Jak zostać przeciętnym pisarzem, czyli „Warsztat pisarza” Dwighta V. Swaina


Sądziliście, że do pisania trzeba mieć talent? Amerykańscy Naukowcy™ już dawno udowodnili, że to nieprawda. Wystarczy przejść kurs creative writing i uzbroić się w odpowiedni podręcznik, na przykład „Warsztat pisarza” Dwighta V. Swaina. Jednego dowiecie się z niego na pewno: napisać dobrą powieść jest trudno, ale napisać dobry poradnik jest... jeszcze trudniej. Teoretycznie Swain dobrze o tym wie. Wiele lat prowadził na uniwersytecie kurs pisarstwa, tworzył też powieści oraz scenariusze filmowe. Niestety ten kompetentny profesor najwyraźniej dawno stracił wiarę w uczniów, skoro za punkt honoru postawił sobie wytłumaczyć w swoim poradniku dosłownie wszystko.

Dzięki temu z lektury „Warsztatu pisarza” Gryzipiór dowiedział się między innymi, do czego służy rzeczownik, kim jest narrator i jak odróżnić fakty od opinii, a także co to jest napięcie (fenomen fizjologiczny; stan silnego naciągnięcia czegoś elastycznego). Do kompletu zabrakło tylko instrukcji obsługi klawiatury. Zgoda – powie ktoś – od czegoś trzeba zacząć. Wyłóżmy najprostsze rzeczy tak, jakby aspirujący pisarze nie przeczytali w życiu ani jednej książki, a potem przejdźmy do konkretów. Niestety w poradniku Swaina cenne wskazówki toną w morzu irytujących truizmów: nie pisz scen, które nie mają celu, poznaj swoich bohaterów, nie pracuj pod wpływem alkoholu... Banalnej treści towarzyszy równie banalny język o jawnie perswazyjnym wydźwięku. Gryzipiórowi najbardziej utkwiły w pamięci pytania retoryczne i maniera robienia z każdego zdania osobnego akapitu. Oto próbka:

(...) każdy z nas reaguje na podobne doświadczenia życiowe w sposób właściwy i charakterystyczny wyłącznie dla siebie.
Dla autora to niezwykle ważne.
Dlaczego?
Ponieważ każda historia zaczyna się od emocji.
A gdzie je znaleźć?
Rodzą się w sercu.

Albo:

Pisz tak, by pasowało.
Pasowało? Do czego?
Do uczuć.
Jak zmierzyć uczucia?
Sprawdza się je zegarem emocjonalnym.

Gryzipiór ma szczerą nadzieję, że nie miał to być wzór dla przyszłych powieściopisarzy.

Drażnią też w „Warsztacie pisarza” sądy, których po prostu nie da się obronić. Swain straszy na przykład przyszłych autorów, że przepadną, jeśli rozpoczną powieść „całostronicowym opisem starego, rodzinnego domostwa” (pewnie tak jak przepadła „Zagłada domu Usherów”?). Od czasu do czasu błyśnie też złotą myślą, jak ta o ludziach nieakceptujących obowiązujących zasad. Otóż są oni podobni do „alkoholika, dla którego liczy się jedynie zdobycie kolejnej butelki”, w dodatku cierpią na wrzody żołądka. Niestety autor nie wyjaśnia, co to ma wspólnego z twórczością literacką.

Kiedy natomiast pisze na temat, często dokonuje irytujących uproszczeń. Proponuje na przykład jeden – i tylko jeden – schemat budowy fabuły: łańcuch scen i sequeli. Scena to wydarzenie, sequel to reakcja bohatera na to wydarzenie. W scenie bokser przegrywa walkę życia. W sequelu włóczy się po knajpach tak długo, aż podejmie decyzję o porzuceniu kariery. Potem kolejna scena i kolejny sequel. I tak w kółko. Zaskoczenie diabli wzięli.

   
Okładka wydania amerykańskiego [*] vs okładka wydania polskiego [*]. Znajdź dziesięć różnic.

Plusy? Staranne i dość rozsądne omówienie budowy powieści. Początek, rozwinięcie i zakończenie rozkłada Swain na czynniki pierwsze i dużo uwagi poświęca budowie punktu kulminacyjnego. Zgrabnie wypadają fragmenty piętnujące konkretne błędy popełniane przez studentów: tworzenie pasywnych bohaterów czy streszczanie przeszłości w dialogach. Od czasu do czasu udawało się Gryzipiórowi zanotować cenną wskazówkę:
  • powieść zacznij od dnia, który różni się od innych,
  • bohatera przedstaw w sytuacji dla niego charakterystycznej,
  • najwcześniej, jak się da, spraw, by bohater podjął się czegoś,
  • przekazuj tylko te informacje, które są istotne.
Niestety zasady te tłumaczy autor na wymyślonych przez siebie i celowo przejaskrawionych przykładach, które jakoś nie przekonują. Szkoda, że nie oparł wykładu na pogłębionej analizie powieści, które odniosły sukces czytelniczy.

Jeszcze słówko o starzeniu się. Od pierwszego wydania „Warsztatu pisarza” upłynęło prawie 40 lat i literatura popularna zdążyła przejść małą rewolucję. Z poradnika Swaina nie dowiemy się niestety, co czyni powieść atrakcyjną w czasach, w których znawcy piszą o literaturze wyczerpania, a czytelnicy narzekają, że wszystko już było. Nie ma w nim słowa o grze z konwencją czy o łączeniu gatunków. Na szczęście sam autor przyznaje, że nikogo nie nauczy pisać świetnie, a jedynie dość dobrze, by na pisaniu zarabiać. I przynajmniej raz udziela naprawdę mądrej rady:

Każdy ma prawo trafić do piekła w dowolnie wybrany sposób – oto, moim zdaniem, najcelniejsza uwaga dotycząca przygotowania, planowania i pisania opowieści. Nie pozwól sobie odebrać tego przywileju.

