Tylko dziewczyna zburzy system, czyli „Gildia Magów” Trudi Canavan


Podobno piekło recenzenta wybrukowane jest przeciętnymi powieściami. Jeśli tak, to Gryzipiór właśnie położył w nim pierwszy kamień. „Gildia Magów” to jedna z tych książek, o których nie da się powiedzieć wiele złego, ale wiele dobrego też nie. Ot, lekka, przyzwoicie napisana fantasy z bezbarwnymi bohaterami i pośpiesznie nakreślonym światem wtórnym. Dlaczego więc Gryzipiór o niej pisze? Ano dlatego, że pod tą niezbyt interesującą fasadą kryje się opowieść o magicznie uzdolnionej dziewczynie ze slumsów, która już samym istnieniem burzy opresyjny system społeczny. Opowieść, która swoją wymową skradła Gryzipiórowe serce, mimo że cała reszta pozostawia wiele do życzenia.


Recenzja zawiera niewielkie spojlery.

Oto Imardin, stolica królestwa w czasach, w których nikt nie zawracał sobie głowy społeczną sprawiedliwością. W Wewnętrznym Kręgu próżnują bogaci arystokraci, oddzieleni murem od slumsów i wałęsających się po nich bylców. Obok wznoszą się luksusowe gmachy Gildii Magów, do której wstęp mają wyłącznie wysoko urodzeni. Opresyjna segregacja? Owszem, ale nikt nie protestuje, ponieważ według oficjalnej wykładni tylko arystokraci rodzą się z talentem magicznym. Wierzy w to również Sonea, początkująca złodziejka ze slumsów. Jeszcze nie wie, że podczas corocznych Czystek zaatakuje znienawidzonego maga i przypadkiem odkryje w sobie wielką moc, czym wywoła skandal w tym uporządkowanym świecie o jasno rozdzielonych rolach społecznych.

Trudi Canavan wykorzystuje jedną z tych poprawiających nastrój klisz – bajkę o skrzywdzonej sierocie, w której drzemie wielka moc – ale bardziej niż na bohaterce koncentruje się na tym, co ta robi z systemem. A robi coś, co trudno nazwać inaczej niż „unicestwieniem”. Jednolita dotąd wspólnota magów-arystokratów błyskawicznie dzieli się na zwolenników i przeciwników przyjęcia jej do Gildii. Jedni chcą uczynić z Sonei kogoś podobnego do nich, drudzy – zablokować jej moc i odesłać z powrotem do slumsów, kwestionują bowiem sens uczenia magii złodziejki. Obie grupy zrobią wszystko, by zatrzeć jej pochodzenie, brak manier i całą tę inność, która czyni ją wyjątkową po tej stronie muru. Może to nie koniec – kombinują sobie – może uda się jeszcze zasypać tę wyrwę w systemie, którą spowodowało pojawienie się bylca z talentem magicznym.

– „Moc nic nie znaczy, jeśli mag ma przegniłe serce” – zacytował Sarrin. - To może być złodziejka, a może nawet nierządnica (...). Skąd wiemy, że zdoła uszanować nasze powołanie? (...)
– Powinniśmy przynajmniej dać jej szansę – powiedziała Vinara. - Jeśli okaże się, że jest zdolna podporządkować się naszym zasadom i stać się odpowiedzialną kobietą, powinniśmy dać jej szansę.

