„Nie lubiłam Tolkiena” – takie dramatyczne wyznanie postanowił Wam dzisiaj uczynić Gryzipiór. Początkującym fanem fantastyki będąc, nie raz i nie dwa stawał się z powodu tej niechęci celem świętego oburzenia. Ale jak to? – dziwił się jakiś nadgorliwy kultysta. Lubisz fantasy, a nie lubisz Tolkiena? Toż to klasyk! Ojciec święty gatunku! Czytałaś go w ogóle? (Nie, bo mnie znudził.) Jak mógł cię znudzić, przecież to Wielka Literatura! Czy „Iliada” też cię nudzi? (Owszem.) Aż nagle coś się zmieniło, krytykowanie twórczości Tolkiena stało się modne, a Gryzipiór odkrył, że częściej broni Profesora z Oksfordu niż go atakuje.

Na Siedmiu, cóż to był za odcinek! Bitwa ognia i bitwa lodu, upadli bohaterowie i zemsta, która zamiast dawać widzowi satysfakcję, łamie mu serce. Dawno „Gra o tron” nie była tak brutalna i tak w wymowie bliska książkowego pierwowzoru, a zarazem tak rewelacyjnie nakręcona. I dawno − może nigdy − nie było w filmie fantasy tak realistycznej i przerażającej bitwy, jak tytułowa Bitwa Bękartów.

Wiecie, za co Gryzipiór najbardziej lubi Wellsa? Za to, że jego powieści to tak naprawdę udramatyzowane traktaty filozoficzne, rozprawiające się z samozadowoleniem brytyjskiego społeczeństwa. „Wojna światów” to na zewnątrz diabelnie przekonująca relacja z inwazji Marsjan na Ziemię, z godnymi Apokalipsy wizjami zbydlęconych tłumów, obłąkańczego pijaństwa i krwawej ruiny, w jaką zamieniają się sielskie angielskie pejzaże. Wewnątrz zaś – energiczne pole walki między intelektem a uczuciami, religią a darwinizmem, wiarą w człowieka a nieustanną, bolesną deziluzją.

No dobrze, to musiało się stać. „Nikt” boleśnie przypomniał, że nawet w bardzo dobrym szóstym sezonie „Gra o tron” miewa słabsze momenty. Można się było spodziewać, że twórcy zagrają nam w tym tygodniu ciszę przed burzą, która rozpęta się pewnie w ostatnich dwu odcinkach, ale żeby było aż tak cicho – tego Gryzipiór się nie spodziewał. „Nikt” ładnie łączy tematycznie pozornie odległe wątki Aryi, Ogara i Cersei, lecz poza tym niewiele ma do zaoferowania prócz zbędnych bądź przydługich scen, w których uparcie powtarza się nam to, co od dawna wiemy.