Dzwony, czyli „Gra o tron”, sezon 8, odcinek 5


Kochani, będę w szoku przez pół roku — twórcy „Gry o tron” nakręcili dobry, mocny, poruszający i niegłupi odcinek! Taki, w którym nocami na Smoczej Skale znów pali się zdrajców, lwy wydają ostatni ryk, a w pewnej małej królowej budzi się gniew smoka. I nikt już nie pyta, komu bije dzwon, bo dzwon bije teraz wszystkim.

Ostatni ze Starków, czyli „Gra o tron”, sezon 8, odcinek 4


Wiedzieliście, że najlepsze imprezy są w Wintefell, ponieważ ciągną się w nieskończoność, a kto spróbuje wyjść, ten dostaje własny zamek? Oprócz tej niewątpliwie przydatnej wiedzy „Ostatni ze Starków” nie mają niestety wiele do zaoferowania — to odcinek przejściowy, w którym możliwie ekonomicznie scenarzyści przenoszą opowieść z jednego krańca na świata na drugi. Ach, ale oczekiwałoby się więcej od finału najpopularniejszej sagi w telewizji.


Tekst zawiera spoilery.

Spośród wszystkich odcinków ósmego sezonu, jakie dotąd widzieliśmy, ten najtrudniej ocenić. Z jednej strony wracamy do korzeni i tego, co smoki lubią najbardziej, czyli do spisków i krwawej walki o władzę, a nieuchronnie zbliżający się koniec siłą rzeczy przydaje mocy wszystkiemu, co się dzieje na ekranie, nawet jeśli nie dzieje się zbyt mądrze. Z drugiej — ożeż ty orzeszku, ile tu niepotrzebnej dosłowności, zaskakiwania na siłę i chodzenia na skróty. A zaczyna się tak niewinnie i całkiem przyjemnie. Do wtóru żałobnej wiolonczeli stronnictwa wilków i smoków, podzielone nawet w obliczu śmierci, z patetycznie przemawiającym Jonem gdzieś pomiędzy, żegnają poległych w bitwie pod Winterfell. Szkoda, że Theon, pośmiertnie obdarzony wilczą broszą przez pochlipującą Sansę — zacny gest! — nie spoczął w krypcie pod zamkiem (zdaje się, że zwolniło się tam ostatnio trochę miejsca).  Ale i tak te pięć minut ze zmarłymi będzie bardziej poruszające niż kolejne trzydzieści, które spędzimy z żywymi.

Jak wiadomo, nic tak nie pobudza apetytu jak dobry pogrzeb, dlatego szybko przenosimy się na ucztę do Winterfell. Nie jest to dobra sekwencja, i to nie tylko nie dlatego, że widz czuje się podczas niej jak jedyny trzeźwy na imprezie z okazji zatrzymania zombie apokalipsy. Przede wszystkim cumży się toto jak flaki z olejem i — wyłączając przeurocze spotkanie Sansy z Ogarem — marnuje cenne minuty na powtarzanie tego, co już znamy i wiemy (pogawędki Tyriona z Davosem i Branem, Tormundowe żarciki), podczas gdy rozmowy naprawdę ważne (pomiędzy Danką a Jonem czy Jaimem a Brienne) brzmią jak pisane na kolanie. Poziom dialogów w „Grze o tron” zawsze był nierówny, ale kiedy Jaime używa gorąca jako wymówki do zdjęcia koszuli przy dziewczynie, to ja marzę już tylko o tym, by ulotnić się z tej sceny w ślad za całym erotycznym napięciem. Zatrzymajmy się zresztą przy tym napięciu. Czy ono rzeczywiście domagało się rozładowania, szczególnie w ten sposób? Coś w Gryzipiórowym serduchu buntuje się na myśl, że ta trudna, wieloznaczna, oparta na szacunku i zaufaniu więź, której doskonałą i być może jedyną potrzebną kulminacją było pasowanie Brienne na rycerkę, zmienia się na sam koniec w melodramat z utraconym dziewictwem i ucieczką kochanka o poranku (no dobrze, w nocy i parę dni później, ale wiecie, o co chodzi). Cieszę się jednak, że Jaime wraca na Południe — to dla niego dobre miejsce na ostateczny test charakteru (albo na śmierć, jeśli po drodze jednak zgubi zbroję scenarzysty), poza tym któż sprawi nam więcej radości, jeśli zaciuka Cersei?

fot. HBO / Fanpop [*]
To jednak nie koniec okołołóżkowej dramy w tym odcinku, Gendry bowiem wybrał tak niefortunny moment na wyjście z uczty, że aż został mianowany lordem Końca Burzy, a do szczęścia brakuje mu już tylko dziewczyny. Abstrahując od tego, jak można uznać legitymizację bękarta poprzedniego króla za dowód wyjątkowego sprytu pretendentki do Żelaznego Tronu, muszę powiedzieć, że podoba mi się odmowa Aryi i to, jak jej podróż na Południe koresponduje z ucieczką Jaimego. Oboje odnaleźli na Północy uczucie i coś w rodzaju odkupienia; oboje muszą to porzucić, żeby pozostać wiernymi własnej naturze — miłości do siostry u Królobójcy i zemsty u naszej czarującej zabójczyni. Zajecudnie! To kto pierwszy do Cersei?

Jako wyrobieni widzowie „Gry o tron”, zgodnie z najlepszą tradycją serialu, ignorujemy następnie prawa czasu i przestrzeni i nie robimy zdziwionego ryjka, gdy do komnat Winterfell wpada Bronn, magicznie ominąwszy wszelkie straże. Wygląda na to, że pomysłem twórców na najbardziej zaskakujące rozwiązanie konfliktu lojalności, w który wciągnęła naszego ulubionego najemnika lwia królowa, jest... nierozwiązanie tego konfliktu. Ajajaj, jak coś takiego mogło kiedykolwiek opuścić biurko scenarzysty? Bo przecież ta scena nie wnosi zupełnie nic, nie rozwija postaci, nie wikła ich w prawdziwy konflikt, nie zmusza bohaterów do podjęcia niewygodnej decyzji o potencjalnie katastrofalnych skutkach (gdyby na przykład Tyrion obiecał skurczysynowi Koniec Burzy — o, to mogłoby być zarzewie problemu). Ot, Bronn okazał się takim słodkim draniem jak zawsze i zamienił wielki zamek na jeszcze większy. Nie szkoda czasu, drodzy scenarzyści?

