W trybach poprawności, czyli co nie gra w „Grze tajemnic”


Alan Turing. Genialny matematyk i kryptograf, nieprzystępny introwertyk, homoseksualista skazany na terapię hormonalną. Materiał na następnego bohatera zbiorowej wyobraźni, który za piękny umysł zapłacił społecznym niedostosowaniem. Jakie czasy, tacy herosi – chciałoby się powiedzieć. Szkoda tylko, że ekipa Mortena Tylduma nie spróbowała wyjść poza schemat tego rodzaju opowieści. W jej wykonaniu historia człowieka, który rozszyfrował niemiecką Enigmę i – jak szacują historycy – o dwa lata przyśpieszył zakończenie II wojny światowej, to poprawne kino biograficzne. Świetnie zagrane, ale pełne skrótów, uproszczeń i z uporem pomijające kwestie, które mogłyby urazić amerykańską Akademię Filmową. Kino, w którym Gryzipiórowi zabrakło czegoś ważnego.

Przede wszystkim zabrakło kogoś, kto odważyłby się pociąć scenariusz i ze ścinków ułożyć nowy, za to uboższy o połowę wątków. Ekipie Tylduma marzyła się chyba biografia totalna, która pomieści całe życie genialnego kryptografa: od okresu dojrzewania, naznaczonego szkolną przemocą i pierwszą zakazaną miłością, przez II wojnę światową i pracę nad rozszyfrowaniem Enigmy, aż po lata 50. XX wieku, w których banalne śledztwo w sprawie włamania prowadzi do ujawnienia sekretu bohatera. Sporo jak na film, który nie trwa nawet dwóch godzin. Pomysł, by opowiedzieć w nim trzy różne historie z trzech różnych dekad, mógłby zdaniem Gryzipióra wypalić, gdyby dwie z nich potraktować jako kontekst dla trzeciej.

Niestety twórcy Gryzipióra nie posłuchali i w efekcie powstał film o wszystkim, czyli o niczym. Jest tu i afera szpiegowska, i problemy moralne związane z pracą dla wywiadu, i kwestia wykluczenia z patriarchalnego społeczeństwa, i dramat wojny z obowiązkowymi zdjęciami ewakuowanych dzieci... a wszystko z braku czasu skrócone, uproszczone i okraszone wywołującymi uśmiech komentarzami w rodzaju: „Czasem to ludzie, po których nikt się niczego nie spodziewa, dokonują niespodziewanych rzeczy”. Wrażenie fabularnego nadmiaru pogłębia toporny montaż, który zbyt często łączy sceny jak leci, nie troszcząc się o dramaturgię.

fot. Weinstein Co. [*]
Co jeszcze nie gra w „Grze tajemnic”? Przede wszystkim niedokończone wątki (mniej więcej od połowy filmu Gryzipiór zastanawiał się, gdzie się podział Tywin Lannister kapitan Denniston) oraz wątki skończone wprawdzie, ale zupełnie niewiarygodne (radziecki szpieg, który zostawia na biurku klucz do własnego szyfru? ki diabeł?). Ucierpiały też postaci drugoplanowe, które mimo solidnej obsady rozmywają się w tle. Gryzipiór ze wstydem przyznaje, że pod koniec filmu nadal nie rozróżniał współpracowników Turinga. Zbyt był zresztą zajęty zastanawianiem się, o co właściwie toczy się ta gra? Bo chciał zobaczyć film, a obejrzał chaotycznie pocięty materiał na 800-stronicową książkę (biografia autorstwa Andrew Hodgesa, która była podstawą scenariusza, liczy ich dokładnie 768).