Co na to Sonea? No cóż, niewiele. To nie superbohaterka, która natychmiast wstąpiłaby do Gildii i udowodniła, jaka jest dobra, mądra i piękna, i jeszcze mimochodem obaliła system. To raczej doskonała tabula rasa – czysta karta, na której życie w slumsach zapisało jak dotąd jedynie niechęć do magów i troskę o bliskich. Przez większość czasu Sonea biernie podąża za mężczyznami, którzy właściwie ciągle mają nią kontrolę. Gryzipiór zwykle nie znosi takich bohaterek, o czym dużo pisał w recenzji „Siewcy Wojny” Brandona Sandersona, ale Sonea mu się spodobała. Jest coś przewrotnego w takiej diabelnie potężnej postaci, której nie da się uwięzić w pobieżnej nawet charakterystyce i która stawia bierny opór za każdym razem, gdy mężczyźni próbują narzucić jej  tożsamość zgodną z własnymi upodobaniami. W każdym razie Trudi Canavan miała nietuzinkowy pomysł na główną bohaterkę trylogii i Gryzipiór jest ciekaw, jak rozwinęła go w kolejnych tomach.

[*]
No właśnie: w kolejnych tomach. Wiele jest w „Gildii Magów” obiecujących pomysłów, ale niewiele z nich wykorzystano, by uczynić lepszą tę konkretną powieść. Na ponad 500 stronach zmieściły się tylko trzy – trzy! – sceny, w których wspomina się o intrydze wykraczającej poza historię Sonei. Resztę wypełniają nieznośnie rozwlekłe opisy przenosin do kolejnych kryjówek, poszukiwań prowadzonych przez magów, spacerów po Uniwersytecie i wreszcie rozważań Sonei dotyczących tego, czy powinna podjąć naukę w Gildii, czy jednak nie. Gryzipiór nie czuje nawet, żeby podrzucał Wam spoilery, gdyż wynik starcia Sonea versus System jest łatwy do przewidzenia, nawet jeśli ktoś przegapił tytuły kolejnych tomów. Na tym zresztą polega największy problem „Gildii Magów”: jej akcja w całości opiera się na konflikcie, którego rezultat od początku jest czytelnikowi znany. Pomysł, by uatrakcyjnić fabułę za pomocą wątku dwóch magów ubiegających się o opiekę nad Soneą – pierwszego jednoznacznie dobrego, drugiego równie jednoznacznie złego – Gryzipiór uznaje za nietrafiony. Powieść może być lekka, ale nie powinna być trywialna.

Jeśli w dodatku jest to powieść fantasy, to powinna przedstawiać spójny i w miarę bogaty świat wtórny. Niestety w wypadku „Gildii Magów” świat ten składa się na razie z niewiele mówiących nazw: Kyralia, Lonmar, Sachaka... Kluczowe dla fabuły miejsce – akademia magii – też nie powala oryginalnością, szczególnie czytelnika, który nieraz bywał już w Hogwarcie czy na Uniwersytecie w Goncie. Czy pani Canavan ma do zaoferowania coś więcej? Skoro to trylogia, Gryzipiór nie zamierza wyrokować przed epilogiem ostatniego tomu i ma nadzieję, że nie będzie musiał dodawać kolejnych dwóch kamieni do swojego recenzenckiego piekiełka.

  • Cykl: Trylogia Czarnego Maga
  • Przekład: Agnieszka Fulińska
  • Wydawca: Galeria Książki
  • Rok wydania: 2007 (2001)
  • Liczba stron: 511
  1. Niestety nie mogłam przebrnąć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwię się! Ten tom jest przynajmniej o połowę za długi. Na szczęście, jeśli się uprzeć, czyta się szybko, a wszystko wskazuje na to, że kolejne części są znacznie lepsze.

      Usuń
  2. Ja pierwszego nie przebrnęłam.,,

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam trylogię i jej prequel (bliźniaczo podobny do pierwszego tomu). Kiedy myślę o tej serii wymyka mi się słowo "fajne". Czyli do bólu przeciętne, letnie, łatwe do zapomnienia. Może z braku innych pomysłów wypożyczę sobie "Misję ambasadora".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, straszne słowo "fajne" całkiem nieźle określa tę książkę. Może dlatego wciąż nie mogę się zmusić do sięgnięcia po kolejne tomy, kiedy wokół tyle alternatyw "znakomitych" i "wspaniałych".

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.