fot. HBO / Fanpop [*]
Na szczęście (?) przez resztę odcinka śledzimy rozwój głównego konfliktu. Są w nim dylematy polityczne i moralne, zapowiedź zdrady i nawet zarys ciekawej opowieści, ale też dużo pośpiechu, pisania na skróty i zmuszania widza do brania na wiarę niektórych wypadków. „Pokonaliśmy ich, teraz musimy sobie radzić ze sobą” — rzecze Tyrion, ale łatwiej powiedzieć niż zrobić, szczególnie że nasze dziewoje z Północy nawet po bitwie boczą się na smoczą królową, co... zaczyna się robić nieco naciągane i męczące. Może dlatego, że na logikę stosunki obu stronnictw powinny się ocieplić po wspólnym zwycięstwie, a one pogarszają się bez wyraźnej przyczyny. Gdzieś tu zabrakło sceny pogłębiającej konflikt między Sansą a Danką, może przenoszącej go na bardziej osobistą płaszczyznę. Bez podbicia stawki decyzja o natychmiastowym wyruszeniu do Królewskiej Przystani i złamanie przysięgi danej Jonowi przez Sansę wydają mi się cokolwiek nieuzasadnione. Czemuż, ach, czemuż twórcy nie pokazali nam reakcji sióstr na wieść o prawdziwej tożsamości brata? To przecież moment ważny nie tylko dla postaci i relacji między nimi, ale i dla fabuły oraz zrozumienia motywacji głównych graczy.

Tak czy inaczej, Jon wyrusza z armią na południe tą samą drogą, którą niegdyś nie wrócił Ned Stark, a my dowiadujemy się, że flota Daenerys jest zrobiona z tektury. Żeby nie było — podoba mi się zasadzka Eurona, a błyskawiczne powalenie Rhaegala, znane też jako najmniej epicka śmierć smoka w historii kinematografii, ma w sobie sporo tej bezwzględnej, chwytającej za gardło brutalności, za którą tak lubię książkową „Grę o tron”. Niestety pośpieszny, niestaranny sposób, w jaki pokazano te wypadki, bynajmniej nie przydaje im wiarygodności. Jakim cudem Danka nie zauważyła Euronowych okrętów? Jak to możliwe, że po kilku sekundach jej flota wygląda jak zmielona w tartaku? Czy smocze łuski zmieniły się w gumę? Ile słodkich szczeniaczków musiał Euron złożyć w ofierze mrocznym siłom, żeby teleportować się z Missandei do Królewskiej Przystani dosłownie ze sceny na scenę?

fot. HBO / Fanpop [*]
Śmierć Rhaegala z kolei zasmuciła mnie tym, że twórcy przedłożyli szokowanie widza nad wymiar symboliczny opowieści, i to drugi raz w tym samym odcinku. Już tłumaczę. Spośród wszystkich gatunków to fantasy najdonioślej przemawia językiem symboli i „Gra o tron” nie jest wyjątkiem; symbolika zwierzęca zawsze grała w niej dużą rolę. Wczesna strata Damy podkreśliła status Sansy jako czarnej owcy w rodzinie Starków, trzymane w niewoli i coraz bardziej dzikie smoki odzwierciedlały sytuację Dany w Meereen — i tak dalej. Dlatego kiedy Jon dosiadł Rhaegala, a zbiegło się to w czasie z informacją o jego targaryeńskiej krwi, był to przełomowy moment, który teraz, po śmierci jaszczura na drugim końcu Westeros, z dala od nowego jeźdźca, trochę nam się zdewaluował. Nie tak mocno wszakże, jak przyjaźń Jona z Duchem. Wiecie, dałoby się pewnie obronić odesłanie wilkora na daleką północ, gdyby twórcy pokazali nam to jako symboliczny, bolesny moment (a może nawet błąd). Tymczasem Jon zachował się tak, jakby oddawał koledze nielubianego pupila na czas urlopu, co nie ma nic wspólnego z tym, jak znaczące powinny być dla Starków wilkory, a bardzo wiele z tym, jak niewiele wagi przykładają do tego panowie D. i D.

Śmierć smoka, wraz ze stratą Joraha i Missandei, pełni jednak ważną funkcję w fabule, ponieważ pogłębia desperację i despotyczne zapędy Daenerys. Ta, która niegdyś przysięgła uwolnić świat od tyranów, sama staje się jedną z nich — i ta przemiana ma w sobie powagę i tragedię, której potrzebujemy w „Grze o tron”. Podobnie jak dylematy Tyriona, który kurczowo trzyma się poczucia lojalności i niedawno odnalezionego idealizmu, nawet kiedy zaczyna pojmować, że Westeros nie będzie szczęśliwe pod rządami jego królowej. Nie rozumiem tylko, dlaczego wszyscy są przekonani, że od despotycznej Targaryenki lepszy będzie niezdecydowany („powściągliwy” — mówią!) i niechętny władzy Jon, o którego rzekomych przymiotach więcej się mówi, niż je pokazuje (doskonały dowódca wojskowy? gdzie i kiedy?). Varys, skarbie, jak ktokolwiek w świecie Westeros może myśleć, że najlepsi władcy to ci, którzy nie pragną rządzić? Dziwię się, że Tyrion jeszcze nie wytknął eunuchowi, że po prostu chce mieć króla, który będzie uległy.

fot. HBO / Fanpop [*]
Dziwię się  też, że nikt nie mówi o trudności w udowodnieniu pochodzenia Jona i ukoronowaniu go na Południu, gdzie jest jeszcze mniej znany niż Daenerys. Jest to niestety symptom większego problemu, ciągnącego się za „Grą o tron” co najmniej od poprzedniego sezonu — zawężeniu całego tego wielkiego, skomplikowanego świata stworzonego przez GRRM-a do Winterfell, Królewskiej Przystani i ewentualnie Smoczej Skały. Furda tam, że wynalazek teleportacji pozbawił nas jakiegokolwiek poczucia odległości czy upływu czasu w Westeros, przez co już nawet za bardzo nie lecę w pianę, kiedy bohaterowie pokonują cały kontynent w ciągu jednego odcinka. Żal po prostu tych wszystkich niegdyś pieczołowicie przygotowywanych lokacji — Riverrun, Bliźniaków, egzotycznych ogrodów Martellów, a nawet przydrożnych gospód — które jakby zniknęły z mapy Westeros wraz z zamieszkującymi je ludźmi i ich podmiotowością. Jakim cudem nikt nie zna imienia obecnego pana Końca Burzy? Dlaczego wsparcie nowego księcia Dorne nic już nie znaczy? Czemu to rzekoma konieczność utrzymania Północy — najbiedniejszego, najsłabiej zaludnionego regionu — w granicach Westeros miałaby determinować wybór władcy pozostałych sześciu królestw?

