Przychodzi rekonstruktor do wydawcy fantastyki, czyli „Czerwony Rycerz” Milesa Camerona


Przychodzi rekonstruktor do wydawcy fantastyki... i żarty się kończą. Odtąd dusza biednego czytelnika będzie rozdarta pomiędzy podziwem dla wiedzy autora a nieśmiałym podejrzeniem, że miłość do rzemiosła i materialnej kultury średniowiecza to jednak trochę za mało, żeby napisać dobrą powieść. „Czerwony Rycerz” – debiut historyka i specjalisty od broni Milesa Camerona – opowiada o najemnikach broniących klasztoru przed atakiem nieludzi z Dziczy. Opowiada tak, że włos się jeży na karku. Ze zgrozy, ale chyba nie takiej, jaką sobie umyślił autor.

Samotności, jakaś ty przeludniona, czyli „Człowiek, który spadł na Ziemię” Waltera Tevisa


Kiedy myślę „science fiction”, to widzę przemykające w mroku ksenomorfy, wariackie pościgi za statkami wrogiej floty i złe imperium stojące po ciemnej stronie mocy. Wyobrażam sobie poematy pisane przez superinteligentne komputery i podróże do kresu ludzkiego poznania. Od czasu do czasu jednak trafia mi się książka, która nie mieści się w tym paradygmacie – i całe szczęście. „Człowiek, który spadł na Ziemię” z 1963 roku, jedenasty artefakt wydawnictwa MAG, to SF z zupełnie innej, jeśli można tak powiedzieć, bajki. To kameralna, niepozorna opowieść, której autor wykorzystuje fantastycznonaukowe metafory do wiwisekcji duszy współczesnego człowieka. Ten zaś okazuje się zagubiony, zalękniony, a przede wszystkim... nieziemsko samotny.

Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, czyli „Avengers: Wojna bez granic”


O szalony Tytanie na spontanie, ma ktoś trochę nervosolu? Kropelek walerianowych? Rumianku ostatecznie? Albowiem dziesięciolecie MCU okazało się imprezą zakrapianą łzami i choć przed premierą „Wojny bez granic” powzięłam postanowienie, że odczekam i napiszę tę recenzję na chłodno, to musiałam ulec. Musiałam, bo „Wojna bez granic” jest do oglądania sercem, a nie rozumem. To obłędna karuzela emocji i wrażeń, pisana w wariackim tempie kronika końca świata, a do tego zaskakująco trzeźwa opowieść o miłości, stracie i niezawinionej klęsce. To także świadectwo sukcesu MCU, bo tak ryzykowny, gargantuiczny projekt nie mógł się udać, gdyby nie dziesięć lat starannego splatania wątków, budowania relacji między bohaterami i angażowania widzów w ich historie. W zasadzie – w ogóle nie mógł się udać. A jednak.