Wesołe jest życie demona, czyli „Demon ciemności” Tanith Lee


Trzy nowele, sześć części, osiemnaście rozdziałów. W „Demonie ciemności” opowieść rodzi opowieść. Epizody chyłkiem przeradzają się w osobne rozdziały, a pozornie nieistotne postaci i rekwizyty obrastają z czasem we własne historie. Trop literacki wiedzie oczywiście do „Tysiąca i jednej nocy”, a na fantastycznym podwórku – do „Silmarillionu”. Jednak na kompozycji kończą się podobieństwa do Tolkienowskiego opus magnum. Profesor z Oksfordu tworzył mity, Tanith Lee opowiada zaś baśnie. Choć lepiej byłoby powiedzieć, że snuje je w pustynnym seraju w gorącą, bezgwiezdną noc. Jedynie bowiem w ciemności wolno wzywać Ażrarna, Księcia Demonów, którego postać łączy te odpryski opowieści w mozaikę barwną, choć niestety dobrze już znaną.

Na początku trzeba przyznać, że Lee kapitalnie czuje baśniową konwencję. Pisze zwięźle i bardziej relacjonuje, niż pokazuje. Niestety ozdobny styl – jej znak rozpoznawczy – cierpi w przekładzie na przesadną dosłowność. (Kiedy na przykład przeczytacie, że „chłodna kropla wpadła do jej mózgu”, to będzie znaczyło, że bohaterka oprzytomniała). Szkoda, bo pełno w „Demonie ciemności” obrazów jak z orientalnej baśni, które aż proszą się o szczodry opis: podziemnych pałaców ze złota, dziewcząt zrodzonych z kwiatu, cudownych ogrodów i fontann tryskających zimnym ogniem. Podziemnym światem demonów rządzi nieustający nadmiar: piękno jest w nim tak olśniewające, że aż boli, brzydota tak odrażająca, że nie da się na nią patrzeć.

Na tym tle kraina ludzi wypada niestety dość blado. Przeklęty naszyjnik trafia do „pewnego” miasta, król Zoraszad mieszka „gdzieś” na wschodzie – w owym baśniowym bezczasie, wszędzie i nigdzie jednocześnie. Nie jest to bogaty i spójny świat wtórny, jakim rozpieściła Gryzipióra epicka fantasy (ta dobra). Geografia, obyczaje i prawa magii zostały w książce Lee ledwie zarysowane. Najważniejsze, by ciągle snuć opowieść.

[*]
Od czytelnika zależy, czy da się oczarować tej konwencji, czy raczej ciśnie książkę w kąt i pójdzie kosić trawę. Baśniowa stylizacja ma bowiem ciemną stronę, której na imię Wtórność. Lee woli zadziwiać, niż opowiadać porywającą historię. Może dlatego ucieka się do gotowych schematów fabularnych. Tu zaczerpnie z historii Orfeusza i Eurydyki, tam z platońskiego mitu o androgynie. Mógłby z tego wyjść efektowny retelling, gdyby autorka pokusiła się o zabawę konwencją albo wprowadziła nową perspektywę (jak rok później Marion Zimmer Bradley w „Mgłach Avalonu”).

Bez tych elementów „Demon ciemności” jest niestety jedynie zbiorem archetypicznych, programowo ponurych baśni. Wszystko wiadomo z góry: piękne kobiety okażą się cnotliwe, brzydkie – niegodziwe (z mężczyznami bywa różnie), rozszczepione połówki znów się połączą, zakazany owoc zostanie zerwany, a Julia popełni samobójstwo sądząc, że Romeo umarł, podczas gdy tylko spał. Umożliwią to nieprawdopodobne zbiegi okoliczności i irytujące niekiedy uproszczenia. Co tu dużo mówić – jak na stworzenie z piekła rodem, „Demon ciemności” jest zdecydowanie zbyt przewidywalny.

Jesteśmy twoją igraszką, twoją rozrywką (...). Zawsze będziesz do nas powracał, aby poniżać naszą chwałę, aby śmiać się swym ciemnym śmiechem, gdy oszukasz nas i wydrwisz. Bez ludzi na ziemi życie demonów i życie Pana Demonów byłoby nudne, zaprawdę, byłoby nie do zniesienia.

O Tanith Lee pisze się często, że tworzy fantasy dla dorosłych. Rzeczywiście, sporo w jej książce krzywdy, przemocy, śmierci. I seksu. W rozmaitych odmianach: damsko-męskiej, męsko-męskiej oraz demonologiczno-animalistycznej (na przykład demona z pająkiem). Jednak zarumienić się przy lekturze trudno, a to z powodu kwiecistego stylu, który zbyt łatwo przeradza się we własną parodię. Cóż bowiem znaczy, że w chwili ekstazy „kopuła wieży zdruzgotała firmament mózgu” kochanka?

Jest jednak coś, co sprawia, że baśni Lee naprawdę nie powinny czytać dzieci (oraz dorośli o sercach dzieci). Tym czymś jest pesymizm. W świecie „Demona ciemności” nie bardzo wiadomo, gdzie jest niebo, ale do piekła można dojść na piechotę. Bogowie mieszkają pośród zimnego błękitu, obojętni na losy świata. Czy można potępiać ludzi za to, że rozglądają się za lepszymi opiekunami? Na szczęście nie muszą szukać daleko. Demony Wazdru, Eszwa i Drinu to istoty z krwi i kości. Może i polują na dusze śpiących ludzi, ale potrafią ich też sprawiedliwie osądzić. Zdolne są do miłości, a nawet do poświęcenia w imię wyższej sprawy. Ale o tym będziecie musieli przeczytać sami. Bo warto, choć może nie w pierwszej kolejności.

  • Cykl: Opowieści z Płaskiej Ziemi
  • Przekład: Andrzej Polkowski
  • Wydawca: ALFA
  • Rok wydania: 1993 (1978)
  • Liczba stron: 264

Obraz w nagłówku nosi tytuł „Les nuits arabes”, a jego autorem jest Jean-Joseph Benjamin-Constant [*].

Brak komentarzy

Obsługiwane przez usługę Blogger.