Jak się żyje południowcom pod rządami Cersei i czy naprawdę woleliby widzieć na tronie obcego modlącego się do starych bogów?

Wiem, wiem — na wszystkie te pytania odpowiedź brzmi: „nie ma czasu o tym mówić, zostały tylko dwa odcinki”. Ale może czas powinien się znaleźć. Jest coś nieprzyjemnie cynicznego w tym, że twórcy „Gry o tron” sięgają po zwykłych ludzi tylko po to, by pokazać ich jako niewinne ofiary gniewu smoka, a zupełnie nie dostrzegają w nich nie tylko politycznego podmiotu, ale po prostu tych, którzy cierpią z powodu kolejnej wojny o sukcesję. Oj, bardzo daleko odpadliśmy od „Pieśni Lodu i Ognia”, w której zawsze czytaliśmy o tym, jak te wszystkie frymuśne spiski u góry uderzały w tych na samym dole.

Koniec końców, nie jest to zły odcinek, a gdzieś w nim ukryta jest być może interesująca historia, nawet jeśli na razie opowiadana zbyt pośpiesznie i bez zwracania uwagi na szczegóły. Cokolwiek obejrzymy w ciągu dwóch tygodni, nie będzie to ani wielki finał Martinowskiej sagi, ani prawdopodobnie epickie zwieńczenie ośmiu sezonów serialu. Ale — Siedmiu, czuwajcie! — może będzie z tego chociaż przyzwoita opowieść.

  • Reżyseria: David Nutter
  • Scenariusz: David Benioff i D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 5 maja 2019

Długa noc, czyli „Gra o tron”, sezon 8, odcinek 3


Jeśli pierwszy odcinek ósmego sezonu był jak cisza przed burzą, a w drugim huknęły pierwsze gromy, to podczas „Długiej nocy” rozpętał się prawdziwy huragan. I ‒ jak to podczas każdego szanującego się huraganu ‒ natychmiast walnęły korki. W Winterfell całkiem dosłownie wybiła czarna godzina, a dwanaście milionów widzów krzyknęło ze zgrozy, zorientowawszy się, że nie ma na stanie noktowizorów.


Tekst zawiera spoilery.

Ponoć 750 aktorów i statystów biedziło się przez 55 nocy, żeby nakręcić tę najdłuższą nieprzerwaną sekwencję bitewną w historii kinematografii. Może dlatego najbardziej przekonujące są te momenty, w których widzimy ludzi zmarzniętych na kość. Tak czy inaczej, rezultat tego gargantuicznego przedsięwzięcia to w połowie efekt WOW, w połowie efekt WTF, a w całości ‒ „Czy ktoś mógłby w końcu naprawić te pierońskie korki?”. Pod względem technicznym „Gra o tron” zawsze była ambitnym projektem ‒ najpierw chodziło o przełożenie na język telewizji rzekomo nieprzekładalnej prozy George’a R.R. Martina, potem o dorównanie rozmachem i poziomem realizacji kinowym superprodukcjom. I w jednym, i w drugim panowie Daniel i David osiągnęli względny sukces. Wtem:
‒ Chłopaki, a może byście tak poszli dalej? ‒ szepnął im do uszka diabełek ambicji. ‒ Może nakręcimy własną bitwę o Helmowy Jar? To było tak dawno, że już wszyscy zapomnieli, jak się wtedy wynudzili.
‒ Doskonały plan, szefuńciu! ‒ Oni mu na to. ‒ Nakręćmy po ciemku półtoragodzinną scenę bitwy i dorzućmy śnieżycę, żeby na pewno nikt nie zauważył braku scenariusza! Co może pójść nie tak?

Filmowe bitwy to bestie groźniejsze niż rozeźlony smoczy upiór. Nie wystarczy sypnąć hajsiwem na efekty specjalne, żeby przekonać widzów do oglądania, jak okłada się po gębach tysiąc identycznych facetów i parę babeczek zakutych w zbryzgane dżemem żelastwo. Myślę, że rozumiał to Miguel Sapochnik, spec od bitew w „Grze o tron”, który nakręcił już doskonałą, pełną autentycznej grozy Bitwę Bękartów i słabszą, ale wciąż niezłą bitwę o Hardhome. Jego receptą na to, byśmy nie zmrużyli oka podczas „Długiej nocy”, miały być: jak najmniej scen walki oraz wymieszanie akcji z horrorem i dramatem. To rzeczywiście pozwoliło nieco opanować chaos na ekranie i urozmaiciło odcinek, nawet jeśli i horror, i dramat okazały się konwencjonalne. Mnie nie przekonała scena à la „Park jurajski” ‒ ale tak to już jest, gdy w jednej chwili pokazuje się Aryę w pojedynkę nokautującą armię zombie, a w drugiej próbuje się przekonać widza, że dziesiątka umarlaków stanowi dla niej śmiertelne zagrożenie. Zresztą cała sekwencja wewnątrz Winterfell robi wrażenie oderwanej od reszty filmu, może przez tę niewytłumaczalną złowrogą ciszę ‒ zupełnie jakby ktoś zapomniał, że na zewnątrz wre bitwa. Wiecie, co byłoby bardziej przerażające od całej tej bieganiny w ciemności i dzikiej hordy napierającej na mury Winterfell? Drgnięcie grobowca Neda Starka. Ale ten rodzaj grozy wymagałby subtelności, która rzadko gości w tym serialu.

fot. HBO / The New Yorker [*]
Nie chcę jednak za bardzo strzępić ryjka na reżysera, bo to jemu zawdzięczamy to, co najlepsze w „Długiej nocy” ‒ sprawnie budowane napięcie (zwłaszcza na początku) i żonglerkę emocjami. Szczęśliwi posiadacze wielkich ekranów i mieszkań bez okien mogli też nacieszyć oczy rzeczywiście widowiskowymi i emocjonującymi ujęciami ‒ jak ostatnia szarża Dothraków, atak nieumarłej watahy na Nieskalanych, śmierć Melisandre czy taniec smoków ponad chmurami (poszukajcie na Youtubie rozjaśnionych wersji ‒ cud, miód i orzeszki!). Mnie podobały się też panoramiczne ujęcia ciemnych sylwetek walczących na tle pomarańczowego dymu. To właśnie ten zachwycający spektakl chciałoby się oddzielić w głowie od tego, czego jest niestety substytutem ‒ opowieści. Opowieść ‒ czy też to, co z niej zostało ‒ jest zaś dowodem na to, że panowie D. i D. nie potrafią ani satysfakcjonująco kończyć wątków, ani myśleć długoterminowo o rozwoju bohaterów, nie wspominając nawet o pogłębianiu mitologii świata GRRM-a. Zaś co do taktyki wojskowej są ciemni jak tabaka w rogu Winterfell nocą i mniej więcej tak samo rozgarnięci. I nie obroniliby się przed apokalipsą zombie nawet w schronie przeciwatomowym zbudowanym przez Tony’ego Starka.