Co gorsza, była to gra od początku do końca przewidywalna. Znalazły się w niej wszystkie chyba obowiązkowe klisze z wypracowania na temat „Nierozumiany geniusz”: początkowo niechętny bohaterowi dowódca; współpracownicy, którzy przechodzą od drwin do sakramentalnego „Jeśli zwolnicie jego, musicie też zwolnić mnie!”; niemądrzy przełożeni, którzy niemądrze próbują zniszczyć dzieło życia owego nierozumianego geniusza; wreszcie młoda i zdolna matematyczka, której na przeszkodzie w karierze stoją patriarchalne przesądy. Wszystko, co mogłoby zakłócić ten dobrze znany obrazek, ląduje poza kadrem. W tym homoseksualizm głównego bohatera.

fot. Weinstein Co. [*]
Widzicie, sens kręcenia filmów biograficznych polega według Gryzipióra na tym, by zajrzeć pod maskę poprawnych życiorysów do zamieszczenia na Wikipedii oraz obiegowych narracji o danej epoce i dostrzec pod tą maską człowieka. Czasami nie da się tego zrobić, nie poruszając tzw. tematów trudnych: relacji rodzinnych, kwestii rasowych czy właśnie orientacji seksualnej. Tymczasem w „Grze tajemnic” o homoseksualizmie Turinga sporo się mówi – raz nawet w barze pełnym ludzi (!) – ale niczego nie pokazuje, co tworzy dziwaczny dysonans, jakby od lat 40. XX wieku nic się nie zmieniło. Jakby nie było „Tajemnicy Brokeback Mountain” czy filmów Almodóvara. Jakby nadal nie można było pokazać związku homoerotycznego, żeby przypadkiem nie narazić na dyskomfort widowni pełnej heteroseksualnych mężczyzn. Jedyne bliższe relacje filmowego Turinga to platoniczna – platoniczna – miłość do kolegi z klasy i dziwaczny pseudoromans z uroczą matematyczką Joan Clarke. Romans sam w sobie interesujący (dwoje wykluczonych geniuszy kontra patriarchalny świat wojny), ale trudno oprzeć się wrażeniu, że pojawił się w filmie zamiast. Takie podejście zwyczajnie nie oddaje sprawiedliwości człowiekowi, którego brytyjski sąd skazał na chemiczną kastrację i którego Elżbieta II ułaskawiła dopiero w 2013 roku.

Jeśli mimo wpadek scenariuszowych warto zobaczyć „Grę tajemnic”, to dla świetnej roli Benedicta Cumberbatcha. Niemiecka maszyna szyfrująca nie jest bowiem jedyną enigmą w tej historii. Równie skomplikowaną – i właściwie do końca nierozwiązaną – zagadkę stanowi sam Turing, genialny matematyk, dla którego kontakt z ludźmi okazuje się niemożliwym do złamania szyfrem. Brytyjski aktor mógł łatwo zrobić ze swojego bohatera kolejnego Sherlocka z serialu BBC. Zamiast tego zagrał postać wycofaną, nieprzystępną i pozbawioną charyzmy, której wad nie równoważy nawet poczucie humoru (patrz: scena, w której usiłuje opowiedzieć żart). Można Turinga podziwiać, można mu nawet współczuć, ale prawie nie sposób go lubić. Przynajmniej Gryzipióra zaskoczył dystans, z jakim przyglądał się jego życiu.

Ten brak zaangażowania, który nie wynika wcale z wad scenariusza, sprawia, że nie ma w „Grze tajemnic” oczywistych sympatii i antypatii. Zamiast Bohatera jest zwyczajny bohater: przygarbiony, zatrzaśnięty w sobie i tak samotny, że fiksuje się na pierwszej napotkanej osobie, która wydaje mu się równie wyobcowana. Bohater, z którego w mistrzowsko zagranej ostatniej scenie zostaje jedynie przerażony, załamany człowiek. I choćby dla tej sceny warto jednak zobaczyć ten film.

  • Reżyseria: Morten Tyldum
  • Scenariusz: Graham Moore
  • Na podstawie: Andrew Hodges, „Alan Turing: Enigma”
  • Premiera: grudzień 2014

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.