Ostrożnie z tym po(d)stępem, czyli „Wehikuł czasu” H.G. Wellsa


Gryzipiór powinien pewnie rozpocząć ten wpis czymś w rodzaju: „Jak wiadomo, Herbert George Wells wielkim pisarzem był”. Tyle że Gryzipiór zawsze miał problem z tzw. klasyką literatury, a już szczególnie z taką, którą uważa się za prekursorską wobec całego gatunku. Problem polega na tym, że pomysły pisarzy, które były nowatorskie u progu XX wieku, sto lat później wydają się często przewidywalne i wyczerpane przez epigonów, których miało się nieszczęście czytać, zanim się sięgnęło po powieść Wielkiego Klasyka. Gryzipiór bał się, że ten paradoks zepsuje mu lekturę „Wehikułu czasu”. Okazało się jednak, że siła tej nieprzyzwoicie cienkiej powieści o podróży w przyszłość tkwi nie w oryginalności fabuły, ale w niełatwych pytaniach, które wciąż stawia czytelnikowi.

Ustawicznie uciekamy od chwili bieżącej. (…) Jeśli na przykład żywo przypominam sobie jakiś wypadek, to wracam myślą do chwili, w której się wydarzył: staję się wówczas nieobecny, robię na chwilę skok wstecz.

Zaczyna się niewinnie: główny bohater, noszący przypowieściowe imię Podróżnika w Czasie, tłumaczy się ze spóźnienia na obiad z przyjaciółmi; właśnie wrócił z wyprawy w rok 802 701. Co go tam spotkało? Rozczarowanie, niestety. On, energiczny wyznawca Postępu, spodziewał się ujrzeć społeczeństwo przewyższające jego własne tak w wiedzy, jak i w sztuce. Trafił zaś do świata absolutnej stagnacji, w którym nie ma już potrzeby tworzyć ani wynalazków, ani wierszy. Świat ten zamieszkują Elojowie – ludzie łagodni, piękni i delikatni „jak figurki z saskiej porcelany”. Podróżnik nie daje się jednak nabrać na tę utopię i migiem dostrzega niewygodną prawdę o przyszłych mieszkańcach Ziemi.

Co uderza w tej wizji, to jej aktualność. Wells jako pierwszy chyba w historii gatunku dał przekonujący opis społeczeństwa konsumpcyjnego. Potulni Elojowie to w rzeczywistości bezmyślne niby-dzieci, wyglądające jakby wyszły z tego samego salonu piękności, pięknoduchy i hedoniści, którzy trwożliwie uciekają przed każdym przejawem agresji. Czas stanął dla nich w miejscu. Nikt już nie pracuje na lepsze jutro ani nie próbuje zachować pamiątek przeszłości. Życie schodzi na zabawie (uczty, zbieranie kwiatów), która zresztą nudzi się Elojom równie szybko jak wszystko inne. W oczach czytelnika ratuje ich to, że są niezdolni do grzechu, gdyż lata gnuśnej stabilizacji wypaliły z nich wszelką agresję i pozostawiły jedynie niemoc. Odebrały im jednak zdolność do rozwoju i twórczości, co każe czytelnikowi zadawać niewygodne pytania o rolę cierpienia w życiu nie tylko pojedynczego człowieka, ale i całych społeczeństw.

[*]
Choć przyszli mieszkańcy Ziemi są biologicznie ludźmi, spotkanie z nimi rozgrywa Wells jak zetknięcie z Obcymi, które wkrótce stanie się klasycznym motywem science-fiction. Tak właśnie – jak obcy gatunek – traktuje Elojów Podróżnik i odruchowo przyjmuje wobec nich postawę etnologa. Stosunki społeczne, których nie rozumie, próbuje wyjaśnić za pomocą kolejnych, jakże błędnych teorii. Teorie te stanowią zresztą kapitalny przegląd dziewiętnastowiecznych lęków: zemsta klasy robotniczej, triumf radykalnego socjalizmu, fiasko ideologii postępu, biologiczny determinizm... Ten ostatni zostaje zresztą w powieści potwierdzony i obalony jednocześnie, a to za sprawą nieprzyjaciół Elojów – Morloków.

Podróżnik odnajduje Morloków pod ziemią, w świecie wiecznej ciemności, kłów i pazurów. Jest to rasa drapieżników, coś w rodzaju krwiożerczych małpopoludów o wielkich oczach, po darwinowsku przystosowanych do życia w tunelach. (Tak wyobrażał sobie Wells ewolucję współczesnych mu robotników pracujących w podziemnych fabrykach). Ciekawe, że to właśnie Morlokowie zostali w tym przyszłym świecie specjalistami od techniki, tak jakby autor „Wehikułu czasu” chciał powiedzieć: „Patrzcie, to właśnie się stanie ze światem, kiedy oddzielimy Cywilizację (Morloków) od Kultury i Moralności (reprezentowanych przez Elojów)”. I choć ci ostatni budzą w Podróżniku niesmak, ci pierwsi naprawdę go przerażają. Wbrew poglądom darwinistów nie każda następna forma gatunku okazuje się lepsza od poprzedniej. To znaczy w sensie biologicznym – owszem, ale w sensie kulturowym ludzkość czeka w roku 802 701 absolutny, totalny, niezaprzeczalny upadek moralny.