Do jakiego stopnia widowisko przyćmiewa tu logikę ‒ to pokazuje frontalny atak lekkiej jazdy Dothraków na niewidoczne linie wroga mającego wielokrotną przewagę liczebną. Przepiękny początek bitwy ‒ to morze płonących w ciemności arakhów, ta triumfalna muzyka, a potem te dalekie ogniki gasnące w ciszy wraz z ostatnią nadzieją! I tylko sensu za grosz. To frustrujące, bo akurat w tej sytuacji można było zjeść ciastko i mieć ciastko ‒ wiemy przecież, że Dothrakowie są w gorącej wodzie kąpani, więc mogli po prostu zaszarżować wbrew rozkazom. Niestety nie da się tak łatwo wytłumaczyć rozmieszczenia armii i machin wojennych na zewnątrz murów, opieszałości smoków ani tego, że najwredniejszą niespodzianką, jaką byli w stanie wymyślić ci wszyscy rzekomo doświadczeni dowódcy wojskowi zebrani w Winterfell, okazało się podpalenie okopów. Czy ktoś w ogóle dowodził tą armią jako całością? Bo rozkazy wykrzykuje tutaj każdy, kogo znamy z imienia.

fot. HBO / Watchers on the Wall [*]
Również z magią twórcy odstawiają w tym odcinku akcję olewację. Pamiętacie jeszcze, jak hen w pierwszym sezonie Dany musiała poświęcić życie ukochanego i dwóch innych istot, żeby wykluły się smoki? Jak czary kosztowały więcej, niż ktokolwiek mógł i chciałby zapłacić? Nie bójcie żaby, scenarzyści też nie. Melisandre pyknął kolejny level i nie musi już składać ofiar z dzieci, żeby rozpalić swoje ognie, a i tak z jakiegoś zagadkowego powodu robi to rzadziej, niż wskazywałaby na to powaga sytuacji. Wyuczyła się też zaklęcia teleportacji albo niewidzialności ‒ inaczej nie umiem wytłumaczyć pojawienia się Aryi za plecami Nocnego Króla ‒ a to rodzaj magii, jakiej w „Grze o tron” wcześniej nie było, więc twórcy absolutnie nie powinni wprowadzać go w tak kluczowym momencie. I dlaczego nasz przebrzydły nekromanta nie sfajczył się w smoczym ogniu, ale rozpadł się od dotknięcia valyriańskiej stali? Uczulony czy co?

No dobrze, bobrze ‒ powiecie ‒ nie takie wpadki wybaczyliśmy „Grze o tron”. Ba, Gryzipiór z przyjemnością wybaczyłby więcej ‒ nawet Ducha szarżującego z Dothrakami, choć na logikę powinien bronić Brana w bożym gaju ‒ gdyby tylko ten cały szum wokół bitwy o Winterfell dorównywał jej znaczeniu, gdyby wpłynęła na losy bohaterów, dała im okazję do rozwoju i zmiany albo chociaż udzieliła nam, widzom, odpowiedzi na te najbardziej palące pytania. To właśnie miałam na myśli, pisząc o braku scenariusza. Drodzy panowie twórcy! Bitwa na ekranie nie może być po prostu rekonstrukcją walki. Z niej też trzeba uczynić opowieść ‒ o grozie wojny, poświęceniu, pokonywaniu strachu czy o czymkolwiek chcemy.

O czym jest bitwa o Winterfell? Większość bohaterów nie przechodzi tu żadnej próby, nie zmienia się nawet na jotę. Sam pozostaje w walce tchórzem, Ogar nadal panicznie boi się ognia, Arya kosi wrogów jak ubzdryngolony miniaturowy kombajn, a Jorah daje dowód miłości do Daenerys (w przeciwieństwie do Jona, który daje drapaka). Najważniejsze postacie mają równie wielki wpływ na wydarzenia, co każdy z tych 700 statystów ‒ nawet nasz ulubiony bękart, który robi to samo, co jego dziewczyna, tylko wolniej. Przedziwnie doprawdy mają się sprawy z Branem, ponoć największym adwersarzem Nocnego Króla, który nie ma tu zupełnie nic do roboty poza podglądaniem swojego arcywroga podczas lotu na smoku (każdemu jego porno, nie?). Obaj ‒ Jon i Bran ‒ są największymi przegranymi tego odcinka, a kto wie czy nie całej „Gry o tron”. Ich wątki, ściśle związane z wątkiem Innych, najwyraźniej prowadziły donikąd. Ten pierwszy odegra jeszcze rolę w wojnie o Żelazny Tron, ale ten drugi? Będzie szpiegować Cersei w kąpieli?

fot. HBO / Watchers on the Wall [*]
Żal mi też, że twórcy przespali moment, który powinien być ważny dla Sansy. W książkowej wersji bitwy nad Czarnym Nurtem jest taka zacna scena, w której kobiety z Czerwonej Twierdzy zamykają się w komnacie, by wspólnie czekać na wynik walk. Cersei oczywiście natychmiast daje w palnik, a wtedy kilkunastoletnia Sansa przejmuje jej obowiązki i po królewsku roztacza opiekę nad przerażonymi towarzyszkami. Nic podobnego nie zadziało się w tym tygodniu. A powinno! Jeśli nasza skwaszona Starkówna ma objąć rządy, to chciałabym przedtem zobaczyć w niej zręczną przywódczynię, a nie tylko wyniosłą, skrzywdzoną dziewczynę, o której wszyscy mówią, że jest bardzo sprytna. Gdyby chociaż zrobiła użytek ze sztyletu, który dała jej siostra! Kochani scenarzyści, po co wprowadzać takie rekwizyty, jeśli nie ma się zamiaru ich wykorzystać? Uff, dobrze chociaż, że doszło do tego małego pojednania między Sansą a Tyrionem ‒ w tej jednej scenie jest więcej chemii niż w całym romansie Danki i Jona.