  • Przekład: Magdalena Burdzy-Barrington
  • Wydawca: Cat Book
  • Rok wydania: 2010 (1973)
  • Liczba stron: 344
  1. Hm, a czytałaś może "Maszynę do pisania"Katarzyny Bondy? Co sądzisz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytałam, niestety. Po "Warsztacie pisarza" trochę straciłam serce do poradników kreatywnego (cokolwiek to znaczy) pisania. Ale z przyjemnością sięgnę, jeśli warto. Warto?

      Usuń
  2. Nie ma to jak napisać krytyczną recenzję i mijać się w niej z faktami, a do tego pisać o czymś, o czym totalnie nie ma się pojęcia. No, ale jak mogłoby być inaczej jak czyta się książki po łebkach i bez zrozumienia.

    Pierwszy przykład z brzegu: "Scena to wydarzenie, sequel to reakcja bohatera na to wydarzenie." Nie. Kłamiesz w żywe oczy. Swain wcale tak nie napisał. W jego książce scena to jednostka tekstu, w której występuje konflikt i jest to pokazane, a nie opisane, czyli na przykład występuje napisany żywcem dialog między bohaterami. Natomiast sequel jest to jednostka tekstu, który stanowi zapychacz między kolejnymi scenami i tam się opisuje co się wydarzyło, a nie pokazuje. Opisywanie reakcji emocjonalnych bohatera jest jedynie elementem sequelu, a nie sequelem. Z prostego powodu - rozterek wewnętrznych nie można pokazać, a jedynie opisać, bo dzieją się w głowie bohatera.

    Powyższa definicja sceny występuje też w edukacji aktorskiej, a to dlatego, że czy to filmy, czy to spektakle składają się wyłącznie ze scen. Jak się przypatrzysz, zwrócisz uwagę, że w każdej scenie w filmie występuje jakiś konflikt - czy to konfrontacja bohaterów (kłótnia, dyskusja, przesłuchanie, rozmowa na ciężki temat - jeżeli jest rozmowa o dupie maryni niewnosząca nic do fabuły, to od razu oceniasz film jako słaby), czy to konfrontacja z przyrodą, żywiołem, czy to POKAZANA samotna konfrontacja bohatera z własnymi uczuciami.

    Scena i sequel mogą opisywać dokładnie te same wydarzenia, ale w inny sposób. Na przykład - w sequelu napiszesz tylko: "Pojechał do żony. Jak zwykle się pokłócili, więc już zaraz od niej wyszedł i od razu pojechał się napić do pubu." W scenie zrelacjonujesz tę kłótnię od początku do końca i ubogacisz tę relacje o dialog:
    "Wszedł do domu i od razu poczuł na sobie oskarżycielski wzrok Mileny.
    - Gdzie byłeś?! - wycedziła przez zaciśnięte zęby.
    - W pracy byłem.
    - Nie okłamuj mnie! Wiem, że znowu do tej zdziry pojechałeś!
    - Nie pojechałem! Uspokój się!
    - Wiesz co? Wynoś się! Nie chcę cię już więcej widzieć!
    Wściekły Witek na to tylko trzasnął drzwiami i już wiedział, że tej nocy trzeźwy nie zaśnie."

    Nazywasz łańcuch scen i sequeli uproszczeniem? Dobre. To jaką jeszcze jednostkę tekstu literackiego poza sceną i sequelem byłabyś w stanie wyróżnić? Inne nie istnieją! Każda książka de facto łańcuch scen i sequeli, oczywiście nie naprzemiennie (Swain wcale tak nie napisał), a po prostu łańcuch, który może wyglądać na przykład tak: Scena-Scena-Sequel-Scena-Scena-Scena-Sequel. I tak dalej i tak dalej.

    "Maszyna do pisania" Bondy to o wiele gorsza książka od tej. Przeczytałem obie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drogi Anonimie! Opisałam książkę tak, jak ją odebrałam, a odebrałam ją zgodnie ze swoim doświadczeniem, wyobrażeniem o literaturze i swoimi upodobaniami. Nie wykluczam oczywiście, że to i owo mogłam zrozumieć na opak. Od czasu lektury minęło już trochę czasu, ale pamiętam, że scenę zinterpretowałam jako przedstawienie pewnego wydarzenia, które popycha akcję naprzód; jego konsekwencje oraz reakcje bohatera zostają następnie przedstawione w sequelu. Nie odniosłam wrażenia, by Swain opisywał tam różnicę w sposobie przedstawiania wydarzeń. Wydaje mi się, że chodziło mu o podkreślenie tego, że żadna akcja nie może pozostać bez reakcji, że wszystko, co przedstawimy w powieści, ma mieć swoje cele i konsekwencje i wpływać jakoś na bohatera. I że ma to być widoczne w samej budowie powieści. W tym sensie łańcuch scen i sequeli byłby uproszczeniem, bo nie pozostawiałby miejsca na przykład na flashbacki, takie powroty do przeszłości, które podsuwają pewne interpretacje czytelnikowi, ale nie oddziałują bezpośrednio na bohatera.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.