O dwóch takich, co nie chciały męża, czyli „Siewca wojny” Brandona Sandersona


Na początek wyznanie. Gryzipiór ma wielką, naprawdę wielką słabość do silnych bohaterek kobiecych. Żadne słowa nie oddadzą entuzjazmu, z jakim dobierał się do „Siewcy Wojny”, poleconego mu jako polityczna fantasy o księżniczce, która próbuje uratować siostrę od małżeństwa z tyranem i jednocześnie nie dopuścić do wojny. Sześćset stron później pisze tę recenzję, zgrzytając zębami i obiecując sobie, że więcej nie sięgnie po żadne dzieło Brandona Sandersona. Mimo że początkowo nic nie zapowiadało katastrofy, co najwyżej nieszkodliwą powtórkę z „Rozważnej i Romantycznej”.


Tekst zawiera niewielkie spojlery dotyczące pierwszej połowy książki.

Rozważną jest w tej wersji Vivenna (dzięki nieuważnej korekcie znana też jako Vienna bądź Vivienne), uprzejma i do bólu posłuszna córka władcy Idris. Romantyczną zaś – jej młodsza siostra Siri. Nudne życie, jakie wiodą obie księżniczki w prowincjonalnym królestwie, kończy się, kiedy ich ojciec przypomina sobie o pewnym niefortunnym traktacie sprzed 20 lat. Traktat ten stanowi, że Vivenna musi poślubić Króla-Boga wrogiego królestwa. Ojcu, władcy ponoć mądremu, trudno jednak rozstać się z ulubienicą. Co więc robi? Zamiast rozsądnej Vivenny posyła na obcy dwór niedoświadczoną Siri, żeby... zwiększyć szanse na zachowanie pokoju. Logikę diabli wzięli (i prędko jej nie zwrócą).

Ale po kolei. Najpierw, jak słusznie odgadliście, romantyczna Siri nieromantycznie poślubia okrutnego Króla-Boga, którego wybrał dla niej ojciec, a rozważna Vivenna nierozważnie rusza jej na ratunek. W końcu obie bohaterki lądują w T'telir – stolicy imperium, w której panują obce i niebezpiecznie liberalne obyczaje. Po czym następuje katastrofa: przyzwoita fantasy zamienia się w przegadaną i zupełnie nieprzekonującą powieść psychologiczną. Zmagające się z szokiem kulturowym księżniczki okazują się potulne, łatwowierne i całkiem pozbawione inicjatywy. W kółko roztrząsają, czego naprawdę chcą, ale jakoś nie palą się podjąć decyzji, które pchnęłyby akcję do przodu. Efekt? Powieść grzęźnie w rozwlekłych monologach wewnętrznych, które podają czytelnikowi psychikę bohaterek jak na tacy, odbierając mu jednocześnie frajdę z układania własnych interpretacji.

[*]
Można by to nieudolne psychologizowanie autorowi wybaczyć, gdyby jego bohaterki były interesujące i przede wszystkim wiarygodne. A nie są. Ich postępowanie od początku jest niespójne i nijak ma się do tego, czego dowiedzieliśmy się o nich na początku. Jak tu wierzyć w rozsądek i polityczne przygotowanie Vivenny, która pozwala sobą kierować przypadkowo spotkanym najemnikom? Jak wierzyć w butę Siri, która pokornie gra rolę królowej figurantki? Wraz z rozwojem akcji takich sprzeczności jest więcej. Gryzipiór skłonny jest uwierzyć, że zastraszone i rozkosznie nieporadne bohaterki same nie wiedzą, kim są, ale żeby nie wiedział tego też autor, to już przesada. Jeśli Sanderson rzeczywiście wzorował się na powieści Jane Austen, to zabrakło mu konsekwencji i wyczucia charakterów. Jego Rozważna i Romantyczna nie przechodzą przekonującej przemiany wewnętrznej, o czym dobitnie świadczą powtórzenia. Trudno zliczyć, ile razy wspomina się w powieści, że Siri brakuje doświadczenia w dworskich intrygach albo jak bardzo oburzają Vivennę krótkie spódnice mieszczanek (bardzo).