Właściwie tylko Arya pokonuje podczas tej bitwy znaczącą drogę: od niezachwianej pewności, przez strach i wątpliwości, aż do zrozumienia swojej roli w konflikcie. Nie lecę w pianę, że to ona wykończyła Nocnego Króla, bo to ładne zwieńczenie jej historii i symboliczne wyrównanie rachunków ze Śmiercią, z którą miała na pieńku, odkąd kostucha uczyniła ją samotną półsierotą na ulicach Królewskiej Przystani. Niemniej jednak scena śmierci Nocnego Króla to niewybaczalny paździerz, a do tego zmarnowana kulminacja ośmiu sezonów i przykład na to, jak nie należy ogrywać oczekiwań widza. Po pierwsze, zabić przedwiecznego boga zimy powinno być nieco trudniej niż wykończyć bossa dziesiątego poziomu łotrzykiem z pięcioma punktami w ciosie w plecy. Po drugie, epicki pojedynek z Nocnym Królem należał się Jonowi jak psu zupa, a jeśli scenarzyści uważali inaczej, to na przeszkodzie powinna stanąć mu miłość do Danki, nie jakiś tam nabzdyczony smok.

fot. HBO / Watchers on the Wall [*]
Po trzecie i może najważniejsze, śmierć Nocnego Króla i bitwa o Winterfell, jak każdy porządny punkt kulminacyjny, powinny mieć w sobie głębię, element zaskoczenia i konsekwencje. To mogło być cokolwiek: nagły zwrot akcji, szokująca informacja, śmierć ważnego bohatera, niespodziewana zdrada. Wstrząsające odkrycie, że Nocny Król jest synem Dany i Jona z alternatywnej linii czasowej. Coś, co godnie zamknęłoby ciągnący się od ośmiu sezonów wątek Innych, dało nam pojęcie o ich celu i naturze oraz poczucie, że ten wielki archetypiczny konflikt między życiem a śmiercią miał znaczenie, a zwycięstwo nie przyszło ani łatwo, ani darmo. Tego najbardziej zabrakło mi w tym odcinku. Nawet te kilka ‒ ledwie kilka! ‒ poruszających śmierci (odkupienie Theona, miłość Joraha, melancholijnie piękne odejście Mel) wydają się puste, przewidywalne, pozbawione fabularnego znaczenia. To tak, jakby scenarzyści odrabiali pańszczyznę akurat tam, gdzie najbardziej potrzebna jest twórcza energia.

Nic dziwnego, że fandom „Pieśni Lodu i Ognia” rwie teraz włosy z głowy, próbując zrozumieć, po co Pan Światła wskrzesił Jona, i wpasować Aryę w proroctwo o powrocie Azora Ahai ‒ legendarnego bohatera, którego szukała Melisandre. Zwijajcie trampki, koledzy i koleżanki! Nie sądzę, by scenarzyści „Gry o tron” mieli ambicję zamykać wątki rozpoczęte przez GRRM-a trzynaście lat temu. Prawdę mówiąc, nie sądzę nawet, żeby działali zgodnie z jakimś długoterminowym planem ani żeby wybiegali myślami dalej niż to, co akurat wydaje im się atrakcyjne, nawet jeśli przeczy logice czy odbiera moc wydarzeniom z poprzednich sezonów. Ciemny lud i tak to kupi, co nie? Zwłaszcza że na ekranie i tak nic nie widać.

  • Reżyseria: Miguel Sapochnik
  • Scenariusz: David Benioff i D.B. Weiss
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 28 kwietnia 2019

Rycerz Siedmiu Królestw, czyli „Gra o tron”, sezon 8, odcinek 2


Jeśli poprzedni odcinek „Gry o tron” był jak cisza przed burzą, to w tym huknęły pierwsze gromy. Wciąż jeszcze oddajemy się nostalgii i celebrujemy ośmioletnią znajomość z bohaterami, ale twórcy coraz głośniej dają znać, że czas się żegnać. Mrocznieje las wokół Winterfell, zabójcy królów już nie uchylają się przed sądem i nawet smocze królowe są gotowe pojednać się z wrogami, zanim wszystkich zmiecie zima. A to znaczy, że sprawa robi się poważna.


Tekst zawiera spoilery.

Poprzedni tydzień upłynął pod znakiem królewskich powitań, spotkań po latach i powrotów do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Teraz zaś nadszedł czas pożegnań. Koncepcyjnie „Rycerz Siedmiu Królestw” stanowi kronikę dokumentującą przeddzień bitwy o Winterfell — narady wojenne, ostatnie gorączkowe przygotowania, rzewne obietnice i wisielcze żarty. Ale to także coś więcej — to opowieść o trudnym braterstwie pomiędzy byłymi i przyszłymi wrogami, zjednoczonymi na chwilę dzięki wiszącej nad wszystkimi groźbie śmierci. Po bitwie z Innymi wielu z nich pewnie powiększy grono aniołków (albo tych drugich), dlatego fajnie, że twórcy pozwalają nam spędzić z nimi trochę czasu w spokoju, bez pospieszania akcji i piętrzenia konfliktów, jak to mieli we zwyczaju robić w poprzednim sezonie.

Przyznaję, że o niektórych bohaterów boję się bardziej niż o innych, bo ci właśnie w tym odcinku dotarli do symbolicznego końca swojej drogi — Theon gotowy zginąć w obronie domu Starków w ostatnim akcie odkupienia; Jorah, który nie zdobył królowej, ale otrzymał od Sama miecz z valyriańskiej stali, podobny do tego, który utracił wraz z honorem za sprawą handlu niewolnikami; Brienne w końcu pasowana na tytułowego Rycerza Siedmiu Królestw (nawiązanie do cyklu opowiadań GRRM-a o ser Duncanie Wysokim, podobnież przodku naszej dzielnej rycerki). Ale i ci bohaterowie, których wątki jeszcze nie dobrnęły do wyraźnej puenty, mają w tym odcinku króciutkie, ale zacne sceny, które przypominają nam, ile z nimi przeszliśmy: Davos w konfrontacji z dziewczynką-sobowtórem Shireen, śmichy-chichy z Sama Zabójcy i oczywiście wspaniałe „Now our watch begins”. Tylko jakiejś małej wymiany zdań czy choćby spojrzeń między Sansą a Ogarem ciągle mi brakuje na tym naszym nostalgicznym tripie. Patrzcie, jaki się zrobił od tego markotny:

