Featured

8/zblog/custom

Od powagi uchowaj nas, Thorze, czyli „Thor: Ragnarok”

28 paź 2017

Moi drodzy, Taika Waititi właśnie zasłużył na miejsce w Walhalli. Nie wiem, jak u Was, ale u Gryzipióra na sali kinowej nie ustawały śmichy-chichy, neonowe kolory nadawały jak Troskliwe Misie na haju, Loki psocił, Hulk trzaskał, Cate Blanchett w roli bogini śmierci bawiła się prześwietnie, a ścieżce dźwiękowej królowali Wszechdziadkowie Zeppelini. Słowem, dostaliśmy dokładnie to, na co liczyliśmy: fantastycznie zrealizowany, zabawny i w dużej mierze autoironiczny film superbohaterski. Sąsiedzi z sali kinowej potwierdzą, że przez cały seans fanowskie serce Gryzipióra kwiliło z radości. A potem, już w drodze powrotnej, chmury czarne się zebrały, mrok nastał – i w Gryzipiórze obudził się krytyk. No i krytyk przemówił, choć nikt go, kurka wodna, nie prosił.

Jak zdradziłam Disneya, czyli nostalgicznie o „Księżniczce Mononoke” ze studia Ghibli

9 paź 2017

Wczoraj Gryzipiór skończył dwadzieścia osiem lat. Zadumawszy się nad tym wyczynem, stwierdził, że potrafi całkiem dokładnie wskazać moment, w którym zaczął uważać się za dorosłego odbiorcę kultury. Moment ten, ryt przejścia można by rzec, zawdzięcza Gryzipiór przypadkowi – a właściwie wpadce tłumaczeniowej. We wrześniu 2000 roku na ekranach jedynego wtedy warszawskiego Multikina zagościł film o obiecującym tytule „Księżniczka Mononoke” i choć animacja wydawała się nieco dziwna, Gryzipiórowe serce, którym niepodzielnie władał wówczas Disney, natychmiast zapragnęło udać się na salę kinową, żeby poznać losy kolejnej królewny, która sama nie wie, czego chce. Jakże się zdziwił, gdy zamiast słodkiej baśni obejrzał brutalne anime o upadku bogów, cenie rewolucji przemysłowej i wychowanej przez wilki dziewczynie, która ani nie ma na imię Mononoke, ani nie jest księżniczką, no chyba że demonów (w języku japońskim mononoke to właśnie demony, potwory albo mściwe duchy). Zdziwił się i zachwycił.

W krainie krzyczących dywanów, czyli „Skrzydła nocy” Roberta Silverberga

30 wrz 2017

Wiecie, ile książek napisał Robert Silverberg? Jeśli nie, to nie desperujcie, gdyż najwyraźniej nawet jego fani nie zdołali wszystkiego policzyć. Ponoć tylko w 1957 roku ten nobliwy pan opublikował 101 (słownie: sto jeden) utworów. Tworzył wszystko – od książeczek o chińskiej nauce po pulpowe powieści erotyczne (te pod pseudonimem). Nie pytajcie, jakim cudem ten bardzo zajęty człowiek znalazł czas, by zostać gigantem amerykańskiej SF i zgarnąć najważniejsze nagrody w branży. Gryzipiór zawsze czuł się tym trochę sfrustrowany, zwłaszcza że miał z autorem na pieńku. Chmurnym a durnym dziecięciem będąc, sięgnął po jego najsłynniejszą powieść, „Zamek lorda Valentine’a”, i z miejsca znienawidził całą fantastycznonaukową produkcję zza oceanu. Na szczęście jakieś piętnaście lat później nadal chmurny, choć już mniej durny Gryzipiór odkrył Silverberga na nowo jako autora solidnej egzystencjalnej fantastyki. Wszystko dzięki najnowszemu artefaktowi wydawnictwa MAG – „Skrzydłom nocy”.
Obsługiwane przez usługę Blogger.