Zresztą samo określenie „bohaterki” jest mocno naciągane. Mimo że na świat patrzymy z kobiecej perspektywy, wpływ na wydarzenia mają wyłącznie mężczyźni: kapłani, najemnicy, nadworni skrybowie i oczywiście tytułowy Siewca Wojny. Pozbawiona ich opieki Jej Wysokość ląduje na bruku i omal nie zostaje prostytutką (!). Wniosek: bez silnej męskiej ręki ani rusz. Nie lepiej wypada główna antagonistka. Czy naprawdę każda niegodziwa kobieta w literaturze musi być oszałamiająco piękną manipulantką, która wszystkie rozmowy rozpoczyna od łóżkowych aluzji? (A potem i tak okazuje się widowiskowo wręcz niekompetentna).

Tak pospolite postaci kobiece nie stanowią niestety żadnej konkurencji dla bohaterów męskich, którzy wypadają w „Siewcy wojny” znacznie ciekawiej. Serce Gryzipióra natychmiast skradł zblazowany Dar Pieśni – jedyny bóg na świecie, który sam w siebie nie wierzy. Bierność tej postaci ma przynajmniej uzasadnienie w fabule, a na tle rozpolitykowanego dworu Króla-Boga wydaje się wręcz cnotą. Dar Pieśni nie wie, dlaczego uczyniono go bogiem, a wątpliwości tuszuje cieszącym uszy sarkazmem. Jego historia każe się zastanowić, czym jest boskość i co jest tak naprawdę przedmiotem kultu. Cielesna doskonałość bogów? Cnoty, które uosabiają? Łaska, którą mogą, ale nie muszą, obdarować wybranych? A może zdolność do poświęcenia życia za zwykłych ludzi?

– Nie myślałeś o tym ani trochę? – spytała w końcu bogini.
– Staram się unikać podobnych rozważań. Zwykle prowadzą do innych myśli i, jeśli jest się nieostrożnym, można nawet zacząć działać. A działanie męczy. Wiem to od godnej zaufania osoby, która przeczytała o tym w pewnej książce.

Na tym jednak kończą się zalety „Siewcy wojny”. Tempo akcji mogłoby zawstydzić ślimaka, z budową świata też nie jest najlepiej. Większość czasu spędzają bohaterowie w T’telir, stolicy imperium i siedzibie bogów, którą otaczają tropikalne lasy. Wydawałoby się, że cudy powinni tam leżeć na ulicy. Może zresztą leżą, ale Gryzipiórowi nie dane było o nich przeczytać. Bohaterowie jak na złość kręcili się ciągle wokół czterech miejsc, a każde z nich trwało niezmienne niby warszawski Pałac Kultury i Nauki. Królestwo Idris, którego losy ważą się przez całą powieść, zniknęło z niej po 35. stronie i Gryzipiór nie czuł się zobowiązany martwić o kraj, o którym wiedział tylko tyle, że ma nudną religię i produkuje niezbyt rozgarnięte księżniczki.

Nawet system magiczny – podobno specjalność Sandersona – jakoś Gryzipióra nie przekonał. Podstawą jest BioChroma, moc życiowa ściśle powiązana z kolorami, którą przelicza się na Oddechy. Oddech można komuś przekazać albo tchnąć w przedmiot, który wtedy ożywa i wykonuje Rozkazy. Liczne reguły i ograniczenia układają się w system skomplikowany, ale w sumie dość powierzchowny. BioChromie brak tajemnicy, jakiegoś duchowego związku ze światem, który sprawia, że magia jest naprawdę magiczna. Pomysł, by przydać tej tajemnicy za pomocą wielkich liter, Gryzipiórowi do gustu nie przypadł. Mimo to wytrwale czytał o Rozbudzaniu, Inwestycji, Typie Pierwszym, Drugim, Trzecim i tak dalej. Rekordzistami okazały się Spontaniczne Rozumne Manifestacje BioChromy w Ciele Zmarłego Nosiciela.

W skrócie: Bardzo Duże Rozczarowanie.

  • Przekład: Grzegorz Komerski
  • Wydawca: MAG
  • Rok wydania: 2010 (2009)
  • Liczba stron: 619

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.