fot. HBO / Watchers on the Wall [*]
Oczywiście nie był to odcinek idealny. Podobnie jak poprzedni, zdominowały go kameralne spotkania i rozmowy w cztery oczy, przez co trochę się dłuży (ale to w końcu najdłuższa noc w życiu naszych bohaterów, więc można wybaczyć). Znalazłoby się w nim też nieco scen-zapychaczy, które ani nie grzeszą błyskotliwymi dialogami, ani nie wpływają na fabułę, ani nie pogłębiają charakterów postaci czy relacji między nimi. Co najmniej jedna — rozmowa Missandei i Szarego Robaka o wspólnej przyszłości tuż przed wielką bitwą — podpada pod sentymentalną kliszę. Poza tym chadzamy głównie po surowych komnatach i posępnych murach przysypanego śniegiem Winterfell, przez co nie bardzo jest na czym oko zawiesić, oczywiście poza sześciopakiem Gendry’ego. Niemniej jednak w perspektywie całego sezonu to prawdopodobnie ważny odcinek — ostatni moment na oddech i refleksję nad zmianami, jakie zaszły w naszych bohaterach od tamtego pierwszego spotkania na Północy osiem lat temu. I być może ostatnia szansa na szczyptę autoironicznego humoru, jak w tej kapitalnej scenie, w której Tormund wypada zza kadru na Jona pędzącego właśnie w objęcia Edda Cierpiętnika do wtóru patetycznej muzyki.

To rzekłszy, początek jest naprawdę kopytny. W głównej sali Winterfell Jaime przeżywa ciężkie chwile przed sądem smoczej królowej, której zabił ojca. Życie — przynajmniej chwilowo — ratuje mu milczenie Brana i wstawiennictwo Brienne. Podoba mi się nieustępliwość Jaimego („Toczyliśmy wojnę. Dla dobra rodu i rodziny uczyniłbym to wszystko ponownie”), ale ta scena ma więcej niż jednego bohatera. Drugim jest Tyrion, który wypada z łask Danki, gdy za sprawą jego brata wychodzi na jaw zdrada Cersei. I choć później matulce smoków zmięknie serduszko, można sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście nie powinna pozbyć się naszego łatwowiernego Krasnala. Nie wiem, czy twórcy po prostu nie umieją pisać tego bohatera, czy też celowo ujęli mu inteligencji i kompetencji, by w finale zrobić z niego geniusza zbrodni. Ale, święty smoku po jabcoku, żeby dać się zaskoczyć zdradą Cersei?! Ponieważ „jak wielu mądrych ludzi nie doceniłem przeciwnika”? Toż to nawet ciućmok największy by się zorientował, że tej lwiej damie lepiej nie ufać.

fot. HBO / Watchers on the Wall [*]
Wróćmy jednak do Jaimego, który szybko odnajduje drogę do bożego gaju i kogoś, kogo kiedyś, w innym życiu, uczynił kaleką. Wydawać by się mogło, że zwykłe „przepraszam” to za mało, ale Branowi najwyraźniej wystarczy. Przyznam, że trochę mnie to rozczarowało — ta naiwność Jaimego i ta obojętność istoty sprzed zarania czasu, która pożarła już nawet słuszny gniew chłopca, któremu kiedyś odebrano upragnioną przyszłość. Miałam nadzieję, że usłyszymy w tym odcinku choć echo dawnego Brana, ale znów przemówił Trójoki Terminator. Brrr. Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję jeszcze, że — jak się okazało — ze wszystkich przebrzydłych żywych istot Nocny Król najbardziej chce dorwać Brana, ponieważ ten jest „pamięcią świata”, cokolwiek to, kurka wodna, znaczy.

Tyle dobrego, że Jaime, uspokoiwszy sumienie, może ewakuować się w stronę Brienne i dopisać dalszy ciąg najlepszej historii miłosnej w „Grze o tron”. Serio nie ma chyba w Westeros drugiej pary, która tyle sobie zawdzięcza, a zarazem wcale nie potrzebuje słów, by to wyrazić. Później, w może najbardziej poruszającej scenie tego odcinka, Jaime pasuje Brienne na rycerkę — i będzie to piękna puenta dla ich relacji, która ewoluowała od pogardy i nienawiści aż do wzajemnego szacunku i zaufania. Aj, zakręci się łezka w Gryzipiórowym oku, jeśli za tydzień jedno z nich zginie.

fot. HBO / Fanpop [*]
W pierwszej połowie odcinka warto jeszcze przyjrzeć się rozmowie Danki z Sansą. Pozornie nic nowego się tu nie dzieje — ot, udało się ocieplić atmosferę, gdy dziewczyny odkryły, że łączą je wspólne doświadczenia zmagań ze zbzikowaną rodzinką i szefowania ludziom, którzy niekoniecznie chcą słuchać kobiet, ale w końcu i tak powiało chłodem, gdy przyszło rozstrzygnąć los Północy po bitwie. Arcyważne są jednak słowa Dany o tym, że to z miłości do Jona przybyła walczyć z Innymi i że jeśli ktoś tu kimś manipuluje, to on — nią. To szalenie ciekawe w perspektywie ich późniejszej konfrontacji przy pomniku Lyanny i reakcji Targaryenki na wiadomość o prawdziwej tożsamości Jona. Doprawdy trudno się dziwić, że Dany mu nie wierzy, skoro jedynym źródłem informacji są jego brat i najbliższy przyjaciel. Jednak tamte słowa z rozmowy z Sansą mogą świadczyć o tym, że niedowierzanie smoczej królowej szybko zmieni się w podejrzenie spisku i zdrady, w przeczucie, że Jon sprowadził ją na Północ, by wygrała za niego wojnę i straciła znaczną część sił, tak aby to on mógł zasiąść na Żelaznym Tronie. Biedny Jon, wciąż ma pod górkę z dziewczynami. Ale przynajmniej wygląda na to, że żadne z nich nie zginie w bitwie o Winterfell — byłoby strasznie rozczarowujące, gdyby właśnie tak skończył się ich wątek.

fot. HBO / Fanpop [*]
Ramą narracyjną dla drugiej połowy odcinka jest zbiórka Anonimowych Królo- i Olbrzymobójców przy palenisku w Winterfell. Nie jest to może widowisko godne lauru w dziedzinie błyskotliwego dialogu, ale fajnie zobaczyć tak różne, zazwyczaj śmiertelnie zwaśnione postacie ciągnące do siebie w chwili słabości. Nie licząc pasowania Brienne, ciekawsze są sceny pomiędzy. Wiem, że to trochę siara się przyznawać, ale zaskoczyło mnie spiknięcie Aryi i Gendry’ego. Pewnie dlatego, że przywykłam do Aryi — czupurnej dziewczynki, tu zaś widzimy dorosłą kobietę śmiało sięgającą po to, czego chce jako Arya właśnie, nie Arry, nie Cat z Kanałów, nie Nikt ani żadna z tożsamości, które nasza dzielna Starkówna musiała przyjąć, by przeżyć. Kapitalne. Ciekawe, czy informacja o pokrewieństwie Gendry’ego z Robertem Baratheonem do czegoś jej się przyda. I ciekawe, w czyją pikawę wrazi za tydzień ten swój obsydianowy oszczep (Gryzipiór typuje pewnego zombiaczanego jaszczura).

