krainie Czarów"), czasem nie. "Kopciuszek" z pewnością do tego nurtu nie należy, mimo kilku precyzyjnie dokonanych aktualizacji, dzięki którym lepiej trafia do współczesnej wrażliwości.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.