Wielki triumf ludzkości, o którym marzyłem, w odmiennym mi się już teraz przedstawił świetle. Takiego rozkwitu wychowania moralnego i współdziałania powszechnego, jaki sobie wyobrażałem, nigdy nie było. (…) cywilizacja zrównoważona, którą w końcu osiągnięto, dawno już musiała minąć swój zenit i obecnie nieuchronnie chyliła się ku upadkowi. Zbyt doskonałe bezpieczeństwo Podsłonecznych zawiodło ich na powolną drogę degeneracji (…).

Prędzej czy później Podróżnik i czytelnik zaczynają zadawać sobie te same pytania. Jak do tego doszło? Co było przyczyną upadku? Wells unika tu łatwych morałów. Odpowiedzi każe bohaterom szukać w opuszczonym muzeum, w którym gromadzono niegdyś osiągnięcia ludzkości. Wszystko się tu rozpada: ogromne wrota, dowodzące dawnej potęgi (a może tylko manii wielkości), szkielety zwierząt, rośliny zamienione w bury proch, zardzewiałe maszyny, puste biblioteki... Co wynosi Podróżnik z tego „pomnika epoki rozumu”? Maczugę. Po ośmiuset tysiącach lat jedynym wartościowym odkryciem ludzkości okazuje się to, że można komuś przywalić w łeb grubym kijem. Wells zdaje się sugerować, że za porażkę człowieka odpowiada zerwanie ciągłości pokoleń. Ani Elojowie, ani Morlokowie nie czują już obowiązku samodoskonalenia, nie chcą – jak to się czasami mówi – walczyć o lepsze jutro. Wyrok okazuje się bezlitosny: ci, którzy nie mają przeszłości, nie będą też mieli przyszłości.

Nic dziwnego, że Podróżnik ucieka od tego przerażającego obrazu w jeszcze dalszą przyszłość, uparcie szukając cywilizacji, która spełniłaby jego pozytywistyczne oczekiwania. Lecz najwyraźniej antyutopia wpisana jest w ludzką naturę i prędzej świat się skończy, niż nadejdzie prawdziwy wiek rozumu. Ostatecznie bowiem Podróżnik pokonuje miliony lat tylko po to, by ujrzeć, jak Ziemia przestaje się kręcić, a nad światem góruje wielkie, czerwone, stale rozrastające się Słońce. Tę przyprawiającą o dreszcz wizję apokalipsy ukazuje Wells jak film oglądany w przyśpieszeniu. Migają czarne niebo przecinane wstęgami przelatujących komet, zastygłe morze, pustynia powoli przysypywana śniegiem, lodowaty wiatr obwieszczający śmierć gwiazd... I ona: nieznana istota wielkości piłki, która z trudem wychodzi z morza. Wells pozwala tu sobie i czytelnikowi na odrobinę nadziei: czas kołem się toczy, a światy giną i się odradzają. Czy lepsze? To kolejne pytanie, na które „Wehikuł czasu” nie przynosi odpowiedzi.

Nie zdołam opisać owego widoku straszliwego spustoszenia, jakie zawisło nad światem. Czerwone niebo na wschodzie, ciemność na północy, martwe słone morze, skalisty brzeg rojący się od strasznych pełzających potworów (…). Tak podróżowałem, zatrzymując się w wielkich odstępach czasu, przeskakując po tysiąc i więcej lat (…), wpatrując się ze szczególnym oczarowaniem, jak na zachodzie rośnie coraz większe i posępniejsze Słońce – jak na starej Ziemi opada fala życia.

To, co sprawia, że Wells naprawdę wielkim pisarzem był, to jego umiejętność dochowania tajemnicy. Można się spodziewać, że po tym, co zobaczył w przyszłości, Podróżnik ciśnie swój wehikuł w kąt i zajmie się dzierganiem szalików. Nic z tych rzeczy. Wkrótce wyprawia się w kolejną podróż, z której – jak się dowiadujemy – po trzech latach wciąż nie wrócił. Czy tym razem szukał pocieszenia w przeszłości? Czy raczej wybrał się w bliższą przyszłość, by dociec przyczyn upadku ludzkości? A może powrócił do krainy Elojów, by pomóc im odmienić los? Nie są to jedynie fantazje czytelnika sfrustrowanego (kapitalnym) otwartym zakończeniem powieści. Od odpowiedzi na pytanie „Dokąd odszedł Podróżnik?” zależy właściwie cała jej interpretacja. Czy stracił wiarę i zaszył się w bezpiecznej przeszłości, gdzieś w egipskiej pustelni, czy jednak wyruszył w przyszłość, by dać światu kolejną szansę? Krótko mówiąc: czy według Wellsa ludzkość skazana jest na upadek, czy może została jeszcze odrobina nadziei?

  • Przekład: Feliks Wermiński
  • Wydawca: Amber
  • Rok wydania: 2005 (1895)
  • Liczba stron: 112

W nagłówku znajduje się grafika autorstwa Don Urbana ze zmianami na licencji CC 2.0.

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.