Tak czy inaczej bank rozbija następna scena, a właściwie montaż pod pieśń o Jenny ze Starych Kamieni, co to nie chciała odejść, tylko tańcować z duchami tych, którzy odeszli przed nią. Bardzo nastrojowe i adekwatne! Jeszcze tylko wspomniana konfrontacja przed pomnikiem Lyanny, przerwana w kluczowym momencie (zapewne na zgubę Jona), i lądujemy na murach Winterfell, pod które właśnie tuptają Biali Wędrowcy...

Ciekawe, co na to ci wszyscy zmarli Starkowie pochowani w kryptach pod zamkiem. Tak tylko pytam, co nie?

  • Reżyseria: David Nutter
  • Scenariusz: Bryan Cogman
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 21 kwietnia 2019

Winterfell, czyli „Gra o tron”, sezon 8, odcinek 1


Cisza przed burzą ‒ tak chyba trzeba określić ostatni pierwszy odcinek w historii „Gry o tron”. Szału nie ma, kichawy nie urywa, ale to solidna, rzemieślnicza robota, która kładzie fundamenty pod późniejsze i ‒ miejmy nadzieję ‒ bardziej ekscytujące wydarzenia. Gdyby poszukać w „Winterfell” motywu przewodniego, to pewnie okazałby się nim przemijający czas. Co rusz twórcy tego odcinka nawiązują do początku serialu i poprzednich sezonów, ale nie po to, byśmy pogrążyli się w nostalgii, tylko po to, byśmy odczuli, jak bardzo zmienili się bohaterowie, którzy po latach walki o przetrwanie (często po przeciwnych stronach) znów zgromadzili się w stolicy Północy.


Tekst zawiera spoilery.

Dlatego właśnie zaczynamy od dłuuuuugiej sceny powitania królewskiego orszaku w Winterfell, nawiązującej do feralnej wizyty Roberta Baratheona z pierwszego sezonu. To początek ładny i nostalgiczny, ale złudnie, bo choć znów obserwujemy majestatyczną procesję z dziecięcej perspektywy, zamiast tamtej niewinnej ekscytacji w powietrzu czuć przede wszystkim nieufność ‒ no i strach, gdy po niebie niesie się smoczy ryk. Te same ambiwalentne, raczej posępne tony zagrają potem w niemal każdej scenie tego odcinka i napięcia nie rozładuje nawet obowiązkowy żart o eunuchach („Gro o tron”, dorośnij ty wreszcie).

To ciekawe, bo po finale zeszłego sezonu można by się spodziewać, że głównym źródłem zagrożenia będą tu Inni, tymczasem twórców wyraźnie bardziej interesują napięcia między obozem pani Winterfell a obozem smoczej królowej oraz biedny Jon, który jak zwykle utknął gdzieś pośrodku. Podoba mi się jednak to, jak wiele pracy włożono w to, by naświetlić sytuację, ambicje i odczucia każdego z głównych graczy, a także relacje, które ci nawiązują bądź starają się po latach odbudować (z różnym skutkiem). Dlatego ten cokolwiek statyczny odcinek składa się głównie z rozmów i długo wyczekiwanych, acz nie zawsze udanych spotkań, które może nie układają się w porywającą opowieść, ale stanowią interesujący prolog do tego, co wkrótce może się wydarzyć.

fot. HBO / Watchers on the Wall [*]
I ‒ znając „Grę o tron” ‒ nie będzie to nic przyjemnego. Zarzewiem konfliktu jest oczywiście nasza smocza królowa, która chce wzbudzać w sercach mieszkańców Północy nie miłość, ale lęk. To nie ma prawa się dobrze skończyć, szczególnie że jej ulubieńcy najwyraźniej nie dojadają i pewnie lada chwila wkabanią jakiegoś smakowitego Karstarka czy innego Umbera. Słabością Dany jest też nieznajomość wszystkich graczy, którzy zasiedli przy planszy, w tym tego najbardziej tajemniczego i potencjalnie najgroźniejszego ‒ Sansy. Tę Danka już na wejściu próbuje obłaskawić komplementem, który mógłby nawet zadziałać… jakieś trzy sezony temu. Porażka skutkuje najlepszą wymianą zdań w tym odcinku. „Co właściwie jedzą smoki?”. „Co chcą”. Auć, tym razem punkt dla #TeamDany.

Za wcześnie oceniać, ale na razie draka między pragnącą władzy absolutnej Targaryenką a dążącą do niezależności Starkówną, której plany pokrzyżował Jon, gdy zrzekł się korony, wypada ciekawie i przede wszystkim wiarygodnie. Bardzo dobrą ‒ choć zdecydowanie za krótką! ‒ wspólną scenę mają też w tym odcinku Sansa i Tyrion, którzy wreszcie mogą grać jak równy z równą (a ciągle się upieram, że nikt nie ogarnie Westeros lepiej od tej pary). Drugie miejsce w moim rankingu najlepszych scen zajęła rozmowa Dany i Sama ‒ duet nieco niespodziewany i niespodziewanie poruszający Gryzipiórowe serce. Może dlatego, że obie strony mają dobre intencje i pewno byłyby sojusznikami, gdyby nie nieszczęsna decyzja o spaleniu tatka i braciszka Tarlych. To jedna z wielu chwil w tym odcinku, gdy widzimy, jak bardzo bohaterom ciąży przeszłość ‒ i jak dumną, a nawet okrutną królową potrafi być Daenerys (serio, tak trudno było szepnąć Samowi jakieś ciepłe słówko?). Moment, w którym Jon może nie wprost, ale jednak bierze stronę ukochanej, też nie robi dobrze na serducho. Więcej radości, ale i potencjalnie brzemiennych w skutki niedopowiedzeń jest w spotkaniu Aryi i Jona. To jakby „Winterfell” w gorzko-słodkiej pigułce, z jednej strony długo wyczekiwane pojednanie, z drugiej ‒ napięcie i przeszłość, o której ani brat, ani siostra za bardzo nie chcą rozmawiać i która błyskawicznie kładzie się cieniem na ich relacji. Teraźniejszość zresztą też, bo wygląda na to, że dziecięce sojusze się odwróciły i Aryi bliżej dziś do Sansy niż do Jona.

fot. HBO / Fanpop [*]
A skoro już jesteśmy przy naszym ulubionym bękarcie, to mam złe wieści: wyczerpała się w tym tygodniu moc memu o Jonie Snow, co to nic nie wie. W zapewne najlepiej zagranej scenie tego odcinka do niedawna naczelny ignorant „Gry o tron” dowiedział się, że jest prawowitym władcą Westeros i ‒ ajć! ‒  bratankiem Daenerys. Dla wielu to punkt zwrotny w ich historii. Dla mnie to wciąż nieco problem wyssany z palca, może dlatego, że w książkowym pierwowzorze serialu społeczny odbiór małżeństw między blisko spokrewnionymi Targaryenami nie był specjalnie negatywny, a Jon ‒ urodzony przecież w jednym z najpotężniejszych rodów Westeros ‒ też powinien być w miarę wyrozumiały dla związków między krewnymi. W każdym razie na tym etapie opowieści wydaje się, że małżeństwo między Danką a Jonem przyniosłoby więcej dobrego niż złego, szczególnie gdyby pochodzenie tego drugiego nigdy nie wyszło na jaw.

Ach, i jeszcze słówko o okrzykniętej fanserwisem sekwencji lotu na Rhaegalu, którego Jon wreszcie dosiadł, ku zaskoczeniu nikogo. To prawda, że scena wygląda trochę jak wycięta z innej, lżejszej opowieści, ale moim zdaniem właśnie to stanowi o jej sile. Owszem, „Gra o tron” stoi głównie walką o władzę i intrygami, ale jak każda fantasy powinna wywołać czasem zadziwienie i uczucie cudowności, nawet jeśli za moment ktoś będzie się dławił pasztetem na własnym weselu.

fot. HBO / Watchers on the Wall [*]
Równie kontrowersyjnie ‒ choć w inny sposób ‒ dzieje się w Królewskiej Przystani. I nie, nie mam na myśli ekspresowego i niestety cokolwiek naciąganego (acz zabawnego) odbicia Yary, którą ‒ jak się obawiam ‒ twórcy rachu-ciachu posłali na Żelazne Wyspy, żeby mieć ją z głowy. Nie mam też na myśli powitania Złotej Kompanii, która wciąż stanowi zagadkę z powodu jej książkowych powiązań z Targaryenami, na których rozegranie w serialu jest już jednak chyba za późno. Chodzi o Cersei i Eurona, i o to, jak druga co do potęgi kobieta w Westeros ulega namolnemu zalotnikowi, choć wyraźnie nie chce. Żeby pozyskać go dla sprawy? Z samotności? Ze strachu?

To zaskakujący i nawet nieco konfundujący zwrot, ale dzięki niemu widzimy coś, czego „Gra o tron” dawno nam nie pokazała ‒ słabą Cersei. Może nawet Cersei jako ofiarę. To ważne, bo przypomina, skąd właściwie wzięło się zło w naszej lwiej królowej ‒ a moim zdaniem wzięło się między innymi z dumy zranionej przez świat, w którym kobiety z przymusu grają podrzędną rolę, oraz z ogromnej potrzeby zapewnienia bezpieczeństwa sobie i swojej rodzinie. Nie czuć jednak tego bezpieczeństwa w ponurej, licho oświetlonej Czerwonej Twierdzy, którą nawiedzają nieumarły strażnik i wyklęty maester. Co tylko potwierdza, że Cersei wcale nie potrzebuje wrogów, żeby się zniszczyć.

fot. HBO / Fanpop [*]
Potrzebuje za to Jaimego. Ten jednak właśnie objawił się w Winterfell w aurze nieuchronnej katastrofy. Zgrabny, trzeba przyznać, zatacza tutaj krąg „Gra o tron”, której nie byłoby, gdyby nasz drogi Królobójca nie zrzucił z wieży pewnego chłopca. Teraz ten chłopiec czeka na niego, a minę ma nieodgadnioną. Żeby nie było ‒ wciąż gniewam się na twórców, że zrobili Branowi lobotomię i zmienili go w Trójoki Automat. Jeśli jednak dobrze odgaduję ich intencje, to konfrontacja z Jaimem i ewentualna próba pojednania (a może zemsty?) mają szansę na powrót odmienić Brana, choćby na chwilę. W najgorszym razie tylko wzbudzą wątpliwości co do tego, ile w nim człowieka, a ile Trójokiej Wrony ‒ a to i tak będzie ciekawsze niż wszystko, co przydarzyło się temu bohaterowi w poprzednim sezonie. Jeśli przy okazji Jaimemu przyjdzie zapłacić za dawne zbrodnie teraz, kiedy my, widzowie, zdążyliśmy już mu wybaczyć, zrozumieć go i polubić, będzie to zagranie w iście Martinowskim stylu.

Dwa lata ‒ tyle kazał na siebie czekać finałowy sezon „Gry o tron”. Zgaduję, że przez ten czas wielu widzów oddaliło się od bohaterów, dlatego taki spokojniejszy, skupiony na postaciach odcinek ‒ przypominajka wydaje się dobrym pomysłem. Obyśmy za tydzień złapali wiatr w smocze skrzydła i pożeglowali ku ciekawszym lądom! Ostatecznie nie co rok kończy się najważniejszy, a przynajmniej najbardziej wpływowy serial początku XXI wieku, co?

  • Reżyseria: David Nutter
  • Scenariusz: Dave Hill
  • Produkcja: HBO
  • Premiera: 14 kwietnia 2019

Z kamerą wśród wikingów, czyli „Morze Drzazg” Joe Abercrombiego


Cześć, czołem, dziś pomówimy o pokłosiu dnia, w którym Joe Abercrombie wziął zasłużony urlop od krwawych epopei o zemście i władzy, żeby napisać… krwawą epopeję o zemście i władzy. Trylogia „Morze Drzazg”, niby przeznaczona dla młodszych czytelników, niby wpisuje się w nurt young adult. To jednak przede wszystkim słodko-gorzka (ale przeważnie gorzka) opowieść o politycznych intrygach, koszmarze wojny, zachłyśnięciu się własną potęgą i o tym, jak władza najlepiej sprawdza charakter człowieka. Czego zresztą się spodziewać po autorze znanym Twitterowi jako Lord Grimdark?